<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393</id><updated>2012-02-09T09:49:22.254+02:00</updated><category term='pociąg'/><category term='Brudny Harry'/><category term='pierniczenie'/><title type='text'>wasza wina</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>182</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4129981655737535602</id><published>2012-02-07T12:32:00.010+02:00</published><updated>2012-02-07T13:47:03.468+02:00</updated><title type='text'>180. Jest sobie Rosja</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Całkiem niedawno pisałem o powieściach Konrada Lewandowskiego, których bohaterem uczynił on Polaka służącego z przekonaniem w armii carskiej. Uczyniło to tę postać o tyle wyjątkową, że do patriotycznego obowiązku należy przecież u nas postrzeganie carskiej Rosji wyłącznie jako wroga. Bohater Lewandowskiego tymczasem tak rozumujących patriotów ma za szkodliwych a tępych idealistów i dopiero z czasem odkrywa, że Rosja niekoniecznie jest taka, jak chciałby ją widzieć. Jak to odkrycie na niego wpływa przekonają się ci, którzy sięgną po książki, bo nie o rozterki młodego Lawendowskiego chodzi w niniejszym wpisie, w każdym razie nie do końca.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Każdy, kto podjął wyzwanie zmierzenia się z "Wojną i pokojem" Tołstoja stanął wobec przykrego dysonansu - w tej powieści ważne role pełnią szlachetni Rosjanie, w dodatku lejący naszych! O ile Dostojewski czy Gogol ułatwiają lekturę polskiemu czytelnikowi szafując postaciami Rosjan podłych, czasem pokracznych, czasem pogubionych i skłóconych z życiem (tych akurat łatwiej polubić, nawet jeśli urodzili się w narodzie zaborcy), Tołstoj pozostawał dla polskiego czytelnika bezlitosny - niektórzy sercem oddani carskiej Rosji Rosjanie są szlachetni aż do bólu. Jak tu czytać taką powieść? Owszem, mnóstwo w niej Rosjan małostkowych, czasem okrutnych, czasem tępych - jest się czego uchwycić. Ale ci dobrzy? Mam wrażenie, że jak zawsze cwany naród polski poradził sobie i z tym wyzwaniem. Wcale często powtarzamy, że Rosjanie to fajni ludzie, tylko Rosja jakaś taka nieudana. Czy wymyślono to, by poradzić sobie z Tołstojem, czy wcześniej, by np. wyjaśnić, że zacni Piastowie czasem się z ruskimi książętami lali, a czasem wspólnie z nimi lali, nie wiem. Grunt, że dysponujemy wytrychem. A on ciągle się nam przydaje.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Rzecz warta jest poważniejszego opracowania, sięgającego po źródła inne tylko niż współczesna proza rozrywkowa. Ponieważ jednak ten blog skupia się przede wszystkim na współczesnej fantastyce, z dużym akcentem polskim, pozwolę sobie pozostać wiernym lokalnej tematyce. A jakoś tak się składa, że polska fantastyka "lubi" zahaczać o tematykę rosyjską. Przywołałem Lewandowskiego, ale przecież nie jest on osamotniony. Pilipiuk cały czas kręci się literacko w rejonach wschodnich i wcale nierzadko sięga do czasów carskiej Rosji właśnie. Przechrzta częściej już pisze o wspaniałości współczesnych rosyjskich służb specjalnych, albo o Rosji sowieckiej. A wcześniej jeszcze Pacyński chętnie podkreślał sympatię do Rosji. Czy wszystko to panslawiści?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Trudno się dziwić, że tematyka rosyjska jest tak obecna w naszej literaturze popularnej. Rosja to największy i najpotężniejszy z naszych sąsiadów, z którym wojowaliśmy przez całe wieki i od którego niejednokrotnie pozostawaliśmy w zależności, "to raz". Wszyscy wymienieni przeze mnie autorzy zapoznawali się w czasach szkolnych z językiem rosyjskim oraz rosyjską literaturą, "to dwa". Ktoś kierujący się także zdrowym rozsądkiem, a nie tylko miłością do pisania może dojść do wniosku, że warto pisać o Rosji, bo może wtedy zainteresować się polskim autorem tamtejszy, o ileż większy od naszego, rynek czytelniczy, "to trzy". I wreszcie - Rosja to ogromne wielonarodowe imperium, które mieliśmy i mamy pod bokiem, którego częścią sami kiedyś byliśmy. To wprost wymarzony temat dla literatury przygodowej, "to cztery".&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A jednak mnożą się pytania. Wszak od wieków przebywamy po sąsiedzku (ze wszystkimi tego konsekwencjami) z Niemcami. Wielonarodowe imperium to także imperium Habsburgów, które w dodatku np. krakowianie, darzą sporym sentymentem. Czemu więc polscy fantaści, jeśli już piszą o Niemcach to niemal wyłącznie w kontekście drugiej wojny światowej i Grunwaldu? Czemu Lewandowski nie kazał swojemu bohaterowi służyć Austro-Węgrom? Czemu bohaterowie Przechrzty nie współdziałają w ramach NATO z niemieckimi kolegami, albo nie miotają się w potwornościach nazistowskiego totalitaryzmu? Niemcy i Austriacy do spółki spełniają prawie wszystkie punkty, które odnotowałem w stosunku do Rosji. Czemu więc Rosji w polskiej literaturze rozrywkowej pełno, a Niemiec i Austro-Węgier prawie wcale nie ma?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Da się wyjaśnić i to. Nie jesteśmy jedyni. Z jakichś powodów ani Niemcy (wyjąwszy szaleństwo drugiej wojny światowej) ani obywatele Austro-Węgier (wyjąwszy jedną księżniczkę i jednego wojaka) nie są fascynujący - nie tylko dla nas, także dla tzw. zachodu. Rosja, posiada duszę, Rosja przyciąga uwagę, Rosja pochłania. My przynajmniej możemy wykpić się słowiańskim pokrewieństwem, dla którego prócz bohaterów literatury rosyjskiej lubimy także Szwejka wyśpiewującego pieśni na cześć cesarza i sprzedającego pokątnie upstrokacone kundle. Niemniej, gdyby kierować się tylko współczesną literaturą rozrywkową, można by dojść do wniosku, że Polska nie leży wcale, jak narysował Mleczko, "między Rosją a Niemcami", ale między Rosją a resztą świata.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Aż dziw, że nikt nie zrobił jeszcze antologii polskich opowiadań fantastycznych poświęconych Rosji. Teraz moda na antologie tematyczne przygasła, ale przecież jeszcze całkiem niedawno takie wydawnictwa cieszyły się wielkim powodzeniem. Nie wydaje mi się, by pomysł takiej antologii nie pojawił się w niczyjej głowie. Czemu więc go nie zrealizowano? Czy dlatego, że każdy kontekst, w którym pojawia się temat Rosji natychmiast zaczyna ociekać polityką? Jednak opowiadania i powieści Lewandowskiego, Pilipiuka, Przechrzty czy Grzędowicza sugerują, że zawartość takiej antologii mogłaby okazać się zaskakująca i interesująca. W każdym razie dla tych, którzy polską fantastyką się nie interesowali i nie odkryli jeszcze, że wcale niemało polskich autorów pisuje współcześnie o Rosji i Rosjanach w sposób dalece odmienny od obrazu, jaki możemy znaleźć w najpoczytniejszych dziennikach. By rzecz dopowiedzieć - nie piszą wcale panegiryków. Niemniej, z - podkreślę - literatury rozrywkowej, czasem bardzo prostej, wyłania się obraz wcale interesujący, niejednoznaczny i bynajmniej nie spłycony i uproszczony.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4129981655737535602?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4129981655737535602/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/02/180-jest-sobie-rosja.html#comment-form' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4129981655737535602'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4129981655737535602'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/02/180-jest-sobie-rosja.html' title='180. Jest sobie Rosja'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1081248777344209514</id><published>2012-02-03T13:04:00.003+02:00</published><updated>2012-02-03T13:23:27.780+02:00</updated><title type='text'>179.  zerknięcie na zewnątrz</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Jakie jest moje zainteresowanie teatrem widać po blogu, w którym do spraw teatralnych (a właściwie okołoteatralnych) odnosiłem się może dwa razy. Analfabetyzm teatralny w społeczeństwie, jak mi się zdaje, narasta i pewnie sam mógłbym służyć za przykład teatralnego półanalfabety. Naturalnie dysponuję zgrabnym arsenałem wymówek i usprawiedliwień opierających się na przenoszeniu winy na innych, ale ich tu nie wyliczę, bo nie o moich relacjach z teatrem będzie mowa.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Odzywam się w temacie, bowiem od dni kilku brzęczy internet nie tylko o zapowiedzi powrotu Sapkowskiego do Wiedźmina, ale i o dyrektorze teatru w Legnicy, który to ogłosił publicznie &lt;a href="http://maddogowo.pl/?p=3483"&gt;manifest&lt;/a&gt;, a w nim zawarł i takie słowa: &lt;blockquote&gt;"W obronie opowieści zapomnianych. Uważamy, że kryzys odwiecznego modelu opowiadania historii,http://www.blogger.com/img/blank.gif które zastępuje się luźnymi kolażami obrazów, klisz, performansów, ma fatalne skutki. Uniemożliwia odbiorcy podstawowe reakcje na dzieło: identyfikowanie się z historią, konfrontację postaw.(...)W obronie artystycznego kunsztu. Nie ma idei, która mogłaby usprawiedliwić hochsztaplerkę. Przyczyn upadku kultury upatrujemy również w nonszalanckim stosunku do aktu tworzenia. Pokutuje przekonanie, że produkt „dla ludzi” musi być łatwą i pustą błyskotką, a prawdziwa sztuka – nadętym, niezrozumiałym bełkotem. Sztuka jako zwierciadło rzeczywistości praktycznie dziś nie istnieje – łatwiej odbić kicz i miałkość. My chcemy odbijać światy piękniejsze, różnorodne i niejednoznaczne Nie plastikowe, krzykliwe i najzwyczajniej już nudne. Powtarzając po raz kolejny, że interesuje nas sztuka bliska człowiekowi – niezachwianą zasadą czynimy szacunek dla widza, objawiający się w rzetelnej artystycznej pracy."&lt;/blockquote&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Prawda, że pobrzmiewa znajomo? Czy nie podobnie przemawiali niektórzy pisarze fantastyki, konfrontując swoje dokonania z dziełami z tzw. głównego nurtu? Sporo się od tamtego czasu zmieniło, a i ów główny nurt odkrył na powrót narrację i przypomniał sobie, że czytelnicy spragnieni są także opowieści, a nie tylko eksperymentów. Najwyraźniej to, co trapi nasze małe getto jest także udziałem większego świata. Niby to nie nowość, ale czasem dobrze o czymś wyraźnie przeczytać. Nie jesteśmy sami z naszymi problemikami.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1081248777344209514?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1081248777344209514/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/02/179-zerkniecie-na-zewnatrz.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1081248777344209514'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1081248777344209514'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/02/179-zerkniecie-na-zewnatrz.html' title='179.  zerknięcie na zewnątrz'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-6730961635833460506</id><published>2012-01-26T10:39:00.013+02:00</published><updated>2012-01-26T16:03:33.399+02:00</updated><title type='text'>178. "ciemność widzę"</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Odwiedziłem znajomego, by z nim i jego siedmioletnim synem zagrać w "Magię i miecz". Pokolenie temu tatusiowie bawili się modelami kolejek swoich synów, dziś kupują Lego Star Wars, albo nowe edycje starych gier. Nowa edycja "Magii i miecza" została wydana ślicznie, aczkolwiek chyba mimo wszystko biedniej niż gra sprzed lat – mniej jest, jak nam się ze znajomym zdaje,  postaci do wyboru. Z drugiej strony dawniej grałem w komplet gier z serii, a tych kilka dni temu zagraliśmy tylko w podstawkę. Oczywiście dzieciak spuścił nam ciężkie baty. I nie dlatego, że dawaliśmy mu wygrać, ale dlatego, że gdy dwaj dorośli ganiali po planszy ciesząc się odkrywaniem nowych przygód, mały konsekwentnie dążył do celu. My byliśmy jak dzieci, a on jak dorosły, świadomy celu i środków do jego realizacji. A może to my okazaliśmy się dorośli, bo potraktowaliśmy grę jak zabawę, podczas, gdy on podochodził do niej z całą powagą?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Niech każdy wybierze sobie taką interpretację, jaka mu pasuje. To nie jest wpis ani o grze, ani o tym, że w mężczyznach zawsze mieszka chłopiec. Najważniejsze bowiem, że gdy zbierałem się do wyjścia, kolega postanowił pożyczyć mi stertę książek. W ten sposób w moje ręce trafiły „Kuzynki” Pilipiuka wraz z kontynuacją.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jak wiadomo Pilipiuk ma szczególną pozycję w światku rodzimej fantastyki, jest jakby przeciwieństwem Dukaja; gdybyśmy chcieli ukazać rozpiętość rodzimej fantastyki, Pilipiuk i Dukaj mogliby określać jej granice. Dukaj potrafi ślęczeć nad opowiadaniem latami, a Pilipiuk gotów jest machnąć choćby i cykl w ciągu roku. Dukaj przygląda się każdemu zdaniu i każdemu wyrazowi w nim, a może nawet i każdej literce w wyrazie, bada je, smakuje godzinami a może nawet i tygodniami, Pilipiuk gna przed siebie z prędkością uniemożliwiającą te alchemiczne zabawy. Dukaj interesuje się głównym nurtem Pilipiuk demonstracyjnie wyraża dlań pogardę. Dukaj postuluje potrzebę rozwijania i pogłębiania krytyki literackiej, Pilipiuk ogłasza, że krytycy to eunuchy i pasożyty. Obaj są rozpoznawalni i obaj się sprzedają, obaj zmienili swoje nazwiska w markę. Jeśli ktoś chce się wypowiadać na temat współczesnej polskiej fantastyki, powinien znać ich obu.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Pilipiuka znałem z kilku opowiadań o Wędrowyczu, oraz z opowiadań pozawędrowyczowych. „Kuzynek” i kontynuacji wcześniej nie czytałem, chętnie więc pożyczyłem je od kolegi. Przeczytanie trzech tomów zajęło mi niewiele czasu, to szybka, prosta proza. Bohaterów Pilipiuk stworzył tak, by polubić ich od razu. Nawet, jeśli pojawia się jakaś postać, co do statusu której czytelnik może nie mieć początkowo pewności, wystarczy spojrzeć jak autor ją opisał, by wskazać jej role w fabule. Pozytywni bohaterowie, nawet jeśli początkowo wydają się wrogami głównych bohaterów, opisywani są z sympatią, prawdziwe czarne charaktery zasługują wyłącznie na zjadliwość i pogardę autora. Od razu zaznaczam – to nie jest zarzut. Pilipiuk przyjął bardzo konkretną formę opowieści i stosuje konsekwentnie właściwe dla niej rozwiązania. Czytelnikom o wyrafinowanych gustach mogą się one wydawać zbyt proste, ale nie dla nich Pilipiuk napisał swoje powieści.&lt;br /&gt;Co zwraca uwagę w całym cyklu, to niechęć Pilipiuka do współczesności. Ponieważ bohaterki bądź uczą w szkole, bądź do niej uczęszczają, autor chłoszcze przede wszystkim system edukacji, ale stanowi ona tak naprawdę ucieleśnienie całej zgnilizny współczesności. Nasz świat jest zbyt durny, zbyt opresyjnie zbiurokratyzowany, zbyt płytki dla bohaterów „Kuzynek”. Wszyscy tu są ograniczeni – albo przez własną, często wynikająca z lenistwa tępotę, albo przez system. Nawet postaci wykazujące się inteligencją i potencjałem są ofiarami systemu premiującego miernoty i intelektualne lenistwo. To nie jest świat dla śmiałków, ale dla niewolników. Co gorsza niewolnicy osiągają przewagę – bohaterowie Pilipiuka jeszcze jakoś sobie radzą, jeszcze wygrywają kolejne bitwy, klęska w wojnie zbliża się jednak wielkimi krokami – za chwilę nie będzie dokąd uciec. Nastanie czas permanentnej inwigilacji i każdy wybijający się ponad przeciętność stanie się podejrzany.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Pilipiuk nie jest sam. Tezy, których doszukałem się w „Kuzynkach” bliskie są przecież także Grzędowiczowi. Owszem, można powiedzieć, że to dwóch kontestujących współczesność konserwatystów narzeka na świat, za którym nie nadąża. Jeżeli jednak to prawda, to gdzie znajduje się odpowiedź na to marudzenie? Gdzie jest ta optymistyczna, gloryfikująca postęp fantastyka? Niechby nawet i stanowiła literackie manifesty lewicy. Słucham? Jakieś przykłady?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Polska fantastyka jest posępna jak ulewa w listopadowy wieczór. Nawet ta rozrywkowa i zabawna niesie ponure przesłania. Bodaj najoptymistyczniejszym polskim autorem wydaje mi się Adam Przechrzta, którego bohaterowie przeważnie wygrywają, przepijając między jednym a drugim pojedynkiem ze złem pyszne nalewki. Bo też alkohol domowej roboty to jedna z najjaśniejszych stron rzeczywistości w polskiej fantastyce – piją taki i bohaterowie Grzędowicza (zakładam, że rakija z „Pana lodowego ogrodu” nie pochodziła ze sklepu, nie pamiętam już, czy zostało to wyjaśnione w powieści) i bohaterowie Piliuka (Wędrowczy to przykład oczywisty, ale i w „Kuzynkach” można znaleźć przepisy na domowe piwo i nalewki) i Przechrzty. Przy czym nie można nie zauważyć, że pesymizm pojawił się już i u Przechrzty. Dwie jego powieści kończą się klęską bohaterów. Niemniej autor zapowiada dla tych akurat powieści kontynuację, możliwe więc, że to, co można odczytywać jako "zarażenie się pesymizmem", to tylko chwyt formalny mający wzburzyć krew w czytelniku.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nieco optymizmu wnosi też do rodzimej fantastyki temat polskich jednostek specjalnych. CBŚ u Pilipiuka to równe chłopaki, podobnie żołnierze jednostek specjalnych u Przechrzty. Nie inaczej temat traktuje Magda Kozak. Skąd to przekonanie o znakomitości polskich specsłużb? Oczywiście, można powiedzieć, że one naprawdę są niezłe, czego potwierdzenie stanowią te akcje, o których szeroka publiczność ma szanse usłyszeć. Być może istnieje jeszcze jeden trop.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Istnieją pisarze, którzy szukając optymizmu sięgają do przeszłości. Hasło „lepiej już było” wydaje się stanowić motto dla Lewandowskiego, Komudy i Domagalskiego. Typ honorowego, często oddanego ojczyźnie rębajły przewija się przez postaci tych trzech autorów. Awanturnika, nawet, jeśli pisarze nakładają mu czasem maskę racjonalizmu, stać na honorowe i romantyczne gesty. Przede wszystkim jednak awanturnik to człowiek wolny, zdany przede wszystkim na siebie, dlatego śmiały, inteligentny, bądź przynajmniej sprytny, sprawnie posługujący się bronią. To indywidualista pewny przede wszystkim własnego zdania i niepodatny na manipulacje. Nawet jeśli świat wokół już zaczyna się walić, jak ma to miejsce np. u Komudy, on sobie poradzi. Jak przystało na bohaterów powieści przygodowych, bohaterowie Domagalskiego, Lewandowskiego i Komudy rzucają wyzwanie światu, podobnie jak bohaterowie „Kuzynek” Pilipiuka, czy powieści Magdy Kozak. Czy można zatem pokusić się o tezę, że żołnierze jednostek specjalnych to ostatnie wolne duchy, ostatni śmiałkowie pogrążającego się w marazmie świata? Bohaterowie „Kuzynek” zachowują śmiałość ludzi wolnych, ponieważ pochodzą z przeszłości i jej wartościom dochowują wierności. Bohaterowie Domagalskiego, Lewandowskiego i Komudy w przeszłości żyją. Z kolei bohaterowie Kozak i Przechrzty z tej przeszłości – czasów śmiałości i samodzielności – wyrastają. Może dziś nie ma już miejsca dla śmiałych ludzi, poza jednostkami specjalnymi? A nie ma go, bo cała reszta świata to bagno, w którym utonęły tak wszelkie wartości, jak i aspiracje?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Żyjemy w świecie zmierzchu. W antologii „Nowe idzie” autorzy większości opowiadań, opowiadali o rozmaitych końcach świata, choć redaktor antologii, Michał Cetnarowski, nie inspirował ich do tego w żaden sposób. W antologii „Science Fiction”, także wydanej przez Powergraph, sytuacja właściwie się powtórzyła. Recenzenci podkreślają, że jedynym zawierającym cień optymizmu opowiadaniem są „Pseudaki”, których zakończenie wydało się jednemu z nich wręcz naiwne. Może być tak, że na takiej ocenie zaważyła niezgrabność autora opowiadania, może być jednak i tak, że optymistyczne rozwiązanie mogło wydać się czytelnikowi naiwne automatycznie. Bo opowiadania fantastyczne nie powinny się tak kończyć. Rozsądek i doświadczenie czytelnika fantastyki podpowiadają, że konflikt prowadzi wyłącznie do walki, a świat zmierza ku zagładzie. Przy czym – i może to jest optymistyczne – zagłada nie oznacza w fantastyce końca, a jedynie początek opowieści o świecie po apokalipsie.&lt;br /&gt;Pewne wybawienie od wszechobecnego ponuractwa mogłoby przynieść fantasy, wręcz stworzone do opowieści o bajkowych światach, w których możemy skryć się przed rzeczywistością. Tymczasem już u Sapkowskiego otrzymujemy opowieść o schyłku świata. Imperium z cyklu Wegnera stoi u progu wojny, która może skończyć się jego upadkiem, a świat z cyklu Piekary można posądzić o wiele rzeczy, z pewnością jednak nie o optymizm. Tu zresztą przykład płynie z klasyki – Tolkien także pisał o zmierzchu pewnego świata, Gerd u LeGuin musi stracić moc, u Howarda „lepsze” rasy stawiają beznadziejny opór „podludziom” a Martin opowiada o końcu pewnego marzenia o królestwie. Oczywiście, w tych wszystkich światach „coś się kończy, coś się zaczyna”, niemniej trudno o optymizm, gdy czyta się o kolejnych katastrofach.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Być może polska fantastyka jest wyjątkowa w swoim pesymizmie, być może nie – nie znam na tyle dobrze światowej fantastyki, by orzekać w tym temacie. Pytanie, czy opisywanie przez polskich pisarzy świata upadku, świata zmierzchu, to tylko zabieg literacki – na tle katastrof czyny bohaterów stają się wyrazistsze - czy też odzwierciedlenie ich poglądów na rzeczywistość? A jeśli to drugie, to – wobec powszechnej ponurości polskiej fantastyki – czy odzwierciedla ona także nasze, czytelnicze przekonania, nawet jeśli nie eksponujemy ich, albo wręcz ukrywamy? Mówi się, że „fantastyka to eskapizm”. Ale jeśli to zwierciadło? Jeśli wszyscy skrycie oczekujemy końca? Taką tezę mógłby chyba postawić jakiś obcy mi archeolog, gdyby wśród gruzów trafił za, powiedzmy, pięćset lat, na moją biblioteczkę. Zapoznawszy się z nią, mógłby napisać, np. coś takiego: „&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Literatura zawsze stanowi odbicie kondycji społeczeństwa, zapis czasów, w których powstawała. Jeśli by oprzeć się na ocalonych zapisach ze stanowiska DEP-73/011, można chyba postawić tezę, że cywilizacja przetwarzanej ropy spodziewała się swojej zagłady. Przekonanie, że czasy jej świetności minęły, a współczesność autorów większości odnalezionych tekstów charakteryzuje się raczej degeneracją niż postępem, może oddawać przekonanie większości społeczeństw państw w czasie schyłku cywilizacji przetwarzanej ropy.&lt;/span&gt;”&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czy jest coś znaczącego w fakcie, że otwieram polskie powieści rozrywkowe i widzę w nich  wzbierającą ciemność?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;PS. Tym razem nie ma obrazków, bo bałem się, że mogą mnie za nie zamknąć.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-6730961635833460506?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/6730961635833460506/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/01/178-ciemnosc-widze.html#comment-form' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6730961635833460506'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6730961635833460506'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/01/178-ciemnosc-widze.html' title='178. &quot;ciemność widzę&quot;'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3337185911599345544</id><published>2012-01-20T09:55:00.005+02:00</published><updated>2012-01-20T10:27:14.844+02:00</updated><title type='text'>177. reset mózgu</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Byłbym nic nie pisał, bo nosiwoda się zżyma, że podobno przez Ziutę i przeze mnie nie może skończyć notki stolykowoliterackiej. Ponieważ jednak co rano - uwaga, zdradzam wstydliwą tajemnicę - zaglądam na różne strony w sieci, w tym na gazeta.pl masakrującą mi mózg tytułami, poczułem niespodziewanie chęć, by o tym napisać. Mógłbym się tłumaczyć, że odpalam g.pl ponieważ wchodzę tamtędy na polygamię i gamecornera (czyli działy poświęcone grom, ale nie tylko - np. wczoraj &lt;a href="http://gamecorner.pl/gamecorner/1,86013,10992578,Na_szybko___nieobcy.html"&gt;na gamecornerze rozpętała się dyskusja na temat obcego w SF&lt;/a&gt;, dawno podobnej nie widziałem na żadnym forum poświęconym fantastyce). Prawda wygląda jednak tak, że lubię znieczulić się o poranku lawiną kretyńskich i niekretyńskich tytułów.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czego dowiedziałem się dzisiaj? Sprzedawcy psów znaleźli sposób na ich sprzedawanie pomimo zakazujących tego przepisów. Agnieszka Radwańska wygrała pięknie, piłkarze ręczni po zaciętej walce. Wielki Babilon zamknął megaupload. Znaleziono kolejne sposoby na osiągnięcie szczupłej sylwetki przez kobiety. Wszyscy nienawidzą Kasi Tusk (czy córki przywódców to jakiś polski fenomen? Już dwóch premierów i jeden prezydent wypromowało swoje żeńskie latorośle. Syn prezydenta zaistniał w mediach tylko jeden i aż prawie się zabił w wypadku z wrażenia). Jakiś koleś kogoś obraził. Fotografia kłamie a ropa drożeje. Depp rozstał się z Paradis (ha, Vanessa do wzięcia!).&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To nie ja to czytam, to moje oczy absorbują papkę i robią mi z mózgu popcorn, a on, kretyn, tylko się z tego cieszy. Ostatecznie klikam w linki do działów gier, bo przecież nie będę czytał o polityce (tam się coś zmienia w ogóle?)&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wiem, że oznacza to uleganie degeneracji, że zwoje w mózgu mi się prostują, szare komórki wysychają a ambicje umierają z pragnienia oczekując na choćby najmniejsze spełnienie. Ale, podobnie jak chyba spora część ludzkości, potrafię, nawet w tak skrajnym upadku i upodleniu odnaleźć jakiś rodzaj przyjemności. Eliot i Babula (Eliot to wiadomo, w przypadku Babuli chodzi o opowiadanie "Głupiemu radość" ze zbioru "A to mistyka", jednej z najbardziej przegapionych książek w polskiej fantastyce) mieli rację, a wszyscy twórcy widowiskowych filmów katastroficznych się mylili. Świat skończy się w uśmiechu celebryty, na widok którego będziemy bełkotać i skomleć niezdolni do niczego więcej. Jeśli jesteś tym, co jesz, to większość z nas jest pozbawioną smaku papką.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A może to spisek tych, co zawsze? Przecież gdy już zbombardują mnie te wszystkie nieistotne informacje, a mój dogorywający mózg zużyje resztki energii na zbudowanie papkowatych skojarzeń, będę niemal idealnie spełniał postulat z poniższego obrazka.&lt;/p&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-FI6aSK0wERI/TxkjyuR8xOI/AAAAAAAABcw/l1P70VuSKxo/s1600/think.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 192px; height: 263px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-FI6aSK0wERI/TxkjyuR8xOI/AAAAAAAABcw/l1P70VuSKxo/s320/think.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5699626157737821410" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3337185911599345544?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3337185911599345544/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/01/177-reset-mozgu.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3337185911599345544'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3337185911599345544'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/01/177-reset-mozgu.html' title='177. reset mózgu'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-FI6aSK0wERI/TxkjyuR8xOI/AAAAAAAABcw/l1P70VuSKxo/s72-c/think.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-9166991812619944347</id><published>2012-01-16T11:24:00.009+02:00</published><updated>2012-01-16T12:24:56.814+02:00</updated><title type='text'>176. lewandoskiada</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Od dłuższego już czasu miałem ochotę przeczytać powieść „Diabłu ogarek” Konrada Lewandowskiego. Gdy przeglądałem jej ceny w internecie, odkryłem, że mogę też okazyjnie nabyć dwupak „Bursztynowego królestwa” i „Afgańskiego Zeusa”. Dałem się skusić promocji i w ten sposób zamiast jednej powieści Lewandowskiego w moje ręce trafiły trzy, w konsekwencji czego ostatnie dwa tygodnie stały się dla mnie, z małymi przerwami, festiwalem prozy tego autora.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na początek odkryłem, że wszystkie trzy powieści łączy nazwisko noszone przez jego bohaterów. Podejrzewałem nawet, że mam do czynienia z sagą rodu Lawendowskich. Po przeczytaniu wszystkich trzech powieści wydaje mi się to znacznie mniej prawdopodobne, niemniej absolutnie odrzucić hipotezy jeszcze nie mogę. Wprawdzie &lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-3OGCQRDHfxs/TxPwv6Rm38I/AAAAAAAABcM/cHmb-wPSkvw/s1600/buk.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 140px; height: 198px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-3OGCQRDHfxs/TxPwv6Rm38I/AAAAAAAABcM/cHmb-wPSkvw/s320/buk.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5698162659441434562" /&gt;&lt;/a&gt;„Diabłu ogarek” bliski jest fantasy i grozy, podczas gdy w pozostałych dwóch powieściach nie istnieje magia, ani istoty nadprzyrodzone, a „Afgański Zeus” opiera się na sztuczce technologicznej, niemniej jestem w stanie wyobrazić sobie, że postępki bohaterów „Diabłu ogarek” mogą doprowadzić do takich zmian we wszechświecie, że cała magia zeń wyparuje. Bardzo prawdopodobny taki rozwój wydarzeń mi się nie wydaje, trudno jednak mi go wykluczyć ostatecznie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dylogia Sergiusza Lawendowskiego, oficera w służbie carskiej, to powieści przede wszystkim przygodowe. W „Bursztynowym królestwie” Lawendowski wybiera się z tajną misją do Mandżurii, w której dojrzewa antyrosyjski spisek. Na jego czele stoją oczywiście Polacy, w tym krewny Sergiusza – Stanisław Lawendowski. Powieść zaczyna się z humorem, od perypetii irlandzkiej pokojówki ganiającej po niemal całej Azji umykającego jej wciąż narzeczonego. Ledwie człowiek oswoi się z niecodzienną bohaterką, padają strzały i trupy, fabuła skręca i przyspiesza a czytelnik staje wobec nowych bohaterów i spisku na olbrzymią skalę. Krewni znajdujący się po przeciwnych stronach barykady staną naprzeciw siebie, a istotą ich konfliktu będzie nie tylko różna wizja roli Polski, ale także spór o serce kobiety. Akcja "Afgańskiego Zeusa” toczy się z kolei w Afganistanie, w którym zakwitł kolejny spisek przeciw Rosji. I w tej powieści pojawia się piękna, a niezwykła kobieta, fabuła toczy się od zdrady do zdrady, scen walki nie brakuje, trup ściele się gęsto, a i seksu nie brakuje. Pisząc krótko – mamy do czynienia z dwiema sprawnie zaplanowanymi i napisanymi powieściami przygodowymi z sensacyjną fabułą, wyrazistymi, choć niejednoznacznymi bohaterami, całą masą spisków, zwrotów akcji i scen, przy których zadrżeć może serce. Jeżeli ktoś szuka rozrywkowej lektury na kilka wieczorów, bądź do pociągu – dylogia jest wręcz stworzona dla niego.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To jednak nie wszystko.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Uczyliśmy się w szkole o Polsce pod zaborami, o powstaniach a także dzielnym, szlachetnym Napoleonie, który sam rzucił wyzwanie całemu światu trochę po to, by zbudować potęgę Francji, jednak przede wszystkim by odbudować Polskę, której duchem się zachwycił (poważnie, część nauczycieli budowała w dziecięcych głowach taki mniej – więcej obraz, bo przecież o Napoleonie mówiło się przede wszystkim w kontekście historii Polski). Kwestie polsko – rosyjskie były w moich szczenięcych latach mocno skomplikowane. Przyjęto rozwiązanie, iż Polacy słusznie buntowali się przeciw caratowi obalonemu później przez jedynie słuszną rewolucję, podkreślano przy tym rolę chłopstwa i mieszczaństwa w kolejnych powstaniach, jakby stanowiły one zalążek proletariackich rewolucji. W efekcie przynajmniej żaden z moich nauczycieli nie wspominał o tym, że istniało wcale mocne polskie stronnictwo przekonane, że Polskę można odbudować wyłącznie w oparciu o Rosję. To może obecnie budzić zdziwienie, bo na pierwszy rzut oka wydaje się, że w czasach socjalizmu związku z Rosją, nawet carską, powinny być podkreślane i wychwalane, tymczasem działo się przeciwnie. Zaważyła po części prawie powszechna miłość Polaków (w tym moich nauczycieli) do Napoleona, nie bez znaczenia pozostawał fakt, że przed wojną i usocjalistycznieniem nas wszystkich orędownikiem bliższych związków z Rosją był znienawidzony przez czerwonych wujków Dmowski. Jak to często bywa opowiadano więc o historii Polski w sposób nieludzko pokręcony a ja dorastałem w świecie, w którym lud rosyjski był mi bratni jawnie, o ile mieszkał w Związku Radzieckim, niejawnie, gdy niechętnie bił moich przodków zmuszany do tego przez cara, zaś Napoleon był zbawcą i basta. Na to wszystko nakładała się wielka miłość do Napoleona, którą zaraził sporą część Polski (tzn. tę jej część, która zarażona wcześniej nie była) Waldemar Łysiak – tak się składało, że okres jego największej świetności zgrał się z okresem mojego dorastania. Książki Łysiaka kupowało się wyłącznie spod lady i czytało z zapartym tchem oraz przekonaniem, że wszystko, co ten facet pisze to święta prawda i jedyna możliwa wersja rzeczywistości. Wspominałem, że czytając „Szachistę” miałem chyba dziewięć lub dziesięć lat? Uzdolniony pisarz może dowolnie kształtować dziecięce przekonania, jeśli ktoś dorosły się nie wtrąci (dorośli z mojego otoczenia wtrącali się o ile czytałem polecane przez szkołę lektury rosyjskie abym za bardzo nie nasiąkł braterską polsko – radziecką miłością, bakcylem Łysiaka zarażeni byli niewiele chyba mniej ode mnie).&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Napisałem o tym wszystkim, ponieważ Lewandowski pokusił się o postawienie swojego bohatera w pozycji niecodziennej i niewygodnej z punktu widzenia kogoś wychowanego w opisanej powyżej wizji. Sergiusz Lawendowski nie tylko służy carowi, ale jest też carskiej Rosji oddany sercem i duszą. Polaków, którzy przeciw carowi występują traktuje jak niebezpiecznych idealistów, wręcz durniów szkodzących nie tylko Rosji, ale i rodakom. Ktoś taki, jeszcze niedawno, mógłby chyba odegrać w polskiej powieści rolę wyłącznie łajdaka, sprzedawczyka budującego karierę na zdradzie. Taka szuja powinna cedzić słowa nasączone jadem złośliwości przez zaciśnięte zęby, postać mieć koniecznie szpetną a spojrzenie diabelskie. Świadoma swego upadku kreatura nienawidziłaby lepszych od siebie (czyli szlachetnych Polaków) i z zemsty gwałciła im chudobę (na szlachetne Polki łajdak nie byłby w stanie podnieść ręki). &lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-H418sQ17HW8/TxPw7aGr0WI/AAAAAAAABcY/UlVYSDfQqcA/s1600/az.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 226px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-H418sQ17HW8/TxPw7aGr0WI/AAAAAAAABcY/UlVYSDfQqcA/s320/az.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5698162856964116834" /&gt;&lt;/a&gt;Prawdę powiedziawszy tak wyrazisty czarny charakter zdecydowanie się powieściom sensacyjnym przydaje i w „Bursztynowym królestwie” nieco mi go brakowało. Choć bowiem powieść zaludnia barwna galeria typów, to zdecydowanego złego, charakteru czarnego jak dusza piekła nie znalazłem. No, poza Rafałem Ziemkiewiczem, ale to osobna sprawa. Ten, który powinien pełnić rolę sprzedawczyka, Sergiusz Lawendowski, jest jak na złość i przystojny i odważny i nawet stara się postępować przyzwoicie. W efekcie czytelnik wręcz oczekuje, że taki fajny bohater w finale przyłączy się do „naszych”, tym bardziej, że ma wśród nich krewnego – tu już jak należy szlachetnego, dumnego Polaka – patriotę.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;p align="justify"&gt;W ogóle Polaków odmalował Lewandowski jakby pisał ku pokrzepieniu serc. Wszyscy oni (znów, z wyjątkiem Ziemkiewicza) to znakomici żołnierze, oddani sprawie, dżentelmeni, dumni i piękni; biją się i kochają najpiękniej na świecie, a do tego potrafią pić niezgorzej od Rosjan. Serce rośnie w człowieku, gdy czyta taki opis rodaków i nawet, gdy w „Afgańskim Zeusie” pojawia się postać psująca nieco ten obraz, czytelnik w głębi duszy przeczuwa, że gdy przyjdzie co do czego, nawet ten wadliwy Polak okaże jakieś zalety. Coś podobnego przydarza się w „Diabłu ogarek”, gdzie wszyscy Lawendowscy to charakterniki, ale złote chłopaki, szlachcice idealni. Taka widać koncepcja autorska, by niejednoznaczność bohaterów budować na innym pomyśle, niż na dręczącym ich utajonym mroku, czy wygrzebywaniu się z dna, na które sprowadzają bohaterów słabości. Oczywiście, o takich Polakach czyta się miło, aż człowieka ogarnia tęsknota za takim światem i takimi rodakami. Czy to źle? Przyzwyczajeni jesteśmy do "czarnego" opisywania rzeczywistości, do tego, że każdy musi posiadać skazę, że tak nasza historia, jak i jej bohaterowie posiadają ponure cienie. Komudę promuje się jako odczarowującego Sienkiewicza, wręcz anty Sienkiewicza (choć taki obraz Komudy jest nieprawdziwy), Lewandowski zmierza własną drogą. W świecie mody na półcienie nie boi się opisywać szlachetności i honoru i doprawdy, trudno jest mi mieć do niego o to pretensje. Nawet, jeśli wychowany na "czarnej" literaturze czuję, że brak mi jakiejś "czarnej owcy" w rodzie Lawendowskich.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ale do rzeczy – napisał Lewandowski dwie bardzo dobre powieści przygodowe, obie oparte na oryginalnych, ale nie absurdalnych pomysłach. Dodatkowo ukazał, że postawy Polaków, także wobec Rosji wcale nie były tak jednoznaczne, jak przyjęło się u nas uważać. I rzeczywiście, Sergiusz Lawendowski nie jest wynikiem fantastycznego pomysłu autora. Istniała w Polsce, przez cały okres rozbiorów, partia prorosyjska, która wcale nie skupiała łajdaków zaprzedanych zaborcy, ale ludzi widzących szansę na odbudowanie Polski przy Rosji. Nawet gdy Napoleon przymierzał strój wybawcy Polaków, w Polsce trwały spory, czy stanąć z nim, czy przeciw niemu. Spór o kształt Polski i postawy wobec historii obecny jest w obu tomach cyklu. Postawa Sergiusza Lawendowskiego, jasna, pewna i nieprzejednana, ulegnie pewnym modyfikacjom, bo nic nigdy nie jest tak proste, jak chcielibyśmy to widzieć. Niemniej ani jego poglądy, ani obraz Rosji z początku dwudziestego wieku nie będzie jednoznaczny. Interesujące przy tym, że przywiązujący dużą wagę do szczegółów, lubujący się wręcz w opisach technikaliów Lewandowski, w przypadku obrazu Polski i Rosji pozostaje chyba pod wpływem mitu. Polacy są więc szlachetni, odważni i skłonni do idealizmu (nawet Sergiusz), Rosjanie zaś to rubaszni imperialiści lubiący dobrze pojeść i popić. Mnóstwo wśród postaci Rosjan sprytnych kombinatorów, mądrych wujaszków oraz niedołęg marnujących potencjał imperium. Z jednej strony odmalował więc Lewandowski interesujący obraz postaw wobec historii, przyłożył się też do oddania realiów historycznych, z drugiej ograniczył się do błahych i prostych w gruncie rzeczy stereotypów (tu do Polaków i Rosjan dołączają Japończycy – co do jednego dumni – nawet jeśli czasem durni – samurajowie). Trudno z tego robić zarzut w stosunku do powieści li tylko przygodowej, jednak Lewandowski sam sobie zawiesił poprzeczkę stosunkowo wysoko. Oczywiście – tacy Polacy, Rosjanie i Japończycy byli mu zwyczajnie potrzebni w powieści, skroił ich więc na miarę swoich potrzeb. Tak, jednak, jak w „Bursztynowym królestwie” brakuje mi wyrazistego drania, tak samo brakuje mi Rosjanina, który mógłby stawić czoła Lawendowskiemu i w ogóle Polakom. Kimś takim mógłby być zwierzchnik Sergiusza, ostać o tyle interesująca, że wzbudzająca w bohaterze konflikt odpowiedzialności – Sergiusz lubi i ceni swojego przełożonego, dzięki niemu widzi też, że nie wszyscy Rosjanie to rubaszni i krwiożerczy zarazem głupcy. Nawet gdyby chciał zdradzić, trudno mu zdradzić takiego dowódcę. Ponieważ jednak przełożony Lawendowskiego stoi tak naprawdę po jego stronie, bohaterowi znów zabrakło godnego przeciwnika.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Kto jest nim zatem w „Bursztynowym królestwie”? Historia, okoliczności międzynarodowe, los. I pozostający w służbie carskiej Sergiusz Lawendowski i jego rodacy spiskujący przeciw Rosji muszą stawiać czoła polskiemu fatum – rzeczywistości, na którą się porywają. A ona nie sprzyjała Polakom, czy służyli carowi, czy walczyli przeciw niemu. Przez całe zabory Polacy stawali przeciwko sobie walcząc w różnych armiach i przez całe zabory nic niemal w ten sposób nie osiągnęli; nie przyniosły wolności ani walki po stronie cara, ani żadnego z cesarzy, nie pomogły zmiany polityki angielskiej, nie pomogli Francuzi, czy Turcy. XVIII, XIX i XX wiek nie obfitowały w dobre lata dla szlachetnych idealistów, nawet jeśli pisarze całego świata chętnie o takich pisali, a czytelnicy całego świata chętnie czytali o nich. W „Afgańskim Zeusie” pojawia się przeciwnik bardziej wyrazisty, określony. W drugiej z serii powieści jest i podły czarny charakter, prawdziwa szuja, zdradziecka i okrutna (także wobec kobiet), wróg zaistnieje także na poziomie organizacji, a nie tylko splątanych okoliczności politycznych. To dobrze zrobiło tej powieści, bohaterowie powieści przygodowych lepiej radzą sobie z konkretnym przeciwnikiem, a i czytelnikom łatwiej nienawidzić z nimi konkretnego łotra, niż okoliczności historii. Drugi tom przynosi i interesującą wypowiedź na temat Rosji, zdzierającą z carskiego imperium bajkową szatę, przypominającą o okrucieństwie i brutalności stojącymi za rubasznością, wesołością i bajecznym bogactwem imperium.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;„Bursztynowe królestwo” i „Afgański Zeus” to zatem sprawnie napisane powieści przygodowe, z „czymś więcej”. Co mi się w nich nie podobało? Niestety, w „Bursztynowym królestwie” zbyt widać zza literek wyszczerzone zęby autora. Gra z czytelnikiem w skojarzenia bywa sympatyczna, gorzej, gdy stanowi pretekst, by przywalić przy okazji komuś, za kim autor nie przepada. Wspominałem Ziemkiewicza? Wydaje mi się też, że „Afgański Zeus” to powieść spójniejsza od „Bursztynowego królestwa”, jakby autor dokładniej wymierzył w niej proporcje. W pierwszej części dylogii Lewandowski trochę się miota – chęć do upchnięcia w powieści jak największej ilości anegdotek i informacji, które zdobył przygotowując się do pisania powieści przeważa w nim, mam wrażenie, nad pisarską dyscyplina. Powieść bardzo na tym nie cierpli, jednak na tle „Afgańskiego Zeusa” widać, że mogłaby być lepsza. Może jest zbyt krótka jak na zamierzenia autora? Skaczemy w niej pomiędzy kilku wątkami, Lewandowski stara się też jak najwięcej opowiedzieć nam o opisywanym świecie, przybliżyć postawy bohaterów. „Afgański Zeus”, w którym trzech równorzędnych bohaterów i ich wątki zastąpił jednej, zapewne łatwiej było mu utrzymać spójność powieści.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Mimo niewątpliwej urody zakończenia „Afgańskiego Zeusa” poczułem jednak rozczarowanie nim. Ten świat zasługuje, w moim przekonaniu, na więcej. Tym bardziej, że zarysowano w powieści pewne wątki, które Lewandowski, jeśliby chciał, mógłby wykorzystać. Poniekąd nadal może, pytanie czy zechce. Ja bym się, prawdę mówiąc, nie obraził.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;„Diabłu ogarek” to zupełnie inna powieść. Niby znów historia Polski i pewien obraz naszego kraju, niby znów bohaterami są Lawendowscy, a jednak koncepcja świata mocno odbiega od tej z „Bursztynowego Królestwa” i „Afgańskiego Zeusa”. Swego czasu mówiło się, iż Konrad Lewandowski wyzywał innych polskich pisarzy na pojedynki literackie, ogłaszając iż napisze odpowiedzi na dokonania Komudy, czy Orbitowskiego (w tym przypadku chodzić miało, zdaje się, o „Popiela Armeńczyka”). Że pisarstwa Komudy Lewandowski nie ceni, to wiem, nie jestem natomiast pewien jaki jest jego stosunek do prozy Orbita. Można jednak uznać, że temat mistycznej historii Polski z „Popiela Armeńczyka” poruszył go i skłonił do napisania własnej wersji takiej historii. Przy czym, jeśli powieść „Diabłu ogarek” potraktować jako „odpowiedź” polskim autorom, to nie można nie wspomnieć o Sapkowskim, bo też bohater powieści Lewandowskiego to także wiedźmin, czego sam autor zresztą nie ukrywa – mamy cały opis przygotowywania się do walki ze „złym” poprzez zażywanie kolejnych eliksirów. Wygląda to jak igraszka z analogicznym opisem w pierwszym opowiadaniu o Wiedźminie i trudno mi uwierzyć, by Lewandowski umieścił ten opis przypadkowo. Na upartego znaleźć można w „Diabłu ogarek” i „Panią Jeziora”, musiałbym się jednak poważnie zastanowić, czy krzyżować szable o tę akurat hipotezę.&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-v7E0ofoPmHY/TxPxC5LcygI/AAAAAAAABck/APJmkPE-qXQ/s1600/do.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 229px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-v7E0ofoPmHY/TxPxC5LcygI/AAAAAAAABck/APJmkPE-qXQ/s320/do.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5698162985564686850" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Mamy więc polską szlachtę w okresie jej świetności, a tuż przed upadkiem – prawie jak u Komudy. Szlachcie żyjący w zgodzie z kosmosem i strzegący jego harmonii obserwują chaos, którym ogarnięta jest zachodnia Europa, spodziewając się, że zastuka on wkrótce i do ich drzwi. Na poziomie powieści przygodowej obserwujemy ciąg awantur – pojedynków, podchodów i zasadzek z potyczką w karczmie i zajazdem pełną gębą. Wzbogaca to koncepcja, która pod pewnym względem przypomina jedną z tez postawionych przez Komudę w „Bohunie” – z punktu widzenia Zachodu Polska może wydawać się nieco zacofana, wręcz śmieszna ze wszystkimi swoimi przesądami i przywiązaniem do tradycji, jednak można spojrzeć na Polskę także jako na kraj, w którym pamięta się i kultywuje tradycje, o których zachód już zapomniał. U Komudy to tylko chwile nostalgii i zadumy przybyłego z Francji bohatera odnajdującego nowy sens, u Lewandowskiego coś znacznie więcej. Bo u Lewadnowskiego rytuały pozostają żywe, nie są tylko „kultywowaniem tradycji”, ale orężem w walce z chaosem czyhającym na moment, w którym ludzkie słabości stworzą mu okazje do zburzenia ładu. Tak jak w „Sercu Zachodu” Powersa wiedeński browar, tak w „Diabłu ogarek”szlacheckie dwory i zaścianki strzegą naszego świata. Przy czym ta opowieść nie dobiegła jeszcze końca, „Diabłu ogarek” to pierwszy tom cyklu (być może, autor, o ile wiem, nie określił ile tomów napisze), zatem wiele się jeszcze może okazać. Nie będę wróżył z fusów analizując rzeczywistość powieści, bo Lewandowski może jeszcze wszystkim moim analizom zagrać na nosie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;KTL ma swoją opinię w fandomie, a ja wiem, że opinia ta sprawia, że niektórzy potencjalni czytelnicy omijają powieści autora, tak jak być może jego omijaliby szerokim łukiem na ulicy. Nie warto. „Bursztynowe królestwo”, „Afgański Zeus” i „Diabłu ogarek” nie są może arcywielkimi dziełami zdolnymi przedefiniować polski rynek literacki, niemniej to kawał dobrej literatury przygodowej z uzasadnionymi ambicjami na coś więcej. Lewandowski to fachura, posługuje się piórem sprawniej od większości znanych mi polskich autorów aspirujących do roli mistrzów literatury rozrywkowej, a do tego ma większe od nich ambicje. Napisał powieści pełne werwy, oparte na ciekawych pomysłach, zdecydowanie wychodzące poza sztampę. Lewandowski chce czegoś więcej od literatury rozrywkowej, a ja zdecydowanie chcę więcej literatury Lewandowskiego, czy prywatnie jego wypowiedzi w internecie wkurzają mnie, czy nie.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-9166991812619944347?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/9166991812619944347/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/01/176-lewandoskiada.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/9166991812619944347'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/9166991812619944347'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/01/176-lewandoskiada.html' title='176. lewandoskiada'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-3OGCQRDHfxs/TxPwv6Rm38I/AAAAAAAABcM/cHmb-wPSkvw/s72-c/buk.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2312666311259371586</id><published>2012-01-03T11:50:00.003+02:00</published><updated>2012-01-03T11:57:48.060+02:00</updated><title type='text'>175. Świat, którego moi rodzice nie widzą</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Przeczytałem na Polygamii następujące zdanie: „Skyrimomania zmiotła wszystko. Opowieści, filmiki, demoty zapchały internety i sprawiły, że nie musiałem nawet grać w najnowszą produkcję Bethesdy, aby wiedzieć, o co w niej chodzi. Nie dało się przed tym uciec.” („&lt;a href="http://polygamia.pl/Polygamia/1,123932,10901348,Osiem_rzeczy__ktore_zapamietam_z_2011_roku.html?bo=1"&gt;Osiem rzeczy, które zapamiętam z 2011 roku”&lt;/a&gt;).&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Otóż – dało się. Ba, nie trzeba było nawet uciekać, można było nie wiedzieć, że jest przed czym się chować.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Mam swoje miejsce w Skyrim. Stworzyłem postać twardziela, który w wykutej przez orków zbroi wędruje po świecie smoków i ludzi o twardych sercach i spojrzeniach. Powinienem zabijać smoki, takie jest podobno moje przeznaczenie, ale polubiłem te krwiożercze stworzenia. Zamiast siec je zaklętym mieczem wolę obserwować jak szybują, bo ich lot jest pełen gracji. Czasem odnoszę wrażenie, że popisują się wykonując pod chmurami rozmaite figury. Podobną do nich sympatią darzę konia – samotnika jak ja wędrującego drogami górzystej krainy. Jabłkowity (sprawdziłem w sieci, nie znam się na umaszczeniu koni) snuje się własnymi ścieżkami, które czasem przecinają się z moimi. Pozwala mi się dosiąść (gra nie odnotowuje kradzieży, jak w przypadku innych koni, których nie kupiłem), ale jeśli z niego zsiądę porzuci mnie i zawróci by odnaleźć ścieżkę, z której go zabrałem. Bywało, że atakował bandytów, z którymi walczyłem, bywało, że to ja spieszyłem mu z pomocą, bo to charakternik potrafiący samotnie przypuścić szturm fort pełen zbrojnych (wspominałem, że to świat pełen twardzieli? W sieci można znaleźć filmik o niewielkim krabie błotnym z zapałem atakującym smoka, który odważył się naruszyć jego terytorium). Skyrim zaludnia wiele postaci, ale do żadnej z nich nie przywiązałem się tak jak do niego. Może dlatego, że się jeszcze nie ożeniłem? Jest pewna niebrzydka dziewczyna w Białej Grani marząca o karierze kupieckiej. Kobiety w Skyrim są równie twarde i posępne jak mężczyźni; wiedzą, że życie trwa krótko i jest pełne wyzwań. Nie szukają miłości, lecz mężczyzny, na którym mogłyby polegać. Śluby załatwia się szybko. Mam też ochroniarza przyznanego mi przez pana grodu. Choć jednak polubiłem Lydię i obdarowuję ją coraz doskonalszymi pancerzami i bronią, które chyba woli od kwiatów i biżuterii, moja dziewczyna – ochroniarz nie ma tej wolności i dzikości, co wędrujący własnymi ścieżkami Jabłkowity. Lydia nie odstępuje mnie o krok, chyba, że poproszę, by poczekała na mnie w domu (a tak, kupiłem dom). Jabłkowity ma gdzieś moje cele i polecenia, choć czasem mnie słucha. Dysponuje własną wolą i celami.&lt;br /&gt;Uczę się wykuwać pancerze, bo chciałbym umieć zrobić sobie zbroję ze smoczej łuski (kilka smoków jednak zabiłem, te, które mnie zaatakowały). Czasem bawię się alchemią mieszając na ślepo różne składniki i patrząc co mi wyjdzie. Zgromadziłem tyle książek, że nie mieszczą mi się na półkach biblioteczki. A nie zdążyłem nawet wszystkich przeczytać. Naprawdę nieźle strzelam z łuku, wciąż boję się białych niedźwiedzi wędrujących parami, bo kiedyś taka parka spuściła mi niezły łomot. A, prawda, zostałem wilkołakiem, przez co nie wysypiam się porządnie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wielu moich znajomych nie traci czasu na gry, oni nie doświadczą więc Skyrim – nie spotkają Lydii, Jabłkowitego, nie spędzą pijackiej nocy z demonem, nie dotrą do posępnego klasztoru smoczych mnichów na szczycie pokrytej śniegiem i lodem góry (tej zimy Skyrim to jedyne miejsce, w którym mogę pobiegać po śniegu). Może nie wiedzą co oznacza FUS RO DAH, które zasypało internet, niemniej od odwiedzenia tej mroźnej krainy dzieli ich jeden gest, chwila. Mogliby w każdej chwili przekroczyć magiczne wrota i znaleźć się w krainie twardych ludzi, smoków, niedźwiedzi i demonów.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Moi rodzice natomiast nie odnaleźliby nawet tych wrót. Komputer nie jest im obcy, korzystają też, jedno rzadziej, drugie częściej, z internetu. Mama stawia pasjanse na laptopie, nie obce są jej majong, „kulki” a nawet „dyna blaster”. Ale drzwi do Skyrim i wielu, wielu innych światów pozostaną dla niej niewidoczne. Istnieje bowiem sposób postrzegania świata, który wyklucza ujrzenie pewnych jego aspektów.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jeśli pogrzebałbym w sieci, znalazłbym szereg naukowych wyjaśnień na to. Jedne skupiałyby się na przekształceniach mózgu, jakim podlega w wyniku posługiwania się komputerem i dalej – internetem i grami. Inne opierałyby się na barierach psychologicznych, jeszcze inne na społecznych. Może byłyby i jakieś, których nie jestem w stanie sobie wyobrazić. To nieistotne, nie w tej chwili. Co mnie ( w tym przypadku) obchodzą naukowe wyjaśnienia?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nie stajemy się przez to sobie bardziej obcy. Oni zdają sobie sprawę z mojej słabości i patrzą na nią z politowaniem. Ja zdaję sobie sprawę z ich słabości i myślę o niej z czułością. Wszyscy trochę się mylimy, a trochę mamy rację. Istnieje wiele innych, poważniejszych barier, które oddalają nas od siebie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jest inny problem.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wiem, że za kilka, kilkanaście lat nie zauważę jakiegoś elementu świata, albo może nawet całego świata. Może nie będę w stanie go dostrzec, może nie będzie mnie on obchodzić. Ta świadomość przyprawia mnie o drżenie; boję się tej nieuniknionej ślepoty, kiedy świat mnie wyprzedzi, rozrośnie się w obcym kierunku.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2312666311259371586?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2312666311259371586/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/01/175-swiat-ktorego-moi-rodzice-nie-widza.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2312666311259371586'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2312666311259371586'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2012/01/175-swiat-ktorego-moi-rodzice-nie-widza.html' title='175. Świat, którego moi rodzice nie widzą'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1836305848407394294</id><published>2011-12-29T20:41:00.002+02:00</published><updated>2011-12-29T20:44:28.976+02:00</updated><title type='text'>174. króciak jutubowy</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Nieniejsza notatka nadaje się raczej na G+, ale nie wszyscy tam bywają&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Pani przyuważona &lt;a href="http://youtu.be/8UVNT4wvIGY"&gt;tutaj&lt;/a&gt; (pojawia się mniej więcej po dwóch minutach i dwudziestu sześciu sekundach) sama śpiewa &lt;a href="http://youtu.be/yHV04eSGzAA"&gt;tutaj&lt;/a&gt;. Fajnie śpiewa.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1836305848407394294?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1836305848407394294/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/12/174-krociak-jutubowy.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1836305848407394294'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1836305848407394294'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/12/174-krociak-jutubowy.html' title='174. króciak jutubowy'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-5206085914191288980</id><published>2011-12-19T10:44:00.012+02:00</published><updated>2011-12-19T11:25:19.395+02:00</updated><title type='text'>173. Gdzie te kobietyyyy?</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-MM5PRc-i7wU/Tu7-868n4GI/AAAAAAAABbY/_OqiRjOvo8I/s1600/doctor.png"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 181px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-MM5PRc-i7wU/Tu7-868n4GI/AAAAAAAABbY/_OqiRjOvo8I/s320/doctor.png" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5687763701984649314" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Patriarchat ledwie dyszy. Oczywiście, w bardziej zacofanych cywilizacyjnie krajach, takich jak Polska czy Arabia Saudyjska wciąż jeszcze kobiety nie zdobyły pełni przysługujących im praw, jednak tak naprawdę kulturowo zostaliśmy już wszyscy przemodelowani, już wiemy, że czas rządów mężczyzn minął, że teraz wielkimi krokami zbliża się matriarchalny raj ery wodnika. O ile nie zatopi nas woda z rozpuszczających się lodowców, rzecz jasna, albo nie zjedzą nas bogowie Majów.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;O ile efekty globalnego ocieplenia, zmiany biegunów i nadchodzącej epoki lodowcowej oraz proroctwa Majów są w wytworach kultury popularnej widoczne bardzo dobrze, o tyle ze zdobyczami feminizmu, wbrew pozorom już tak dobrze nie ma. Idąc dziś do pracy nie mogłem szowinistycznie cieszyć wzroku mijającymi mnie zgrabnymi kobietami nie dlatego, że mój mózg buntował się przeciw tak wstrętnemu postępowaniu, ale dlatego, że większość pań kiepsko znosi niskie temperatury, toteż najzgrabniejsze nawet sylwetki zasłaniały doszczętnie długie płaszcze, wielgachne czapy i szerokie szaliki. Nie mogąc oddawać się wzrokowym rozkoszom, zacząłem myśleć i zastanawiać nad ciekawymi kobiecymi postaciami w wytworach kultury popularnej, czyli tej, która dociera do największej ilości ludzi i wpływa na kształtowanie ich poglądów.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Za autora, któremu udało się stworzyć ciekawe postaci kobiece uchodzi Martin. Czy to prawda? Z ważnych postaci dwie – Cersei Lannister i Catelyn Stark da się sprowadzić do nosicielek obsesji. Jedna i druga gotowe są obrócić świat w perzynę (i właściwie dokładnie to robią) w imię macierzyńskiej miłości. Oryginalność Martina polegałaby więc na tym, że porwał się na ukazanie mrocznej strony macierzyństwa. To rzeczywiście coś nowego w fantasy. Kłopot w tym, że obie bohaterki stają się silnymi kobietami niesione tą samą potęgą, która napędzała legiony literackich matek przed nimi. O Cersei można jeszcze powiedzieć, że przepełnia ją pragnienie władzy, podobnie jak naszą bliską znajomą – Balladynę. Tyle, że Balladyna była o tyle nowocześniejsza od Cersei, że pożądała władzy dla siebie, nie dla jakiegoś męskiego potomka (phi!). Bardziej wyzwoloną kobietą jest u Martina Daenerys ciągle zmagająca się z dominującymi mężczyznami. Sama wyzwolona spod władzy brata wyzwala każdego w zasięgu wzroku, na dobre i na złe. Daenerys, niczym pradawna bogini, jest matką bestii. Do tego mimowolnie, a wręcz wbrew swej woli, wiedzie do zguby każdego mężczyznę, z którym się wiąże. Czy aby nie jest blondynką? Wygląda na to, że Martin powiązał mity z czarnym kryminałem, opisał Tiamat jako fatalną platynową blond piękność. Jak bohaterki Chandlera, Daenerys posiada nad mężczyznami tajemniczą władzę, a jej miłość sprowadza na nich śmierć. Krótko mówiąc – postać fajna, ale nic nowego.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Inny autor popularnego cyklu fantasy - Robert Jordan nie bawił się w półśrodki i po prostu opisał świat matriarchatu. Ponieważ ściągał skąd się dało, jego kobiety to, co do jednej, siostry Bene Gesserit, czasem udające wojowniczki Fremenów a czasem zuchwałe łotrzyce, wpadające w ramiona potężnego kowala, by uwieść go i opętać. Kobiety Jordana wiedzą, że są mądrzejsze od swoich „wełnianogłowych” mężów, są też od nich znacznie potężniejsze (mężczyźni nie potrafią posługiwać się magią, przeważnie nie pełnią też funkcji władców). W tym świecie istnieje jeden wyjątek – Smok Odrodzony, nadmag silniejszy od każdej kobiety i otaczający się rodzajem haremu. Choć więc Jordan odmalował cudny świat matriarchatu, uważał też najwyraźniej, że wystarczy jeden supersamiec, by cały ten matriarchat natychmiast się posypał. W tej sytuacji pozostaje skreślić cykl Jordana z listy odmienionej, nowoczesnej literatury.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Podobnie jest i w naszej literaturze fantasy. Niby Sapkowski jest pierwszym feministą fantastycznej Rzeczypospolitej, jednak jego Wiedźmin robi z czarownicami to samo, co Smok Odrodzony u Jordana. Ziemiański wciela kobiety do armii, ale tylko po to, by mogły poużywać sobie w strojach sado maso. Kobiety Kresa potrafią być ostre, potrafią być okrutne, potrafią być niezrównanymi wojowniczkami i wszystkie, koniec końców, popadają od tego w frustrację.&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-1B19vzGhL98/Tu8BGAtK-uI/AAAAAAAABbw/alJuRvTwfZU/s1600/500full-margaret-rutherford.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 256px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-1B19vzGhL98/Tu8BGAtK-uI/AAAAAAAABbw/alJuRvTwfZU/s320/500full-margaret-rutherford.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5687766057172531938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czy inny rodzaj literatury może ukazywać kobiety odmiennie, nowocześnie? Czy znalazła się kobieta, która zastąpiłaby Sherlocka Holmesa? U minionych herosów kryminału – MacLeana, Forsytha, Ludluma czy Higginsa (z popularnych u nas autorów) kobiety pełniły role wyłącznie tła, ślicznego uzupełnienie dla herosów. Nie zmienił tego Grisham. A Deaver, Coben, Ellroy czy Akunin? U Deavera trafiają się mocne kobiety, przy czym zwykle są to albo uczennice doświadczonego mężczyzny – mistrza, albo ofiary, które odnajdują w sobie siłę, by dokonać zemsty. Ellroy pozostaje wierny zasadom czarnego kryminału, pozostali także wola trzymać się kanonicznych wykładni. Pojawiają się wprawdzie postacie kobiece kreowane przez pisarki, żadna z nich jednak nie zrobiła kariery porównywalnej z dokonaniami tej skromnej tytanki, Panny Marple. Podkreślę, gdyby ktoś przegapił – PANNY. Jakby Christie znała obyczaje bałkańskich wiosek, w których kobieta mogła przejąć męską rolę w społeczności, wszakże wyłącznie pod warunkiem wyrzeczenia się jakichkolwiek aspektów żeńskich. Choć najprawdopodobniej królowa kryminału zdawała sobie po prostu sprawę, że prawdziwy detektyw powinien być samotny.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wydaje się, że inaczej niż w literaturze popularnej, jest w filmie. Każdy może podać przykład filmowych heroin machających mieczami, pokonujących kopniakami całe armie mężczyzn, albo strzelających z każdego rodzaju broni. Jednym z pierwszych wyraźnych przejawów, że coś się w kinie akcji zmienia były „Prawdziwe Kłamstwa”, gdzie symbol testosteronu – Arnold musiał, na równych prawach, koniec końców, dopuścić to typowo męskiej brudnej roboty swoją żonę. Choć i Arnold i Bruce i Sylwester jeszcze potem ratowali świat, to coraz częściej wyręczały ich w tym kobiety. Nikogo nie dziwi, że Angelina może lać po pysku Brada Pitta, albo zabijać Daniela Olbrychskiego, to nie jedyne symbole męskiej siły kończące pod babskim obcasem. Nawet Bruce Willis dał się zabić Demi Moore (możliwe, że był to jeden z warunków ugody rozwodowej). W laniu po gębach i strzelaninach nastąpiło prawdziwe równouprawnienie. Przypomnę jednak, że nie nad tym się zastanawiam. Dla mnie ważne jest co innego – czy w tym zalewie superbohaterek pojawiła się jakaś naprawdę interesująca, istotna kobieca postać? Czy może jest raczej tak, że część herosów ubrała sukienki (a raczej gorsety i podwiązki), ale poza tym nic się nie zmieniło? Być może fakt, że Ashley Judd trenuje sztuki walki, Angelina strzela z każdego rodzaju broni, a Żmuda Trzebiatowska w najgorszym filmie w historii kina jest „twardą gliniarą” czyni te postacie silniejszymi. Ale czy bardziej interesującymi? Dla przykładu – niewielu twórców kina zrobiło tyle, by „umocnić” kobiece postaci, co Tarantino. Cóż z tego, gdy do spółki z Rodriguezem nie wychodzą poza tworzenie kolejnych fetyszystowskich hymnów? Jakby wytyczali szlaki dla twórców gier video. W grach też kobiece bohaterki niemal wypierają mężczyzn. Cóż z tego, gdy w większości przypadków są to odziane (skąpo) w lateks seksbomby o biustach rzucających wyzwanie grawitacji i wyobraźni nastolatków? Zrobione wedle takich wzorców bohaterki nie stają się ciekawymi postaciami, czy wsadzimy im w ręce katany, czy magnum. Zamiast lekko maskować żądze (najseksowniejsze kobiety są w powieściach i ekranizacjach Chandlera i basta, ze szczególnym uwzględnienien wcielenia marzenia każdego mola książkowego – sprzedawczyni w księgarni z „Głębokiego Snu”) (tubka nie chce, żebyście oglądnęli fragment u mnie, wklejam więc zdjęcie niżej, a sam filmik możecie zobaczyć &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=Sqoxk3SrZRw&amp;feature=player_embedded"&gt;tutaj&lt;/a&gt;), po prostu rozplakatowaliśmy nasze żądze i wcisnęliśmy im w ręce symbole falliczne, żeby siały z nich zniszczenie. Owszem, każdy z nas był kiedyś nastolatkiem, każdy więc ma za sobą marzenie z taką kobietą w roli głównej. Ale czy to czyni je interesującymi postaciami?&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-brqdoBMoc9I/Tu8B2TteJII/AAAAAAAABb8/eo3Tbt_1ruw/s1600/malone.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 192px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-brqdoBMoc9I/Tu8B2TteJII/AAAAAAAABb8/eo3Tbt_1ruw/s320/malone.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5687766886907782274" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na ratunek przychodzą popświatu ci cholerni Angole. Dziewczyny w Skins czy Misfits są rzeczywiście ciekawymi postaciami, bywają silne, bywają słabe; jak wszystkie postaci popkultury kreuje je umowność, jednak są przy tym wszystkim ludzkie i kobiece. Nawet Doctor Who po serii towarzyszek, w których nie można się nie zakochać, spotkał Donnę Noble (to ta na zdjęciu na samej górze notki). Amerykanie zepsuli już Skins, czytałem, że postanowili teraz zepsuć i Misfits. Zmasakrują więc jedne z nielicznych naprawdę ciekawych postaci kobiecych w popkulturze. Na szczęcie nic (prócz tej przeklętej ciekawości) nie każe mi oglądać tamtych zbrodniczych dokonań.&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-bIvdEIqswTo/Tu7_p9_RZgI/AAAAAAAABbk/PchFz4U-3Y4/s1600/fokin2.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-bIvdEIqswTo/Tu7_p9_RZgI/AAAAAAAABbk/PchFz4U-3Y4/s320/fokin2.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5687764475895178754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p align="justify"&gt;Podejrzewam, że paradoksalnie, ciekawie może na tle całej reszty pulpy wyglądać mroczna literatura młodzieżowa. Czytałem, że feministki sarkają na bohaterkę Zmierzchu, że wychodzi za mąż i rodzi dziecko, co nie przystoi nowoczesnej wampirzycy, jakby patriarchat nie był szczególnie przypisany właśnie do społeczeństw wampirów, w których dominujące samce podporządkowują sobie samice aktem seksualnym. Bella kocha się w swoim błyszczącym wampirze (to jest dopiero patent – facet i pierścionek zaręczynowy w jednym) i za nic ma, jak się okazuje, owoce feministycznego trudu. Już to samo czyni ją oryginalną na tle wyzwolonych supersamic w lateksach. A co z innymi nastolatkami zakochanymi w demonach? Mogę się tylko domyślać, zapewne większość z nich to klony już sprawdzonych postaci. Przeglądnąłem jednak kilka powieści młodzieżowych o wampirzycach, demonicach, sukkubach i im podobnych. Zdaje się, że ich bohaterki starają się być – jak przystoi nastolatkom stworzonym w mimo wszystko konserwatywnych miejscami Usach – równocześnie silne i po dziewczęcemu kobiece. Czy oznacza to, że w popkulturze pozalateksowa kobiecość przetrwała wyłącznie w pulpie dla nastolatek (no i w Anglii, ale o tym Usańcy się nie dowiedzą, bo nakręcą własne wersji)? Oczywiście – znów trudno pisać tu o naprawdę interesujących postaciach. Może Bella jest ciekawa dlatego, że „niedzisiejsza”. Może symbolem prawdziwego zwycięstwa feminizmu jest Sookie Stackhouse z serialu „True blood” (wiem, że to bohaterka cyklu powieści, jednak mimo najszczerszych chęci, nawet na potrzeby tego wpisu, nie zdołałem pokonać więcej niż kilku stron pierwszego tomu). Sookie nie jest szczególnie piękna (w książce akurat – tyle doczytałem – blask jej urody oszałamia), z logiką pod każdą postacią mija się szerokim łukiem, a jej kobiecość to zbiór wad wyśnionych w koszmarach każdego normalnego faceta. Jest przy tym niezależna, silna i kochają się w niej wszyscy męscy bohaterowie serialu, nawet jeśli nigdy nie wiedzą o co jej chodzi. Na ile się orientuję Sookie stała się najbardziej denerwująca widzów postacią w historii telewizji, a to znaczy, że dziewczyna zdecydowanie ma coś w sobie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;O czym to wszystko świadczy? Czy jedynymi nieszablonowymi kobiecymi postaciami w popkulturze są ogarnięte obsesją socjopatyczne matki, przy których Glenn Close z „Fatalnego zauroczenia” to milusi pupilek, nastolatki, które przegapiły, że epoka wiktoriańska minęła już jakiś czas temu i zacięte w tępocie idiotki zawsze stawiające na swoim? Czy jedyny ratunek może przynieść „fokin roket sajntist” z brytyjskich seriali?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Oczywiście, że nie. Od czasu do czasu, nawet w amerykańskim kinie i nawet w fantasy, trafia się ciekawa kobieca postać. Jak na przemiany w kulturze jest ich jednak niewiele. A ja wciąż nie mogę znaleźć takiej, która zrobiłaby na mnie choć pół tego wrażenia, jakie Dorothy Malone zrobiła na Bogarcie w „Big Sleep”. Chciałbym też móc zawołać, jak on „heeloooł” (to za drugim razem) do jakiejś fikcyjnej kobiecej postaci. Nie sprawi tego ani Salt, ani Sookie ani Achaja.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-5206085914191288980?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/5206085914191288980/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/12/173-gdzie-te-kobietyyyy.html#comment-form' title='Komentarze (19)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5206085914191288980'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5206085914191288980'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/12/173-gdzie-te-kobietyyyy.html' title='173. Gdzie te kobietyyyy?'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-MM5PRc-i7wU/Tu7-868n4GI/AAAAAAAABbY/_OqiRjOvo8I/s72-c/doctor.png' height='72' width='72'/><thr:total>19</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-6109835804749560812</id><published>2011-12-05T09:43:00.004+02:00</published><updated>2011-12-05T10:33:55.487+02:00</updated><title type='text'>172. Kłopoty z Szostakiem</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Wit Szostak napisał powieść, z którą mam problem. Potężny, ciężki &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-Zb4S4vD7F_E/TtyBswwB5AI/AAAAAAAABa8/QxZCLtBWBo4/s1600/dumanowski.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 142px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-Zb4S4vD7F_E/TtyBswwB5AI/AAAAAAAABa8/QxZCLtBWBo4/s200/dumanowski.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5682559435835302914" /&gt;&lt;/a&gt;do uniesienia problem. Otóż powieść ta nadzwyczaj mi się podoba i zgadzam się z wszystkimi, którzy wołają, że jest to właśnie ta powieść, która mogłaby Szostaka wypromować, przez którą świat powinien wreszcie dostrzec szostakowe pióro. Nie zgadzam się z okrzykiem: "jeśli nie teraz, to kiedy?", bo popełniając premedytację optymizmu chcę odpowiedzieć: "jeśli nie teraz, to przy innej okazji". Mimo to chciałbym aby świat dostrzegł Szostaka właśnie teraz. A piszę to nie dlatego, że lubię Szostaka, ale dlatego, że lubię świat. Świat powinien mieć to szczęście i dostrzec Szostaka teraz. Teraz - to znaczy najszybciej, jak to obecnie możliwe. Ta gapa, świat, przepuściła już zbyt wiele okazji.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wspominałem, że mam z powieścią "Dumanowski" problem?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Otóż nie wiem jak o "Dumanowskim" napisać. Jak tylko dostałem go swoje ręce zadzwoniłem do Parowskiego rezerwując sobie miejsce na recenzję do CzF. Zdawałem sobie sprawę, że będzie trzeba napisać ją nieco inaczej niż na bloga. Nic to - miałem już wstępny pomysł na blogową notkę. I nie napisałem jej, bo wciąż nie wiedziałem jak. Dziś zebrałem się, by wpis popełnić i... &lt;a href="http://tenodteledysku.blox.pl/2011/11/abrakadabra.html"&gt;odkryłem, że kto inny, nie wiedząc nawet najpewniej, że pisał o "Dumanowskim", już to za mnie napisał&lt;/a&gt;. Jak tu, cholera, żyć w świecie, w którym pisze tyle milionów ludzi, że cokolwiek by człowiek nie wymyślił, ktoś inny już to za niego napisał?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;"Każdy ma inne, własne miasto" - powiedział kiedyś Szostak. I wyjaśnił, że kiedy idzie ulicą, to mija ludzi, ale każdy z tych ludzi wędruje po innym, własnym mieście. Mówił o tym w kontekście "Chochołów", ale przecież pisząc "Dumanowskiego" nie opuścił tej swojskości, którą tworzone są jego kolejne powieści. Każdy z nas ma swoje własne miasto, ale każdy z nas ma swoją własną historię, której nikt, nawet my, nie zna do końca. Józafat Dumanowski to szczęściarz, bo może przeglądać się w biografiach, które o nim piszą i biografiach, które o nim opowiadają. I może trochę się przy nich uśmiechać, ale może i trochę się ich bać. Bo kiedy słucham, jak ktoś opowiada coś o mnie, to sam już czasem nie wiem, czy to się zdarzyło, czy tak się zdarzyło, czy to na pewno ja. Chciałoby się napisać, że Dumanowski to Kraków albo Polska w pigułce, że Szostak ubrał całą naszą duszę w anegdoty i opisał ją trafniej niż sążniste tomy biografii. I jestem pewien, że wielu tak właśnie napisze, a pewni już napisało. I wcale niewykluczone, że i sam to wyklawiaturzę do poważnej recenzji. Ale tu i teraz, na potrzeby blogowej notki, przyjmę, że Szostak napisał o mnie. I o sobie - co mu będę żałował - też. I o Was.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dumanowski patrzy na siebie w sposób jeszcze mi niedostępny - jako starzec dziwujący się własnemu życiu. Trochę to rozumiem - też czasem patrzę na obcego mi prawie dzieciaka i z trudem mogę uwierzyć, że to ja (to nie ja) choć wmawiają mi to zdjęcia, krewni i notatki w dzienniczkach uwag. Dumanowski ma trudniej, bo więcej przeżył i więcej ludzi o nim mówi. Niemniej mogę doświadczyć tego ciągłego zdumienia. Tu przerwę, bo wchodzę na tereny poważnej recenzji i jeśli napiszę zbyt dużo, nie będę miał co napisać gdzie indziej.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dysponowałem i innym tropem. Wymyśliłem sobie, mianowicie, że Szostakowi udało się to, czego nie dokonali inni polscy pisarze, czy chcieli tego rzeczywiście, czy nie. Wymyśliłem, że Szostak napisał nareszcie polskiego Szwejka. Stworzył postać, która kumuluje wszystko to, co myślimy i czujemy o narodowych bohaterach, czy ich cenimy w patriotycznych porywach, czy wbijamy im szpile w tradycyjnych odruchach. Szwejk postawiony wobec historii radzi sobie z nią tak, jak sądzimy, że radzą sobie z nią Czesi. Dumanowski w tej samej sytuacji to kwintesencja Polaka zawsze rozsnuwającego wizje o tym, co zaraz zrobi i dlaczego jego czyn będzie wielki i wzniosły. Ponieważ akcja powieści toczy się w Krakowie, Szostakowi łatwiej może napisać jak najczęściej kończą się takie deklaracje. Dumanowski chce i planuje. Ale wszystko, co w rzeczywistości mu się udaje, udaje mu się przypadkiem, udaje mu się dlatego, że niespodziewanie stał się centrum mechanizmu mitu. Takie rzeczy dzieją się w Krakowie i w Polsce, ale nie pamiętamy o nich. Bardzo starannie nie pamiętamy. Czy to źle? Bynajmniej. Jeśli przyglądniemy się światu, łatwo dostrzeżemy, że to, co wymyślone jest w nim ważniejsze od tego, co naprawdę się stało. Wydaje nam się, że żyjemy w realności i tęsknimy do Nibylandii. To prawda. Ale naprawdę jest i dokładnie na odwrót.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Błądzę, mieszam interpretacje i mnożę dywagacje. Właśnie tak mam z nową powieścią Szostaka. Co chwila inne odczytanie jej przychodzi mi do głowy, ale prowadzi mnie jeszcze do innego odczytania. Widzę w niej i siebie i Was i symbole i pierwszego polskiego udanego Szwejka, którego przecież, jak Dumanowskiego, też otaczał rój opowieści, których prawdziwości nie możemy być pewni. Powieść o Szwejku urywa się w momencie, w którym świat mówi: "sprawdzam", w którym więcej zaczarowywać świata się nie da, w którym za chwile zaczną bohaterom koło uszu świstać kule. "Dumanowski" podobnie kończy się na chwilę przed tym, jak rozpocznie się nowy świat i nowa jego narracja. A w każdym razie powinny. Bo tak naprawdę, i to też napisał Szostak, to wciąż jest kraj dla starych legend.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-6109835804749560812?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/6109835804749560812/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/12/172-kopoty-z-szostakiem.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6109835804749560812'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6109835804749560812'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/12/172-kopoty-z-szostakiem.html' title='172. Kłopoty z Szostakiem'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-Zb4S4vD7F_E/TtyBswwB5AI/AAAAAAAABa8/QxZCLtBWBo4/s72-c/dumanowski.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-648938548034562500</id><published>2011-12-01T15:10:00.006+02:00</published><updated>2011-12-02T10:58:12.825+02:00</updated><title type='text'>171. Staruszek Funky i inni siwowłosi</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;W ostatniej chwili załapałem się na przecenę, która umożliwiła mi przerwanie długiego komiksowego postu. Kupiłem same kontynuacje - Thorgala, Ligę Niezwykłych Dżentelmenów (1969) i czwartą część Funky Kovala&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;O jak ja się broniłem przed tym Kovalem! NF nie kupuję, chyba że "po znajomości" (czyli kiedy publikują opowiadanie jakiegoś znajomego), nie czytałem więc komiksu w odcinkach. Dzięki temu, gdy dopadało mnie pytanie: "co o nowym Funkym sądzę?" uciekałem w wykręt, że czekam na wydanie całości. Wydawca nie miał dla mnie litości i całość wydał w końcu a ja zapoznałem się z czwartą częścią przygód kosmicznego detektywa, choć bałem się tego bardziej niż recenzji z pierwszego opowiadania wysłanego z nadzieją na druk.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Parowski i Polch porwali się z długopisami na słońce. Nie dość, że wrócili do komiksu po paru dobrych latach, kiedy starzy fani stracili już nadzieję, a potencjalni nowi mogli Funky Kovala zwyczajnie nie pamiętać, to jeszcze postanowili wpisać w komiks naszą współczesność, przez co świat Funky'ego uległ kilku zmianom. Na przykład pojawił się w nim internet.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jedna z odsłon serii nosiła tytuł "Bez oddechu". Tak należałoby nazwać właśnie tę, czwartą część. We "Wrogim przejęciu" akcja gna na złamanie karku i ani bohaterowie komiksu ani czytelnik nie mają chwili wytchnienia. A taka bardzo by się przydała, bo w komiksie dzieje się tak wiele, że wydarzeń wystarczyłoby dla kilku innych komiksów. Sądzę, komiks zyskałby, gdyby podzielić go przynajmniej na dwie części. Po prostu trudno nadążyć za kolejnymi przemianami bohaterów, tym bardziej, że część wydarzeń ma miejsce w realu, część w sieci, a część tylko się komuś wydaje. Wszystkie te trzy rzeczywistości mieszają się ze sobą, bohaterowie przechodzą przemiany wewnętrzne i zewnętrzne. Układ sił potrafi się zmienić w ciągu jednego - dwóch kadrów. Wszystko to potęguje wrażenie chaosu, podejrzewam, że zamierzonego przez twórców, ale kłopotliwego dla czytelnika. Szczęście, że Funky, pod każdą postacią, pozostaje sobą i działa jak zwykle - wedle własnego rozeznania i busoli moralnej, gwałtownie i awanturniczo.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Niestety, w pośpiechu zbyt wiele ginie. Np. w powszechnym użyciu są w tym świecie klony. Jeden z bohaterów stwierdza, że "klon to dla niego śmierć". Dlaczego? Czym szczególnym charakteryzują się w tym świecie klony, by musiało paść takie stwierdzenie? Nie wiadomo. Może to tylko westchnienie do "starych dobrych czasów", kiedy klonów nie było? Znika też zupełnie miss Lilly, choć pojawia się na momencik jej klon. Koval nie jest nim zupełnie zainteresowany, prawdopodobnie dlatego, że brakuje mu czasu na cokolwiek, poza prowadzeniem wielowątkowej wojny. Znikają nam w efekcie wszystkie słabostki Kovala zmienionego tu w boga wojny i zemsty.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Parowski zmienił styl snucia historii, a Polch jej rysowania. W umieszczonym w tomie wywiadzie tłumaczy tę zmianę sensownie, może nawet satysfakcjonująco. Kłopot w tym, ze to kolejna gwałtowna zmiana spadająca na i tak już skołowanego czytelnika. Potęguje ona dodatkowo wrażenie wyobcowania i zagubienia.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W nowym Kovalu jest wszystko - cyberpunk, podstępna wojna z obcą cywilizacją, która idąc na łatwiznę woli pasożytować na naszych słabościach, niż wspólnie z nami rozgrywać zalety; pojawia się nieco mistyki, sporo komentarza do współczesnej nam rzeczywistości, możliwe nawet, że przebłyskuje przez całość zatroskana twarz Parowskiego, nie do końca zadowolonego z kształtu, jaki przybiera współczesny świat. I cieszę się, że wszystko to jest. Tylko czemu upchnięto tak wiele materiału na tak ciasnej przestrzeni? Co chwila łapałem się na tym, że jeszcze nie do końca zrozumiałem co działo się na poprzednim kadrze, a już kolejny kompletnie wywracał rzeczywistość. Odnosiłem wrażenie, że obcuję raczej ze szkicem komiksu, niż ze skończonym dziełem.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Możliwe, że przez to, co się ostatnio na blogach dzieje, zacząłem się zastanawiać, czyżeśmy się wszyscy nie zderzyli w czwartej części komiksu z jakąś ścianą pokoleniową. &lt;a href="http://www.dziennikpolski24.pl/pl/aktualnosci/kultura/1193387-lem-sredni.html"&gt;Oramus posarkał na to nowe pokolenie recenzując bezwzględnie "Głos Lema&lt;/a&gt;" w Dzienniku Polskim. &lt;a href="http://www.blog.podrzucki.eu/?p=201"&gt;Odpowiedział mu na blogu Wawrzyniec Podrzucki&lt;/a&gt;, długo rozpatrując kwestię zderzania się pokoleń. I jakby temat krążył w powietrzu, na ten sam temat, choć z zupełnie innej okazji &lt;a href="http://www.sedenko.pl/?p=3108"&gt;napisał na blogu Sedeńko&lt;/a&gt;. Zainfekowały mnie ich rozważania i sam zacząłem się zastanawiać, czy te wszystkie pokoleniowe kryzysy nie miały wpływu na moje odczytanie Kovala.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Chyba nie. Niezbyt wierzę w determinację pokoleniową. Kiedy miałem dwanaście lat czytałem tę samą fantastykę, którą czytał starszy ode mnie Parowski, bo ukazywało się jej w Polsce tak niewiele, że wszyscy czytali to samo. Owszem, czytałem owo "to samo" inaczej, oczami i sercem dzieciaka, co to większość doświadczeń opierał na kontaktach z kolegami w krótkich spodenkach. Ale - choć odmiennie - kształtowały nas te same lektury. A czy różni się ode mnie młodszy dekadę, albo i więcej Ziuta, który pewnie zaczytywał się Lemem ledwie wypełzł z kołyski, jak ja się nim zaczytywałem też dopiero co uwalniając się z pieluch? Mogły sobie mijać lata, ale łączą nas (i innych) doświadczenia czasu indywidualnego. W krótkich spodenkach obaj czytaliśmy Lema, co z tego, że w odległości lat dziesięciu, albo i więcej.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Oramus myli się więc, jak sądzę. Pokolenia nie mają nic do rzeczy, to jedynie jego prywatny zegar tika osobnym, własnym rytmem odrywającym go od częstotliwości myśli i postrzegań wielu innych ludzi. Czy taka samotność mogła być i moim udziałem, gdy czytałem "Wrogie przejęcie"? I znów - chyba nie. Starzy fani Kovala, z którymi rozmawiałem, zdradzali podobne do mojego zagubienie wobec tego komiksu. Może więc zagubili się jego twórcy? Ale jak to możliwe? Dyć piłem piwo z Parowskim ledwie parę miesięcy temu i nie sprawiał wrażenia człowieka, który oddalił się od świata.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jak ja uciekałem od lektury nowego Funky'ego, tak, mam wrażenie, Parowski uciekał do starego Funky Kovala. Napisałem, że Funky się nie zmienił w czwartej części i to prawda. Zmienił się natomiast sposób opowiadania o nim. Że Funky pozostał sobą mimo to, oznacza to, że okazał się silniejszy nawet od swych twórców. To godne podziwu dokonanie Parowskiego, Polcha i Rodka - udało im się powołać do życia bohatera zdolnego im samym zagrać na nosie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Powymądrzałem się, a mam wrażenie, że największym problemem tego komiksu jest jego stanowczo zbyt mała długość. Twórcy może zachłysnęli się zmianami świata, może chcieli powiedzieć zbyt wiele, a dostali na to zbyt mało miejsca. Nie wiem. Wyszedł im komiks zagadka, komiks nadto rozpędzony, nadto skrótowy. Może być jednak i tak, że narzekam, bo chciałbym zwyczajem wspominających młodość weteranów posiedzieć w spokoju i powspominać kumpli z dzieciństwa, a Parowski z Polchem nie pozwolili mi na to. Kazali mi natomiast gnać na złamanie karku za wątkami i wydarzeniami. Do utraty tchu.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-648938548034562500?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/648938548034562500/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/12/171-staruszek-funky-i-inni-siwowosi.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/648938548034562500'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/648938548034562500'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/12/171-staruszek-funky-i-inni-siwowosi.html' title='171. Staruszek Funky i inni siwowłosi'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-6777772689025750803</id><published>2011-11-28T09:42:00.008+02:00</published><updated>2011-11-28T10:21:53.386+02:00</updated><title type='text'>170. czytelniada, listopad.</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Tym razem już jest nie tylko w zapowiedziach, ale i w księgarniach - antologia Science Fiction Powergraphu. Lektura zawartych w niej opowiadań sprowadziła na mnie uczucie kojarzące się z powrotem do domu. Dorastałem na powieściach Lema (bo z fantastyki tylko one były w domu, zanim zacząłem naciągać rodziców na inne) oraz na piśmie "Fantastyka", które długo ignorowało istnienie fantasy. Fantastyka przez kilka lat istniała dla mnie przez kilka lat niemal &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-M4SFTglHufk/TtNB-IKvi_I/AAAAAAAABZs/187YJV7WgsM/s1600/science_fiction_front_500.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 132px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-M4SFTglHufk/TtNB-IKvi_I/AAAAAAAABZs/187YJV7WgsM/s200/science_fiction_front_500.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5679956090644564978" /&gt;&lt;/a&gt;wyłącznie jako scence fiction właśnie. Teraz proporcje te są odwrotne. Przynajmniej część opowiadań w antologii wydanej prze Powegraph napisali autorzy dorastający w tym samym czasie, co ja i chyba dzielimy podobne doświadczenie czytelnicze. Co nie znaczy, że "Science fiction" zawiera wyłącznie teksty przywołujące skojarzenia ze "starymi dobrymi czasami". Niemniej dobrze napisanego klasycznawego SF jest tam wystarczająco dużo, bym poczuł się swojsko i błogo. W moim przekonaniu także ci, którzy wolą inne formy fantastyki niż SF powinni sięgnąć po antologię, choćby po to, by skosztować czegoś innego. Tym bardziej, że nazwiska takie jak: Nowak, Zbierzchowski, Miszczak, Kosik czy Cetnarowski gwarantują wysoki poziom. O tym, że w atologii znajduje się i mini powieść Dukaja wiedzą wszyscy.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dla kolejnego tomu cyklu Martina odłożyłem na bok lekturę przygód Fafryda i Szarego Kocura, do których wróciłem po kilku latach. Popełniłem błąd. Cykl Leibera mam w całości, natomiast na dokończenie "Tańca ze smokami" będę musiał poczekać. W efekcie przeczytałem tylko pół powieści i nie mogę się oprzeć nadziei, że była to ta gorsza połowa. W "Tańcu ze smokami" nie znalazło się wiele istotnych wydarzeń, a te, które naprawdę mają znaczenie zostały chyba zbyt słabo zaznaczone. Bohaterowie podlegają zmianom, bardzo możliwe, że istotnym zmianom, niestety jak na złość trzy z głównych postaci tego tomu zachorowały na pasywność. Co gorsza Martin chyba obawia się, że czytelnicy mogliby przegapić niektóre rozterki bohaterów, dlatego na wszelki wypadek przypomina nam o nich co chwila. Tyrion zabił ojca i jest mu z tym mimo wszystko niewyraźnie? &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-N8CCkNA-dvs/TtNDVVYLZHI/AAAAAAAABaQ/3RFzFv000_Y/s1600/martin.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 132px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-N8CCkNA-dvs/TtNDVVYLZHI/AAAAAAAABaQ/3RFzFv000_Y/s200/martin.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5679957588839195762" /&gt;&lt;/a&gt;Będziemy o tym czytać przez caluśki tom. Na wszelki wypadek tymi samymi zdaniami w bardzo podobnych kontekstach. Martin nie stracił oczywiście talentu i nie zapomniał jak pisać bestsellery, "Taniec ze smokami" wciąż czyta się nieźle. Niemniej lekturze towarzyszy poczucie dużego niedosytu i - w moim przypadku - rozczarowanie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;"Miecze i mroczna magia" to nie kolejny tom cyklu Leibera, jak mógłby sugerować tytuł, ale kolejna antologia fantasy. Kupiłem ją przede wszystkim ze względu na opowiadanie Cooka, osadzone w świecie Czarnej Kompanii. Cook opisał w nim małą przygodę Konowała i spółki w służbie Pani, już po wydarzeniach opisanych w tomie pierwszym, ale przed tymi z tomu drugiego. Pomiędzy nimi mija kilka lat, Cook ma więc do czego wracać, jeśli zechce. Co dzieje się w opowiadaniu? Ano, chłopaki grają w tonka, piją, nudzą się i szykują przekręt na wieść, że do miasta, w którym stacjonują ma przybyć Kulawiec. Prócz Cooka przeczytałem w tej antologii także opowiadanie Eriksona. Zabawne, ale także traktuje o przygodach grupy najemników. Dość udanie łączy nastrój fantasy i westernu, w którym grupa awanturników przybywa do zapadłej dziury zamieszkanej przez grabarza, barmana i podstarzałą dziwkę. Napisane zostało lekko i z typowym dla Eriksona humorem (czyli niespecjalnie finezyjnym).&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dawno nie czytałem fantastyki ciurkiem. A przecież nie napisałem o wszystkim, co przewinęło mi się przez ręce, lecz o lekturach z ostatniego tygodnia. Przez ostatnich kilka &lt;a burdalon="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-m-b00U4-CAI/TtNCr18qrgI/AAAAAAAABaE/u-LvySVj08o/s1600/2_2011-11-10_calasso-k-200.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 100px; height: 145px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-m-b00U4-CAI/TtNCr18qrgI/AAAAAAAABaE/u-LvySVj08o/s200/2_2011-11-10_calasso-k-200.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5679956876027670018" /&gt;&lt;/a&gt;miesięcy raczej odpoczywałem od fantastyki, listopad przyniósł odmianę. Ten tydzień będzie nieco inny - "K." Calasso - najnowsza wydana u nas książka Calasso, poświęcona Kafce, zbyt długo czeka już na półce.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-6777772689025750803?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/6777772689025750803/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/11/170-czytelniada-listopad.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6777772689025750803'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6777772689025750803'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/11/170-czytelniada-listopad.html' title='170. czytelniada, listopad.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-M4SFTglHufk/TtNB-IKvi_I/AAAAAAAABZs/187YJV7WgsM/s72-c/science_fiction_front_500.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7573885654893299070</id><published>2011-11-18T09:49:00.005+02:00</published><updated>2011-11-18T10:00:23.921+02:00</updated><title type='text'>169. powszechna nieznajomość</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Moi dziadkowie urodzili się w czasach zaborów. O tym, jak zabory wyglądały, słyszeli od swoich rodziców, narzekających być może, że „za cesarza było inaczej”, a może tymi samymi słowami wyrażających zadowolenie i dumę. Dlatego dla nich data 11 listopada oznaczała zapewne coś innego niż dla mnie i sporej (jeśli nie większej) części znanych mi ludzi. Dla nich nie byłby to kolejny wolny od pracy dzień obok zatrzęsienia innych świąt, których nazwy niewiele mówią, które nie wiążą się z żadnymi odprawianymi powszechnie rytuałami, których niezwykłość i sacrum dogasają do jeszcze jednej okazji, by pospać nieco dłużej. Jak my wszyscy, moi dziadkowie posiadali indywidualne biografie i języki oraz wyrastające z nich postrzeganie świata. Nie zrozumiem, co naprawdę czuliby budząc się jedenastego listopada, nie poznam pełnego smaku wypowiadanych przez nich słów: „święto niepodległości”. Mogę się tylko domyślać, że odczuwaliby zdziwienie, odkrywając, iż inni widzą ten dzień inaczej.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Święto, czas specjalny, wymaga pewnych działań, inaczej staje się czasem powszednim. Nasze kalendarze są tak pełne dni oznaczanych odrębnymi kolorami, że aż pochylają się nad nimi zatroskani ekonomiści obawiający się, że nadmiar dni wolnych szkodzi gospodarce. Wielu z nas nie jest w stanie zapamiętać nazw i okoliczności wszystkich świąt, uczymy się tylko grupować je w długie weekendy, a najwyraźniejszy z naszych rytuałów to strategie rozkładania krótkich urlopów, tak by połączyć nimi owe zgrupowane święta. W ten sposób święta „tracą ciepło”, odrywają się od pierwotnych znaczeń i kontekstów; ich indywidualności gasną i w końcu wszystkie te dni stają w dwuszeregu okazji do imprezy, dłuższego snu, bądź spędzenia czasu z bliskimi na ten sam sposób, co zwykle.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przy tym wszystkim jednak w najbardziej nawet chaotycznym z nas drzemie pokusa porządkowania sobie świata. Od poniedziałku do piątku regulujemy sobie dni podobnymi zachowaniami, nie zauważając czasem, że znajdująca racjonalne wytłumaczenie kolejność działań po przebudzeniu przekształca się z czasem w rytuał, bez którego moglibyśmy poczuć się nieswojo. Nic więc dziwnego, że w dni nazwane „świątecznymi” także gnamy ku pewnym rytuałom, które mogłyby przywrócić tym dniom szczególne znaczenie. Bo część z nas odczuwa taką potrzebę.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Kłopot w tym, że każdy z nas ma swoją indywidualną biografię, swój język i wyrastające z nich postrzeganie świata. A poważny problem wynikający z tego, wiążę się z faktem, że tak naprawdę nie umiemy i nie chcemy rozmawiać.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dyskusje, którym przyglądam się, czy to w sieci, czy w telewizji, albo podczas spotkań towarzyskich, dzielą się najczęściej na dwa rodzaje – konfliktu i głaskania się nawzajem. Prędzej czy później w każdej dyskusji pojawia się spór. Jeżeli dotyka spraw istotnych dla dyskutantów, może przerodzić się w konflikt. Może też zakończyć się podsumowaniem, że każdy pozostaje przy swoim zdaniu. Jeżeli rozmawiają ludzie, którzy znają się i lubią, szybko znajdują jakiś punkt wspólny, albo gaszą spór żartem. Czasem rzeczywiście do czegoś dochodzą. Ale to dzieje się tylko wtedy, gdy w dyskusji uczestniczą znajomi, dysponujący tak użytecznymi narzędziami, jak pewien zasób wiedzy o sobie nawzajem i sympatia do rozmówcy. Kiedy spotykają się nieznajomi, ich możliwości pokonania sporu maleją. By ów spór przekształcić w konstruktywną dyskusję, zamiast w konflikt, a później w walkę bez pardonu, potrzebna jest dobra wola obu (wszystkich) stron. Dobra wola jednej tylko strony nie wystarczy, bo wtedy dyskusja zmienia się w starcie, w którym ten pozbawiony dobrej woli wyprowadza jeden atak za drugim i cała sprawa kończy się jego triumfem, wydumanym bądź nie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nie potrafimy rozmawiać i najwyraźniej nie odczuwamy takiej potrzeby. Czy ktoś z nas mógłby wskazać taką sytuację w życiu publicznym, w której rzeczywiście doszło do rozmowy? Czy prawica próbuje porozumieć się z lewicą, czy rozmaite rozgałęzienia prawicowe rozmawiają pomiędzy sobą, a lewicowe pomiędzy sobą? Czy Ziemkiewicz rozmawia z Żakowskim? Czy Biedroń próbuje rozmawiać z Pospieszalskim? Czy też wyłącznie stajemy na mównicach i wygłaszamy monologi, a potem czule głaszczemy swoje ego oklaskami tych, którym się wydaje, że akurat się z nami zgadzają? By się porozumieć, musimy się poznać, bo tylko tak wykształcimy narzędzia, które umożliwią nam nawiązanie rozmowy. Niestety, nie odczuwamy potrzeby, by poznawać innych. Przede wszystkim dlatego, że jesteśmy przekonani, że wszystko, co istotne, już o nich wiemy. Skąd wiemy? Ano, bośmy przecież tacy dobrzy w obserwacji i wyciąganiu wniosków.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Rankiem jedenastego listopada budzą się ludzie odczuwający potrzebę budowania sacrum świątecznego dnia poprzez rytuał. Nikt im takiego rytuału nie oferuje – wywieszanie flag to nawet nie żałosna namiastka, skoro nic prawie za nią nie idzie. Podczas Wigilii możemy śpiewać kolędy, a ile osób zna choćby dwie zwrotki hymnu? W ostateczności kolędy da się puścić z jakiegoś odtwarzacza. Ale hymn? A jakieś inne patriotyczne pieśni? Zważywszy na repertuar imprezowy, popularnością cieszą się „Sokoły” sławiące wolność na Ukrainie. Trudno oczekiwać, żeby właśnie tę pieśń nucili pod nosami patrioci zasuwający raźno na marsze i pochody. Co pozostaje? Obawiam się, że najbliżej do rzeczywistego emocjonalnego zaangażowania patriotycznych pieśni jest przyśpiewkom typu: „Wisła to stara panna lekkich obyczajów”. Nie uświęcamy więc Dnia Niepodległości patriotycznymi pieśniami (w Krakowie od kilkunastu lat istnieje tradycja wieczornych śpiewów na Rynku, to chyba najlepszy ze znanych mi sposobów obchodzenia Dnia Niepodległości), wywieszenie flagi, albo jej nie wywieszanie to odruch, bądź brak odruchu. Katolicy mogą iść do kościoła (codziennie mogą, swoją drogą). Co dalej? Jak nasycić w sobie ten głód rytuału, potrzebę odbudowania sacrum święta?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Znaleziono sposób. Wedle starych tradycji (tradycja, wiadomo, dobra rzecz) wychodzimy na ulice, by dołączyć do innych spragnionych rytuału i wędrujemy ku jakiemuś placowi i pomnikowi. Niektórzy z nas niosą flagi, niektórzy transparenty. Chrypią jakieś megafony. Możemy poczuć wspólnotę, albo zażenowanie. Uświadamiamy sobie powoli, że w Polsce brakuje tradycji pozytywnych manifestacji, że zawsze maszerowaliśmy przeciw czemuś, ewentualnie dla uczczenia jakiejś krzywdy. Że prędzej kupimy baloniki i wat cukrową pierwszego listopada pod cmentarzem, gdy powinniśmy tęsknić za tymi, których już z nami nie ma, niż jedenastego listopada, gdy powinniśmy się cieszyć, że niepodległość z nami jest. Cieszymy się co najwyżej, że kazaliśmy dzieciom nie ruszać się z domu, bo jest zimno, a gdzieś tam czekają jacyś dranie, którzy manifestują coś innego, niż my. Fajnie może byłoby z nimi pogadać, ale nikt nie umie rozmawiać. Do jasnej cholery, chyba będzie padać. Czy nasi przodkowie nie mogli wywalczyć niepodległości w czerwcu?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify"&gt;W Dniu Niepodległości nie ma pikników, karuzel dla dzieci, koncertów i pokazów sztucznych ogni po zmroku. Czasem ktoś wygłosi jakiś referat na spotkaniu, o którym wie grupka fascynatów liczebnością przypominająca konspiracyjne zebrania. Dni Podgórza, których finał odbywa się pod oknem mojego mieszkania więcej w sobie mają radości i świątecznej atmosfery niż świętowanie odzyskania niepodległości. Jakbyśmy się tą niepodległością umartwiali. Z braku innych sposobów, świętujemy, jak możemy. Maszerujemy w gronie innych patriotycznie usposobionych rodaków. Chwile uniesienia mieszają się z chwilami zażenowania, gdy widzimy jakiegoś polityka podpierającego się tym naszym maszerowaniem.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A potem spotykamy inny jakiś pochód, niby z okazji tego samego dnia, ale jednak z jakiejś innej okazji. Nasza okazja wydaje im się podejrzana, a ich okazja wydaje się podejrzana nam. Moglibyśmy porozmawiać przy okazyjnie rozstawionym piknikowym stoliku, przy piknikowym piwie i piknikowej kiełbasce. Pewnie okazałoby się, że wszyscy znamy wszystkie zwrotki, wprawdzie nie hymnu, ale „Sokołów”.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tyle, że im się wydaje, że wiedzą o nas wszystko i wcale nie mają ochoty z nami rozmawiać. I to jest ten jeden moment, który nas łączy, w którym jesteśmy tacy sami – oni i my. Ta jedna zgoda, co do tego, że nie chce nam się rozmawiać.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Zaczynamy świętować jak umiemy. Rzucamy się w rytuał z zaangażowaniem starożytnych szamanów składających ofiary. Są i emocje i przeżywanie tego dnia jak mało którego, jest upojenie i nawet krew, która przecież sakralizuje wszystko. Gdzieś z boku płonie święty ogień.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Świętujemy.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A miało być o "Dumanowskim". No nic, o "Dumanowskim" będzie następnym razem.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7573885654893299070?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7573885654893299070/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/11/169-powszechna-nieznajomosc.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7573885654893299070'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7573885654893299070'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/11/169-powszechna-nieznajomosc.html' title='169. powszechna nieznajomość'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7313760015813061935</id><published>2011-11-02T12:31:00.006+02:00</published><updated>2011-11-02T12:51:36.565+02:00</updated><title type='text'>168. dzień dobry, barbarzyńco</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Jak dawniejsi żeglarze wyglądali gwiazdy przewodniczki, tak mój brat wędrując między cmentarzami kierował się myślą o oscypku – tej określanej wymiarami paneuropejskimi bryle sera uformowanej z mleka ukradzionego owcy, hen, na hali. Juhasi mogliby zagnać owcę z hal, by nieopodal bacówki, pod czujnym okiem brodatego bacy pykającego sobie z wystruganej własnoręcznie fajeczki owcę wydoić, mleko odlać, dodać zaczynu, zamieszać… Bardzo dawno temu potrafiłbym to wszystko opisać fachowym słownictwem, ale teraz zapomniałem już zbyt wiele, co gorsza terminy podhalańskie mieszają mi się z rumuńskimi. Wszystko to nieważne, istotny jest oscypek, który zdominował część świętozmarłych myśli mojego brata, gdyśmy wspólnie żeglowali po archipelagu grobów.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;By nie oszukać, muszę zaznaczyć, że myśl brata była krytyczna, wręcz prześmiewcza. Przy czym była to prześmiewczość smutno po-postmodernistyczna, prześmiewczość autorefleksji przemielonej karykaturami dekonstrukcji, prześmiewczość człowieka zanurzonego w multikulturze konsumpcji i świadomego tego; równocześnie ironizującego na temat przycmentarnego oscypka i szukającego go. Pożeranie bryły sera, który pewnie hali ani bacy nie widział stało się aktem postbuntu. Wgryzienie się w ser stanowiło śmianie się z samego siebie, smutne śmianie się, bo kapitulanckie. Bo skoro już oscypek zawędrował pomiędzy miodziki we wszystkich kolorach tęczy, skoro już obśmialiśmy jego obecność, to czemu go nie zjeść? Nie pochodzimy przecież z innego, pozaoscypkowego świata, pozaoscypkowej kultury.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nad oscypkiem powiewały kolorowe balony przedstawiające nadmuchane misie i króliki, unosił się wokół zapach waty cukrowej, frytek, gofrów, a przy jednym z cmentarzy i kebabu. Harcerze sprzedawali papierowe chorągiewki, zapamiętałem, że jeden ze szczepów nosił odpowiednią nazwę – „Uroczysko”.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gdy mój brat wgryzał się w oscypka, moja siostra stawiała na grobie dziadków niewielką buteleczkę z paskudnie woniejącym mlekiem dla dziecka.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;„Jak Cyganie” – zażartowała. – „Jemy na grobach.”&lt;br /&gt;„Jak Słowianie!” – zaprotestowaliśmy zgodnie z bratem. – „To słowiański zwyczaj dzielić pokarm z umarłymi.”&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Co to jest – „barbarzyńca”? Wymawiamy to słowo i oczyma wyobraźni widzimy brodacza z maczugą, bądź jego współcześniejszy odpowiednik – usymbolizowany w dres i kij bejsbolowy, który nigdy nie widział żadnej piłki i pewnie do żadnej by nie pasował. Oba te obrazy są prawdziwe i nieprawdziwe. Barbarzyńca, to słowo wymyślone, by w jeszcze jeden, pejoratywny, sposób określić „nie naszego”. Nienasz – barbarzyńca, typ, który nie rozumie czemu chodzimy na grobu, zamiast wydrążyć dynię i postawić świeczkę w niej, zamiast na płycie z marmuru. Nienasz, który dziwuje się procesjom smętnie zawodzących staruszek, wyciu na stadionach, polewaniu wodą w deszczowy dzień, spluwaniu przez lewe ramię na widok czarnego kota i gorączkowe chwytanie za guzik przy spotkaniu z kominiarzem. Nienasz może powiedzieć zdziwiony: „wy, Polacy, nie umiecie się bawić bez wódki i śpiewacie wyłącznie smutne piosenki”. Barbarzyńca. Barbarzyńca, czyli ten, który żyje wedle własnych zwyczajów i dziwi się naszym, dla niego barbarzyńskim. Barbarzyńców wymyślili podobno starożytni Grecy, by podkreślić własną wyjątkowość. Ci sami Grecy, którym mitycznie zdarzało się składać w ofierze własne dzieci, by wyprawa łupieżcza się udała, albo wróg nie zdobył murów. Brodaty barbarzyńca z obcego Grekom plemienia miał z tym samym gestem problem, no ale on był zacofany i ubogi w bogów.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To bardzo prawackie – czuć opór przed takim barbarzyństwem. Człowiek niemoherowy, odległy od kategoryzujących nieładnie starożytnych Greków, powinien nieść w sercu zalążek relatywizmu – wiedzieć, że barbarzyńcy także kochają swe dzieci, że chcą po prostu żyć w spokoju i dostatku. Ten relatywizm nie musi sięgać aż do ukochania barbarzyńców, uwznioślania samoańskich modeli wychowawczych, czy budowania w domach ołtarzyków których kształty pożyczyliśmy z tego, co barbarzyńsko nazywamy „orientem”, jakby mieszkańcy „orientu” nie mieszkali, jak my, w pępku własnego świata. Nie, wystarczy wiedzieć, że „inny znaczy, co do istoty, „taki sam”. Że „inny” kocha swoje dzieci. Wiedzieć, że światu służy wielobarwność, że korzystamy z wymiany międzykulturowej.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nie jadamy już z umarłymi. Odebraliśmy im dodatkowe nakrycie przy wigilijnym stole, by oddać je „nieznajomemu”. Miodki sprzedawane raz do roku przy cmentarzach ssiemy sami, nie skrapiamy grobów alkoholem, chyba, że chcemy je wypucować. Jeszcze chadzamy gromadnie na cmentarze, zachwycamy się tysiącami ogników zniczy po zmroku. Jeszcze gniewamy się na przycmentarne waty cukrowe, kebaby, frytki i nawet na oscypki, które pożeramy uśmiechając się autoironicznie. Jeszcze gniewają nas te balony fruwające nad grobami, choć przecież odwracają uwagę naszych dzieci od nudy śmierci. Jeszcze trochę dziwią, ale raczej nie oburzają nas dynie stawiane na grobach. Początek listopada powinien być świętem zabawy, a nie ponurackim wpatrywaniem się w pustą wieczność, tak brzmiące (choć nie dosłownie tak przekazane) hasło usłyszałem w jednej ze stacji radiowych.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przemiany kultury to nic nowego. Ponad tysiąc lat temu mnich z Konstantynopola opracował nam pismo, którego pierwsza ślady można znaleźć, o ile dobrze pamiętam, w Macedonii, gdzie na wsiach do dziś jada się z umarłymi na grobach, a pogrzeb stanowi okazję do obdarowywania przybyłych. Konstantynopol ugiął się później pod inną kulturą i innym alfabetem, ale mnisie pismo to zawitało i do mojego miasta. Wyparł je jednak inny alfabet i chrzest w innym obrządku zapoczątkował wycinanie świętych gajów. Starzy bogowie zamiast umrzeć po cichu zmienili się w licha i demony, stare rytuały odnalazły miejsce w nowej wierze i przetrwały z górą tysiąc lat, by zacząć ostatecznie wymierać dopiero niedawno, akurat, gdy niektórzy wymyślili, że staną się poganami. I to nic nowego, że gdy kultury kontaktują się między sobą, jedna z nich zawsze okazuje się silniejsza i zaczyna dominować, a później przekształcać drugą. Wiem, że nic w kulturze nie umiera ostatecznie, że nawet gdy jestem tym, który poddaje się dominacji, jakaś część mnie przetrwa i wpisze się w nieostateczny triumf zdobywcy. Ale wiem też, że dziś jestem barbarzyńcą. Gdy uśmiecham się z politowaniem w cieniu balonów, między kebabem a frytkami, to zachowanie barbarzyńcy, jeszcze opierającego się zwycięskiej cywilizacji. To ja jestem typem z karykatury - uzbrojonym w maczugę i zaciągającym żonę za włosy do jaskini.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A jest znacznie gorzej.Bo gdy staję przed lustrem, by raz na jakiś czas przystrzyc lub zgolić brodę, patrzy ma mnie facet, który wie przecież, że bogactwo wielokulturowości stanowi zaletę. Który wie, że zmiany zawsze w końcu przychodzą i daremnym jest stawianie oporu temu, co już nastąpiło. Facet, który docenia współczesność, który nie opiera się przemianom obyczajowym, bo widzi ich miejsce i sens.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gdy ścinam zarost jednorazówką, wspominając, że jeszcze mój dziadek golił się brzytwą i zastanawiając się, gdzie też może ta dziadkowa brzytwa znajdować się obecnie, patrzy na mnie i facet, którego gniewa chamstwo przebranego za motyla butnego chamidła biegającego wokół starowinek przeżywających rzeczywistość modlitwą, niechby i zawodzoną monotonnie a smętnie. Który najchętniej poprzebijałby te wszystkie balony przy cmentarzach, który nie chce się poddawać zmienianiu każdego ważnego w chrześcijańskim kalendarzu dnia w wielkie święto wzrostu sprzedaży.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ja się golę, a oni dwaj patrzą na mnie i na siebie nawzajem i mówią do siebie i do mnie, jak w tytule tej notki. I każdy z nich wie, że ma rację.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7313760015813061935?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7313760015813061935/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/11/168-dzien-dobry-barbarzynco.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7313760015813061935'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7313760015813061935'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/11/168-dzien-dobry-barbarzynco.html' title='168. dzień dobry, barbarzyńco'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7094889881713418678</id><published>2011-10-24T10:44:00.004+02:00</published><updated>2011-10-24T10:57:42.494+02:00</updated><title type='text'>167. Chochoły jako horror:)</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;&lt;a href="http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114528,10521873,_Chocholy__Szostaka_najlepsza_ksiazka_w_dziedzinie.html"&gt;Gazeta Wyborcza zauważyła "Żuławie"&lt;/a&gt;, a przez to zauważyła i powieść Szostaka. A ja dzięki temu poznałem nową interpretację tej wdzięcznej przecież dla hermeneutykowania powieści. Oto jak zaczyna się notka w GW:&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;blockquote&gt;"Chochoły" Szostaka to opowieść o pewnej krakowskiej rodzinie, która odzyskuje kamienicę, uwalniając się od lokatorów, osiedlonych tam w poprzednim ustroju.&lt;/blockquote&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na podstawie tego zdania ujrzałem "Chochoły" jako rodzimy odpowiednik "Delicatessen". Oto jest kamienica i kamienicznicy usuwający w krwawy sposób lokatorów, których chcą się pozbyć. Ale, jak w "Delictessen", akcja spotyka reakcję. Znów cytat z GW:&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;blockquote&gt;Po śmierci babci dobra passa rodziny Chochołów odwraca się, a w Krakowie wybucha rebelia.&lt;/blockquote&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Oczywiście, to małe nabijać się z redaktora GW, który starał się jak mógł opisać fabułę "Chochołów" w dwóch zdaniach. Niestety, dziś odezwał się we mnie człowiek mały a podły. Bywa i tak. Może też zżera mnie zazdrość, że sam nie dostrzegłem w powieści Szostaka wyjątkowego znaczenia tak nośnego, potencjalnie krwawego wątku, że sam nie wpadłem na to, by przyczynić się do jej promocji w ten sposób?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przy całym tym wyzłośliwianiu się, uważam, że to miło, iż "Żuławie" zostały dostrzeżone przez GW.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7094889881713418678?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7094889881713418678/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/167-chochoy-jako-horror.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7094889881713418678'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7094889881713418678'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/167-chochoy-jako-horror.html' title='167. Chochoły jako horror:)'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2106792325894673868</id><published>2011-10-19T10:36:00.003+02:00</published><updated>2011-10-19T10:50:40.371+02:00</updated><title type='text'>166. Gattaca u bram</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Kto widział, ten pamięta, a kto nie widział powinien koniecznie obejrzeć film "Gattaca" o świecie podzielonym na genetycznie doskonałych i niedoskonałych. To jeden z najlepszych filmów SF, jakie zdarzyło mi się widzieć. Zrealizowany został tak, by nie zestarzeć się szybko, więc cieszy oczy, choć od jego nakręcenia minęło czternaście lat.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dziś w Wyborczej przeczytałem &lt;a href="http://www.sport.pl/pilka/1,64946,10494765,Pilka_nozna__Geniusze_i_kontuzjogenni.html"&gt;artykuł o genetycznej selekcji kandydatów na piłkarzy&lt;/a&gt;, która wizję świata ukazaną w filmie czyli realniejszą.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Lead artykułu jest, jak należy, mocny:&lt;blockquote&gt;"Klub z Premier League sprawdza DNA, by znaleźć uzdolnionych piłkarzy, ale też ustrzec się tych podatnych na kontuzje. - Gdzie byłby Messi, gdyby kiedyś po testach uznano, że nie nadaje się do futbolu? - pytają polscy genetycy, ale przyznają: lepszego sposobu, by wyłuskać talent, nie ma"&lt;/blockquote&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czy to początek większych zmian? Czy sport otworzy bramy do genokracji? Czemu nie? Inaczej niż w "Gattace" naukowcy nie ingerują jeszcze w cechy zarodków, a jedynie ograniczają się do badania już urodzonych. Czemu jednak nie stosować takich badań wcześniej, by rodzice od początku wiedzieli jak pokierować karierą dziecka? Czemu też nie wyjść poza sport i określić kto lepiej nadaje się na pracownika umysłowego, kto na artystę, kierowcę, pilota... Bohater "Gattaci" marzył o locie w kosmos, choć jego geny dyskwalifikowały go już na starcie. Czy przywołany w artykule Messi, gdyby urodził się dziesięć lat później mógłby daremnie pukać do drzwi piłkarskich klubów? A może za kilka lat oglądniemy nie fantastyczny, ale obyczajowy film o kimś, kto od dzieciństwa marzy o lataniu, ale nie wolno mu choćby ubiegać się o licencję pilota? Ba, skoro o wszystkim decydowałyby geny, a oficjalnie zabronione byłyby manipulacje genetyczne, usankcjonowane zostałyby dynastie pilotów, malarzy i piłkarzy? Wtedy piloci znaleźliby się w świecie nie tylko "Gattaci" ale i "Planety burz" Martina.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jakkolwiek dramatyczny obraz wyłania się z takiej futurystyki, widzę i jego jaśniejszą stronę. Gdyby, na przykład, odkryto u mnie genetyczną przypadłość uniemożliwiającą efektywną pracę przed ósmą rano, prawo umożliwiłoby mi, może, wstawanie do pracy później niż obecnie?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2106792325894673868?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2106792325894673868/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/166-gattaca-u-bram.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2106792325894673868'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2106792325894673868'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/166-gattaca-u-bram.html' title='166. Gattaca u bram'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-8143803149387794759</id><published>2011-10-18T18:48:00.003+02:00</published><updated>2011-10-19T08:51:37.269+02:00</updated><title type='text'>165. Nagroda im. Żuławskiego</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;No i mamy sensację, bo Żuławskiego nie wygrał Dukaj, a Szostak. Dukaj i owszem, jest wśród nagrodzonych, tym razem jednak trafiło mu się złote wyróżnienie, podczas gdy główna nagroda przypadła "Chochołom". I znów żal, że nic nie dostał Twardoch. Srebrne wyróżnienie otrzymał Huberath. Trudno narzekać z tego powodu - zestaw nagrodzonych w tym roku uważam za satysfakcjonujący. Jednak fakt, że jedna z najbardziej interesujących powieści fantastycznych ostatnich lat pozostaje bez żadnej nagrody smuci.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-8143803149387794759?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/8143803149387794759/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/165-nagroda-im-zuawskiego.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8143803149387794759'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8143803149387794759'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/165-nagroda-im-zuawskiego.html' title='165. Nagroda im. Żuławskiego'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3993282142705780090</id><published>2011-10-13T09:17:00.003+02:00</published><updated>2011-10-13T09:21:43.900+02:00</updated><title type='text'>164. już jest!</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-ScWzzH72ZTs/TpaQ49cLOrI/AAAAAAAABJo/TZmwET3YoL8/s1600/science_fiction_front_300.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 263px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-ScWzzH72ZTs/TpaQ49cLOrI/AAAAAAAABJo/TZmwET3YoL8/s400/science_fiction_front_300.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5662872889704790706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na razie tylko okładka, ale w listopadzie ma pojawić się i książka. Jak napisał &lt;a href="http://rafalkosik.com/antologia-science-fiction-zapowiedz"&gt;na swoim blogu Rafał Kosik&lt;/a&gt; - "Najobszerniejsza książka, wydana do tej pory przez Powergraph".&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3993282142705780090?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3993282142705780090/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/164-juz-jest.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3993282142705780090'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3993282142705780090'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/164-juz-jest.html' title='164. już jest!'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-ScWzzH72ZTs/TpaQ49cLOrI/AAAAAAAABJo/TZmwET3YoL8/s72-c/science_fiction_front_300.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-6786187372917808517</id><published>2011-10-12T08:47:00.003+02:00</published><updated>2011-10-12T09:01:10.082+02:00</updated><title type='text'>163. kto czyta powieści?</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Rozczarowania spotykają nas na każdym kroku. Ilekroć czytam w prasie, na blogach, albo na którymś forum informacje o spadającym i upadającym czytelnictwie, czuję miłe ciepełko koło serca. Bo przecież oznacza to, że należę - nareszcie! - do jakiegoś elitarnego klubu! Bardzo szybko okazuje się, że to nieprawda.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przez jakiś czas uważałem, że jestem jedyną osobą w Polsce czytającą Calasso. Niestety, jakaś banda nieużytych intelektualistów postanowiła zaprosić go do Krakowa, z czego dedukuję, że oprócz mnie jest jeszcze kilka osób zaznajomionych z włoskim pisarzem. Długo pocieszałem się, że przynajmniej "Życie i los" przeczytałem w całej Polsce tylko ja jeden. To przecież cegła taka, że nawet Ziuta nie podołał z braku czasu, a do tego droga jak jasny gwint. I nawet tu spotkało mnie rozczarowanie!&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na jednym z odwiedzanych przeze mnie portali poświęconych grom video odbywają się od czasu rozmowy o... książkach. Zaczyna się to zwykle tak, że redakcja zagaja, iż chętnie by coś poczytała, ale nie ma co. Użytkownicy spieszą z podpowiedziami, dzięki czemu mogłem ucieszyć się, że sporo fanów gier lubi np. Czarną Kompanię. Któregoś dnia redakcja zaproponowała, by opowiedzieć, co pomaga graczom wczuć się w klimat przed grą, której akcja toczy się podczas oblężenia Stalingradu. I co? I okazało się, że naprawdę sporo osób nakręca się na Stalingrad Grossmanem!&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wiem już zatem, że powieści czytają namiętni gracze. Kto jeszcze? Ano, jak dowiedziałem się wczoraj wieczorem, także banda geeków zgromadzona w guglowych kręgach w okół Spidersweb lubi sobie poczytać. Krótka rozmowa w strumieniu pozwoliła mi poznać gusta fanów nowoczesnych technologii. Wśród autorów powieści, do których ludzie ci lubią wracać zostali wymienieni m. in. Zajdel, Feist, Huxley i Zelazny.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Kurcze, gdzie się nie obejrzę ludzie czytają i nawet chętnie rozmawiają o literaturze. Skąd więc ten książkowy kryzys? Czy ja spotykam ciągle tych samych tysiąc osób, które rozmawiają o literaturze pod różnymi nickami?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-6786187372917808517?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/6786187372917808517/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/163-kto-czyta-powiesci.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6786187372917808517'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6786187372917808517'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/163-kto-czyta-powiesci.html' title='163. kto czyta powieści?'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-9198019525206632989</id><published>2011-10-10T09:47:00.004+02:00</published><updated>2011-10-10T15:27:04.480+02:00</updated><title type='text'>162. wpis okolicznościowy</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Dobrze było obserwować niemal furię brata, który w niedzielę odkrył, że zgubił dowód. Zwyczajne zdenerwowanie człowieka dotkniętego katastrofą zgubienia dokumentu wzmagała złość obywatela, który chciał tego dnia zagłosować. Mentalnie należał więc mój brat do mniej niż połowy obywateli, a fizycznie do niewiele więcej niż połowy, bo dowodu nie znalazł, innego istotnego dokumentu nie posiada, koniec końców więc głosować nie poszedł. Niemniej niosła go przez część niedzieli obywatelska furia i wydaje mi się, że było to uczucie poniekąd pozytywne.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;O wyborach mogę jeszcze tylko powiedzieć, że nie wiem, czy uznać je za zwycięstwo patriarchatu, czy wręcz przeciwnie. Bo przecież wszedł do sejmu facet spod znaku penisa (ale sztucznego, czy to ma znaczenie?) w dłoni, nie weszła natomiast kandydatka od striptizu. Co próbuję ten fakt odczytać, wychodzi mi inny wynik.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ponieważ jednak wybory, jak się wydaje, zmieniły niewiele, czas zająć się innymi sprawami. Wśród nich dwie wydają mi się istotne. Ukaże się mianowicie w tym roku nowa powieść Wita Szostaka i jeżeli ktoś lubi tego autora powinien wyglądać jej w listopadzie w księgarniach. Powieść znów wydaje "Lampa", poszukujący jej łowcy winni więc wykazać się czujnością i cierpliwością, bo przecież książki tego wydawnictwa nie są zwykle odpowiednio eksponowane przez księgarzy. Najdłuższe jednak, pełne choćby i największych poświęceń łowy zdecydowanie się opłacą, o czym zapewniam szczerze i z zaangażowaniem. Powieść "Dumanowski" warta jest odszukania i znalezienia. Bądźcie więc przygotowani na listopad.&lt;p/&gt;&lt;p align="justify"&gt; Gdy już będziecie w listopadową słotę przeszukiwać księgarskie półki, sprawdźcie też, czy nie będzie leżeć na nich wydana przez Powergraph antologia hard sf. W listopadzie właśnie może ukazać się nareszcie a zawiera kilka naprawdę dobrych (a co najmniej dwa świetne) opowiadań.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-9198019525206632989?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/9198019525206632989/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/162-wpis.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/9198019525206632989'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/9198019525206632989'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/10/162-wpis.html' title='162. wpis okolicznościowy'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2948100222913757203</id><published>2011-09-26T21:03:00.006+03:00</published><updated>2011-09-26T21:36:35.771+03:00</updated><title type='text'>161. finansowe możności</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Poględziliśmy na blogu Ziuty o możliwościach polskiej kinematografii i telewizji. Podczas rozmowy nie padły, o ile pamiętam, argumenty finansowe, ale pewnie każdy z nas miał je z tyłu głowy. Bo prostu wiemy, że w polskim kinie i polskiej telewizji pewnych rzeczy nie da się zrobić, bo zabraknie kasy i już. No to popatrzcie.&lt;/p&gt;&lt;iframe width="390" height="315" src="http://www.youtube.com/embed/vAz-Ax330tE" frameborder="0" allowfullscreen&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2948100222913757203?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2948100222913757203/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/161-finansowe-moznosci.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2948100222913757203'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2948100222913757203'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/161-finansowe-moznosci.html' title='161. finansowe możności'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/vAz-Ax330tE/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4708045345085347277</id><published>2011-09-26T12:31:00.008+03:00</published><updated>2011-09-26T12:46:51.618+03:00</updated><title type='text'>160. rozmowy humanistów przy znoszeniu mebli</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Zadzwonił do mnie znajomy warszawski emigrant, że pozbywa się resztek swojego krakowskiego mieszkania, w związku z czym potrzebowałby pomocy przy znoszeniu pudeł i niedobitków mebli. Odrobiny gimnastyki odmówić nie wypada, toteż spędziłem część soboty podróżując windą i taszcząc wszystko, co się dało jeszcze z mieszkania wynieść. Po jakimś czasie dołączył do nas brat emigranta, dzięki czemu praca poszła szybciej, a my mogliśmy przysiąść przy zasłużonym piwku w Diego i Bohumil. O czym rozmawiali przy piwie tragarze?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;"A to nam zamieszanie wysmażyli Włosi w Szwajcarii" - westchnął popijający kawę brat emigranta. Zgodziliśmy się, że wojny z włosko-szwajcarskiej awantury raczej nie będzie, choć brat emigranta zauważył, że gazety donoszące dumnie o przekroczeniu kolejnej dławiącej ludzkość granicy ucichły dziwnie w tym temacie ledwie po dwóch dniach od ogłoszenia sensacji. Rozważyliśmy tezę, że choć na neutrinach podróżować się nie da, to można by opracować sposób przekazywania przy ich pomocy informacji, w związku z czym temat wyciszono, by żaden sprytny inżynier nie nadał z przyszłości informacji o liczbach pozwalających zgarnąć historyczną kumulację w totku. Kolega emigrant z kolei zadumał się nad losem biednego Einsteina, którego potraktowano nieprzyjemnym neutrinowym prztyczkiem. Brat emigranta zaprotestował na to, że Einstein może spać spokojnie na niebiesiech (swoją drogą, czy raj to nie piekło dla naukowców, skoro nic tam już nie pozostaje do odkrycia?), bo mikrofizyka i makrofizyka stoją już od jakiegoś czasu wobec groźby poważnej awantury. Zadumaliśmy się nad tym przy smażonym serze, jak to humaniści po wysiłku fizycznym, który postawił nasze mikro mięśnie wobec makrogabarytowych szaf i biblioteczek.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4708045345085347277?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4708045345085347277/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/160-rozmowy-humanistow-przy-znoszeniu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4708045345085347277'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4708045345085347277'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/160-rozmowy-humanistow-przy-znoszeniu.html' title='160. rozmowy humanistów przy znoszeniu mebli'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7686781294070741583</id><published>2011-09-22T17:21:00.002+03:00</published><updated>2011-09-22T17:25:11.579+03:00</updated><title type='text'>159. wieści z taniej.</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Jeśli zainteresowały kogoś przypadki komisarza Harrego Hole opisywane w powieściach Jo Nesbo, ma teraz okazję zaopatrzyć się w całe drugie wydanie "Trylogii z Oslo" na taniej książce. Ci zaś, którzy ulegli charyzmie Szczepana Twardocha i chcieliby poczytać coś Ernsta Jungera, znajdą na taniej zbiór jego publicystyki politycznej. Gdyby ktoś koniecznie chciał brać przykład z moich dzisiejszych zakupów, może kupić sobie biografię Saladyna.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7686781294070741583?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7686781294070741583/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/159-wiesci-z-taniej.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7686781294070741583'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7686781294070741583'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/159-wiesci-z-taniej.html' title='159. wieści z taniej.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7544009165011084951</id><published>2011-09-17T13:36:00.004+03:00</published><updated>2011-09-18T00:52:24.026+03:00</updated><title type='text'>158. John le Carre w GW (i pees)</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Czas już jakiś temu przestawiłem się na czytanie prasy w sieci. Kiedy dziś jednak kupowałem w sklepie spożywczym coś z cztery kilo ziemniaków, wyłożona obok kasy GW przyciągnęła moją uwagę reklamą dużej rozmowy z brytyjskim pisarzem. Ponieważ rozmowa ta trafi do sieci najprawdopodobniej dopiero w poniedziałek, a ja akurat dziś urządziłem sobie leniwą sobotę, wykosztowałem się na gazetę. Zacząłem czytać wywiad kilka minut temu i zaraz do niego powrócę. Przerwałem lekturę, bo znalazłem taki fragment: &lt;blockquote&gt;"Być może łatwiej będzie powiedzieć kto nim (światem) nie rządzi. Na pewno nie Europa, która jeszcze niedawno podbijała świat, a dziś jest tylko widzem. I nie Stany Zjednoczone, które każdego dnia dowodzą, że są krajem, który sam sob ą nie umie rządzić. To demokratyczne państwo stało się zakładnikiem własnego systemu. Nie jest w stanie funkcjonować bez lobbingu, a ten skutkuje korupcją i demoralizacją."&lt;/blockquote&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To, co przyszło mi do głowy, to żadne odkrycie Ameryki, jednak uznałem, że warto zapisać tę myśl. Bo czy dotyczące USA słowa le Carre'a nie mogłyby być opisem Rzeczypospolitej w XVIII wieku? Ten ustrój, który tak wykpiwano i krytykowano w podręcznikach historii, z których ja zaczynałem naukę w szkole, przetestował być może problemy, z którymi demokracja zmaga się dziś. Czy gry Czartoryskich, Lubomirskich i Radziwiłłów nie dałoby się (obok ich czysto gangsterskich zagrywek - porwań, zabójstw, wymuszeń, oszustw sądowych i... karcianych (te ostatnie brzmią błaho, ale karty stanowiły potężną broń w tamtych czasach)) opisać właśnie jako lobbing? Wmawiano mi w szkole, że ówczesny ustrój Rzeczypospolitej był kaleki i nie mógł nie upaść. To możliwa, choć ponura wizja. Kłopot w tym, że jeśli opis le Carre'a jest prawdziwy, zdajemy się powtarzać już raz przerobioną lekcję. Tylko, kto dziś pamięta o tamtych czasach?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt; PEES. W tym samym numerze GW stała się rzecz straszna. Podstępny żurnalista przepytał Wojciecha Manna z lektur, które ten podsuwa synowi oraz ze sposobów, w jakie to robi. Bardzo mi miło, że wśród autorów, których ceni Wojciech Mann wymienił Alfreda Bestera, mniej przecież u nas znanego od tak oczywistych na listach znanych autorów fantastyki jak Lem, Le Guin i Dick. To jednak stało się potem. Najpierw spadła na mnie groza pyszniąca się w tym fragmencie: &lt;blockquote&gt;"Z literatury, nazwijmy ją większą, no to po parę razy czytałem "Przygody Tomka Sawyera" i "Hucka Finna" Londona".&lt;/blockquote&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Mam nadzieję, że to to wredne bydlę, chochlik drukarski odpowiada za ten fragment. Ale i tak nie wiem jak dziś zasnę.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7544009165011084951?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7544009165011084951/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/158-john-le-carre-w-gw.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7544009165011084951'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7544009165011084951'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/158-john-le-carre-w-gw.html' title='158. John le Carre w GW (i pees)'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1715422601705619645</id><published>2011-09-07T11:29:00.008+03:00</published><updated>2011-09-07T11:55:38.890+03:00</updated><title type='text'>157. przejezdni pisarze</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;No proszę, jeszcze nie przestałem się ekscytować przyjazdem Calasso, który odwiedzi Kraków w listopadzie, a już GW poinformowała mnie, że w październiku zaglądnie do Krakowa Llosa. Jakże sympatycznie. Tylko co to dla mnie oznacza?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nigdy nie rozumiałem idei zbierania autografów. Nawet powieść Zadie Smith nie była mi w stanie tego wytłumaczyć, choć jej bohater wydawał się o tyle zrozumiały, że utrzymywał się z handlu autografami. Jestem w stanie zaakceptować, że ktoś może zarazić się taką pasją, kolekcjonerstwo nie jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Niemniej zawartość książki pozostaje dla mnie znacznie ważniejsza niż bazgroł na jej pierwszej stronie, choćby i z dedykacją. Posiadam coś ze dwa autografy, oba z lekka przypadkowe - ten Carrolla wygrałem w jakiś sposób wraz z książką, a do Duncana podeszliśmy z Niepco podczas targów książki, bo wydawał nam się smutny i samotny (mało kto w Polsce jeszcze wtedy kojarzył kto to taki). Kupiliśmy więc po "Welinie" i podeszliśmy do osamotnionego pisarza, by go pocieszyć.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Autograf to jednak tylko pierwszy krok, zaledwie znak, że w jakiś sposób przestawaliśmy z pisarzem, człowiekiem, który potrafi tak komponować słowa, by wywierały wpływ większy niż nasze potoczne artykulacje. Bo krokiem drugim jest rozmowa, czy choćby skromne przysłuchiwanie się z boku, jak pisarz rozmawia z kimś innym, a ostatecznie wysłuchanie wykładu pisarza na żywo. Wszystko to stanowi aspekty Przestawania z Autorem, jakiegoś, jak sobie wyobrażam, niemal metafizycznego kontaktu z człowiekiem niezwykłym, może nawet świętym w jakiś artystyczny czy intelektualny sposób. Dotykamy szat świętych i bogów, by część ich mocy oświeciła nas, może więc gromadzimy autografy, ściskamy dłonie i wymieniamy onieśmielone dykteryjki z autorami z podobnych powodów? Pisarz to inny świat, a my mamy szansę złapać choć łyk powietrza z tamtej strony. Zastanawiam się nad tym, bo co tak naprawdę da mi wysłuchanie wykładu Calasso? Czy więcej niż przeczytanie jego książek i artykułów? Chyba nie. Nie sądzę, by włoski mistrz słowa, którego zapisy wędrówek po kulturze tak bardzo mnie porywają przedstawił mi jakieś prawdy objawione, by możliwość wysłuchania go w cudowny sposób otworzyła mi oczy i umysł. Więcej niż dokonała jego twórczość, do której często i chętnie wracam godzinny może wykład nie dokona. Równie dobrze mógłbym zbyć całą sprawę wzruszeniem ramion i zamiast przepychać się w tłumie fanów uzbrojonych w wysokie tytuły naukowe i hajlajfowe doświadczenia, siąść w domu po raz kolejny ciesząc się fragmentami "Zaślubin Kadmosa z Harmonią".&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A jednak zapewne w listopadzie wybiorę się na miejsce spotkania z Calasso, nawet jeśli jedyne, co będę z tego miał to intelektualne i towarzyskie siniaki. Choć nie zbieram autografów, poniesie mnie prywatna irracjonalność - chęć poprzestawania z człowiekiem, którego pióro, umysł i wiedza urzekły mnie i wciąż urzekają. Może nawet nie będę specjalnie słuchał tego, co powie. Postoję wciśnięty w jakąś kolumnę bądź ścianę, pogapię się na atrakcyjne młode intelektualistki, wymienię uśmiech z kimś znajomym. Po powrocie do domu odpalę może bloga i coś na nim napiszę. Nic się nie zmieni, bo niby jak? Niemniej, jest coś ujmującego w tym, że godzinę lub więcej życia spędzę w czasie, który mógłbym nazwać "sferą mimo wszystko". To będzie bardzo ludzki postępek.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1715422601705619645?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1715422601705619645/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/157-przejezdni-pisarze.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1715422601705619645'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1715422601705619645'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/157-przejezdni-pisarze.html' title='157. przejezdni pisarze'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3944458884621452889</id><published>2011-09-02T08:46:00.007+03:00</published><updated>2011-09-02T09:02:57.929+03:00</updated><title type='text'>156. mała wódka i Małeccy</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Niespodziewane chodnikowe spotkanie z dostojniejącym, jak mi się zdaje, na skroniach Jarosławem Urbaniukiem, zaowocowało stwierdzeniem tegoż, iż "czwartek to taki mały piątek". Fakt ten postanowiliśmy uczcić małą wódką, w związku z czym skierowaliśmy się ku najbliższemu zagłębiu alkoholowemu. Rozmowa zeszła oczywiście na Polcon i Zajdle, by prędko skręcić ku doniosłemu wydarzeniu, które miało tyle wspólnego z Polconem, że jego uczestników na konwencie zabrakło.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify&gt;"Ależ numer wykręcił Małecki!" - donośnie obwieścił Urbaniuk. Zastrzygłem uszami zainteresowany ewentualnymi sensacjami z ślubu Kuby Małeckiego, który postanowił wstąpić w okowy małżeństwa w tymże samym terminie, w którym inni dyskutowali zawzięcie na ważkie tematy przy okazji terminu. Ku mojemu rozczarowaniu okazało się, że mówiąc o "wykręconym numerze" mój rozmówca miał na myśli jedynie sam ślub.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Żaden z nas nie dostrzegł zainteresowania idącej tym samym chodnikiem sympatycznej na oko, niewysokiej brunetki. Tymczasem ona słuchała. I gdy Urbaniuk wyraził przekonanie, że ślub Małeckiego z całą pewnością był kościelny, ponieważ Małecki to katolik (a wypowiadał się Urbaniuk z właściwą sobie swadą, czyli niezupełnie szeptem), po czym powtórzył tezę o "wykręconym numerze", nietowarzyszące nam dziewczę postanowiło zareagować.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Uśmiechając się sympatycznie i błyskając oczami spod kunsztownie a miło zmierzwionej ciemnej grzywki oświadczyło, iż to nie tylko Małeckiego wina, bo przecież cały zespół grał kiepsko.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nie wykorzystaliśmy okazji (co Urbaniukowi, stosunkowo młodemu małżonkowi, się chwali, natomiast ja powinienem ponieść jakąś spektakularną karę). Nie zaprosiliśmy uroczej dziewczyny na wódkę, by wytłumaczyć jej, że wśród zamieszkujących Polskę katolików znajduje się co najmniej dwóch Małeckich. Zamiast tego Urbaniuk, co warte odnotowania, zamilkł a ja palnąłem coś niespecjalnie błyskotliwego o grze Wisły. Szybko poszliśmy wspomaganiem kieliszkowym zapomnieć, że kibiców piłkarskich jest znacznie więcej niż czytelników. Niby zdajemy sobie z tego sprawę. Ale czemu mają nam o tym przypominać śliczne dziewczyny?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3944458884621452889?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3944458884621452889/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/156-maa-wodka-i-maeccy.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3944458884621452889'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3944458884621452889'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/09/156-maa-wodka-i-maeccy.html' title='156. mała wódka i Małeccy'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4869254105950091832</id><published>2011-08-28T19:30:00.006+03:00</published><updated>2011-08-28T20:02:42.482+03:00</updated><title type='text'>155. po polconie</title><content type='html'>&lt;p align=justify"&gt;Konwent to konwent - dużo zamieszania, dużo znajomych, dużo rozmów, dużo piwa. Co pamiętam, na szybko, z tegorocznego Polconu?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przede wszystkim faceta, który zadziwił Dukaja (i właściwie wszystkich) wygłaszając tezę o pokrewieństwie powieści Dukaja z twórczością Lovecrafta. Poproszony o podanie szczegółów odpowiedział szczerze, że nie może podołać temu zadaniu, ponieważ prozy Dukaja nie czytał. Okazało się, że to znajomi starali się zachęcić go do zapoznania się z powieściami Dukaja, porównując je do Lovecrafta. Zafrapowany Dukaj zadeklarował, że gdy znajdzie czas, zapozna się w związku z tym bliżej z Lovecraftem.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dukaj będzie powracał w tej notatce. Oto jak przedstawił go prowadzący tajemniczy panel, którego tematyka chyba nadal pozostaje niejasna: "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jacek Dukaj, pisarz. Związany także z innymi aspektami pióra.&lt;/span&gt;" Prowadzący spotkanie już na początku zadeklarował, że nie do końca rozumie wymyślony przez kogo innego temat panelu. Zagubienie towarzyszyło do końca spotkania nie tylko jemu, ale i uczestnikom i publiczności. Nie pomógł nawet Michał Cetnarowski, który po swojemu wyrwał się z pytaniem ("&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Chcę tylko pomóc prowadzącemu, bo wiem, jak czasem jest trudno po tamtej stronie&lt;/span&gt;") i został uprowadzony na scenę przez gości (Dukaj, Orbitowski, Szostak, Twardoch) spragnionych jasnych i klarownych pytań. Nie doczekali się.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Odkryciem prelekcji Wita Szostaka na temat Odysei nie stały się tezy na temat dzieła Homera. Z pierwszego miejsca wyparł go Szekspir. Dokonał tego za pomocą Macieja Parowskiego, który oświadczył niespodziewanie, że "Hamlet" jest głęboko zakorzeniony w "Odysei" właśnie, a duński królewicz to nowy odpowiednik Telemacha. Kto wątpi, niech przeczyta imię Hamleta od tyłu.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Obecność Ziemkiewicza przydała imprezie błysku. Dzięki niemu bowiem, po serii ciągnących się od lat poprzez kolejne konwenty paneli dyskusyjnych, w których wszyscy się ze wszystkimi zgadzali, mogłem nareszcie obejrzeć panel oparty na ostrym sporze dotyczącym Lema. Dyskusja była o tyle jeszcze ciekawsza, że paneliści podchodzili do Lema i jego twórczości w sposób pozbawiony zahamowań wynikających zwykle z obcowania z świętością geniuszu. Felietony Lema dla GW uznano za klęskę, przy czym Ziemkiewicz upatrywał jej przyczyn w lemowskim pragnieniu zostania guru, natomiast ostro kontrujący go Dukaj oświadczył, że wredni żurnaliści wykorzystali starca. Ciekawe było też stwierdzenie, że twórczość Lema można podzielić na dwa okresy - wcześniejszy, kiedy pisał lepszym językiem słabsze powieści, oraz późniejszy, gdy gorszym językiem pisał powieści lepsze. Ziemkiewicz wyraził przekonanie, że Zajdel się nie zestarzał (i nie zestarzeje), zawsze bowiem aktualne będą powieści obnażające manipulację, natomiast Lem się zestarzał i nikt go już nie czyta. Dukaj natomiast oświadczył, że Lem jest ponadczasowy.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Zajdle. No cóż. Jedna z organizatorek próbowała pocieszyć po wszystkim tych, którzy statuetek nie otrzymali, mówiąc: "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;No spójrzcie na laureatów, widzicie jakie to dla nich ciężkie?&lt;/span&gt;". Istotnie, Anna Kańtoch płakała właśnie za bukietem kwiatów powtarzając, że nie zasłużyła na nagrodę, a Jacek Dukaj potrząsał smętnie głową, mrucząc o niesprawiedliwości świata. Tym razem w głosowaniu oddano aż 210 głosów (czy coś koło tego), co prawdopodobnie stanowi kolejny niechlubny rekord. Wśród osób, z którymi rozmawiałem powszechne było przeświadczenie, że Twardoch został obrabowany. Co gorsza Jacek Dukaj otrzymał nagrodę za tekst, który napisał pięć, albo sześć lat wcześniej. Zajdla dostał więc jakiś inny Dukaj, a nie ten, który tworzy dziś. Można by nawet spojrzeć na to tak, jakby jego rozwój pisarski został podważony.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4869254105950091832?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4869254105950091832/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/08/155-po-polconie.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4869254105950091832'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4869254105950091832'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/08/155-po-polconie.html' title='155. po polconie'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2029956472370909382</id><published>2011-08-17T08:55:00.007+03:00</published><updated>2011-08-17T09:32:20.971+03:00</updated><title type='text'>154. poza siecią, Sapkowski na niepoważnie.</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Najpierw sam zepsułem sobie internet i długo unikałem jedynej możliwości jego naprawienia w postaci sformatowania dysku (system tak się skiepścił, że nie przyjmował naprawiania i ignorował sterowniki karty sieciowej), a kiedy wreszcie się zmobilizowałem, przyszła taka burza, że wyłączyła wszystko, wszystkim w okolicy. Z twej okazji w nową Alicję zacząłem grać dopiero wczoraj w nocy i jeszcze nic nie mogę o niej napisać. Mogę za to napisać o Sapkowskim, którego powieść po raz prawie pierwszy wylądowała na taniej książce. Ale nie dlatego pokusiło mnie, by o nim napisać, a dlatego, że z braku sieci przeczytałem cały cykl wiedźmiński.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Powieści zyskały po latach. Gdy czytałem je na bieżąco, drażniło mnie, że wiedźmin stał się fajtłapą, a trzeci tom polega na tym, że bohaterowie jadą. Teraz już mi to nie przeszkadzało. Okazało się, że wiedźmin, choć pokazał swoją wredniejszą naturę, fajtłapą jednak się nie stał a przejeżdżony tom trzeci, choć nadal uważam, że zmieściłby się cały w jednym rozdziale, może dwóch, czytało mi się lepiej niż początek tomu czwartego. Na nowo polubiłem bohaterów, nawet Ciri, którą szczerze nienawidziłem lata temu, teraz zyskała.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przy tych wszystkich zaletach wciąż drażnią mnie "tarantinizmy" Sapkowskiego, czyli upajanie się własnym kunsztem i oddawanie artystycznej masturbacji. Podobnie jak w ostatnich filmach Tarantino, sporo jest w cyklu wiedźmińskim fragmentów, które służą jedynie pielęgnowaniu autorskiego samozachwytu. Jeśli kocha się obu twórców zapewne nawet podziwianie ich narcyzmu może cieszyć. W innym przypadku, potrafi to zmęczyć, wywołać wzruszenie ramion.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nie popełniałbym jednak wpisu o wiedźminie, gdyby nie myśl, która dopadła mnie na sam koniec - "tak się już chyba dziś nie pisze". Dziś w literaturze popularnej wygrywają powieści bardziej serio, bez ironicznego dystansu. Oczywiście, twardziele cedzący bon moty nadal są w cenie, o tego się chyba nie uwolnimy. Ale cała ta niby postmodernistyczna mieszanka, gry i nieustająca kpina, igranie z całkiem współczesnymi hasłami i spora dawka prostego cynizmu to już, mam wrażenie, przeszłość. Teraz rządzą i wyznaczają kierunki: Erikson, Martin, Wegner i żaden z nich nie kpi. Nie znaczy to, że są to autorzy pozbawieni poczucia humoru. Jednak unikają kpiny. Tyrion Lannister może być kpiarzem, ale jest postacią dla autora i czytelnika poważną. Martin nie puszcza oka do czytelnika, nie próbuje grać z nim w żadną z ironicznych gier. Sapkowski, nawet, gdy opisywał najtragiczniejsze wydarzenia, gdy pisał o wzniosłych uczuciach, szybko uciekał w ociekający kpiną i ironią opis jakiejś innej sytuacji. Wiedźmin mówił o miłości i przyjaźni, a ktoś inny zaraz nich kpił, a my wiedzieliśmy, że autor igra z nami. Aż zacząłem się zastanawiać, czy Sapkowski nie przegrał próbując napisać powieści naprawdę na poważnie, ale nie umiał wyzwolić się z obowiązkowej pozy zdystansowania do świata, tak wymyślonego, jak i rzeczywistego. Kiedy mamy naście lat taka poza jest wręcz obowiązkowa i kiedyś była obowiązkowa w literaturze popularnej, bo przejmowanie się losami swoich bohaterów i - co gorsza - szczere używanie wielkich słów świadczyło o słabości. Dziś Wegner mówi na spotkaniu autorskim, że honor jest dla niego ważny i że traktuje go poważnie. U Sapkowskiego pozytywni bohaterowie udają, że nie wiedzą, co to honor, gotowi są z niego nieszczerze pokpiwać, może dlatego, że sami zadają sobie wciąż mnóstwo pytań, co może umknąć czytelnikowi skupionemu na kabaretowej stronie powieści. Bo kabaretem bywa i to gorzkie i to prześmiewcze odnoszenie się do wydarzeń i idei z naszej rzeczywistości, które tak bardzo się kiedyś u Sapkowskiego podobało. I ten kabaret właśnie w cyklu wiedźmińskim przeszkadzał mi teraz najbardziej, nawet jeśli mnie bawił. Nie dlatego, że był zły - kiedyś zaśmiewałem się przy nim do łez, a i teraz przecież mnie bawił, zmuszał do refleksji tam, gdzie autor tego chciał. Ale dziś się już tak nie pisze, a mnie przecież także przekształciła ta nowa sztuka pisania. W czasach, kiedy powieści Pratchetta robią się coraz poważniejsze, styl Sapkowskiego stał się nagle archaiczny. Dziś pisarze chcą, byśmy wpadali po same uszy w światy ich powieści zapominając o świecie rzeczywistym, byśmy żyli życiem ich bohaterów. Sapkowski uważał, że to bohaterowie fantasy powinni przynajmniej choć trochę żyć życiem i problemami czytelników.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Poniekąd Sapkowski zrobił czas jakiś temu to, co wymyślił sobie Mieville - wziął fantasy i spróbował opowiedzieć w niej coś inaczej, nie rezygnując przy tym z żadnego chyba toposu tej literatury. Ale Mieville, nowoczesną modą, podchodzi do swojego pisania poważnie. I być może dlatego nad nim pochylają się krytycy, a Sapkowski ma obecnie znaczenie głównie historyczne, a i to w okrojony sposób - jest facetem, który rozruszał wydawniczo polską fantastykę i przynajmniej jedno pokolenie następców naznaczył stylem, który daremnie starali się kopiować. Ale nawet to się zmienia.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2029956472370909382?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2029956472370909382/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/08/154-poza-siecia-sapkowski-na-powaznie.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2029956472370909382'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2029956472370909382'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/08/154-poza-siecia-sapkowski-na-powaznie.html' title='154. poza siecią, Sapkowski na niepoważnie.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3189455518319057266</id><published>2011-08-09T08:43:00.009+03:00</published><updated>2011-08-09T09:17:27.772+03:00</updated><title type='text'>153. Oko kruka. Jeszcze trochę magii.</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Szukając wczoraj zupełnie innej książki wypatrzyłem niespodziewanie "Oko Kruka" Eliota Pattisona, kolejną opowieść o losach Duncana McCullama, młodego Szkota, zesłanego na niebezpieczne amerykańskie pogranicze w czasie kolonialnej wojny między Anglią a Francją. Akcja toczy się stosunkowo niedługo po tym, jak zginął Unkas, toteż ci, którzy wychowywali się na "Ostatnim Mohikaninie" w świecie "Grzechoczącego kośćmi" i "Oka kruka" poczują się jak w domu. &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-7zPw3haRidI/TkDPwX1cIQI/AAAAAAAAA1o/nsNggBZgdWQ/s1600/oko%2Bkruka.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 212px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-7zPw3haRidI/TkDPwX1cIQI/AAAAAAAAA1o/nsNggBZgdWQ/s320/oko%2Bkruka.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5638735163406688514" /&gt;&lt;/a&gt;To, co napisałem powyżej mogłoby sugerować, że po powieści Pattisona powinien sięgnąć ten, kto lubuje się w powieściach przygodowych. Otóż niekoniecznie. Pattison to przede wszystkim autor powieści kryminalnych.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jego pierwszym przebojem stała się - o ile wiem - "Mantra czaszki", powieść otwierająca cykl o przypadkach inspektora Shana, oficera chińskiej policji specjalizującego się w sprawach korupcyjnych. W ostatnim swoim oficjalnym śledztwie Shan wpadł na trop sprawy, która go przerosła i wylądował w obozie pracy w Tybecie. Tam żył pozbawiony nadziei na odmianę losu, aż okolicą wstrząsnęła seria morderstw, z którymi nie potrafiły poradzić sobie wojskowe władze. Aby uniknąć przyciągania niebezpiecznej uwagi Pekinu, armia sięga po asa w rękawie - zapomnianego policjanta, po którym nikt nie będzie płakał, jeśli coś pójdzie nie tak. Już w "Mantrze czaszki" Pattison wiele uwagi poświęcił lokalnym uwarunkowaniom kulturowym. Shan nie tylko prowadzi śledztwo, ale także (a może przede wszystkim) uczy się obcej sobie kultury, poznaje świat na nowo. Nie inaczej jest w przypadku Duncana McCullena, bohatera powieści "amerykańskich". McCullen stawia opór angielskiemu "kulturkampf" starając się ocalić Szkockie obyczaje. &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-qRQtmcHcFz8/TkDP94R-tUI/AAAAAAAAA1w/2JetNrSj6NA/s1600/grzechocz%25C4%2585cy%2Bko%25C5%259B%25C4%2587mi.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 184px; height: 280px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-qRQtmcHcFz8/TkDP94R-tUI/AAAAAAAAA1w/2JetNrSj6NA/s320/grzechocz%25C4%2585cy%2Bko%25C5%259B%25C4%2587mi.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5638735395454629186" /&gt;&lt;/a&gt;Dlatego łatwiej przychodzi mu z czasem zrozumieć podobny opór stawiany białym przez indiańskie plemiona.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Powieści Pattisona są tak pełne magii, że dałoby się czytać je jak fantasy. Przy czym opisuje ową magię w sposób podobny do tego, jak ukazuje świat druidów Bernard Cornwell w trylogii arturiańskiej - magia istnieje, ponieważ bohaterowie w nią wierzą. Dokonują niezbędnych dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa rytuałów, wysłuchują opowieści o cudach a czasem sami o nich opowiadają. Czytelnik nie zobaczy w powieściach Pattisona magii w działaniu, o ile sam w nią nie uwierzy. Bo szamani przemawiający do ryb, albo magiczne drzewa mogą nie być niczym nadzwyczajnym, nie ma takiego elementu powieści, którego nie dałoby się wytłumaczyć racjonalnie. Ale czy trzeba?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Chciałbym, aby pisarze zajmujący się fantasy poświęcali obcym kulturom tyle uwagi, co Pattison w swoich kryminałach. Fantastyka zwykła być uważana za typ literatury wręcz stworzonej do ukazywania kontaktu człowieka z obcym i nieznanym. Pattison pokazuje jak łatwo potrafimy zmarnować nasze szanse. Mnie uświadomił, że fantaści udomowili obcego, że już mu się (przeważnie) nie dziwią. Coś paskudnego stało się z wrażliwością sporej części z nas, być może zatuptały ją tłumy alienów różnej maści. Pattison w powieściach kryminalnych robi coś, czego oczekiwałbym od fantastyki, w tym od fantasy, bo ona szczególnie zaniedbuje to pole. Bohaterowie Pattisona stają wobec obcych i poprzez nich zaczynają widzieć siebie.&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-ilJKVb267V4/TkDQFhY1erI/AAAAAAAAA14/H9UQ6KnTvc4/s1600/MantraCzaszki.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 312px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-ilJKVb267V4/TkDQFhY1erI/AAAAAAAAA14/H9UQ6KnTvc4/s320/MantraCzaszki.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5638735526748322482" /&gt;&lt;/a&gt; A przy tym wszystkim powieści Pattisona to naprawdę świetne kryminały.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Pierwsze trzy powieści z cyklu inspektora Shana widziałem jeszcze całkiem niedawno na taniej książce. "Grzechoczący kośćmi" ani tym bardziej "Oko kruka" jeszcze tam nie trafiły, ale z okazji wydania nowej powieści, empik przecenił "Grzechoczącego kośćmi" o pięćdziesiąt procent. Nie wiem jak długo potrwa ta promocja. Podejrzewam, że Pattison sprzedaje się w Polsce średnio. Szkoda.&lt;/p&gt; &lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3189455518319057266?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3189455518319057266/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/08/153-oko-kruka-jeszcze-troche-magii.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3189455518319057266'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3189455518319057266'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/08/153-oko-kruka-jeszcze-troche-magii.html' title='153. Oko kruka. Jeszcze trochę magii.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-7zPw3haRidI/TkDPwX1cIQI/AAAAAAAAA1o/nsNggBZgdWQ/s72-c/oko%2Bkruka.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2833286694214041937</id><published>2011-08-03T09:48:00.006+03:00</published><updated>2011-08-03T10:08:53.666+03:00</updated><title type='text'>152. Dwanaście prac Wawrzyńca Podrzuckiego?</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Ten tekst miał pierwotnie znaleźć się w &lt;a href="http://blog.fandsf.pl/?p=739#comments"&gt;komentarzach na blogu F&amp;SF&lt;/a&gt;, ale odpowiedź rozrosła mi się przeokropnie, uznałem więc za stosowne wkleić ją tutaj.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dyskusja pod wpisem Konrad Walewskiego dotyczyła wielu interesujących tematów, a potem przybył Wawrzyniec Podrzucki i zapytał: &lt;blockquote&gt;Wracając do analizy i interpretacji – wielu autorów powieści fantastycznonaukowych, szczególnie naukowców, podejmuje w powieściach próby zmierzenia się z kontrowersyjnymi kwestiami naukowymi i ich wpływie na nas teraz, bądź w przyszłości. Rozważania te stanowią często istotę powieści, toteż moim zdaniem profesjonalna recenzja powinna się do nich odnieść. Stąd moje pytanie do pana Konrada: w jaki sposób profesjonalny recenzent, który ma wykształcenie wyłącznie literaturoznawcze, analizuje te konkretne aspekty utworu.&lt;/blockquote&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Pytanie jest interesujące, bo rzeczywiście, o ile w latach osiemdziesiątych (odwołuję się do tych, które pamiętam) wiele uwagi poświęcano kwestiom naukowym i technicznym, obecnie większość recenzentów wydaje się je ignorować. Równocześnie Podrzucki jest uprawniony do zadania takiego pytania, ponieważ posiada doświadczenie, od którego większość polskich autorów fantastyki jest wolna - oczekiwał, że jego powieść zostanie przeanalizowana pod kątem naukowym i chyba się tego nie doczekał. Dla kogoś, kto włożył wiele w pracy w kwestie naukowe powieści, musi to być rozczarowanie. Stąd jego pytanie, które stanowi chyba tak naprawdę postulat.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Większość recenzji, czy też pogłębionych analiz powieści fantastycznych, z którymi stykam się ostatnio, skupia się na ocenie warstwy literackiej utworu. Także interpretacje tekstów odsuwają kwestie naukowo - techniczne na dalszy plan. Dzieje się tak prawdopodobnie za przyczyną braku specjalistycznej wiedzy recenzentów, ale także ze względu na fakt, że powieści SF ukazuje się w Polsce raczej niewiele (osobna sprawa to fantasy, o niej później). Nie jesteśmy więc przyzwyczajeni do naukowych poszukiwań w takich powieściach. Jeżeli ktoś oceniał trzydzieści utworów pod kątem przede wszystkim literackim, odruchowo może w ten sam sposób oceniać, ale i odczytywać np. "Ślepowidzenie".&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Może się wydawć, że żyjemy obecnie w czasach prymatu literatury nad nauką fantastyce, także w SF. W tzw. "złotym wieku" kwestie literackie miały, odnoszę wrażenie, drugorzędne znaczenie, ustępując miejsca koncepcji i to koncepcji mocno osadzonej w nauce. "Nowa fala" dała początek zmianom, wymusiła zauważenie, że fantastyka powinna być też, a może przede wszystkim, wartościowa literacko. Oczywiście, istnieją pisarze, którzy potrafią łączyć oba te czynniki bez szkody dla żadnego z nich. By nie szukać daleko, sztandarowym przykładem mógłby by Lem. Niemniej w odczytywaniu fantastyki coś się zmieniło i dziś patrzymy, staramy się postrzegać na fantastykę jako przede wszystkim literaturę. Stąd przede wszystkim literackie analizy powieści fantastycznych.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Naturalnie, opisałem idealny model. Tak naprawdę miłośnicy militariów gotowi są oceniać każdą powieść fantasy niczym rozprawy naukowe, a zatem posługują się tacy czytelnicy pozornie paranaukowymi narzędziami. Czemu mało kto stara się czytać w podobny sposób SF? Niestety nie, prawdopodobnie właśnie ze względu na niewystarczające doświadczenie. Czy to źle? Na pewno nienajlepiej. Z przyjemnością przeczytałem np. co miał o "Ślepowidzeniu" do powiedzenia Wawrzyniec Podrzucki. Chętnie poczytałbym co o powieści posiadającej naukowe podstawy ma do powiedzenia specjalista z poruszanej w powieści wiedzy.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czy jednak czysto literacka analiza powieści to za mało?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W moim przekonaniu nie. Literatura jest przede wszystkim literaturą. Interesująca koncepcja to obecnie zbyt mało, równie istotna jest warstwa literacka. Jestem przekonany, że lepszą - w obecnym rozumieniu - powieścią fantastyczną może być pięknie napisane dzieło oparte na idiotycznych założeniach niby naukowych, niż najbardziej nawet przemyślany, posiadający solidne podstawy naukowe, kiepsko napisany tekst. Obawiam się, że do autorów należy w takiej sytuacji przybliżenie zagadnień naukowych powieści, jak robią to chociażby Watts czy Stephenson w przedmowach bądź posłowiach do swoich powieści.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Rozumiem, że autor, który napracował się koncepcyjnie chciałby usłyszeć, co sądzi o tym kompetentny krytyk. Obawiam się jednak, że takich krytyków jest dziś bardzo niewielu, a może nawet wcale ich nie ma? Pod względem fizyki od czasu do czasu zabiera głos Andrzej Zimniak, może uniesie kiedyś temat Czereśnia. Jeśli chodzi o biologię, może powinien zająć się krytyką od tej strony Wawrzyniec Podrzucki? To nie żart. Dawno, dawno temu fantastyką zajmowali się ochoczo ludzie o wykształceniu naukowym, dziś piszą ją często ci, którzy nauki, takiej jak rozumie ją Podrzucki, który nie przepada za terminem "nauki społeczne", nie znają w stopniu wystarczającym, by wypowiadać się na jej temat w sposób nie budzący wątpliwości. Czy to źle dla literatury? Nie. Dla fantastyki? Niekoniecznie. Choć może się to wydawać przykre, jeśli Wawrzyniec Podrzucki chce, by pojawiła się w Polsce naukowa krytyka literatury SF, będzie musiał sam takiej krytyki spróbować i zachęcać do niej innych. Sądzę, że znajdą się chętni. A ja ich opracowania chętnie, choć okiem laika, poczytam.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2833286694214041937?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2833286694214041937/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/08/102.html#comment-form' title='Komentarze (54)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2833286694214041937'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2833286694214041937'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/08/102.html' title='152. Dwanaście prac Wawrzyńca Podrzuckiego?'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>54</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7157251347669289892</id><published>2011-07-30T11:17:00.004+03:00</published><updated>2011-07-30T11:22:33.928+03:00</updated><title type='text'>151. Jo Nesbo o 22 lipca</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Co pewien czas piszę tu o kryminałach Jo Nesbo, jak się zdaje na tyle zachęcająco, by co najmniej jedna osoba postanowiła się zapoznać z dokonaniami tego norweskiego pisarza (pech, że z najsłabszą - moim zdaniem - powieścią, ale taka akurat wylądowała na taniej). Pomyślałem, że wypada podlinkować to, &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,76842,10026473,Mojego_kraju_juz_nie_ma.html"&gt;co w kontekście tragedii w Norwegii powiedział Nesbo, a co wydrukowała GW.&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7157251347669289892?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7157251347669289892/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/151-jo-nesbo-o-22-lipca.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7157251347669289892'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7157251347669289892'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/151-jo-nesbo-o-22-lipca.html' title='151. Jo Nesbo o 22 lipca'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4792870615170565846</id><published>2011-07-18T09:46:00.008+03:00</published><updated>2011-07-18T11:24:16.837+03:00</updated><title type='text'>150. ten wredny Tolkien</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Dawno, dawno temu, w czasach nim trafiła do kin trzecia część "Władcy Pierścieni", podsłuchałem w tramwaju rozmowę osób rozczarowanych Tolkienem. Sięgnęły one po książkową trylogię po oglądnięciu filmu, przekonane, że czeka je obcowanie z wybitnym dziełem nawalankowym. A czekało je mrowie opisów, trudne do przebycia puszcze nazw i szczegółów. Swoje spotkanie z prozą Tolkiena rozmówcy podsumowali jednym słowem: "nuda". Podzieliłem się ich doznaniami na forum, dzięki czemu odbyliśmy dyskusję pod hasłem: "&lt;a href="http://www.fantastyka.pl/forumfantastyki/viewtopic.php?f=3&amp;t=638&amp;st=0&amp;sk=t&amp;sd=a&amp;sid=68f32dde9eb575f10614cc7aada2ff13"&gt;Czy Tolkien jest dziś nudny?&lt;/a&gt;". Minęło kilka lat i temat Tolkiena powrócił, tym razem &lt;a href="http://www.science-fiction.com.pl/forum/viewtopic.php?t=505&amp;postdays=0&amp;postorder=asc&amp;start=1590"&gt;na forum SF(itd) w wątku Roberta Wegnera&lt;/a&gt;.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dyskusja, która miała tam miejsce należy chyba do najbardziej żywiołowych starć na tematy okołoliterackie w tym sezonie ogórkowym. Niestety, w obawie o samopoczucie użytkowników forum już ją zagłaskano i zmieniono w wydawanie zachwyconych okrzyków na temat plaż, co rzecz jasna lepiej pasuje do wątku autorskiego pisarza, niż rozważanie bez końca szczegółów jego prozy. By zatem nie burzyć spokoju forum, ze znającym dzieła Tolkiena zdecydowanie lepiej ode mnie Matrimem rozmawialiśmy sobie już prywatnie. Szkoda, bo choć Matrim rozmówcą jest zacnym, to z zacności owej nie skorzystają inni, a i Matrima i mnie nie ubogacą sensowne uwagi, które mogłyby paść, gdyby rozmowa odbywała się publicznie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gdy już się wyżaliłem, mogę przejść do sedna. Dyskusja w wątku Wegnera rozpoczęła się od listy listy zażaleń, którą stworzył dla opowiadań Roberta jeden z jego mniej usatysfakcjonowanych czytelników. Jak to często bywa w przypadku naprawdę zaangażowanych miłośników fantasy, zarzuty nie dotyczyły zagadnień czysto literackich, ale szczegółów broni, stylów walki i taktyki. Później pojawiły się pytania o ustrój i powierzchnię imperium, długość skoków, jakie są w stanie wykonać zdesperowani oficerowie górskiej straży itp. itd. Dyskutanci cytowali autorytety, wyliczali historyczne bitwy i podlinkowywali sobie nawzajem filmiki przedstawiające pojedynki współczesnych szermierzy. Wszystko to było szalenie interesujące, stwarzało możliwość do poszerzania wiedzy. I odnosiło się do dzieła literackiego należącego do fantastyki, opowiadającego o całkowicie zmyślonym świecie, w którym istnieje zmyślona magia.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wszyscy wiemy, że fantaści lubią takie zabawy. Gdzieś (już sam nie pamiętam gdzie i kiedy) napisałem, że może na siłę czepiamy się realizmów, ponieważ, to pomaga nam odnajdywać się w kompletnie wymyślonych światach. Gdy jednak rozmowa z Matrimem zeszła nam na obliczanie kilometrów jakie mogli przebyć jeźdźcy Rohanu i rozważań na temat hodowli koni w świecie Tolkiena, zacząłem się zastanawiać, czy to wszystko nie jest winą starego mistrza.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nikt nie miał chyba podobnego wpływu na fantasy jak Tolkien. To przez niego każdy początkujący autor fantasy zaczynał pracę od narysowania mapki swojego świata, to on zapisał w tradycji orki, krasnoludy i elfy i opisał je w sposób, od którego znaczące odstępstwa prawie nie istnieją. To on wreszcie tak dokładnie opracował swój świat, że znaczna część wychowanych na powieściach Tolkiena czytelników oczekuje bezwarunkowo od autorów co najmniej identycznego przygotowania. Ponieważ zaś zdecydowanie więcej ludzi fascynują typy broni i uzbrojenia niż literatura i kultura sprzed wieków, autorzy nie bywają sprawdzani pod kątem budowanych zmyślonych cywilizacji, ale mierzone są długości rycerskich mieczy, kąty zakrzywień orczańskich szabli i badaniom poddaje się techniki strzeleckie elfów. Choć więc Tolkien opisał dokładnie chyba tylko jeden, złamany miecz, wychowani na nim czytelnicy oczekują, że autorzy dzieł fantasy będą posiadać wiedzę z wielu różnych dziedzin i wykorzystywać ją w celu jak najrealistyczniejszych opisów. Gdyby literaturze fantasy matkowała LeGuin nie mielibyśmy zapewne takiego zamieszania, chyba, że od pisarzy oczekiwano by wtedy obeznania z etnografią i podstawami psychologii. Ponieważ jednak panią Ursulę bardzo szanujemy, ale traktujemy jako ekscentrycznego gościa na uczcie fantasy, wiemy wszyscy, żeśmy od Tolkiena, domagamy się mapek (albo sami je rysujemy) i realizmu batalistycznego i technicznego. W literaturze pięknej. W zmyślonych światach. Wielkie dzięki panie Tolkien!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4792870615170565846?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4792870615170565846/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/150-ten-wredny-tolkien.html#comment-form' title='Komentarze (19)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4792870615170565846'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4792870615170565846'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/150-ten-wredny-tolkien.html' title='150. ten wredny Tolkien'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>19</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3033436741670804249</id><published>2011-07-14T10:07:00.005+03:00</published><updated>2011-07-14T10:24:04.518+03:00</updated><title type='text'>149,5 chłopaki, chłopaki! ale fajnie!</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Jak wiedzą niektórzy, jestem jedynym prawdziwym prawicowcem. Dlatego bardziej niż rozmaite wpadki lewicowych prasotwórców, wkurzają mnie popisy ich kolegów z prawej strony. Dziś rano, w duszny i parny czwartek (czyli w warunkach, w których szczególnie nienawidzę świata) pobudził mnie do działania Piotr Zychowicz &lt;a href="http://www.rp.pl/artykul/15,687405-IPN-wydaje-komiks-o-historii---recenzja.html"&gt;dzielący się w Rzepie swoim zachwytem nad komiksem "Wilcze tropy"&lt;/a&gt; wydanym przez IPN. Nie należę do osób, które widząc ten skrót spluwają przez lewe ramię, więc nie wzburzył mnie sam wydawca. Za to recenzja Zychowicza burzy krew. Np. taki fragment:&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;blockquote&gt;Spore wrażenie robi również scena, w której polscy żołnierze podpalają rakietnicą stodołę, gdzie do zasadzki przygotowują się Sowieci. Ze środka wybiega oficer NKWD w skórzanym płaszczu. Choć cały stoi w płomieniach, strzela jeszcze w stronę Polaków z pistoletu. Celna seria ze szmajsera posyła go jednak w błoto. Naprawdę lektura „Wilczych tropów" sprawia wielką przyjemność.&lt;/blockquote&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jak powiedziałaby Azoko: "no błagam!". Naprawdę wielką przyjemność sprawia Zychowiczowi obraz płonącego człowieka? To jest najważniejszy, najfajoskowszy i najsłitaśniejszy element tego komiksu? Podejrzewam, że chodzi raczej o to, że nareszcie w komiksie nasi dowalili nienaszym. Ale, na wszystkich bogów pogańskich mitologii, to ma świadczyć o wartości komiksu? Emocje rodem z lat szczenięcych? I to pisze poważny (tu dostałem ataku kaszlu) recenzent poważnej gazety? "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Hej, chłopaki, patrzcie, nasi leją ruska! O rany, o rany! Ale się fajcy&lt;/span&gt;!". Brakuje tylko zachwytu, że "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Patscie,jest goła dupa!&lt;/span&gt;"&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Końcowy akapit recenzji pozostaje dedykować wszystkim wielbicielom komiksu w Polsce:&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;blockquote&gt;Miłośnicy komiksu skazani są więc na tony zawalającego księgarskie pułki japońskiego i amerykańskiego chłamu. A znam wielu, którzy znacznie chętniej sięgnęliby po coś bardziej ambitnego.&lt;/blockquote&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Od razu widać, że Zychowicz to prawdziwy koneser i na komiksie i rynku komiksowym w Polsce zna się jak mało kto.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Uwaga techniczna - dziwny numer niniejszej notki wziął się stąd, że chciałem numer 150 zachować na coś fajniejszego.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3033436741670804249?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3033436741670804249/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/1495-chopaki-chopaki-ale-fajnie.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3033436741670804249'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3033436741670804249'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/1495-chopaki-chopaki-ale-fajnie.html' title='149,5 chłopaki, chłopaki! ale fajnie!'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1852494276490871394</id><published>2011-07-11T11:42:00.003+03:00</published><updated>2011-07-11T11:50:41.703+03:00</updated><title type='text'>149. prywata</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt; F&lt;a href="http://fandsf.pl/numer-15-wiosna-2011/"&gt;antasy &amp; Science Fiction z moim udziałem&lt;/a&gt; już od jakiegoś czasu rozsiadło się w punktach sprzedaży, aczkolwiek w krakowskich empikach widać to średnio, bo upchnięte na półkach z fantastyką egzemplarze zasłaniane są przez inne branżowe pisma.&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-KgJIMvTt3gM/Thq5MO4uyiI/AAAAAAAAAr0/1QUJTN8hl9k/s1600/fandsf.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 225px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-KgJIMvTt3gM/Thq5MO4uyiI/AAAAAAAAAr0/1QUJTN8hl9k/s320/fandsf.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5628014304158468642" /&gt;&lt;/a&gt; Dużo egzemplarzy leży za to na półce pod tytułem "hobby". Może to dobrze? W ten sposób fantastyka z dziwactwa dla uciekinierów od rzeczywistości awansowała do grona akceptowalnych zajęć jak rzeźbienie w zapałkach, kolekcjonowanie modeli samochodów i nagrań operowych. Pochwalę się też, że "Kwoka i Buhaj w kosmosie" przekroczył granicę stu tysięcy znaków. Zamierzam kolejne sto tysięcy machnąć do końca lipca i całość zamknąć prowizorycznie w sierpniu. Potem dam sobie z miesiąc i zacznę ciąć i poprawiać. No i będę musiał wymyślić dla tego jakiś normalny tytuł. A całość zaczęła się od żartu dedykowanego drakenowi. Jeśli jakimś cudem uda się dla tej space opery znaleźć wydawcę, trzeba będzie ten udział drakena uwiecznić.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1852494276490871394?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1852494276490871394/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/149-prywata.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1852494276490871394'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1852494276490871394'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/149-prywata.html' title='149. prywata'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-KgJIMvTt3gM/Thq5MO4uyiI/AAAAAAAAAr0/1QUJTN8hl9k/s72-c/fandsf.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1794224336973302274</id><published>2011-07-10T17:11:00.006+03:00</published><updated>2011-07-10T17:47:17.468+03:00</updated><title type='text'>148. urlop</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Trafił mnie urlop, podwójnie nie taki jak planowałem. Po pierwsze nie wyszło nic z wyjazdu na Bałkany, po drugie, gdy obciążony wiedzą o klęsce planów wyjazdowych, zmodyfikowałem zamierzenia, w moje okolice przywędrowały ulewy i skasowały pomysł na łażenie po górach. Co pozostało?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;dwa konwenty&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Z napisaniem o Krakow Game Fusion, na którym nagrywałem część paneli dyskusyjnych, jestem już tak spóźniony, że żaden obszerniejszy zapis na ten temat chyba już nie powstanie. Niedawno miałem okazję porównać tamten konwent z wydobywanym z popiołów Krakonem. Ponieważ nie należę do społeczności graczy ani wielbicieli anime, muszę przyznać, że lepiej odnajdywałem się na konwencie z - paradoksalnie - "grą" w nazwie. Blok literacki podczas Krakocu, pomimo zacnych i pełnych zaangażowania starań Toudiego, przycupnął niczym ubogi i nieco wstydliwy krewny w sali gimnastycznej, stanowiącej równocześnie noclegownię. Gdy odbywały się poranne spotkania autorskie, część uczestników nocnych bojów, czy to w dziedzinie gier, czy anime, jeszcze dosypiała. Wielbiciele literatury nie stawiali się w znaczącej liczbie i być może dlatego zrezygnowano z nagłośnienia sali. Stanowiło to pomysł o tyle nieszczęśliwy, że akustyka pomieszczenia uniemożliwiała usłyszenie słów zaproszonych gości, jeśli nie podnosili oni znacząco głosów, nawet osobom siedzącym w pierwszym rzędzie. Przy tym wszystkim spotkania, w których uczestniczyłem, były interesujące. Więcej mam o nich napisać do Creatio Fantastica, dlatego nie podam tu szczegółów. Podzielę się tylko zaskakującym, acz rosnącym w siłę przekonaniem, że jestem najwyraźniej jednym z nielicznych miłośników fantastyki w Polsce, którzy polubili e-booki od pierwszego wejrzenia i doczekać się nie mogą ich upowszechnienia. Wydawcy, a także przynajmniej jeden uczestniczący w Krakonie autor (z dwóch, których spotkałem) nie podzielają moich uczuć. A to nie pierwszy już raz, gdy podczas rozmowy o e-bookach spotykam się z spora ostrożnością.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Literacka część konwentu Krakow Game Fusion odbywała się w sympatycznej kawiarence, do której można było trafić bez konieczności korzystania z podpowiedzi systemu satelitarnego (a - jako krakus przyznaję to z zażenowaniem - by trafić na Krakon odpaliłem GPS). Sala była nagłośniona i zwykle zapełniona słuchaczami (może dlatego, że łatwiej było trafić). Nieprzypadkiem też więcej autorów przyjechało właśnie na KGF niż na Krakon. Obawiam się, że w przyszłym roku może być tak samo. Ale może to dobrze? Może lepiej, żeby Krakon skupił się na najpopularniejszych tematach - grach i anime?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;lektury&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Podczas urlopu powinno się czytać urlopową literaturę, czyli lekkie obyczaje, fantasy i kryminały (ewentualnie romanse o wampirach, jeżeli ktoś lubi). Kryminał, w moim przypadku, oznaczał "Karaluchy" Jo Nesbo, kolejną powieść norweskiego autora wydaną u nas. Kiedy kilka miesięcy temu rozmawiałem z kolegą o ostatniej, póki co, powieści - "Pancernym sercu" - zastanawialiśmy się jak jeszcze Nesbo może skrzywdzić swojego bohatera, Harrego Hole. Trzymając w ręku "Karaluchy" czułem więc niezdrowe podniecenie - zaraz miałem się dowiedzieć. Niestety, bądź na szczęście, nic z tego - "Karaluchy" to wcześniejsza, druga w kolejności powieść o niepokornym policjancie. W konstrukcji przypomina "Człowieka nietoperza", tyle, że tym razem Hole jedzie do Tajlandii, nie do Australii. Poza tym, bez zmian - powieść znów korzysta z tradycji czarnego kryminału, a Hole znów popełni zbyt wiele błędów, nim połapie się o co chodzi. Przy tym "Karaluchy" nadzwyczaj mi się spodobały, to chyba jedna z moich ulubionych powieści Nesbo. Wydaje mi się lepsza od "Człowieka nietoperza", wciąż jeszcze oddająca hołd klasyce bardziej niż późniejsze powieści, w których Nesbo stworzył dla swojego bohatera własną ponurą rzeczywistość, by konsekwentnie budować ją i masakrować życie bohatera. To jeszcze nie jest historia o upadku pewnego gliny, ale okrutny, czarny kryminał. Naprawdę dobra rzecz.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Napisałem "lektury", a tak naprawdę nie czuję potrzeby, by pisać o kolejnych książkach - odrobinie fantastyki, odrobinie historii i odrobinie głównego nurtu. Coś na ten temat znajduje się już na fejsbukowym profilu wydawnictwa Powergraph. Oby i oni zaistnieli w Google+. Ja mam ich już w kręgu zainteresowań, teraz czekam, by przybyli do tej nowej enklawy w sieci.&lt;p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1794224336973302274?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1794224336973302274/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/148-urlop.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1794224336973302274'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1794224336973302274'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/07/148-urlop.html' title='148. urlop'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-5331575920282454026</id><published>2011-06-27T09:04:00.002+03:00</published><updated>2011-06-27T09:21:46.494+03:00</updated><title type='text'>147. niespodziewanie urodzinowy Szwejk</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Pewna sympatyczna żona postanowiła urządzić swojemu sympatycznemu mężowi niespodziewankowe urodziny przy okazji okrągłej rocznicy urodzin. Ponieważ znam ich oboje zostałem na te urodziny zaproszony. Ledwie wręczyłem prezent, ledwie usiadłem, ledwie wypiłem pierwszy łyk piwa zamówionego u spowinowaconej (o czym wtedy jeszcze nie wiedziałem) barmanki, już zostałem zaskoczony słowami innego z gości: "No więc Platon wcale nie jest lepszy od Arystotelesa". Omal nie wyplułem piwa z wrażenia. I gospodarz musiał być zdziwiony, bo zauważył: "Do czego dojdziemy, jeśli przy pierwszym piwie zaczynamy od Arystotelesa?".&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Doszliśmy do przerzucania się cytatami z Szwejka. Przodował w tym gospodarz wraz z kolegą. Ja czytałem powieść ledwie dwa razy, toteż mogłem brylować jedynie teoretyzując na różne ogólne tematy. Aż w pewnym momencie wpadła mi do głowy myśl, której nie wyraziłem, ale którą, nauczony doświadczeniem, zanotowałem czym prędzej, dzięki uprzejmości wygodnych aplikacji telefonu.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Zanim ją przekleję pozwolę sobie napisać dwa słowa wyjaśnienia. Kim jest Szwejk wiedzą nawet ci, którzy powieści nie czytali (jeśli tacy istnieją, powinni jak najszybciej nadrobić to zaniedbanie). Jak wiadomo patriotycznie nastawiony Czech porzuciwszy handel kundlami przerabianymi na rasowce wyrusza bronić najświętszych wartości cesarstwa i przemierza setki, jeśli nie tysiące kilometrów pakując się w rozmaite kabały, z których wychodzi cało dzięki temu, że wszyscy (prawie) biorą go za kretyna. Zwyczajem Szwejka jest przytaczanie przy każdej okazji setek anegdotek, których bohaterami są setki ludzi, albo Szwejkowi znanych, albo tacy, o których tylko słyszał. Anegdotki mają się zwykle nijak do komentowanej przez Szwejka sytuacji i doprowadzają jego przełożonych do szału, oraz utwierdzają ich, przeważnie, w przekonaniu, że Szwejk to idiota. Inni z kolei mają Szwejka za kogoś niebywale przebiegłego.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Różnie o Szwejku mówiono i pisano, a mnie, przy którymś tam piwie przyszło do głowy coś takiego:&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Szwejk nieprzypadkiem mnoży tysiące opowieści o tysiącach ludzi. Wobec wielkiej wojny, w której giną miliony, opowiadanie o setkach, czy nawet tysiącach ludzi, wymyślonych, czy rzeczywistych, ale zwyczajnych, powszednich ludziach, staje się w "Przygodach dobrego wojaka Szwejka" ratowaniem świata. Zachowywaniem setek istnień w setkach opowieści&lt;/span&gt;.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-5331575920282454026?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/5331575920282454026/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/147-niespodziewanie-urodzinowy-szwejk.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5331575920282454026'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5331575920282454026'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/147-niespodziewanie-urodzinowy-szwejk.html' title='147. niespodziewanie urodzinowy Szwejk'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2668356181458751002</id><published>2011-06-24T08:49:00.004+03:00</published><updated>2011-06-24T09:20:44.891+03:00</updated><title type='text'>146. sen czasów</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Śniło mi się dziś, że miałem zostać kosmonautą. Właściwie nawet więcej - jednym z pionierów kolonizacji obcej planety (kiedyś zgłosiłem się do ogłoszonego - chyba przez NASA - naboru do kolonizacji Marsa, sen może być więc echem tamtego porywu entuzjazmu). Wspólnie z towarzyszami wsiedliśmy do kosmolotu przypominającego nieco konstrukcją promy kosmiczne. Usadowiliśmy się w jego niezbyt wygodnym wnętrzu, wystartowaliśmy i - jak to w snach bywa - paliwa starczyło nam by dolecieć w okolice mojego domu i rozbić się tam o budkę z lodami (która zresztą nie stoi w tym miejscu od lat osiemdziesiątych). Na miejscu katastrofy zawiązała się dyskusja - czy uznać, że nic się nie stało, załatać dziurę, zatankować i lecieć dalej, czy (byłem jedynym reprezentantem tej opcji) przyznać, że nasz pojazd ma wady konstrukcyjne, poprawić projekt i zacząć od początku. Którakolwiek by nie zwyciężyła poszedłem do domu.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To powyżej to tylko wstęp, teraz najważniejsze. Co bowiem było pierwszą czynnością wykonaną przeze mnie po wygrzebaniu się z kosmolotu i resztek budki z lodami? Wyjąłem komórkę, by wpisać na twitterze, że wyprawa nie poszła do końca zgodnie z założeniami. A w domu, choć przed moim nosem magicznym sposobem pojawił się obiad (schaboszczak z młodymi ziemniakami z koperkiem i mizerią), najpierw przyrządziłem notatkę blogową na temat wyprawy i katastrofy kosmolotu. A potem, gdy obiad stygł, dyskutowałem o klęsce wyprawy ze znajomymi z forum. Mam wrażenie, że to moje zachowanie wcale nie odbiegało bardzo od normy. Masa ludzi po rozmaitych, czasem niezwykłych wydarzeniach czuje potrzebę by przede wszystkim poinformować świat o swoich odczuciach w temacie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dawno temu odtrąbiono, że żyjemy w erze informacji. Owszem, informacja to potęga - nakręca biznes i politykę. Ale to nie wszystko. Mniej niż dawno temu popełniłem opowiadanie o świecie, w którym ludziom znudziła się cielesność, przenieśli się więc do rzeczywistości wirtualnej, stali się pobiologiczni. Tak naprawdę era informacji nie polega, jak sądzę, na naszym powszechnym do informacji dostępie, to za mało. Sednem jest nasza powszechna dostępność do stawania się źródłem informacji, ale przede wszystkim nasza potrzeba, by się takim źródłem stawać, czy ktoś z niej korzysta, czy nie. Informuję, więc jestem. Mogę nawet nie czytać cudzych informacji, nie oglądać żadnego programu informacyjnego i ignorować notowania giełdy, licytacje nieszczęść i orgazmów oraz całą resztę informacyjnego szumu. Najważniejsze, że jestem jego częścią, że błyskam swoim informacyjnym istnieniem. A pobiologiczność? Pierwszym krokiem do niej jest wstukiwanie niusa na swój temat na twitterze czy facebooku, gdy obok stygnie obiad. Informacja zwyciężyła, potrzeby biologiczne potulnie czekają aż zaspokoimy te ważniejsze.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2668356181458751002?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2668356181458751002/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/146-sen-czasow.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2668356181458751002'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2668356181458751002'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/146-sen-czasow.html' title='146. sen czasów'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-6985025047004223288</id><published>2011-06-14T09:19:00.007+03:00</published><updated>2011-06-14T09:44:04.088+03:00</updated><title type='text'>145. potrzeba przygody</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Teoretyzuję i teoretyzuję, uwijam się w wymądrzaniu, a od dawna nie wspominam (prawie) o czytaniu. Powstać może z tego wrażenie, że nic nie czytam, a to nieprawda przecież. Z tym, że moje lektury mogłyby zatrwożyć miłośników czytelnictwa ambitnego, przekonanych, że wszystko poniżej Ricoeura to papka&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przyznałem się już, że wróciłem do "Trzech muszkieterów", ubrałem to jednak w opowieść o ponownym tej powieści odczytywaniu, o odszukiwaniu postaci i wydarzeń ukrytych w cieniu tytułowych herosów. A przecież nie po to po ową klasykę sięgnąłem, ale po to, by trochę powspominać, czytanie ulubionych książek ponownie to trochę jak oglądanie zdjęć z dzieciństwa. Z jednej strony nowa perspektywa może rzeczywiście pomóc w odnalezieniu w nich czegoś czego zobaczenie wcześniej nie było możliwe, z drugiej, zwyczajnie lubię "przeżywać to jeszcze raz".&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W wyniku rozmowy z Cetnarem odkopałem wreszcie na półce ostatniego Dukaja i zabrałem się za "Linię oporu". Owszem, opowiadanie znakomite, cóż jednak z tego, skoro przyśniło mi się, że czytam "Shoguna", w związku z czym pognałem do księgarni, kupiłem tę powieść i przeczytałem ją po raz pierwszy (wspomnienia widoku Richarda Chamberlaina w kimonie skutecznie mnie od tej powieści odstraszały, co zresztą jest dziwne, bo przecież serial oglądałem z zapartym tchem będąc małolatem). Zaraz potem na tapetę poszedł kolejny tom jednego z cykli Cornwella i w ten sposób zamiast skupiać się na rzeczach mądrych, albo przynajmniej fantastycznych, tkwiłem po uszy w powieściach historyczno - przygodowych. Co gorsza nawet grałem w tym czasie w "Shogun2: Total War" (zbieżność z powieścią przypadkowa) oraz w "Red Dead Redemption", czyli też gry historyczno - militarne i historyczno - przygodowe.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W moim przypadku, nie ma ratunku. Zawsze będzie mnie ciągnęło do czytania takiej właśnie literatury a czasem, jak teraz, rzeczy ambitniejsze będą musiały poczekać. I myślę, że nie jestem sam, mnóstwo ludzi lubi powieści przygodowe. Tym dziwniejsze, że tak mało ich w Polsce - takie przynajmniej mam wrażenie - powstaje poza fantastyką. A może się mylę i zanurzony w fantastyce zwyczajnie ich nie zauważam?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Z innej beczki - na forum SF(itd) &lt;a href="http://www.science-fiction.com.pl/forum/viewtopic.php?p=719270&amp;sid=ddb29ce451f2664aa60d254fa84317bf#719270"&gt;w dyskusji o zbrodniczych błędach w opowiadaniach Wegnera głos zabrał w końcu sam autor&lt;/a&gt;. Taki ruch zawsze wzbudza u mnie wątpliwości. W tym przypadku jednak Wegner starannie wypunktował błędy krytykującej go osoby, przede wszystkim niedokładności w przywoływanych cytatach. W owych niedokładnościach Robert dostrzegł premedytację. Wydaje mi się, że ma podstawy, ku takiemu podejrzeniu. Jeżeli to prawda, to całe to zamieszanie nabierałoby dość ponurych a pokracznych kształtów.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-6985025047004223288?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/6985025047004223288/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/145-potrzeba-przygody.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6985025047004223288'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6985025047004223288'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/145-potrzeba-przygody.html' title='145. potrzeba przygody'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-693644091191509488</id><published>2011-06-07T11:26:00.009+03:00</published><updated>2011-06-07T12:02:22.769+03:00</updated><title type='text'>144. śliczności. i seks.</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;To Maciej Żerdziński opublikował kiedyś opowiadanie (zdaje się, że jedno z pierwszych, jeśli nie pierwsze) o świecie, w którym żyją niemal wyłącznie ludzie piękni. Coś podobnego pojawiło się już w "Mgławicy Andromedy", tyle, że tam piękni byli komunistyczni, czerwonoskórzy kosmici. Także faszyzm stawiał na piękno. Zadziwiające jak bardzo niedoceniamy go w fantastyce. Na przykład cyberpunk bywa przede wszystkim brudny. Nieszczęsnym kowbojom cyberprzestrzeni ciągle coś iskrzy w systemach, taplają się ci herosi w błocie slumsów itp. Z kolei statki kosmiczne są niemal wyłącznie sterylne albo przeciwnie - rozpadają się i rdzewieją. Piękne bywają tylko od czasu do czasu, jak statek Konsula u Simmonsa. Owszem, zdarzają się w fantastyce piękne kobiety i mężczyźni oraz kosmici, ale piękno użytkowe pojawia się rzadziej. I to się zmienia, Stephaenson zwrócił uwagę na rolę piękna w "Diamentowym wieku", zapewne w związku z galopującym wpływem kultur azjatyckich. Ale piękno wydaje nam się chyba mało swojskie. Anglosasi uważają je zapewne za nie dość praktyczne, a słowianie wiedzą swoje - wszystko musi prędzej czy później zardzewieć, popsuć się i zbrzydnąć. Ewentualnie ktoś co ładniejsze zdobienia kosmolotu zwyczajnie rąbnie i sprzeda na czarnym rynku.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Piszę o tym nie po to, by reanimować swoje stare opowiadanie i pochwalić się jaki jestem cudnie oryginalny, ale dlatego, że oglądnąłem w sieci projekt telefonu (powiedzmy, bardziej by do tego pasował zajdlowski "klucz"), którego współautorką jest Polka, Ewa Sendecka (&lt;a href="http://www.wiadomosci24.pl/artykul/flip_phone_marzycielski_koncept_rozmowa_z_ewa_sendecka_197046-1--1-d.html"&gt;tu wywiad&lt;/a&gt;). &lt;a href="http://www.yankodesign.com/2011/01/19/how-cool-can-a-flip-phone-get/"&gt;Rzecz jest absolutnie prześliczna&lt;/a&gt; i natychmiast zapałałem chęcią jej posiadania. ponieważ siedzi we mnie mały technogadżeciaż, ucieszyłem się, że opracowywano Flip Phone nie na Symbianie albo OSie od Windows, ale na Andku. Niemniej pierwsza myśl: "ależ to fajne" narodziła się pod wrażeniem urody urządzenia. I tak to teraz będzie - coraz bardziej i bardziej. Nic nowego pod słońcem, oczywiście, ale warto o tym pamiętać i chyba przypominać też warto.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Swoją drogą, czytałem kiedyś, dawno temu, opowiadanie o cyberseksie, o tym jak to dwoje ludzi poowijanych w ściśle przylegające do ciał kombinezony tarzało się po podłogach w ekstazie wywoływanej przez wetknięte tu i ówdzie pompy i ssawki. Daleko nam do tego. Owszem istnieją, o ile mnie pamięć nie myli erotyczne gadżety, które można podpiąć do netu (a jeśli nie, to zaraz je ktoś wymyśli), skonstruowano zdaje się nawet kombinezony podobne do tych z opowiadania. To jednak, w moim przekonaniu, ślepa uliczka. Bliżej już jesteśmy wizji Zajdla, w której kopulowały ze sobą męskie i żeńskie seksomaty (też już istnieją, może jeszcze nie tak doskonałe, ale bliskie temu, co opisywał Zajdel). To wszystko jednak bardzo optymistyczne, wbrew pozorom, wizje. Prawdziwy techoseks ukazuje jedna z reklam operatorów telefonicznych. "Miała taki dotyk... owy ekran" - pojękuje w niej w cokolwiek ekstatycznej udręce aktor. Filmik, w zamierzeniu prześmiewczy, wcale nie jest daleki od prawdy. Gadżety są coraz śliczniejsze, a my, kulturowo i makretingowo fetyszyzowani, dotykamy ich z rosnącą, na razie tylko przyjemnością. Przyjemność to wstęp. W przyszłości Twoja komórka będzie znacząco wzdychać, gdy jej dotkniesz, a może i lekko drażnić prądem receptory w opuszkach Twoich palców. Jasne, pierwszy zakocha się w swoim telefonie i ożeni z nim jakiś Japończyk. Ale Ty i ja jesteśmy następni w kolejce. One (i oni - dla pań) będą piękne, czułe i wierne. A - i uroczo aktualizowane. Już na nas czekają. W bardzo nieodległej przyszłości, w której przestanie nam przeszkadzać, że nie mają ludzkich kształtów.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-693644091191509488?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/693644091191509488/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/144-slicznosci-i-seks.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/693644091191509488'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/693644091191509488'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/144-slicznosci-i-seks.html' title='144. śliczności. i seks.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-766891917061396454</id><published>2011-06-03T12:54:00.003+03:00</published><updated>2011-06-03T13:06:20.057+03:00</updated><title type='text'>143. nałogowcy</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Wracałem wczoraj do domu z plecakiem mile wypchanym zakupionymi książkami, gdy nie po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że kupiłem je nie tylko z powodu tak banalnego jak chęć zapoznania się z ich zawartością. Jak wielu znajomych kupuję książki, także dlatego, że lubię je kupować (i czytać i mieć i rozmawiać o nich). Niejednokrotnie podczas rozmów dochodziliśmy do wniosku, że prawdopodobnie jesteśmy wszyscy ofiarami nałogu, a nie zwyczajnie i poniekąd chwalebnie - czytelnikami. Brakuje nam już czasu i miejsc na półkach, nie nadążamy z czytaniem i liczymy każdą złotówkę, ale wciąż kupujemy. Z pewnością dałoby się to jakoś leczyć&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nie jestem  żonaty ani dzieciaty, nie muszę się więc liczyć z surowym spojrzeniem lepszej połowy. Gdyby jednak było inaczej wyobrażam sobie, że przemycałbym zakupione książki pod swetrem, a pod osłoną nocy upychałbym je w drugich rzędach biblioteczek. I być może nagle zapalałoby się światło, a ja zamierałbym przyłapany i zawstydzony. A moja niewątpliwie piękna małżonka oznajmiałaby ze smutkiem: "No tak, znów przeksiążczyłeś pieniądze". Właśnie tak: "przeksiążczyłeś". Skoro inni nałogowcy swoje wypłaty np. przepijają, ja pewnie należałbym do przeksiążczywaczy.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gdyby zajęło się tym WHO, to UE a za nią i polski rząd musiałyby uruchomić jakieś specjalne programy pomocy dla rodzin dotkniętych nieszczęściem przeksiążkiwania wypłat. Wyróżniono by niebezpieczeństwa nowej patologii - prócz niedostatku finansowego na liście znalazłoby się i wyższe zagrożenie pożarowe, znieczulenie na emocje nie okazywane przy pomocy literek, znęcanie się nad dziećmi spragnionymi filmów i gier. Z drugiej strony dałoby się może brać wtedy dodatkowe urlopy na chorobowe czytanie książek?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-766891917061396454?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/766891917061396454/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/143-naogowcy.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/766891917061396454'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/766891917061396454'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/143-naogowcy.html' title='143. nałogowcy'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3593984461306204676</id><published>2011-06-01T09:25:00.002+03:00</published><updated>2011-06-01T09:52:03.725+03:00</updated><title type='text'>142. czego nie mogę dotknąć</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;I znów na Spider'sWeb &lt;a href="http://www.spidersweb.pl/2011/05/lion-pozre-napedy.html"&gt;pojawił się tekst&lt;/a&gt;, który namieszał mi w głowie. Traktuje on o rzeczach tak oczywistych, że na codzień niedostrzeganych, a mianowicie o odchodzeniu z użycia napędów optycznych.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na razie, jak czytam, ma z nich zrezygnować Apple. Oczywiście, moja ostrożność wobec planów Jobbsa ma swoje irracjonalne źródła i jestem ją sobie w stanie wyjaśnić odruchową niechęcią wobec demonstracyjnego budowania poczucia elitarności, albo siedzącym we mnie podejrzliwym diable skłonnym snuć rozmaite teorie spiskowe. Bez względu jednak na sympatie bądź antypatie do produktów ze znakiem jabłka, nie mogę zaprzeczyć, że napęd optyczny w moim komputerze jest mi potrzebny coraz mniej. Dotyczy to nie tylko PC. Jeszcze do kupowanej trzy lata temu nokii producent dołączył płytkę z gromadą potrzebnych bądź przydatnych programów. Kupiony pół roku temu telefon na androidzie już tego nie potrzebował. Po włączeniu zaktualizował się sam i jak zaczął, tak nadal się aktualizuje, pytając mnie tylko o zgodę.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Także najczęściej kupowane przeze mnie programy, czyli gry, nie potrzebują już fizycznych nośników. Mam już przecież kilka gier na wirtualnych półkach, czy to w EA store, czy w GOG (Good Old Games - dobre, bo polskie;), dlatego wyłącznie po angielsku z cenami w dolarach), albo na Steam. W GOG nawet zadbano o to, bym poczuł się swojsko - po zalogowaniu się na konto widzę obrazek z moimi grami poustawianymi na "półkach". I właśnie widok tych półek przypomniał mi się, gdy czytałem wpis na Spider'sWeb&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jestem zadowolony z androida i wszystkich jego możliwości i ułatwień; pliki tekstowe przechowuję nie tylko na dziesiątkach kopii poupychanych na różnych fizycznych nośnikach (ale rzeczywiście - już nie na płytach CD, czy DVD) ale i w chmurze. A jednak czułbym dyskomfort, gdybym nie miał na zwyczajnej, prawdziwie drewnianej półce płytki z systemem operacyjnym. Z ta płytka właśnie daje mi poczucie bezpieczeństwa. W trybie offline mogę przecież zainstalować jej zawartość na dowolnym komputerze i nikt nie uaktualni jej o programy, których nie chcę. Żadna awaria sieci nie uniemożliwi mi pracy. Tak to sobie racjonalizuję. Ale może, po prostu, wychowany i urodzony w świecie fizycznym nie potrafię się jeszcze przyzwyczaić do faktu, że posiadam coś istniejącego wyłącznie w wersji cyfrowej (wiem, to też istnienie fizyczne, zgódźmy się, proszę, na pewną potoczność tego sformułowania). Jeżeli nie będę mógł dotknąć nośnika systemu mojego komputera (a system kompa to jednak z naistotniejszych rzeczy w moim życiu, czy tego chcę, czy nie), jeżeli nie będę mógł spakować go do plecaka  wywieźć w góry, będę się czuł mniej niezależny i bezpieczny. Dla przykładu - choć bardzo cenię sobie i lubię androida w telefonie, uświadomiłem sobie właśnie, że mam delikatne uczucie, iż jest on mniej mój niż windows mieszkający na płytce. Być może ten archaizm (bo to już archaizm) wiele mówi o moim postrzeganiu rzeczywistości oraz o tym, jak rzeczywistość będą może postrzegać ci, którzy właśnie się rodzą, a dla których potoczne znaczenie słowa "fizyczność" czy "posiadanie" może okazać się zupełnie inne niż dla mnie. To niesie i dalsze konsekwencje. Już teraz istnieje wiele kontrowersji związanych ze słowem "posiadać" właśnie. Mam wrażenie, że będą one coraz bardziej narastać, choć to temat na osobny wpis.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Popuszczając wodzy fantazji - w konsekwencji będą mogły zmienić się i nasze rozumienia słowa "być". I tu prywata - mrugnięcie do Cetnara. Teraz już widzisz chłopie, czemu poprawki redakcyjne "Pseudaków" idą mi jak idą. Co zdanie to godzina rozważań. A tu jeszcze ludzie takie artykuły piszą. To zresztą dowód na to, że SF szybko się starzeje. Opowiadanie napisane chyba z dwa lata temu muszę teraz nieco aktualizować, nawet nie ze względu na rozwój techniki, ale ze względu na pytania, które ze sobą niesie. Lepiej chyba pisać fantasy, choć, wbrew pozorom, to może być trudniejsze. Oczywiście ostatnie pytanie to kolejny temat na osobny wpis.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3593984461306204676?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3593984461306204676/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/142-czego-nie-moge-dotknac.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3593984461306204676'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3593984461306204676'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/06/142-czego-nie-moge-dotknac.html' title='142. czego nie mogę dotknąć'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3914305401714180173</id><published>2011-05-30T10:35:00.006+03:00</published><updated>2011-05-30T11:01:19.395+03:00</updated><title type='text'>141. informacja i promocja oraz klasyka</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Rozsiadł się już w sieci &lt;a href="http://www.creatio.art.pl/index.php?menu=aktualny"&gt;nowy numer Creatio Fantastica&lt;/a&gt;. W porównaniu z poprzednimi wydaje mi się obszerniejszym, może też bardziej interesującym. To wciąż tylko jeszcze jedna odrobina czyichś poglądów i opinii w pęczniejącym wszechświecie wrażeń. Niemniej, czuję się z nią związany, to i piszę o niej.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt; Na zaprzyjaźnionych blogach trwa dyskusja o skłonności miłośników fantastyki do brnięcia w szczegóły i odpytywania autorów fantastycznych z dbałości o nie. Mam wrażenie, że powracamy do dyskusji trwającej od lat i wyraźnie unikającej własnego zmierzchu. Może wszystkie dyskusje okołoliterackie takie właśnie są? Może wzorem Prosiaczka i Puchatka łazimy wciąż wokół tego samego drzewa i nadziwić się nie możemy mnogości nowych śladów? Jakkolwiek nieżyczliwie to zabrzmiało, jestem przekonany, że powtarzanie, niech by i tych samych dyskusji, nieustanne odczytywanie na nowo śladów łap tych samych stworów, robi nam wszystkim nieźle. Rozwiązania nie znajdziemy, ale dobrze choć trochę go poszukać.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Miniony weekend zdominowała mi piłka nożna. Jeden krakowski zespół przegrał mecz i wygrał ligę, drugi przegrał mecz i wygrał utrzymanie się w lidze. Chętnie pozastanawiałbym się nad symboliką tych równoczesnych klęsk i triumfów, ale upały nie służą w moim przypadku myśleniu. Zamiast więc trudzić się umysłowo, czekam na Red Dead Redemption, by trochę pohasać po dzikim zachodzie. Czekanie uprzyjemnia mi ponowna, nie zliczę już która, lektura "Trzech muszkieterów". Tym razem odnajduję w tej powieści porzucone wątki czekające, by się po nie schylić. Na przykład opisywany na początku muszkieter toczący zwycięskie treningowe pojedynki z grupą swoich kolegów pozostaje dla nas już na zawsze anonimowy. Kusząca postać. Nie pierwszy tez raz Milady wydaje mi się postacią szczerszą od Konstancji. Milady niczego nie udaje - jest szpiegiem i wykonuje zadania. Konstancja wzdycha, przewraca oczami i kreuje postać skrzywdzonej opiekunki udręczonej królowej. Milady sama podejmuje się wyzwań, Konstancja wysyła na śmierć uwiedzionego młodzieńca i jego przyjaciół. To nic nowego - zauważyć, że muszkieterowie stoją ewidentnie po złej stronie. Sami odkryją to po dwudziestu latach, choć nie przyznają tego chyba nigdy. Nie w takich demaskacjach rzecz. Nawet nie w tym, czy ktoś rozlicza Dumasa z wierności szczegółom - obecnie pewnie nikomu nie chce się męczyć z analizowaniem zmarłego, którego twórczość za życia krytycy, a nawet sędziowie, przetrzepali na dziesiątą stronę. Spostrzeżenie jest inne. Dziecięciem będąc całym sercem stałem za muszkieterami i ich sprawą. Kochałem się w Konstancji, wiedziałem, że kardynał to łotr a Milady to podła sucz. Postawa królowej nie grała mi już wtedy, ale radziłem sobie z nią jakoś. Dziś nadal szczerze lubię muszkieterów i kibicuję ich fanfaronadom, ale już inaczej. Już nie jestem ich równolatkiem i inaczej patrzę i reaguję. Z idolów zmienili się w młodzieńców, których wybrykom przyglądam się z sympatią i wyrozumiałością. Dumas to wiedział, inaczej nie kazałby się ostatecznie zaprzyjaźnić Rochefortowi z D'Artagnanem. Dla mnie oznacza to zmierzenie się z pytaniem - jak skończyłaby się dla mnie próba opisania losów anonimowego muszkietera, owego mistrza szermierki, o którym Dumas tylko napomknął?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3914305401714180173?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3914305401714180173/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/141-informacja-i-promocja-oraz-klasyka.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3914305401714180173'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3914305401714180173'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/141-informacja-i-promocja-oraz-klasyka.html' title='141. informacja i promocja oraz klasyka'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-8789040935832302354</id><published>2011-05-20T08:48:00.005+03:00</published><updated>2011-05-20T09:45:49.496+03:00</updated><title type='text'>140. Co dalej, panie Watson?</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Podczas zwyczajowego porannego niedoprasowywania koszuli, gdy patrzyłem na kota śpiącego w foteliku dziecięcym, i psa przyczajonego sennie pod owym fotelikiem (widok jak z Sinfest) niezupełnie niespodziewanie zadumałem się (widok jak ze Scrubs). Zadumanie, zapewne odpowiedzialne w pewnym stopniu ze stan koszuli, związane było z serialami. Przede wszystkim uświadomiłem sobie ostatecznie, że nadszedł kres pokątnego, wstydliwego obniżania poziomu testosteronu oglądaniem Grey's Anatomy. W serialu tym nie zostało już nic z komedii, nie ma w nim już prawie wcale pacjentów, zabrakło też sporej części aktorów z pierwszego, przypominającego nieco Scrubs, sezonu (swoją drogą, czy istnieje nadawany obecnie serial medyczny, który nie zżynałby ze Scrubs?). Ulżyło mi, znów będę mężczyzną. Następny myślowy krok skierował się w stronę House'a. Co i rusz znajduję na sieci opinie, iż obecny sezon należy do najgorszych. Nie podzielam ich, ale też nie wydaje mi się błędem zakończenie tego serialu na ósmym sezonie. Będzie mi go brakowało, lepiej jednak by odszedł w pełni chwały. W dodatku - cóż to za House bez Cuddy? Szefowa medyczna dołączyła do kobiet zdradzających ten serial. Tylko mężczyźni są mu wierni - z jednym wyjątkiem nieszczęśnika, który zapragnął zakosztować polityki i nie bacząc na los Arnolda pobiegł do Białego Domu (albo w jego okolice). Twórcy serialu podsumowali to złośliwą metaforą - odtwarzana przez niego postać strzeliła sobie w łeb.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W serialu pozostaje jednak Wilson, postać, być może ważniejsza dla tego, co dzieje się obecnie, niż mogłoby nam się wydawać. Wszyscy wiedzą, że Wilson to Watson, tak, jak House to Holmes. Postać wielkiego detektywa powróciła do łask, jednak to Watson został tak naprawdę odkryty przez popkulturę na nowo.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Zaczęło się, jak sądzę, od Wilsona właśnie. Był Watsonem jak należy - wiernie czuwał przy Housie, tolerując jego wybryki i pomagając mu w miarę możliwości. A jednak Wilson wykroczył poza stereotyp watsonowski. Nie był tylko potulnym dodatkiem do geniusza, ale potrafił też geniuszowi się postawić, podjąć jego grę na równych prawach i - od czasu do czasu - zwyciężać. W popkulturze utrwalił się inny obraz Watsona. To tło dla Holmesa, poczciwiec, w gruncie rzeczy domator, cichy i pokorny, często zabawny bo nieporadny, nienadążający za geniuszem. Wilson też czasem z trudem dogania pokręcone myśli House'a, ale zawsze wreszcie go dopada, czasem ratuje.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Zaczęło się od tego, że House został oparty na Holmesie, a gdy przybył "prawdziwy" Holmes, niespodziewanie wielu widzów odnalazło w nim House'a właśnie. Mowa oczywiście o filmie faceta, który wydobył w końcu swoje jaja spod obcasa Madonny i zamiast pełnić rolę męża swojej żony, znów zaczął być sobą (swoją drogą myśl, że Guy Ritchie kręci filmy jajami nie jest aż tak głupia). Postanowił on ukazać Holmesa jako awanturnika. Towarzyszem takiego detektywa nie mógł być pocieszny safanduła. Nowy filmowy Watson kłóci się więc z Holmesem, bije z rzezimieszkami, strzela (ktoś sobie przypomniał, że i w opowiadaniach Watson był niezłym strzelcem, a Holmes nieraz prosił go, by zabierał ze sobą rewolwer). Jeśli bywa zabawny, to zdecydowanie nie dlatego, że jest niezgułą. Ale to jeszcze nic. Prawdziwie nowego odczytania Watsona dokonali Anglicy w serialu "Sherlock". Tam Watson nosi w sobie mrok. To facet, który wrócił z wojny, a ona wciąż trzyma go w swoim uścisku. Choć bardzo by chciał, nie potrafi już żyć normalnie. A jeśli zajdzie taka potrzeba - zabije.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czy to wszystko jest w jakiś sposób ważne, czy tylko próbuję wodolejstwem usprawiedliwić stan swojej koszuli? Uprę się, że chodzi o to pierwsze. Bo może nie tylko wydobyto z cienia Watsona? Może to część większego odkrywania bohaterów drugiego planu? Była już sztuka, a za nią film "Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją", może będzie i więcej? Główni bohaterowie są mocno wyeksploatowani, ale ciężko rozstawać się nam z herosami, przy których się wychowaliśmy. Do tego popkultura w lepszym wydaniu, chętnie popdekonstruuje swoje korzenie. Czy zatem doczekamy się na przykład opowieści o Portosie, muszkieterze pełniącym zwykle rolę błazna, choć przecież jemu właśnie Dumas ofiarował najszlachetniejszą śmierć, spośród całej czwórki bohaterów? A może serialu doczeka się sam Watson, który przecież pod nieobecność Holmesa starał się, z różnym powodzeniem, rozwiązywać kryminalne zagadki. Holmes, zresztą, śledził z ukrycia jego poczynania. Wyobraźcie sobie serial (musieliby go zrobić Anglicy, nikt inny by nie podołał) o samotnym, trochę nieszczęśliwym Watsonie, który broni się przed ostatecznym pożegnaniem przyjaciela kontynuując jego misję. Nie wszystkie odcinki kończą się rozwiązaniem sprawy. Ponieważ jednak widz wie (ofiarowane są mu tropy), że Holmes żyje i obserwuje Watsona z ukrycia, nawet te przegrane sprawy, nie musiałyby oznaczać całkowitych klęsk. Serial mógłby być odpowiednio mroczny, ale widz bawiłby się przy nim także odnajdując tropy wskazujące na obecność Holmesa, której oczywiście nie można by dopowiedzieć. Wspominałem, że coś takiego nie udałoby się nikomu poza Anglikami?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wyraźniejsze i poważniejsze ukazywanie postaci z tła to coś więcej, niż tylko popkulturowa zabawa. Giermkowie rycerzy istnieli także po to, by nam, zazwyczaj przecież ludziom tła właśnie, łatwiej było odnajdywać się w dziejach herosów. Nowe odkrywanie Watsona czy Portosa nie oznacza przecież, że oddalą się od nas przechodząc do wyższej klasy postaci, uzyskując status Bohaterów. Holmes ma Watsona, Doctor ma Rose, Filemon Bonifacego, Telesfor Teodora (teraz nikt już nie wie o czym mówię), Fandorin Massę a Frodo Sama. Gdy oni wszyscy, bohaterowie drugiego planu, staną w pełnym świetle, jego odblask może paść i na nas. To pocieszające także i dlatego, że ukazuje iż w popkulturze wciąż tkwi spory potencjał i wiele nieopowiedzianych historii. Pierwsze kroki ku ich poznaniu już zrobiono. Oby nie zawahano się przed kolejnymi.&lt;p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-8789040935832302354?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/8789040935832302354/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/140-co-dalej-panie-watson.html#comment-form' title='Komentarze (11)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8789040935832302354'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8789040935832302354'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/140-co-dalej-panie-watson.html' title='140. Co dalej, panie Watson?'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>11</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3007806363633986904</id><published>2011-05-14T11:22:00.003+03:00</published><updated>2011-05-14T11:27:25.718+03:00</updated><title type='text'>139. Polecanka</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;W Dużym Formacie dostępnym w sieci można przeczytać wywiad z jednym z moich ulubionych polskich reżyserów, facetem, który od zawsze robił filmy z duszą i sercem i potrafił niby to opowiadać o postaciach potocznych, a jednak ponad potocznie (czyli odwrotnie, niż np. współczesne polskie komedie romantyczne i telenowele). Ostatnio odkryli go Anglicy i przywalili mu tytułem "polskiego Woody Allena". Teraz już każdy wie, że chodzi o Janusza Kondratiuka. Jeśli ktoś jeszcze wywiadu nie czytał, &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75480,9580652,Janusz_Kondratiuk__Kazdy_ma_jakas_szajbe.html?as=1&amp;startsz=x"&gt;niech go sobie kliknie&lt;/a&gt;.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3007806363633986904?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3007806363633986904/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/139-polecanka.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3007806363633986904'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3007806363633986904'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/139-polecanka.html' title='139. Polecanka'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-8601147163724706723</id><published>2011-05-14T10:23:00.003+03:00</published><updated>2011-05-14T10:27:22.719+03:00</updated><title type='text'>138. awaria</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Wszystkich, którym niespodziewanie poznikały komentarze pod wpisami przepraszam. To nie ja je usuwałem, to efekt ironii losu, który po tym, jak napisałem o aksamitności nowoczesnej technologii sprowadził na ową technologię awarię. Bywa i tak.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jeśli Maciej Parowski śledziłby ten wątek, pewnie nieźle by się uśmiał.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-8601147163724706723?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/8601147163724706723/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/138-awaria.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8601147163724706723'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8601147163724706723'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/138-awaria.html' title='138. awaria'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-9175678955087871171</id><published>2011-05-11T08:55:00.013+03:00</published><updated>2011-05-11T09:35:18.436+03:00</updated><title type='text'>137. szybciej, wygodniej i dużo ładniej.</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;"&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ten świat jest dla mnie za szybki&lt;/span&gt;" - napisała mi kiedyś poznana w internecie znajoma. Była to zresztą postać ciekawa, snująca za pośrednictwem sieci rozmaite własne kreacje, które przedstawiała sobie i innym użytkownikom. Przypomniały mi się jej słowa, gdy przeczytałem o nadchodzącej nowej wersji Androida - Ice Sandwitch. Bo wiecie, ja ledwie kilka dni temu przesiadłem się z Froyo (Andek 2.2) na Gingerbread (Andek 2.3). Przesiadłem się bez bólu, z przyjemnością nawet - telefon wszystko zrobił sam, pytając mnie tylko grzecznie o zgodę i uprzedzając o drobnych niewygodach podczas instalacji. Nowy, a jak się okazuje, już starawy system spodobał mi się od pierwszego wejrzenia. Ale gdy przeczytałem o nadchodzącym, uznałem, że "ten świat zaczyna być dla mnie za szybki".&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przyglądam się swojemu Andkowi, uczę się nim cieszyć, próbuję też poznawać go nieco lepiej, bo przecież przyszło mi kiedyś do głowy, że robienie prostych gier na Andka nie byłoby złym pomysłem na dorobienie paru groszy. Już wiem, że nic z tego nie wyjdzie, dyć powstawanie "Kwoki i Buhaja" zwolniło, a gdy wczoraj siadłem nad kilkunastoma stronami wbijanego mozolnie kodu uświadomiłem sobie, że lepiej będzie chyba zacząć wszystko (z grubsza) od początku, niż odmotywać to, co tam namotałem w pierwszych, koślawych próbach. W zbyt szybkim świecie nie znajdę chyba czasu na kolejne mocno angażujące hobby. Ale kto wie? Tak więc przyglądam się Andkowi i zastanawiam się, na ile i jak on przygląda się mnie.&lt;/p&gt;&lt;P align="justify"&gt;Myśl ta dopadła mnie, gdy wysyłałem e-mail do nieodmiennie sympatycznego (bez przekąsu) wydawcy, a gmail sam zapytał mnie, czy nie chciałbym wysłać tego maila jeszcze do kilku innych wydawców, tudzież do Andrzeja Zimniaka. Domyślam się jak mógł połączyć wszystkich tych ludzi, właściwie powinienem się był spodziewać czegoś takiego, czytałem przecież o rozmaitych algorytmach mających uczynić moje życie prostszym w zbyt szybkim świecie, a jednak poczułem zdziwienie. Najwyraźniej fantastyka przygotowała mnie na kontakt z obcymi, albo niemożność takiego kontaktu, na oszustwa totalitaryzmów, bunty sztucznych inteligencji, na szok brudnego cyberpunku, genetyczne epidemie i nawet na pasożyty przyczajone gdzie się tylko da. Na zagłaskiwanie przygotowała mnie mniej. Zwłaszcza, że jest to zagłaskiwanie szczere. Przodujące na rynku technologii firmy mówią mi: "za Twoje pieniądze będziemy dla Ciebie bardzo mili i zrobimy co się da, by żyło Ci się przyjemniej i byś nie chciał się z nami rozstawać". Idę przez życie przygotowany, że los, bliźni i obcy, technologie, albo apokaliptyczne upadki technologii sprzedadzą mi lada moment zdradzieckiego kopa. Na zagłaskiwanie przygotowany jestem jakby mniej. A co gorsza, wkrótce, być może lada moment, przestanę za tym nadążać&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przypominam sobie, że niemało lat temu Maciej Parowski (chyba on) skarżył się na łamach "Fantastyki", że twórcy, czy to literatury, czy filmu, pokazują przyszłość jako doskonałą technicznie, podczas gdy on doskonale wie, że drzwi lubią skrzypieć i zacinać się, że żarówki się przepalają, a kable iskrzą. Po trosze wynikało to z faktu, iż zagrzebany w PRL Parowski opisywał świat zachodu. Przyglądając się postępom tego świata niejako od wewnątrz odnoszę wrażenie, że Parowski się mylił. I uszkodzone statki kosmiczne nieuchronnie opadające ku atmosferze, by spłonąć w niej, nie będą skrzypieć drzwiami, ale właśnie aksamitnym głosem odliczać unieruchomionym i być może znieczulonym w wygodnych fotelach kosmonautom sekundy do śmierci. Design kokpitu, który zaraz zmieni się w spieczoną plątaninę stali, plastiku i resztek żywej przed momentem tkanki będzie zachwycał dopracowanymi, wysmakowanymi liniami, nawet jeśli jego producenci ukradną wzory firmie Apple. A nim wszystko to skona komputer zdąży jeszcze samodzielnie uaktualnić system, wzbogacając go między innymi o mapę Układu Słonecznego pełną amatorskich zdjęć, filmików i opisów zachęcających do odwiedzenia kwasowych jezior wenusjańskich, szczególnie między tamtejszym czerwcem a lipcem.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-9175678955087871171?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/9175678955087871171/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/137-szybciej.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/9175678955087871171'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/9175678955087871171'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/137-szybciej.html' title='137. szybciej, wygodniej i dużo ładniej.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-5254180495643489814</id><published>2011-05-05T09:28:00.005+03:00</published><updated>2011-05-05T09:52:28.700+03:00</updated><title type='text'>136. podglądnięte</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Powinienem wreszcie podczepić Spider'sWeb na stałe do bloga, tak często z niego korzystam, także powołując się na zamieszczane tam informacje. Tym razem warto rzucić okiem na &lt;a href="http://www.spidersweb.pl/2011/05/tego-jeszcze-w-polsce-nie-bylo-platny-streaming-ze%E2%80%A6-sztuki-teatralnej.html"&gt;tekst o możliwości odwiedzenia teatru za pośrednictwem internetu.&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;p align="justify"&gt;Sam się sobie dziwię, że nie pomyślałem o czymś takim wcześniej. Lubie przecież teatr, ale nie jestem w stanie jeździć po całej Polsce, by śledzić co ciekawsze wydarzenia. Ba, nie śledzę nawet wszystkich krakowskich premier, nie ganiam też na krakowskie festiwale teatralne. Niestety, trzeba jeść. Nie miałbym nic przeciwko temu, by w ciągu miesiąca zapłacić 50 - 60 złotych za możliwość obejrzenia via internet kilku daleko wystawianych sztuk. Owszem, to nie to samo, co usiąść na widowni, ulec czarowi wygaszanego światła i zapadającej ciszy, by potem dać się oślepiać artystycznym wizjom. Niemniej to więcej, niż wcale sztuki nie zobaczyć (choć wyobrażam sobie i możliwość wygłoszenia odmiennej opinii - "lepiej wcale nie dotknąć spektaklu, niż kastrować sztukę oglądając na zimno, pozbawiając się możliwości uczestniczenia w misterium"). Mam nadzieję, że inne teatry wezmą tym razem przykład z szukającego różnych dróg promocji Teatru 6. By tak się stało, musicie wygenerować spory ruch w sieci. Nic to, jeśli sztuka będzie do kitu (tego nie wiem), trzeba zacisnąć zęby myśląc o lepszych okazjach. A jeśli dostajecie wysypki na sam dźwięk nazwiska "Żebrowski" zażyjcie coś przeciw alergii. Inaczej pomysł się nie przyjmie i będzie to Wasza wina.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;a href="http://alllive.pl/"&gt;A tu oficjalna strona projektu&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-5254180495643489814?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/5254180495643489814/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/136-podgladniete.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5254180495643489814'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5254180495643489814'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/05/136-podgladniete.html' title='136. podglądnięte'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4832838756285562573</id><published>2011-04-29T08:51:00.005+03:00</published><updated>2011-04-29T09:13:23.778+03:00</updated><title type='text'>135. niedotrzymana obietnica</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Jakiś czas temu postanowiłem, żeby nie mieszać w ten blog zagadnień politycznych i im podobnych. Raz dlatego, że skutkuje to zwykle niepotrzebnym podnoszeniem ciśnienia, dwa, że nie uważam się za odpowiedniego do wymądrzania się na te tematy. Ponieważ jednak pretekstu dostarcza mi film, można powiedzieć, że znalazłem furkę umożliwiającą mi ominięcie postanowienia.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wyśmiewanie politycznej poprawności stało się nudne. Kłopot w tym, że jej prorocy nie ustają w promowaniu swych światłych idei. Dzięki ich zapałowi mogłem wczoraj przeczytać w GW o "rasistowskich hasłach" pod adresem twórców filmu "Thor". Tytuł mnie zaskoczył. Jakież to rasistowskie hasła można wykrzykiwać wobec autorów filmu o supernordyku? No, ale jeśli wielbiciele czarnych butów i fryzury na jajo krzyczeliby np.: "Niech żyje reżyser, piewca białej rasy", to też byłoby rasistowskie hasło, prawda? Okazało się jednak, że problem w czym innym. Oto bowiem w roli jednego z nordyckich bogów zatrudniono aktora rasistowsko rzecz ujmując: czarnoskórego. Twórcy filmu nie widzą problemu. "To po prostu dobry aktor" mówią. Niby racja. A ponieważ bogowie Asgardu nie istnieli, to kolor ich skóry nie powinien mieć znaczenia.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A jednak ma. Nie jestem specem od mitologii kolesi z rogatymi czapami (tak, wiem, to wizja pop), niemniej odnoszę wrażenie, iż wyobrażali sobie bogów na obraz i podobieństwo swoje. Co więcej, w krainach białych ludzi kolor czarny rzadko miał pozytywne konotacje. Argument o "dobrym aktorze" ma sens tylko pod warunkiem, że uznamy go także w sytuacji, gdy w biografii Nelsona Mandeli albo Malcolma X zagra któregoś z nich np. znakomity aktor Robert De Niro, a w Mao Tse Tunga wcieli się znakomita aktorka Anna Dymna. Bo, jeśli kunszt aktorski to jedyne kryterium, z takimi obsadami aktorskimi nie powinno być problemu.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Naturalnie, tak się nie stanie, a gdyby nawet, potraktowano by to jako eksperyment. W przypadku filmu "Thor" twórcy udają, że zrobili rzecz najzwyczajniejszą pod słońcem. Trochę racji mają. Najzwyczajniej pod słońcem, politpoprawnościowo się wygłupili, a teraz, co bardzo ludzkie, brną.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4832838756285562573?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4832838756285562573/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/135-niedotrzymana-obietnica.html#comment-form' title='Komentarze (25)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4832838756285562573'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4832838756285562573'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/135-niedotrzymana-obietnica.html' title='135. niedotrzymana obietnica'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>25</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1480815003774667952</id><published>2011-04-26T11:59:00.007+03:00</published><updated>2011-04-26T12:20:43.397+03:00</updated><title type='text'>134. podboju świata ciąg dalszy</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Miał być Tomek Wilmowski opisywany piórem Lovcrafta, ale czas na niego dopiero nadejdzie. Zamiast tego przyszło mi do głowy, że najwyższy czas napisać slashera. Myśl ta dopadła mnie, gdy oglądałem dzieło tego rodzaju produkcji brytyjskiej, w którym spotkał się James Cook z Skinsów z drugoplanową postacią drugiego chyba odcinka Misfits, a w każdym razie tak mi się wydawało, bo Wikipedia nic o udziale Kelly Reilly w Misfist nie wspomina. Mogłem się więc pomylić. Film w każdym razie nosi tytuł Eden Lake i zachowuje konwencję slasherów aż do bólu. Pewnie dlatego przyszło mi do głowy, by napisać slasher w formie zeznań zbieranych we wsi przez szeregowego policjanta. Ponieważ w slasherach niemal zawsze pojawia się postać blondynki cudem wychodzącej do ostatnich minut z rzezi, a czasem nawet urządzającej rzeź napastnikom, w mojej wersji byłaby to relacja przestraszonych krwiożerczych drwali, bojących się wejść do lasu. W lesie bowiem wciąż czekałaby na nich zabójcza (w dosłownym tego słowa znaczeniu) blondynka.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nic z tego. Slasher został wyparty przez nowy, lepszy plan. Wymyśliłem bowiem, by wykorzystać naszą, polską, narodową cechę, uznawaną zwykle za wadę i przekuć ją na narzędzie sukcesu&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Spece od zarządzania firmami znają wagę kwestii "oceny ryzyka". Ryzyka to ważny element każdego modelu zarządzania. Kto, pytam, lepiej oceni ryzyka niż urodzeni defetyści, odruchowo snujący najczarniejsze scenariusze, przekonani o nieuchronnym upadku każdej cywilizacji i każdego poranka wyglądający za okno, by przekonać się, czy inwazja wrażych hord już dotarła na ich podwórka? Polacy nie pytają "czy nastąpi nieszczęście?", ale "jak długo musimy jeszcze na nie czekać"? Nie jestem przecież inny. Najwyższy czas zacząć na tym zarabiać.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wymyśliłem Prywatną Agencję Defetystyczną. Jej (czyli moi) pracownicy będą wynajmowani rządom, armiom i firmom, by kreślić przed nimi jak najbardziej ponure scenariusze. Ilekroć firma, rząd albo generałowie będą przekonani, że przewidzieli każdy rozwój wypadków, PAD wysyłał do nich będzie prześmiewcze maile z propozycjami usług. Nikt, kto poważnie myśli o rządzeniu i zarządzaniu nie będzie mógł odmówić PAD współpracy. A defetystyczna żyła złota nie wyczerpie się nigdy, bo narodowe nasze czarnowidztwo jest nieskończone. To chyba jedyne nasze zasoby bogactw naturalnych, którymi nikt nie może z nami konkurować.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jak widać pomysł jest genialny w swojej prostocie. Szkoda tylko, że nic z niego nie wyjdzie, bo na pewno ktoś mi go ukradnie (najprawdopodobniej już, w tej właśnie chwili, rejestruje firmę), albo rządy okażą się za głupie, żeby zrozumieć geniusz takiego przedsięwzięcia. Ewentualnie koniec świata nastąpi minutę po podpisaniu pierwszego kontraktu. Może też dopaść mnie inna katastrofa. Jestem w stanie wyobrazić ich sobie bardzo wiele.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1480815003774667952?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1480815003774667952/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/134-podboju-swiata-ciag-dalszy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1480815003774667952'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1480815003774667952'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/134-podboju-swiata-ciag-dalszy.html' title='134. podboju świata ciąg dalszy'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-6223668035848125627</id><published>2011-04-22T10:17:00.004+03:00</published><updated>2011-04-22T10:29:04.897+03:00</updated><title type='text'>133. degettoizacja</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Słowo w tytule wygląda bardzo brzydko i nawet trochę się go wstydzę, ale w gorączce myślenia o wszystkim tym, co w święta zrobić trzeba, jakoś nie udało mi się wymyślić czegoś ładnego. Wśród owych rzeczy do zrobienia w święta, jest i napisanie wreszcie notatki o tym, co działo się podczas Krakow Game Fusion, ze szczególnym uwzględnieniem spotkania o getcie fantastycznym. Okrzykom "precz z krytykami" dał mimowolny odpór niezastąpiony Paweł Głowacki w felietonie "Wciąż Ernest" zamieszczonym w dzisiejszym Dzienniku Polskim (podlinkowałbym, ale DP każe się logować). Przyczynkiem do konwentowej dyskusji są też elektorskie nominacje do Nagrody im. Żuławskiego. Można je, wraz z punktami przyznanym przez elektorów, zobaczyć &lt;a href="http://zimniak.art.pl/n/2011/1dane11.html#Wyniki_glosowania_elektorow2011"&gt;tutaj&lt;/a&gt;.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Co można wyczytać z tej tabelki? Cieszy mnie iż pierwsze dwa miejsca zajęły powieści Szostaka i Twardocha, ale to dopiero początek. Ważne, że pierwsze cztery miejsca to powieści wydane przez wydawnictwa nie specjalizujące się w fantastyce - Lampa i Iskra Boża, Narodowe Centrum Kultury i Wydawnictwo Literackie. Z dziesięciu znajdujących się na liście powieści tylko pięć wydały wydawnictwa fantastyczne - Powergraph (z powieścią, która wydana gdzie indziej zostałaby pewnie uznana za głównonurtową), Fabryka Słów, Runa i Supernowa. Getto, ha!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-6223668035848125627?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/6223668035848125627/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/133-degettoizacja.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6223668035848125627'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6223668035848125627'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/133-degettoizacja.html' title='133. degettoizacja'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2431002979712801258</id><published>2011-04-18T09:12:00.004+03:00</published><updated>2011-04-22T10:29:24.217+03:00</updated><title type='text'>132. notateczka</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Notuję to tutaj, ponieważ to miejsce, którego raczej nie zgubię, jak zgubiłbym może świstek papieru, albo nawet plik wordowski przysypany setkami innych plików. Tamte mogą zginąć, czy to zjedzone przez mojego wszystkożernego kundla, którego poprzednik zjadał nawet kilkugigowe nośniki pamięci, czy też w wyniku śmierci twardego dysku. Informacje zapisane tutaj, mają większe szanse przetrwania.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dziś rano, pomiędzy szóstą a szóstą trzydzieści, na świat przyszły Pokój i Zima. To bliźnięta, ale Pokój jest nieco większy, a Zima znacznie bardziej zajadła. Oswoiłem się z nimi błyskawicznie i coraz bardziej je lubię. Mam nadzieję, że za jakiś czas i Wy je polubicie.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2431002979712801258?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2431002979712801258/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/131-notateczka.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2431002979712801258'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2431002979712801258'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/131-notateczka.html' title='132. notateczka'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4461963382571100857</id><published>2011-04-16T13:44:00.003+03:00</published><updated>2011-04-16T13:53:06.676+03:00</updated><title type='text'>numerek nadam później</title><content type='html'>Kraków Game Fusion wygląda interesująco. Kolejny konwent, na którym o fakcie iż prowadzę prelekcję dowiedziałem się z informatora. Widać tak już musi być, znalazłem swoje przeznaczenie. Za to panel o gettowości prowadzi Pilipiuk, możliwe więc, że przewidywania Wita, co do kierunku w jakim się ów panel potoczy okażą się słuszne. Miejsce na konwent znakomite, myślę, że i tu powinni urządzić Krakon. Za niespełna kwadrans rozpocznie się panel o związkach SF i fantasy. Może być ciekawie, może być do bani. Ten o getcie w każdym razie zamierzam nagrywać. Za ewentualne i całkiem prawdopodobne błędy w tym wpisie odpowiada fakt, że po raz pierwszy piszę notkę na komórce.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4461963382571100857?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4461963382571100857/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/numerek-nadam-pozniej.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4461963382571100857'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4461963382571100857'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/numerek-nadam-pozniej.html' title='numerek nadam później'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2729344532960125025</id><published>2011-04-11T12:09:00.004+03:00</published><updated>2011-04-11T12:32:30.737+03:00</updated><title type='text'>129. trochę czasu</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Lat temu małowiele zasuwałem na wykłady nagi wobec czasu. Nie miałem zegarka (zegarki w ogóle za mną nie przepadają, budzik od ukochanej utopiłem jakimś sposobem w kompocie, staruszka po bracie dziadka, co to nie wrócił po wojnie do ojczyzny, ale przysłał tuż przed śmiercią dwa swoje stare szwajcarskie zegarki, nieco zaniedbane śliczności, zgubiłem brnąc przez śnieg nocą na Turbacz - gdy się zorientowałem zrzuciłem plecak by z latarką oblecieć to podejście kilka razy, nadaremno; wszystkie pozostałe zegarki wariowały przy mnie i wariują nadal - pokazują niewłaściwe godziny, a nawet i dni) i jakimś zrządzeniem okoliczności nie było żadnego czynnego zegara w domu. Nauczyłem się wtedy poznawać czas po mieście.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Najprościej było słuchać dzwonów. Jeden raz biły na pierwszy kwadrans każdej godziny, dwa na drugi i tak dalej aż do czwartego, jakby kościoły, których w moim mieście mnóstwo, przybijały czas do świętości. Gdy wychodziłem z domu bił mi dzwon z Św. Józefa, gdy docierałem do uczelni godzinę liczoną w kwadransach nie minutach wybijał mi już cały chór dzwonów. Milczał tylko Zygmunt, jak to on, zachowując głos na ważniejsze okazje. Bywało przecież, w czasach przed internetem, że moja mama cichła nagle a potem wpadała do pokoju, w którym mogłem czytać, albo wcześniej, bawić się żołnierzykami i wołała: "Coś się stało - Zygmunt bije". Wcale często oznaczało to, że ktoś znaczny umarł, choć nie zawsze.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nie tylko słuchałem dzwonów. Pamiętałem też wszystkie witryny zegarmistrzów po drodze, oni zawsze chwalili się na wystawach dobrze ustawionymi zegarami. Nieźle znałem rytm tramwajów. Jeśli po drodze złapały mnie dwa uderzenia dzwonu, a niedługo potem mijała mnie np. "ósemka" na przystanku pod Wawelem, znaczyło to, iż powinno było minąć osiem minut od ostatniego kwadransa. Niestety, nie spotykałem po drodze wielu osób niewolniczo związanych z czasem, jak pewien rowerzysta, którego nieopodal Arki widywałem wcześniej zawsze na pięć minut przed piątą. Tylko nieduża blondynka mijająca mnie prawie codziennie mogła stanowić dla mnie odnośnik. Jeśli spotykałem ją pod Wawelem, oznaczało to, że zbyt się spieszyłem. Mijana w połowie Krakowskiej przynosiła mi spokój i pewność, jednak, gdy starannie nie zauważaliśmy się tam, gdzie Krakowska wpada w most Piłsudskiego, musiałem przyspieszyć kroku.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Były i inne znaki, które pamiętam niejasno. Może przypomnę je sobie podczas następnego spaceru? Dziś telefony komórkowe wyrwały mnie z mojego prywatnego czasu, odmiennego nieco od czasu, z jakim powiązani są właściciele zegarków. Poprzez dzwony byłem może bliższy mieszkańcom średniowiecza, jednak wszystkie pozostałe znaki i sposób ich powiązania i odczytywania należały wyłącznie do mnie. Telefony komórkowe wciągnęły mnie na powrót do społeczeństwa i jego reguł. Trochę szkoda, zawsze to miło mieć poczucie wyjątkowości. Zasuwając dziś do pracy nie łechtałem jednak ego, ale myślałem o tym, że kiedy wreszcie siądę do swojego monumentalnego fantasy, jego bohaterom będę musiał oferować ich własny czas. A to oznacza coś więcej, niż tylko skorzystanie z wytrychu nazw podpatrzonych w historii.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2729344532960125025?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2729344532960125025/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/129-troche-czasu.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2729344532960125025'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2729344532960125025'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/129-troche-czasu.html' title='129. trochę czasu'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7895885529474228780</id><published>2011-04-07T09:19:00.002+03:00</published><updated>2011-04-07T09:22:32.154+03:00</updated><title type='text'>128. Drugi obieg</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt; W zakładce "o fantastyce" pojawił się nowy link - "Drugi obieg stronniczo". To dlatego, że próbę raczkowania podjęła, przede wszystkim za sprawą wysiłku Harko, strona drugoobiegowa. Ufając, że ładnie się rozwinie polecam ją uwadze tych wszystkich, którzy jeszcze jej nie zauważyli. Uwadze i trosce. Harko sam jej nie pociągnie, musi przecież wieść także zwyczajne życie.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7895885529474228780?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7895885529474228780/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/128-drugi-obieg.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7895885529474228780'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7895885529474228780'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/128-drugi-obieg.html' title='128. Drugi obieg'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-8957203602034953017</id><published>2011-04-06T10:13:00.006+03:00</published><updated>2011-04-06T10:46:10.064+03:00</updated><title type='text'>127. albośmy to jacyś tacyś</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt; Będąc młodym czytelnikiem śledziłem wydarzenia fandomowe z oddali, znałem tylko tych herosów fandomu, o których pisały drukowane czasopisma, a plotki docierały do mnie z opóźnieniem, jeśli w ogóle. Pomimo tego zdawałem sobie sprawę z istniejących w środowisku niesnasek i choć nie byłem nigdy świadkiem legendarnych zmagań czy awantur skutkujących obrażaniem się na resztę życia, pozostawałem ich świadom. I za nic nie potrafiłem ich zrozumieć. Jak to - myślałem - ludzie inteligentni, oczytani i lubujący się w tym samym rodzaju literatury drą z sobą psy? O co? W imię jakiej sprawy?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dziś sam jestem fandomitą. Dociera do mnie więcej plotek, niektórych wydarzeń jestem świadkiem, a niektórych wręcz uczestnikiem. Mam też za sobą doświadczenie pracy, w której spisywałem opowieści skłóconych rodzin i sąsiadów, wiem więc już, że do wielkich sporów wystarczą błahe preteksty, a czasem nawet i pozór pretekstów. Pewne rzeczy wciąż jeszcze pozostają dla mnie trudne do przyswojenia&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W tej chwili trwa "nosixgate" - nosiwoda został zbanowany na forum SF(itd) bez podania powodu, czy to jemu prywatnie, czy też na forum w służącym temu dziale. Nosiwoda się zdziwił, a kiedy rzecz się wydała, zdziwiła się i część użytkowników forum. Na ich zdziwienie zareagowali z kolei zaskoczeniem admini forum i napisali, że sprawy nie ma, wszystko jest jasne i dla administracji i dla zbanowanego. Przez chwilę sieć zapulsowała wzajemnym zdziwieniem grupy ludzi. Ponieważ nosiwoda nadal był zdziwiony zaczął sprawę drążyć, a za nim zaczęli ją drążyć inni użytkownicy forum. Wreszcie administrator forum odpowiedział - nosiwoda szkodził wcześniej pismu finansującemu forum, więc na forum nie ma dla niego miejsca. Odpowiedź to w miarę jasna, acz spóźniona. Co dzieje się obecnie? Ano, wymiana ognia trwa, pojawiły się też zarzuty o kłamstwa. Można to śledzić na &lt;a href="http://emailemzlasu.blogspot.com/2011/04/ja-gupi-myslaem-ze-idzie-wiosna.html"&gt;blogu drakena&lt;/a&gt; i na forum &lt;a href="http://www.science-fiction.com.pl/forum/viewtopic.php?t=297&amp;start=1140"&gt;SF(itd)&lt;/a&gt;. Tak naprawdę nie dzieje się nic wielkiego - to kolejna lokalna awanturka. Rejs nie lubił nosiwody za to, że ten wypowiedział się parę razy kąśliwie o nim samym, o piśmie i jego forum. Uznał, że nie chce takiego użytkownika na forum i jest to dla mnie w jakiś sposób zrozumiałe. Tyle, że metoda załatwienia tego "po cichu" wygląda paskudnie. Oczywiście, Rejs pisze teraz, ze nosiwoda o wszystkim wiedział, nosiwoda twierdzi z kolei, że nikt mu nic nie powiedział. Zważywszy na moją znajomość z nosiwodą moja wiara w jego słowa może zostać nazwana brakiem obiektywizmu. A niech tam. Jeśli prześledzić posty na forum SF(itd) widać ewolucję postawy adminów od "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;my wiemy i mamy swoje powody i to powinno wystarczyć&lt;/span&gt;", przez: "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;shenra wysłała nosiwodzie info&lt;/span&gt;" do: "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Rafał rozmawiał z nim osobiście&lt;/span&gt;". Widzę w tym pewną nieścisłość, ale dowodem w sądzie by to nie było. Ważne jest zresztą co innego.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Znów sprawa wzięła się z niczego. Ba, z bardzo pozytywnych zdarzeń. Oto nosiwoda, który istotnie za forum SF(itd.) nie przepadał, poznał podczas Pyrkonu ludzi z tamtego forum, uznał, że są fajni i postanowił się na forum zarejestrować. Ponieważ jego poglądy, a także fakt, że nie powstrzymuje się przed ich wyrażaniem kogoś kiedyś uraziły dostał bana. Z dobrej potencjalnie rzeczy wynikła rzecz niedobra, w niezgodę dwóch dorosłych ludzi zostali wciągnięci inni, w tym Rafał Dębski, którego prozę lubię i którego miałem dotąd za porządnego faceta, a który na forum także przyjął postawę: "po coś mówić, jeśli można rzecz załatwić po cichu", która to postawa mi się nie podoba. Coś u mnie stracił Rafał, a może teraz ja coś tracę u niego (jeśli to przeczyta). Podobnie Rejs, do którego mam wiele szacunku za założenie pisma, konsekwentną jego otwartość i walkę o jego utrzymanie, jakoś sam siebie umniejszył tym niepotrzebnym banem w imię własnych antypatii i sposobem załatwienia sprawy. Nagle wszyscy, z adminami, nosiwodą, drakenem, ziutą, martvą, shenrą - całym tym internetowym fandomem znaleźliśmy się w centrum kolejnej dziwnej afery, która może dodatkowo poróżni wszystkich. Okazało się, że niczym się nie różnimy od fadomitów, których obserwowałem z oddali. Niewiele trzeba, byśmy się wzięli za łby.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jak często bywa, właściwa każdemu z nas, choć nie u każdego tak łatwo triumfująca, ludzka małostkowość okazała się nie tylko przykra, ale do tego i głupia.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-8957203602034953017?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/8957203602034953017/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/127-albosmy-to-jacys-tacys.html#comment-form' title='Komentarze (21)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8957203602034953017'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8957203602034953017'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/127-albosmy-to-jacys-tacys.html' title='127. albośmy to jacyś tacyś'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>21</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-164320742335856931</id><published>2011-04-05T23:57:00.004+03:00</published><updated>2011-04-06T00:20:53.309+03:00</updated><title type='text'>126. the Borgias</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Znów jest co oglądać. Przyznam, że obawiałem się tego serialu, sądząc, że będzie on swego rodzaju kontynuacją ledwie co zakończonego Tudors. Wczesne promo "The Borgias" stylizowane na otwarcie "Tudorów" właśnie szczególnie wzbudzało moje obawy. Na szczęście Michael Hirst zajął się psuciem legendy "Camelot", a opowieści o Borgiach wyreżyserował Neil Jordan. Różnicę widać na pierwszy rzut oka.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Pilot (ponad półtoragodzinny) pełen jest napięcia budowanego nie tylko przez świetny scenariusz (także autorstwa Jordana) ale i odpowiedni montaż, nieprzesadnie szybki, a jednak dynamiczny. Zalety reżysera uzupełniają starania aktorów wcielających się w krwiste, dobrze napisane postaci z fantastycznie dobranym i świetnie się spisującym Jeremym Ironsem na czele. Niewiele ustępuje mu Sean Harris mający potencjał na najciekawszego serialowego zabójcę - Micheletto. Ale świetnych aktorów bardzo dobrze wywiązujących się z swych ról jest tam sporo. Żal mi może, że Derek Jacobi nie miał okazji by zabłysnąć.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Także erotyka ukazywana jest - w przeciwieństwie do "Tudorów" - umiejętnie. Jordan nie potrzebuje przewlekłej sceny z łożem, w którym taplają się kochankowie, by nasycić obraz pełnym napięcia erotyzmem. W pilocie nowego serialu momentami aż iskrzy i to w najróżniejszych płciowych i społecznych konfiguracjach, ale owo iskrzenie ukazane jest odpowiednio. Gdy trzeba pchnąć postacie do łóżka, tak się dzieje. Jordan w przeciwieństwie do Hirsta rozumie jednak, że czasem lepiej pokazać zamykające się za kochankami drzwi i służącą przemykającą ciemnym korytarzem, niż po raz kolejny kazać błądzić kamerze wśród wzburzonej pościeli.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Momentami, przede wszystkim dzięki doskonale zbudowanym postaciom, a także świetnie poprowadzonym relacjom między nimi, odnosiłem wrażenie, że wreszcie znów mam szansę oglądać serial na miarę "Rzymu". Ten entuzjazm może okazać się przedwczesny, wszak wszystko da się zepsuć. Na razie jednak jest bardziej niż dobrze.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-164320742335856931?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/164320742335856931/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/126-borgias.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/164320742335856931'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/164320742335856931'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/126-borgias.html' title='126. the Borgias'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-8320363903265249602</id><published>2011-04-04T09:39:00.006+03:00</published><updated>2011-04-04T10:04:50.030+03:00</updated><title type='text'>125. Czytanie z pism św. Clive'a</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Co pewien czas (obecnie chyba niezbyt często) pojawia się pytanie: "A co kościół katolicki i w ogóle religie poczną, gdy napotkamy braci w rozumie?". Moim zdaniem akurat kościół katolicki jest na taką okoliczność całkiem nieźle przygotowany, odkąd uznał, że "na obraz i podobieństwo swoje" oznacza dokładnie tyle, że dzieci boże posiadają wolną wolę, a nieznającym Jezusa poganom (takiemu np. Arystotelesowi) wystarczy do zbawienia, że żyli przyzwoicie (i to wedle własnych tradycji). Większy problem byłby, gdyby bracia w rozumie przywieźli na Ziemię własnych bogów, co w literaturze sprowadzili na Ziemian m.in James Triptree jr. i Roger Zelazny (ich - odpowiednio opowiadanie i powieść - akurat pamiętam). Co zabawne u wspomnianych autorów nieźle rozwinięci obcy są politeistyczni, co niespecjalnie zgadza się z teoriami na temat ewolucji religii. Z drugiej strony dałoby się tych alienobogów pewnie jakoś zracjonalizować, tym bardziej, że u Zelaznego ("Wyspa umarłych") do panteonu kosmicznych bóstw dołącza i człowiek. To wszystko jednak tylko dywagacje. Ważne, że moim zdaniem, ziemskie religie prawdopodobnie okazałyby się całkiem nieźle przygotowane na kontakt z obcymi cywilizacjami.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Inne planety, czy nawet galaktyki to wciąż ten sam, stary dobry wszechświat. Co jednak stałoby się, gdybyśmy (jak, że pozwolę sobie na prywatę, u mnie w "Poświecie") otworzyli bramy do innych wszechświatów? Tu sprawa nie jest już taka prosta. Owszem, wszelkie religie dopuszczają istnienie innych światów, zwykle w liczbie dwóch - tego dla potępionych i tego dla wywyższonych. Co jednak, jeśli wszechświatów będzie bez liku, a w każdym znajdzie się sporo inteligentnych istot? Żadne święte pisma kościoła nie mówią o czymś takim, choć - jestem o tym przekonany - teologom znalezienie wytłumaczenia zajęłoby ledwie chwilkę.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na szczęście nie musieliby się trudzić. C.S.Lewis zadbał o to już jakiś czas temu pisząc do głębi chrześcijański cykl opowieści o historii zbawienia w światach równoległych. Mamy tam i figurę poświęcającego siebie zbawiciela, i ciągłą walkę ze złem i własnymi słabościami i stworzenie świata i wreszcie jego zmierzch bliski obrazom z Apokalipsy św. Jana. Co więcej bohaterowie tych przypowieści ganiają pomiędzy przynajmniej trzema światami i nic nie każe nam zakładać, że owych światów nie ma więcej. Mowa oczywiście o "Narnii" - cyklu opowieści, które dziś wedle własnej wygody przypisujemy do fantasy, bądź do baśni. Wyobraźmy sobie jednak, że wrota do światów równoległych zostały otworzone i jakoś trzeba to wyjaśnić religijnie. Czy kościół nie mógłby uznać, że C.S.Lewis pisał pod natchnieniem bożym, wyprzedzając znacznie wydarzenia by przygotować ludzkość na kolejny przełom? Cykl o Narnii dołączono by do kanonu, dla którego opisywanie świata poprzez przypowieści to przecież nic nowego. To, co dziś uznajemy za pomysły fantasty, okazałoby się metaforami (a może nie? może w pierwszym odkrytym przez nas wszechświecie równoległym spotkamy właśnie gadające bobry?:)) i w świątyniach prócz ewangelii na zmianę z listami apostolskimi wysłuchiwalibyśmy czytań z ksiąg św. Clive'a.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-8320363903265249602?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/8320363903265249602/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/124-czytanie-z-pism-sw-clivea.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8320363903265249602'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8320363903265249602'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/124-czytanie-z-pism-sw-clivea.html' title='125. Czytanie z pism św. Clive&apos;a'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7028354774298828912</id><published>2011-04-01T12:38:00.002+03:00</published><updated>2011-04-01T12:42:54.356+03:00</updated><title type='text'>124. prywata</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Przeczytanie istniejących fragmentów "Kwoki i Buhaja w kosmosie" sprawiło, że nie chce mi się już pisać nic poza "Kwoką i Buhajem w kosmosie". Znów kocham Bukę Barrows i jej męża, Adelaine Barrowsa. Szlag.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ponieważ średni ze mnie primaaprilisowicz (pierwszy akapit opisywał stan faktyczny), cieszę się, że istnieje ktoś taki jak Rafał Kosik potrafiący &lt;a href="http://rafalkosik.com/premiery-wydawnicze-kwiecien-2011"&gt;trud żartowania brać na siebie&lt;/a&gt;. I to udanie!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7028354774298828912?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7028354774298828912/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/124-prywata.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7028354774298828912'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7028354774298828912'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/04/124-prywata.html' title='124. prywata'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-5531975278642812458</id><published>2011-03-29T08:19:00.004+02:00</published><updated>2011-03-29T08:48:38.225+02:00</updated><title type='text'>123. po Pyrkonie</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Sporym (bo jednak nie wielkim) nieobecnym minionego już Pyrkonu okazał się Jewgienij Olejniczak. O jego opowiadaniu nie mówili wprawdzie dosłownie wszyscy, jednak wspominano o nim podczas paneli dyskusyjnych, szeptano o nim w kuluarach i w poznańskich knajpach. Po powrocie ktoś (sprawdziłem - Sheila) wpisał na forum drugiego obiegu: "właśnie szykuję się na wieczór z najbardziej zachwalanym opowiadaniem na konwencie." Dwa dni po Pyrkonie znalazłem w skrzynce email od towarzysza podróży powrotnej, w którym opowiadanie Jewgienija zostało bardzo dobrze ocenione. Może szkoda więc, że autora tekstu na konwencie zabrakło, ale może stało się dobrze. Jewgienij nabrał cech osoby tajemniczej, może trochę kontestatora. Jeśli zaś jego teksty staną się głośniejsze, będzie mógł wkroczyć na konwent jako uznany i oczekiwany twórca, nie zaś ktoś pukający do czytelniczych drzwi. Chciałbym móc teraz napisać, że dobra literatura wygra bez pomocy promocji, niestety wszyscy wiemy, że to nieprawda.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;O opowiadaniu Jewgienija szeptano w tle, nie przedarło się ono na plan pierwszy. Może gdyby więcej osób je przeczytało, udałoby mu się, bo tam właśnie nie istniała żadna konkurencja. Nie zdążyła się chyba na Pyrkon ukazać żadna powieść, która mogłaby zdominować rozmowy. Rok temu wiele mówiliśmy o "Burzy" Macieja Parowskiego, podczas Polconu w dyskusjach powracały powieści Twardocha ("Wieczny Grunwald") i Orbitowskiego ("Nadchodzi"), przebieraliśmy niecierpliwie nogami w oczekiwaniu na "Chochoły" Szostaka i drugą odsłonę cyklu Wegnera. Pyrkon 2011 musiał się obyć bez takich bohaterów. Trochę zawiniły w tym drukarnie, które spóźniły się z wypuszczeniem książek Piotrka Rogoży i Darka Domagalskiego, choć premiery obu były zaplanowane właśnie na Pyrkon. Przy całej jednak mojej sympatii do obu autorów i szacunku dla ich prozy, nie wydaje mi się, by mogły to być powieści równie mocno dyskutowane, jak tytuły wspomniane wcześniej. Co ciekawe mocnym punktem dyskusji nie stał się "Król bólu" Dukaja, choć o opowiadaniu "Linia oporu" wspominano kilkakrotnie. Może jeszcze za wcześnie na omawianie tego zbioru? Podobnie nowa powieść Huberatha jeszcze nie zaistniała mocno. I o niej wspominano, ale nie dyskutowano. Być może i na to było jeszcze zbyt wcześnie&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-5531975278642812458?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/5531975278642812458/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/123-po-pyrkonie.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5531975278642812458'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5531975278642812458'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/123-po-pyrkonie.html' title='123. po Pyrkonie'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-458615504249411331</id><published>2011-03-23T09:38:00.003+02:00</published><updated>2011-03-23T20:50:43.226+02:00</updated><title type='text'>122. pożyczone</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Andrzej Zimniak &lt;a href="http://andrzej-zimniak.blogspot.com/2011/03/dyson-herezje-globalne-ocieplenie-i.html"&gt;na swoim blogu&lt;/a&gt; zamieścił &lt;a href="http://www.polityka.pl/nauka/wszechswiat/1513882,1,o-przyszlosci-nauki-ziemi-i-ludzi.read"&gt;link do wywiadu z Freemanem Dysonem&lt;/a&gt;. Wywiad wydał mi się na tyle interesujący, że pozwalam sobie ów link "pożyczyć". A w ramach reklamy krótki cytat mogący zabrzmieć niemal jak memento:&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;blockquote&gt;Już wówczas dowiedziałem się, że ludzi zajmujących się tym tematem można podzielić na dwie grupy: tych, którzy przyglądają się realnemu światu, i tych, którzy pracują nad modelami komputerowymi. Bardzo się od siebie różnią.&lt;/blockquote&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-458615504249411331?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/458615504249411331/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/122-pozyczone.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/458615504249411331'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/458615504249411331'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/122-pozyczone.html' title='122. pożyczone'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1829414918311424688</id><published>2011-03-21T09:20:00.007+02:00</published><updated>2011-03-21T09:31:54.083+02:00</updated><title type='text'>121. konsekwencje wizyty siostry</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;W pokoju obok regularnie, co trzy godziny, budzi się dziecko. Prawdę mówiąc nie doświadczam tego, śpię na tyle mocno, by nie poruszały mnie żadne płacze, prócz tych w okolicach szóstej rano, kiedy sam wstaję po krótkiej utarczce z budzikiem. Niemniej wtedy słyszę ów zupełnie nie dotkliwy dla mnie płacz i mogę się pozastanawiać czy nie ociera się o mnie właśnie cień tego, co doświadczają ojcowie – płaczu dziecka. Ojcowie, którzy to czytają, teraz się pewnie uśmiechnęli pobłażliwie. Co ja tam mogę wiedzieć. Ano, owszem, myślę o tym „bezwładnie, jak to w mocy człowieka ślepego, który jedynie podejrzewa prawdę, lecz jej nie zna.” Niemniej od takich podejrzeń biorą się czasem ciągi myślowe towarzyszące człowiekowi od otwarcia oczu, poprzez poranny prysznic, szybki jak poranne śniadanie wykrojone prawie niedbale, jeszcze pod kontrola trochę zdziwionych oczu, świeżych i cieszących się wschodzącym słońcem zupełnie inaczej niż już trochę zmęczone oczy obracające się ku słońcu zachodzącemu. Jeśli jest coś naprawdę przykrego w pracy nakazującej poranne wstawanie (to akurat plus) to właśnie ów pośpiech utrudniający cieszenie się porankiem.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Najlepiej myśli się oczywiście podczas spaceru do pracy. Jest równie pospieszny jak śniadanie, ale jednak trwa dłużej. Tak więc – ojcostwo. Gdy moja siostra przyjechała do domu uniosła zaraz córkę, w sposób podobny do tego, jakiego używali dawniej ojcowie, by ukazać dziecko bogom. Gest siostry nie był tak niebosiężny, choć przecież nie umiałbym spotwarzyć go nazywając „błahym”.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;- No i do kogo jest podobna? – zapytała siostra.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To jeden z tych testów, jakie nieustannie oblewam. Rzadko odkrywam podobieństwo niemowląt do kogokolwiek. Zobaczyć je to dar bliski temu, który pozwala dostrzegać kobietom barwy istniejące tylko dla nich. Bo też zwykle kobietom wystarczy rzut oka na niemowlę, by zdobyć wiedzę o wszystkich jego pokoleniach, odkryć kto z kim co zrobił, jak i dlaczego dwieście lat temu. Kształt nosa, będącego dla mnie tylko nosem, dla kobiet jest drogowskazem, początkiem plątaniny ścieżek wiodących w labirynty przeszłości. Myślę sobie – może ojcowie też to potrafią? Bo ojców dzieci odmieniają. Mało się o tym pisze i mało się o tym mówi. Wiemy, że kobiety, gdy znajdą się w stanie błogosławionym stają się istotami kapryśnymi, co ich mężowie wybaczają, czasem z pobłażliwymi, czasem z udręczonymi uśmiechami (dawniej rozwiązywano taką sprawę prościej – kobieta przy nadziei była istota nieczystą, niemal opętaną). Wiemy, że gdy urodzą zachodzi w nich zmiana, inaczej już patrzą na świat, a i dla świata nie są już takie, jak kiedyś. Najstraszliwiej, najwyraziściej opisał to Martin, dla którego matki to socjopatki za nic mające sobie prawa społeczne, wielkie ludzkie moralności czy choćby próby porozumienia ze światem ludzi żyjących wedle zasad. W imię dobra swoich dzieci zabijają, lub każą zabijać bez mrugnięcia okiem. To matki wywołują wojnę w świecie „Pieśni lodu i ognia”; nie ma w tym cyklu chyba istot równie bezwzględnych jak one. Ojcowie u Martina to tylko bezwolne, nieszczęsne i raczej tragiczne narzędzia w rękach matek. Nie widać w tych powieściach, by fakt posiadania dzieci odmieniał ich jakoś. Tak, jak całe swoje życie traktowali jako obowiązek (bądź przygodę), tak i ojcostwo traktują na te same sposoby.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czy ktoś starał się ukazać przemianę ojców? Próbowałem sobie przypomnieć to podczas spaceru do pracy. Ci wszyscy mężczyźni, którzy odkrywają w sobie nagle wcześniej nie przeczuwane wrażliwości, którzy odnajdują w życiu cel. Ojcowie nie piszą zwykle cykli fantasty, brak im na to czasu. Ojcowie, chyba, nie piszą o dzieciach. Ojcowie piszą przede wszystkim o własnych ojcach, o ich odkrywaniu i próbach zrozumienia. Mogą być ci ojcowie demiurgami, mogą być pogrążonymi we śnie osiami wszechświata, mogą być pełną niepokoju i grozy tajemnicą. Może więc chłopcy rodzą się po to, by zostać ojcami, przeczuwają to i gdy wyrastają na pisarzy piszą nie wprost o dzieciach, ale właśnie o ojcach, a zatem o sobie i swoich synach i tak bez końca. Czego by nie wymyślili, wyprzedził ich wszystkich Homer opisujący ojca, jako Tego, Który Wciąż Jest W Drodze Do Domu. Odyseusz wędrując myśli ckliwie o swojej żonie i o synu, to tęsknota za nimi napędza jego podróż. Wyobraża sobie jak ich powita, a jego marzenia pewne są tkliwej miłości. A jednak wraca by powiedzieć: „Stań po mej prawicy Telemachu, gdy będziemy zabijać wrogów”. Jeśli to miłość, to bardzo szorstka oddająca to, czym jest ojcostwo w literaturze – oczekiwaniem i obowiązkiem, ale przede wszystkim wiecznym wracaniem do rodziny. I może nawet nieźle oddaje to status mężczyzn, ciągle szukających dla siebie wykrętów. Kobiety zostają matkami i są gotowe choćby podpalać świat. Mężczyźni, choć zmodyfikowani, tak by rozwiązywać krzyżówki kryjące się w rysach twarzy dzieci, by czuć tkliwość na widok zmarszczonego noska i płakać ze wzruszenia, gdy dziecko się uśmiechnie, wciąż pozostają w znacznym stopniu mężczyznami, którymi niegdyś byli. Przed całkowitą, totalną zmianą uciekają na wojny i wyprawy, chowają się za wznoszonymi przez siebie katedrami, kryją się w pasjach wykształconych w dzieciństwie, a ostatecznie używają wytrycha i konserwują siebie podsuwając dzieciom własne zabawki – modele pociągów i samolotów, albo statków kosmicznych  i X-skrzydłowców. Podczas, gdy kobieta staje się osią domu, mężczyzna poprzestaje na ciągłym do niego wracaniu i tłumaczy swoje spóźnienia snując bajki o syrenach i czarodziejkach.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;O tym też, czasem, opowiada fantastyka.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1829414918311424688?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1829414918311424688/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/121-konsekwencje-wizyty-siostry.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1829414918311424688'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1829414918311424688'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/121-konsekwencje-wizyty-siostry.html' title='121. konsekwencje wizyty siostry'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-8989988523647695141</id><published>2011-03-08T12:23:00.004+02:00</published><updated>2011-03-08T12:41:14.291+02:00</updated><title type='text'>120 - pees</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Jak już człowiek zacznie pisać, to nie może przestać, prawda? I czasem ta niemożność przerwania może być gorsza od niemożności rozpoczęcia. W każdym razie dla czytelników. Przypomniałem sobie jednak, o czymś, co chciałem napisać, a co nie zmieściło się tematycznie w poprzednim wpisie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Otóż w antypolskiej, przeczpatriotycznej i w ogóle wrogiej temu, co każdemu prawdziwemu najdroższe Gazecie Wyborczej przeczytałem mimochodem właściwie, przez przypadek i przy okazji, że rząd, ministerstwo i w ogóle Ci, Którzy Mogą, nie chcą już dłużej dofinansowywać pisma "Konteksty", co nie wróży dobrze szansom na jego przetrwanie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W związku z tym chciałem napisać, że to wielka szkoda by była. Czym są "Konteksty"? Pismo wyewoluowało z pisma "Polska Sztuka Ludowa" i stało się narzędziem buntu części młodych etnografów, którzy wymyślili, iż ludowość ludowością, ale wybrana przez nich nauka (o ile to nauka, bo wciąż spierają się na ten temat) mogłaby się też zajmować innymi aspektami rzeczywistości, a właściwie wszelakimi kontekstami kultury. Działo się to już jakiś czas temu. Obecnie "Konteksty" to niepokojący twór tyleż naukowy, co artystyczny potrafiący otwierać oczy czytelnikom na niespodziewane dla nich aspekty rzeczywistości, a także uczyć czytać kulturę głębiej i ciekawiej niż ma to miejsce w dowolnie wybranym innym piśmie. Ponieważ zaś, jak się rzekło, polscy etnologowie nie są do końca pewni czy patronuje im nauka, czy sztuka, to i dbają o piękno formy a nie tylko o samą klarowność przekazu (choć tej nie unikają przecież), dzięki czemu czyta się artykuły zamieszczane w tym piśnie w zwielokrotnioną przyjemnością. A teraz mogą "Konteksty" zniknąć.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gdybym miał konto na szatanofejsie, uruchomiłbym tam pewnie jakiś ruch na rzecz ocalenia "Kontekstów". Że mnie jednak na tamtym narzędziu szatana nie ma, kto z Was powinien zrobić to za mnie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;I plotka z zupełnie innej beczki. Jeśli jacyś fani Kwoki i Buhaja jeszcze nie wymarli, to informuję ich, że siedzę obecnie nad grą opartą o życie tych dwu i wczoraj udało mi się nawet ją odpalić. Nic więcej z nią mi się już  zrobić nie udało (no, Buhaj wygłosił kilka kwestii pod adresem Kwoki, który nie raczył się pojawić), ale jestem pełen dobrych myśli.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-8989988523647695141?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/8989988523647695141/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/120-pees.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8989988523647695141'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8989988523647695141'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/120-pees.html' title='120 - pees'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-5959574845373548602</id><published>2011-03-08T09:08:00.005+02:00</published><updated>2011-03-08T09:46:15.828+02:00</updated><title type='text'>120. rimejki i zemsta, która mi się marzy</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Gdy pod poprzednim wpisem rozmawialiśmy o grach przyszła mi do głowy pewna myśl, która pewnie pojawiła się już wcześniej w całej masie innych głów i może nawet wylądowała już na jakimś blogu ubrana w zdania. Nic to. Nie ma co przejmować się, że wszystko już było, nawet powieści o miłości do zombie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Rozmawialiśmy o starych grach i o tym, że młodsi np. ode mnie gracze mogą nie poznać radości grania w tytuły, które wzbudzały zachwyt dziesięć lat temu, bo odrzuca ich przestarzała mechanika i grafika. Pomyślałem wtedy, że może gry towarzyszą nam już wystarczająco długo, by przemysł pokusił się o sięgnięcie po stare, wciąż żyjące w opowieściach staruszków gry, w które nikt już nie gra. Taka Bathesda zamiast męczyć się z wymyślaniem scenariusza do Fallout 4 mogłaby po prostu zrobić remake Falloutów 1 i 2. Ale to pikuś. Prawdziwym przebojem mógłby być np. River Ride w wersji 3D. Na konsolach mógłby robić furorę Spy Hunter, koniecznie w formule "otwartego świata" z cała masą pobocznych misji i filmowymi przerywnikami. Wszyscy rozrywający szaty z powodu uczynienia z gry Dragon Age 2 zręcznościówki z wielkimi mieczami i jeszcze większymi biustami rzuciliby się z zapałem w granie w nowe Baldurs Gate. Ja zapewne spędzałbym całe tygodnie grając w Warlords2 wzbogacone o możliwość rozbudowy miast i mechanikę bitew z serii Total War. Czy to nie piękne wizje?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Snując pomysły na uszczęśliwianie ludzkości nie poprzestałem na grach. Czemuż by proces odnowy miał ominąć literaturę? Taki Howard wydawać się może dziś nie tylko zbyt archaiczny w języku, ale i stanowczo za delikatny. Jego barbarzyńcy, w porównaniu np. z współczesnymi nam kibicami to niemal wydelikacone eleganciki. Conan powinien posługiwać się co najwyżej trzema słowami na krzyż i nawet przecinki w wypowiadanych przezeń zdaniach winny być wulgarne. Nużącego Tolkiena wzbogacilibyśmy o krwiste opisy erotyczne, z Narnii, wzorem filmowców, należałoby wyrzucić wszystkie wątki religijne (Orliński był zachwycony tym zabiegiem w drugiej ekranizacji, więc wiem, że taka wersja by się spodobała). Wszystkie powieści Clarke'a należałoby wzbogacić o kosmiczne bitwy i trochę rozterek moralno-erotycznych, by przypominały "Battlestar Galactica". Zbyszko z "Krzyżaków" jest jak na obecne standardy zbyt mało mhroczny, można przecież dodać mu jakieś rzezie i gwałty w przeszłości. Jungingen oddawałby skrycie hołd szatanowi i składał mu w ofierze dziewice (Danuśka), a Jagienka byłaby feministką. Czekam na dalsze pomysły&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Porwany radością poprawiania wymyśliłem też remake upadłych seriali jak "Carnivale" (szybsze tempo, charyzmatyczny bohater - zabójca duchów i złowroga mścicielka), ale też seriali, które nadal cieszą się powodzeniem. "House" mógłby stać się horrorem z akcją osadzoną w szpitalu kosmicznym. Nikt dotąd nie poważył się o remake serialu, który wciąż jest nadawany - to dopiero wstrząsnęłoby telewizją! A nie, przepraszam, są przecież amerykańskie wersje europejskich seriali.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To może z serialami zrobilibyśmy jednak inaczej. Anglicy mogliby na przykład wziąć odwet na Amerykanach i nakręcić własne wersje ich seriali. Na przykład już chyba ponad sto odcinków "Grey's anatomy" upchnąć, wedle własnej mody, w typowy brytyjski ośmiodcinkowy sezon, w którym wszystkie wątki romansowe rozegrano by przy pomocy kilku subtelnych niedomówień, a nie wprost superprzystojni lekarze rzucaliby czasem "fakiem" po nieudanej operacji. Brytyjska wersja "Spartacusa" nie miałaby wcale scen w zwolnionym tempie, a brytyjski "Słoneczny patrol" nosiłby tytuł "Mgły Tamizy" i okazałby się psychologicznym dramatem od którego parowałyby mózgi. A jak Anglicy zrobiliby "Gossip girl" nawet boję się zgadywać! Myślę jednak, że mógłby od tego upaść rząd USA.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-5959574845373548602?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/5959574845373548602/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/120-rimejki-i-zemsta-ktora-mi-sie-marzy.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5959574845373548602'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5959574845373548602'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/03/120-rimejki-i-zemsta-ktora-mi-sie-marzy.html' title='120. rimejki i zemsta, która mi się marzy'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-14681291786229433</id><published>2011-02-28T21:12:00.004+02:00</published><updated>2011-02-28T21:26:15.428+02:00</updated><title type='text'>119.</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Od rana gnębi mnie przekonanie, że powinienem umieścić tu jakąś notkę. Problem w tym, że dwie czy trzy wymyślone nie są jeszcze całkiem gotowe. W dodatku przez ostatnie dwa tygodnie miotałem się od lektury do lektury i oczywiście nic nie przeczytałem porządnie i do końca. Na domiar złego nie chce mi się w nic grać. Nie ma innego wytłumaczenia - dopadł mnie w końcu kryzys zmierzchu zimy. Ten dziwny czas nadchodzący pod koniec pory roku, kiedy jeszcze cieszą mnie mrozy, na które tak narzeka większość moich znajomych, ale już czuję, że przydałaby się trochę inna pogoda.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Dlatego napiszę tylko, że Comedy Central znów zaczęło nadawać od początku serial "Scrubs". Gdyby telewizja miała powstać tylko dla tej jednej serii, byłby sens ją wymyślać. Właściwie wszystkie najznakomitsze nawet seriale mogłyby szczeznąć w jakiejś apokalipsie telewizyjnych produkcji, pod warunkiem, że przetrwałoby "Scrubs" i "Na południe". Przy okazji serial ten jest dowodem na wyższość Stanów Zjednoczonych nad Unią Europejską. Jego dziewięć sezonów (z bajerami) można kupić w Usach za niespełna 90 dolców. W UE osiem sezonów (dziewiąty sezon wyprodukowany został przez inną stację i ze zmienioną częściowo obsadą, dlatego niektórzy uznają go za zbyt mało, hm... kanoniczny) kosztuje coś ok. 120 eurasów. W Polsce kupić go, o ile wiem, nie można. Może i dobrze, boję się myśleć ile by kosztował.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-14681291786229433?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/14681291786229433/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/02/119.html#comment-form' title='Komentarze (14)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/14681291786229433'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/14681291786229433'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/02/119.html' title='119.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>14</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4395697796399909985</id><published>2011-02-22T22:25:00.002+02:00</published><updated>2011-02-22T22:50:04.308+02:00</updated><title type='text'>118. pisarze do padów</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;To Maeg pierwszy napisał mi, że Rafał Orkan został zaproszony do pracy nad Dead Island. Niedługo potem sam Rafał napisał o tym na drugoobiegowym forum. Gratulacje! Co dalej?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Za fabułę Crysis2 odpowiada Richard Morgan, ten od "Modyfikowanego węgla", podobno powieść na podstawie tej gry pisze (czy też może już napisał) Peter Watts. Każdy polski patriota zagrał oczywiście w Wiedźmina a teraz czeka niecierpliwie by aż spuchnąć od dumy, gdy druga część tej gry podbije rynki. Sapkowski wprawdzie z grą nie chciał mieć nic wspólnego, dał jej jednak swoje błogosławieństwo. Do prac nad "Wiedźminem" przymierzał się za to Jacek Komuda, który wcześniej udzielał się przy modzie do Neverwinter Nights. Czy to pisarze ruszyli do gier, czy też gry przypomniały sobie o pisarzach?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Pojawiają się głosy, że gry nie stanowią narzędzia do opowiadania historii. Z drugiej strony właśnie to medium zaczyna dominować w przemyśle rozrywkowym. Dlaczego więc pisarze nie mieliby skorzystać z okazji? Nakłady gier są większe niż książek. Pomijając kwestie finansowe można za pośrednictwem gry dotrzeć do większej ilości odbiorców wydając powieść. I dalej - skoro np. Chandler pisał scenariusze dla Hollywood, czemu współczesny autor fantastyki nie miałby skorzystać z podobnej okazji? Zwłaszcza, że udzielanie się przy grach nie wyklucza przecież pisania książek. Pojawia się za to inne pytanie - co pisarz może ofiarować grom?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt; Rafał Orkan mógłby wzbogacić świat "Dead Island" swoją wyobraźnią. To jednak raczej nie nastąpi - świat tej gry został już najprawdopodobniej w pełni ukształtowany. Pozostaje liczyć na to, że kreatywność pisarza będzie miała okazję rozbłysnąć przy kształtowaniu zadań, sytuacji i postaci w rozgrywce. A może to dopiero początek współpracy i za kilka lat będziemy mieć okazję zagrać w tytuł osadzony w świecie zrodzonym w wyobraźni Orkana? Nie miałbym nic przeciw temu. Forma Techland przykłada dużą uwag do fabuły w swoich produkcjach, może więc pokusi się o eksperyment? To jednak tylko dywagacja. Bo czy gry - mam na myśli te wielkie produkcje, za grube miliony dolarów - naprawdę potrzebują pisarzy? Fabuła w grach pojawia się zwykle jako dodatek skrojony pod silnik gry i gameplay. To poważne ograniczenie dla pisarza, choć może stać się równocześnie interesującym wyzwaniem. Wątpliwe jednak, by mogła powstać obecnie wysokobudżetowa gra, w której producent pozostawi pisarzowi wolną rękę i dostosuje do jego wizji technikalia. Tak mogło dziać się kiedyś, dziś to zbyt niebezpieczne. Dlatego wydaje mi się, że choć dobrzy pisarze ubogacą gry, być może wniosą nieco oryginalności do fabuł, a w najgorszym przypadku zadbają przynajmniej o to, by dialogi nie były drętwe i sztuczne, to na ściganie literatury przez gry nie ma co liczyć. Tym bardziej, że gracze najprawdopodobniej nie chcieliby tego. Zbyt skomplikowana fabuła może tylko przeszkadzać w strzelaniu.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4395697796399909985?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4395697796399909985/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/02/118-pisarze-do-padow.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4395697796399909985'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4395697796399909985'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/02/118-pisarze-do-padow.html' title='118. pisarze do padów'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1136235080650994426</id><published>2011-02-16T21:55:00.006+02:00</published><updated>2011-02-16T22:04:52.636+02:00</updated><title type='text'>117. będzie krwawo</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Po awarii komputera połączonej z okresem intensywnego zużywania mnie przez pracę stawiam pierwsze kroki ku powrotowi do świata żywych. Poniższy filmik byłby więc trochę nie w temacie, gdyby nie to, że sprawia mi patriotyczną frajdę, że polska firma mogła do polskiej gry zrobić całkiem udany trailer. Mocno inspirowany "Lost", ale to przecież nic złego.&lt;/p&gt;&lt;iframe title="YouTube video player" width="400" height="370" src="http://www.youtube.com/embed/lZqrG1bdGtg" frameborder="0" allowfullscreen&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1136235080650994426?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1136235080650994426/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/02/117-bedzie-krwawo.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1136235080650994426'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1136235080650994426'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/02/117-bedzie-krwawo.html' title='117. będzie krwawo'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/lZqrG1bdGtg/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2663077268852331863</id><published>2011-02-01T19:21:00.003+02:00</published><updated>2011-02-01T19:26:04.160+02:00</updated><title type='text'>116. hoppipolla</title><content type='html'>&lt;iframe title="YouTube video player" class="youtube-player" type="text/html" width="380" height="290" src="http://www.youtube.com/embed/KM9HFCD_HZE" frameborder="0" allowFullScreen&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Podobno - &lt;a href="http://www.sigur-ros.art.pl/teksty/teksty_t.htm"&gt;tak przetłumaczono ten tytuł na polskiej stronie zespołu&lt;/a&gt; - to sympatycznie brzmiące słowo oznacza: "skakanie w kałużach". Pojęcia nie mam, czy tak jest naprawdę, czy to tylko swobodne tłumaczenie. Niemniej ten kawałek i ta płyta i ten zespół łażą za mną po mieście. Skakać po kałużach się nie da, bo mróz aż włosy w brodach chrzęszczą. Ale można się trochę przy takiej muzyce pofrajdować.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2663077268852331863?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2663077268852331863/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/02/116-hoppipolla.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2663077268852331863'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2663077268852331863'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/02/116-hoppipolla.html' title='116. hoppipolla'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/KM9HFCD_HZE/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-163634347579992971</id><published>2011-01-31T18:49:00.008+02:00</published><updated>2011-01-31T19:49:16.563+02:00</updated><title type='text'>115. migawki z minionego tygodnia</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Migawki książkowe&lt;/span&gt;.&lt;p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Oczywiście Calasso. "Literatura i bogowie" to książka różniąca się znacznie od "Zaślubin Kadmosa z Harmonią". Czytając tamtą czułem się swojsko, fascynacje Calasso i moja spotkały się, obwąchały, po czym moja już tylko siedziała z oczami otwartymi z zachwytu i zdumienia. "Literatura i bogowie" przekracza mnie, ukazuje mi jaki ze mnie cieniarz i jak bardzo musiałbym przezwyciężać swoje lenistwo i słabostki, by nadążyć za erudycją Włocha. No dobrze, dość już bicia się w piersi, pora zadać pytanie - o czym to jest?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na pozór wędrujemy przez Europę pociągiem zbudowanym z jej literatury. Jednak całość jest większa, niż tylko nasz środek transportu. Tak naprawdę dotykamy kultury w sposób istotny i piękny. Calasso ukazuje nam aspekty naszego świata, podświetla je, wyciąga z ukrycia, pozornego, bo przecież znajdowały się stale w naszym zasięgu. Gdybyśmy tylko potrafili tak patrzeć! Gdybyż nasze oczy potrafiły to, co potrafią jego oczy. I tu okazuje się, że to nie tylko świat i kultura są przestrzenią dostępną nam za pośrednictwem "Literatury i bogów". Prócz nich, a może przede wszystkim, dane jest nam ujrzeć umysł innego człowieka; skąpać się w jego świetle, zanurkować w jego postrzeganiu i smakowaniu świata. I jest to uczta&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Niektórzy to potrafią - tak opisać świat, byśmy poprzez ten opis dojrzeli jakby inną, nową rzeczywistość, rzeczywistość postrzegania innego człowieka, coś, co zazwyczaj jest dla nas niedostępne. To cenny dar i niezwyczajne doświadczenie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przeczytałem też jakąś powieść. Niestety, pod wpływem upojenia Calasso nie potrafię sobie w tej chwili nawet przypomnieć, co to było.W tle przewijały się książki o historii Rosji, broni XIX wieku i "Kultura ludowa Słowian" Moszyńskiego. Wszystko to bardzo zacne rzeczy, a z wydania majątku na Moszyńskiego cieszę się szczególnie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Serialowo i filmowo&lt;/span&gt;.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nadrobiłem "Zodiac" i jestem zadowolony z tego powodu. Świetny film, w starym stylu, kawał kina, którym można odetchnąć. Wciąż nie potrafię oglądnąć "Black swan" i pewnie długo będę się za to zabierał. Oglądnąłem za to pierwszy odcinek amerykańskich "Skins" i nie spieszy mi się do oglądania drugiego. Zdaję sobie sprawę, że częściowo ponosi za to odpowiedzialność moje uprzedzenie wobec tego filmu. Uświadomienie sobie problemu to ponoć pierwszy krok do jego pokonania, boję się jednak, że na krok drugi trzeba będzie poczekać. Tym bardziej, że obejrzałem też pierwszy odcinek piątej serii oryginalnego "Skins". To pewnie znowu moje uprzedzenia, ale naprawdę widać różnicę. Choć miałem wrażenie, że "to chyba już nie to" (nie, żebym z miejsca nie zapałał nastoletnią miłością do Frankie), to jednak gdy napisy dobiegły końca wstałem z sympatyczniejszym nastawieniem do świata. "Skins" znów napełnili mnie pozytywną energią i chwała im za to. Cóż, że miałem wrażenie, iż motyw: "świry spotykają się z "normalnymi" i okazują się sympatyczniejsze" jest jakby ograny, cóż, że zdarzyły się efekciarskie zagrania w tym odcinku. "Skins" znów mi kupiło i dobrze mi z tym.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przy okazji ci cholerni Anglicy znów pokazali, że można zrobić coś inaczej niż reszta świata i wyciągnąć sprawy, o których inni - na przykład ja - nie myślą. Para gejów z piątego sezonu wydała mi się lekko przesadzona w swojej jowialności, momentami jakby z wodewilu (gdyby robiono gejowskie wodewile... chociaż pewnie gdzieś je robią). Pamiętałem jednak, że w "Skins" nie istnieli normalni rodzice, wszyscy byli rysowani grubawą kreską, więc nie zdziwiłem się bardzo. Zwłaszcza, że zaraz postawiono mnie przed sytuacją, o której nie słyszałem od żadnego pseudoprawicowca, ani wojującego lewicowca. Czy dziewczyna wychowana przez dwóch tatusiów będzie czuła potrzebę robienia sobie makijażu? Gdyby czytał to jakiś pseudoprawicowiec, mógłby teraz zakrzyknąć: "ha!". Nic z tego. Kiedy już nasze ostrożne wobec inności części dusz zaczynają kiwać z ukontentowaniem głowami, jeden z ojców pomaga dziewczynie poprawić makijaż i okrasza to anegdotą, od której temu i owemu mogłoby się zrobić słabo. "Skins" pokazują jak można mówić w sposób zwykły a ładny o rzeczach, które burzą krew w przechodniach i w nas na naszych ulicach, czy wydajemy się sobie wierni wyzmyślanym tradycjom, czy nadkręconym ideom.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Żeby nie było tak wzniośle oglądnąłem też pierwsze dwa odcinki nowego "Spartakusa". Nadal nie mogę się nadziwić, że z takiego dna chały, jaką były pierwsze odcinki pierwszej serii można zrobić coś tak udanego. Druga seria wydaje mi się lepszą od pierwszej, choć wciąż nie mogę pozbyć się wrażenie, że twórcy robią sobie ze mnie jaja w przesadzony sposób mieszając krew i seks, jakby pytali - "kiedy wreszcie się zorientujesz i parskniesz śmiechem".&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Gry&lt;/span&gt;.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Właściwie jedna gra, bo nie miałem w ubiegłym tygodniu wiele czasu na granie. Skończyłem "Bad company 2". Ma ta gra swoje wady i swoje zalety, gra się w nią z uciechą i uśmiechem. Przede wszystkim jest to jednak gra warta wspomnienia dlatego, że jak mało która zawdzięcza wiele kinu, a w szczególności Tarantino. Bez niego nie byłoby chwil takich jak ta, gdy gracz skrada się przez dżunglę w stronę wioski, którą zaraz przyjdzie mu atakować, a w słuchawkach słyszy, jak jego kompani spierają się zajadle o to, która scena w filmie "Predator" była najlepsza.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tyle minionego tygodnia. Przed nami następny, jak zwykle pełen rzeczy wartych przeczytania, obejrzenia i takich, w które warto zagrać. Świat jest wręcz przepełniony pod tym względem.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-163634347579992971?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/163634347579992971/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/115-migawki-z-minionego-tygodnia.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/163634347579992971'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/163634347579992971'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/115-migawki-z-minionego-tygodnia.html' title='115. migawki z minionego tygodnia'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2506601660379477772</id><published>2011-01-26T18:18:00.002+02:00</published><updated>2011-01-26T18:34:30.671+02:00</updated><title type='text'>114. chwila w puchu</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Nosiwoda, który wydał dziś pisemny wyraz zaskoczenia: "Notka dzień po dniu?!" teraz dopiero wpadnie w zdumienie. Zastanawiałem się, czy nie poczekać z tym wpisem, by nie zaburzać jego porządku świata, postanowiłem jednak ulec pokusie i zanotować, że zdarzyła się rzecz nieczęsta. Wpadłem w błogość. Ponieważ chwile sympatyczne bywają krótkie a często same niosą w sobie nasienie zagłady długo to nie potrwało. Zaraz dopadł mnie wyrzut sumienia, że czuję się wyjątkowo dobrze gdy inni czują się wyjątkowo źle, potem zacząłem się zastanawiać jak o mnie świadczy fakt, że w wspaniały nastrój może mnie wprawić zbiór literek. Na końcu odezwała się zazdrość, że ja bym tak tych literek nie poukładał. Trudno. Grunt, że zostałem uwiedziony już od pierwszego akapitu, że chłonę zdania i aż skręca mnie z zachwytu. I że 170 stron radości jeszcze przede mną.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A przyczyna tych nadspodziewanych emocji ma swe źródło w takim oto otwarciu książki:&lt;/p&gt;&lt;p align=justify"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Bogowie goszczą w literaturze przelotnie. Pojawiają się i pozostawiają w niej ślady swoich imion. Ale też szybko literaturę porzucają. Za każdym razem, gdy pisarz decyduje się wspomnieć o nich choćby słowem, musi ich sobie pozyskiwać na nowo. Ta konieczność zabiegania o bogów, która poprzedza ich obecność, świadczy zarazem o ich znikaniu. A nie zawsze tak było&lt;/span&gt;"&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To kolejna wydana w Polsce książka Roberto Calasso. Tego samego, którego "Zaślubiny Kadmosa z Harmonią" cytowałem &lt;a href="http://waszawina.blogspot.com/2010/06/86.html"&gt;28 wpisów temu&lt;/a&gt;. Czy mi się wydaje, czy najczęściej cytuję tu włoskich pisarzy?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2506601660379477772?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2506601660379477772/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/114-chwila-w-puchu.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2506601660379477772'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2506601660379477772'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/114-chwila-w-puchu.html' title='114. chwila w puchu'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-338901740676047643</id><published>2011-01-26T09:34:00.005+02:00</published><updated>2011-01-26T10:02:17.483+02:00</updated><title type='text'>113.  cyberpunkowe fobie</title><content type='html'>&lt;p align=justify"&gt;Właśnie dowiedziałem się, że &lt;a href="http://www.macstories.net/news/apples-latest-patent-the-hitchhiker-gesture/?utm_source=feedburner&amp;utm_medium=feed&amp;utm_campaign=Feed:+macstoriesnet+(MacStories)"&gt;Apple opatentowało pewien zestaw... gestów.&lt;/a&gt; Ma to oczywiście związek z rozwojem technologii doganiającej powoli wizje autorów cyberpunka, uważających, że komputerami powinno się sterować nie przy pomocy klawiatury lecz gestów właśnie. Użytkownicy języka migowego nie zostaną zalani falą pozwów, ale już firma, która chciałaby używać tych gestów przy własnym systemie obsługi np. komputera może liczyć na uwagę prawników Apple. Naturalnie taki postępek ma służyć zapewnieniu firmie Apple zysków w przyszłości (podobnie jak opatentowanie samego rysunku jabłka, albo opatentowanie przez inną firmę słowa: "face").&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt; Pytanie, czy nie ograniczy to rozwoju technologii? Domorosły twórca opracowujący nowy system w "garażu" (tak powstawali dzisiejsi giganci) może mieć do wyboru - albo porzucić projekt, albo oddać go Apple, bo może nie być go stać na zapłacenie daniny firmie. Z drugiej strony może właśnie te wszystkie patenty właśnie nakręcają rozwój technologii, bo zmuszają potencjalnych przyszłych Gatesów i Jobbsów do szukania zupełnie nowych rozwiązań.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Być może zatem odruchowy sprzeciw, jaki wywołuje we mnie taka praktyka patentowania czego się da, nie ma sensu. Trudno mi jednak pozbyć się niechęci wobec takiej polityki firm. Może to irracjonalny opór wobec zmieniającego się świata, może efekt przeczytania zbyt wielu cyberpunkowych powieści straszących władzą korporacji?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W przezwyciężaniu go nie pomagają mi i inne doniesienia ze świata. Na przykład taka, &lt;a href="http://www.spidersweb.pl/2011/01/nowy-pomysl-facebooka-sprzedaz-przycisku-like.html"&gt;o nowym pomyśle fejsbuka na zwiększenie przychodów&lt;/a&gt;. Czyżby ta piękna kraina wolności, jaką jeszcze niedawno zdawał się być internet, coraz wyraźniej zmieniała się w pełne niebezpieczeństw pole walki, o którym pisali Gibson i jego następcy?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nic nowego pod słońcem, zawsze tak się dzieje. Kolumb odkrył Amerykę, by obejść "prawa patentowe" na drogę do Indii i ten nowy kontynent zaraz po dokonaniu profilaktycznej rzezi tubylców stał się oazą wolności (w każdym według propagandy, w którą chętnie wierzyły niespokojne duchy, których europejskie państwa chętnie się pozbywały). Mało kto już chyba tak myśli o dowolnym z amerykańskich kontynentów. Czemu inny los miałby spotkać nową ziemię obiecaną - internet? Zwłaszcza, że łatwo się z tym godzimy. Na całym świecie ludzie chętnie oddają swoje dane portalowi społecznościowemu, a i ja pisze teraz posługując się narzędziem danym mi przez firmę śledzącą niemal każdy mój krok (a może nawet każdy, teraz i za pośrednictwem telefonu). Wszystko w imię wygody.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-338901740676047643?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/338901740676047643/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/113-cyberpunkowe-fobie.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/338901740676047643'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/338901740676047643'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/113-cyberpunkowe-fobie.html' title='113.  cyberpunkowe fobie'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-5248379223684448637</id><published>2011-01-25T09:32:00.004+02:00</published><updated>2011-01-25T11:04:03.899+02:00</updated><title type='text'>112. wstrząsające plany podboju rynku</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Ponieważ zasiedziały nad dwiema powieściami nic (prawie) w ubiegłym roku nie opublikowałem, postanowiłem uchylić drzwi do graciarni z swoimi pomysłami i co pewien czas umieszczać tu fragmenty, lub zapowiedzi dzieł, które przyniosą mi sławę. Oto pierwszy z nich:&lt;/p&gt; &lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;- Nie rób tego!&lt;br /&gt;Zatrzymała się odruchowo, trochę zaskoczona i niespodziewanym okrzykiem i trzepotaniem serca, nagle ożywionego, może przestraszonego, może pobudzonego przeczuciem, którego sama jeszcze nie rozumiała.&lt;br /&gt;A przecież nie robiła nic nadzwyczajnego. Pochylała się właśnie nad porzuconą na drodze do szkoły ulotką. Z czarnej kartki kusiły ciemnozłote litery naznaczone gdzieniegdzie brązowawymi plamami. Wiedziała, że to reklama „Kurhanu”, nowego popularnego klubu sprytnie łączącego mody na mrok i klimaty słowiańszczyzny. Nigdy tam jeszcze nie zaglądnęła i ciekawa była, jaką nową imprezę w nim szykują. Każda była inna i – jak szeptano – niepowtarzalna.&lt;br /&gt;Już prawie dotykała ulotki. A Juliusz po prostu podszedł tym swoim specyficznym krokiem, równocześnie ciężkim, powolnym, jak i pełnym wdzięku, podniósł ją i schował do kieszeni.&lt;br /&gt;- Nie powinnaś tego robić – głos stojącego za Juliuszem Ariela jak zwykle był zmysłowo głęboki, kuszący lekką, chyba wystudiowaną chrypką czającą się w tle, niczym drapieżnik pomrukujący na nieświadomą niczego ofiarę. &lt;br /&gt;– To nie miejsce dla ciebie.&lt;br /&gt;Juliusz tylko potwierdził słowa przyjaciela lekkim skinieniem głowy. I on zamruczał coś niezrozumiale, krótko. Nigdy nie mówił wiele, a jeśli już to cicho, wydając raczej pomruki niż słowa.&lt;br /&gt;Bił od niego ten sam, niezwykły, charakterystyczny zapach, który czuła przy nim zawsze. Używał jakichś oryginalnych, niezwykłych perfum niosących wspomnienie pierwotnego wilgotnego lasu, zwierzęcości, czegoś mrocznego i nieposkromionego. Ariel był drapieżnikiem, Juliusz stanowił tajemnicę.&lt;br /&gt;Trudno było nie poczuć irytacji wobec pewności siebie tych dwu. Trudno było się przeciw niej nie zbuntować. Wiedziała dlaczego nie chcieli, by chodziła do „Kurhanu”. Wszyscy w szkole znali jej przeszłość, powodów, które zmusiły ją do przeprowadzki nie udało się ukryć. Ku jej zaskoczeniu nie wyśmiewano ją, ale – co może bardziej irytujące – starano się ją chronić, jakby była nadwrażliwym dzieciakiem.&lt;br /&gt;- Niby czemu? – zawołała ostro wyciągając rękę po ulotkę. – Znalazłam! Daj mi ją!&lt;br /&gt;Zaskoczyła ich.&lt;br /&gt;- To i tak z zeszłego tygodnia – bąknął Ariel. – Chodź, Jul.&lt;br /&gt;Juliusz uśmiechnął się – jak to on ostrożnie, jakby bał się uśmiechu. Wcześniej zmiął ulotkę, teraz wyprostował ją i podał Sonacie. Wymruczał coś, co brzmiało jak przeprosiny. Wciąż jeszcze czując gniew Sonata spojrzała w jego oczy szukając w nich śladu kpiny. Pozostawały jednak takie, jak zawsze – ciemne, poważne. Czaiło się za nimi coś, co przyprawiało wszystkie dziewczyny w szkole o dreszcze, ale i sprawiało, że Juliusz był niemal równie popularny jak Ariel – z trudem tłumiony głód, jakby Juliuszowi wciąż mało było życia i bez ustanku szukał go u innych&lt;/span&gt;.&lt;p align="justify"&gt;Tyle otwarcia. Oczywiście akcja rozwija się tak, że Sonata i Juliusz zaczynają czuć do siebie pociąg. Z czasem ona odkrywa przyczyny jego mrukliwości, powolności, a także przyczynę używania przezeń szczególnie mocnych perfum.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify"&gt;Juliusz jest zombie. Zupełnie nie rozumiem, jak dotąd można było pominąć ten temat. Skoro rozkwitła moda na romanse z potworami, a równolegle do niej triumfy święci moda na zombie, oczywistym wydaje się połączenie ich obu. A tu nic. Nikt nie pochyla się nad rozterkami dziewczyny, która pokochała zombie i – jeszcze większymi – rozterkami zombie, które pokochało dziewczynę. Nikt nie łamie serc opisując przeszkody stojące na drodze ich miłości, wśród których niezrozumienie świata może okazać się najmniejszą.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Pomyślcie nad siłą sceny (gdzieś w okolicach piątego tomu), w której Sonata, po kilku tomach rozterek, decyduje się wreszcie połączyć ostatecznie z ukochanym i żąda odeń, by ją ugryzł.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Oczywiście, Juliusz nie byłby takim typowym zombie, co to, to nie. Powieść demitologizowałaby te smutne stwory, pokazywałaby, że potrafią myśleć i czuć. I kochać. Choć mówienie wychodziłoby im średnio. Ale za to jak potrafiłyby mruczeć…&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Mam już hasło reklamowe: „Zwykle zjadają mózgi. On zdobył jej serce”.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tylko z tytułem mam jeszcze problem. Ale jak tylko wymyślę – będzie przebój!&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W następnym odcinku - "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Tomek na lodowej pustyni&lt;/span&gt;", jeszcze straszniejsze, jeszcze mocniejsze i mroczniejsze ale bez zombie.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-5248379223684448637?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/5248379223684448637/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/112-wstrzasajace-plany-podboju-rynku.html#comment-form' title='Komentarze (12)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5248379223684448637'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5248379223684448637'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/112-wstrzasajace-plany-podboju-rynku.html' title='112. wstrząsające plany podboju rynku'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>12</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-8710979597326122036</id><published>2011-01-17T09:44:00.002+02:00</published><updated>2011-01-17T09:55:14.163+02:00</updated><title type='text'>111. wasza nieśmiałość</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Ciągle jeszcze z zaskoczeniem przyjmuję informację, że tutejsze zapiski czyta ktoś poza wąskim gronem znajomych. To nie fałszywa skromność, ale rezultat wędrówek po sieci, podczas których przekonałem się, że osób budujących własne miejsca w sieci jest sporo. Jeśli więc ktoś nie dysponuje znanym nazwiskiem, albo nie podpiera się cudzymi znanymi nazwiskami, pozostaje trudnym do znalezienia. Mnie pewnie pomógł serial, ale nie o nim chciałem pisać. Co jakiś czas dowiaduję się, że któryś wpis pobudził kogoś  do dyskusji. Bardzo mnie to cieszy, problem w tym jednak, że często jestem z takiej dyskusji wyłączony. Ostatnio młodsza Czereśnia (Pestka?;)) powiedziała mi co sądzi o wpisie na temat roli konwencji w fantastyce i bardzo interesująco mi się jej słuchało. Gdyby jednak Draken nie postanowił wybrać się do Krakowa, pewnie nie spotkałbym się z Martusią przy piwie i nic bym o całej sprawie nie wiedział. Cetnar szczęśliwie napisał mi co o tym wszystkim myśli na GG. Tu jednak Wy zostaliście pozbawieni jego ciekawego wywodu, z którym zupełnie się nie zgadzam. Dlatego byłoby mi miło, gdybyście jednak przezwyciężali nieśmiałość (albo, jak Nivak, niechęć do logowania się przy komentowaniu). Czegoś bym się od Was dowiedział.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-8710979597326122036?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/8710979597326122036/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/111-wasza-niesmiaosc.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8710979597326122036'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/8710979597326122036'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/111-wasza-niesmiaosc.html' title='111. wasza nieśmiałość'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-6193720685050901971</id><published>2011-01-12T10:13:00.007+02:00</published><updated>2011-01-12T12:16:59.984+02:00</updated><title type='text'>110. jeszcze trochę mroku</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt; Kombinowanie jakby tu najlepiej podsumować czytelniczo miniony rok uprzytomniło mi, że gdyby kierować się zapiskami na waszejwinie, można by uznać, że w ogóle przestałem czytać. Tak źle nie jest, choć mogłoby być lepiej.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Niedawno ucieszyłem się z wydania kolejnego tomu powieści Jo Nesbo, z wciąż tym samym, coraz bardziej pokiereszowanym Harrym Hole w roli twardego gliny. Spośród wszystkich skandynawskich kryminałów tę serię lubię najbardziej. Wyrasta z tradycji czarnego kryminału, a że Nesbo i pisać potrafi i zna kanon, to i nie popełnia błędów prócz jednego, którego uniknąć chyba nie sposób. Hole to już znany czytelnikowi bohater, swoje przeżył, czytelnik wie czego się po nim spodziewać. W efekcie kolejnym powieściom trudno zaskoczyć czymś nowym. Nesbo chyba zdaje sobie z tego sprawę, zamiast więc silić się na wymuszone oryginalności skupia się raczej na konsekwentnym budowaniu postaci niepokornego komisarza. Kłopot w tym, że jeszcze bardziej niegrzeczny niż w poprzednich tomach Hole już chyba być nie może, trudno też o stworzenie mu realistycznego przeciwnika, który choć dorównywałby tym, z którymi się już zmierzył. "Kawaler" z powieści "Pancerne serce" zwyczajnie nie jest w stanie dorównać "Księciu" czy "Bałwanowi" (wszystko to kryptonimy nadawane przestępcom przez policję). Zresztą "Bałwan" powraca w "Pancernym sercu" w roli mocno przypominającej tę, jaką odgrywał w "Milczeniu owiec" Hannibal Lecter. To zresztą nie przypadek, o ile w "Trylogii z Oslo" Hole zmagał się głównie ze skorumpowanymi policjantami, później przeciwnikami Hole'a byli już głównie szaleńcy. Niestety, ci w literaturze kryminalnej nieco się opatrzyli, osobiście tęsknię za tak oryginalnymi i interesującymi łotrami jak "Książę", czy "Wybawiciel" (w tym przypadku trudno nawet nazwać go prawdziwie czarnym charakterem). Widzę, że popadam w dywagacje zrozumiałe jedynie dla tych, którzy cykl Nesbo już znają.&lt;/p&gt; &lt;p align="justify"&gt;Zakończę więc krótko (w miarę)- "Pancerne serce" nie oznacza spadku formy Nesbo. Norweskiego autora wciąż interesuje drzemiące w człowieku zło i szaleństwo, jakie może w nas rozbudzić. Tak jak lubi Nesbo przemycił do powieści wątki pozakryminalne. Zastanawiał się już jak człowieka może odmienić nazizm, czy doświadczenie wojny domowej (w Jugosławii). Tym razem Hole zawędruje do Rwandy by obserwować kraj i ludzi dotkniętych destrukcją masakry. Sam komisarz nie wychodzi jak zwykle bez szwanku, znów staje wobec biurokratycznej machiny psutej dodatkowo mieszanką ambicji i niewiedzy polityków, znów jest samotny, znów zdradzany, znów poniewierany, a czytelnik znów ma wrażenie, że świat (nie tylko bohatera i Norwegię) ogarnia coraz większy mrok. To jest chyba&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TS1qL6GaveI/AAAAAAAAApY/J-Bp94dZvRU/s1600/pancerne-serce.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 306px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TS1qL6GaveI/AAAAAAAAApY/J-Bp94dZvRU/s320/pancerne-serce.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5561217867679710690" /&gt;&lt;/a&gt; ten element, który przyczynia się do siły powieści Nesbo - globalizm zła. Na przestępstwa w Norwegii, na wykoślawienie tych wszystkich nieszczęsnych łotrów, którym potrafimy czasem współczuć, mają wpływ już nie traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, jak miało to miejsce w kryminałach wyrastających z wpływów psychoanalizy, ale właśnie globalne doświadczenie obserwowania zła, które, jak ukazuje Nesbo, wcale nie pozostaje na nas bez wpływu, nawet jeśli oglądamy je tylko w telewizji i wydaje nam się, że możemy zbyć je westchnięciem. Komisarzowi Hole też kiedyś mogło się tak wydawać. A teraz, w kolejnych tomach, staje wobec zła pobudzonego falami destrukcji i koszmaru mającymi miejsce czasem w bardzo odległych częściach świata, który jest tak dziwny, że i policjanci i zwykli ludzie mogą się pogubić. To zresztą kolejny przykład powieści kryminalnej wykraczającej poza mniej lub bardziej ekscytującą opowiastkę o policjantach i złodziejach i wystawiającej światu bardzo niewesołą diagnozę. Ale - teraz ja się powtórzę - czy istnieje jakiś inny rodzaj literatury, który byłby równie predysponowany do pytania o mroczną część ludzkiej natury?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Harry Hole ucieka od świata (bardzo dosłownie, cały czas stara się opuścić Norwegię i ukryć w jakimś egzotycznym kraju), pije i ćpa. O ile alkohol to jeden z stałych atrybutów bohaterów czarnych kryminałów, Nesbo używa go by nadać temu rekwizytowi nowy wymiar. Marlowe, Archer i ich potomkowie pili trochę dla fasonu, trochę dlatego, że w latach 50 samotny facet chcący ukoić nerwy po kolejnym mordobiciu nie miał wielu innych rozrywek. Hole pije, żeby uciec od świata. Sam zresztą przyznaje, że alkohol nie ma dla niego szczególnego znaczenia, równie często sięga po opium (a narkotyk to już oznaka słabości nie hardości jak szklaneczka whisky).&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wydawca wznowił pierwsze tomy serii (oprócz "Człowiek-nietoperz", do którego zdaje się nie ma praw), widziałem nawet "Trylogię z Oslo" w trójpaku. Warto skorzystać z okazji, także i dlatego, że cały cykl jest pisany z robiącą wrażenie konsekwencją w budowaniu obrazu świata. Choć - wyjąwszy trylogię - każda powieść poświęcona jest innej sprawie, jednak wszystkie kolejne mają niebagatelny wpływ i na głównego bohatera i na bliskie mu osoby. To jedna z tych serii, której tomy warto czytać w odpowiedniej kolejności, choć bronią się i jako samodzielne powieści&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt; No i masz, zamierzałem napisać też i o "Imperia i barbarzyńcy" i o "Heavy rain", a tak się rozpisałem o "Pancernym sercu", że nie ma co rozdymać tej notki. Będzie o czym pisać następnym razem, gdy nosiwoda zarzuci mi, że się obijam. Tak, ten wpis to jego wina.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-6193720685050901971?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/6193720685050901971/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/110-jeszcze-troche-mroku.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6193720685050901971'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6193720685050901971'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/110-jeszcze-troche-mroku.html' title='110. jeszcze trochę mroku'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TS1qL6GaveI/AAAAAAAAApY/J-Bp94dZvRU/s72-c/pancerne-serce.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2173787460693040695</id><published>2011-01-07T12:34:00.005+02:00</published><updated>2011-01-07T12:45:38.364+02:00</updated><title type='text'>109.</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;&lt;a href="http://www.fotolog.com/alcyd/59786576"&gt;Alcyd&lt;/a&gt; wymyślił obrazkowe podsumowanie czytelnicze za tok 2010 a &lt;a href="http://emailemzlasu.blogspot.com/"&gt;draken&lt;/a&gt; od Alcyda ściągnął. Kusi mnie,  żeby ściągnąć od nich obu, ale, prawdę mówiąc, nie jestem pewien co czytałem w 2010 a co wcześniej. I mam pewność, że ile książek by się nie zmieściło w takiej kolumnie i tak w komentarzu znalazłbym wpis od nosiwody: "wstydź się" (że tak mało). Z drugiej strony zrobienie takiego podsumowania powiedziałoby mi pewnie coś o mnie, więc może zaryzykuję.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tak naprawdę niniejszy wpis nie miał służyć żadnemu podsumowaniu. Odpowiedzialność zań ponosi Alcyd, który na swoim fotologu zamieścił &lt;a href="http://www.fotolog.com/alcyd/79304084"&gt;coś takiego&lt;/a&gt;. Patrzę na to  i zastanawiam się, czy nie mogłoby to jednak być jakieś podsumowanie:).&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tak mi się to podoba (piszę o tym tu, a nie u Alcyda, bo żeby tam napisać musiałbym zakładać nowe konto), że chyba zrobię sobie z tego koszulkę:D.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2173787460693040695?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2173787460693040695/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/109.html#comment-form' title='Komentarze (11)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2173787460693040695'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2173787460693040695'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2011/01/109.html' title='109.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>11</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4157395282483418972</id><published>2010-12-17T23:35:00.008+02:00</published><updated>2010-12-17T23:47:54.890+02:00</updated><title type='text'>108. wspominki</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Niezwykłym jakimś przypadkiem telewizor nastawił mi się na drugi program TVP, czyli program, którego wiele nie oglądam. Właściwie nie oglądam go wcale. Pewnie nie zatrzymałbym się na nim na dłużej, gdybym nie usłyszał nagle głosu Niedźwiedzkiego. Zdziwiłem się, "cóż to?". A to osiemdziesięciopięciolecie Polskiego Radia było, w tym przypadku reprezentowała je "Trójka". Zatrzymał mnie przy TVP2 sentyment do tej stacji i dzięki temu mogłem zaliczyć tzw. opad szczeny, gdy na scenę wyszedł Sting&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Reszta to już tylko galopada skojarzeń, tych bardzo swoistych indywidualnych szlaków dojmująco przypominających nam o naszej wyjątkowości samych dla siebie. Otóż kaseta Stinga była pierwszym oryginalnym nośnikiem dorobku zagranicznego muzyka, jaki kupiłem. Konkretnie kaseta Stinga i kaseta Suzanne Vegi. Do dziś uważam, że to niezły zestaw. Musiałem się wybrać poń niego do kraju, którego już w tym kształcie nie ma, a który wówczas miał stolicę w Bonn. Kolega kupił wtedy "Kill'em all" pewnie nie zdając sobie nawet sprawy, że to na tym właśnie albumie skończyła się Metallica.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;I tyle wspominania, bo Sting wciąż śpiewa w programie, który gdy kupowałem ową kasetę był jednym z dwóch istniejących w ogóle w TVP. A ja siedzę do Stinga tyłem jak jakieś chamidło.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4157395282483418972?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4157395282483418972/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/12/108-wspominki.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4157395282483418972'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4157395282483418972'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/12/108-wspominki.html' title='108. wspominki'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3138014506266078393</id><published>2010-12-15T08:44:00.005+02:00</published><updated>2010-12-15T09:08:16.331+02:00</updated><title type='text'>107. Hamlet pił tylko majko-colę!</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;To na &lt;a href="http://www.spidersweb.pl/2010/12/padnie-ostatni-bastion-obrony-przed-reklama-e-booki.html"&gt;Spiders Web&lt;/a&gt; znalazłem notkę o szykującej się na e-booki inwazji reklam. Brzmi szokująco? Trudno było oczekiwać, by reklamy odpuściły komukolwiek i czemukolwiek, wkroczenie ich do e-booków było więc tylko kwestią czasu, choć oczywiście to takie prorokowanie po fakcie. Skupię się na czym innym - czy to źle?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Oczywiście, nieznośna wydaje mi się sytuacja, w której reklamy wdzierałyby mi się pomiędzy linijki, a może nawet ingerowały w treść by zamiast słynnego "bim-BOM" w mruczance o padającym śniegu wrzucać na przykład: "Majko-Cola", w związku z czym mruczanka (z użyciem tłumaczenia Ireny Tuwim) brzmiałaby mniej więcej tak:&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Im bardziej pada śnieg - Majko-Cola! - Ty bardziej sypie śnieg - Majko-Cola!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Z pewnością dostawałbym też szału, gdyby - jak ma to miejsce na portalach - reklamy znikąd wyskakiwałyby mi nagle na pół albo i na całą stronę a ja drżący od furii szukałbym gorączkowo magicznego znaczka "x", który pozwoliłby mi reklamę zgasić, albo nie. Nie ucieszyłyby mnie też reklamy dźwiękowe, raczej nie uprzyjemniające lektury. Temu wszystkiemu mówię stanowcze: "pocałujcie mnie sami wiecie gdzie", ale też nie spodziewam się bardzo, by doszło aż do takich szaleństw. Reklamy zadomowią się raczej na okładkach i stronach tytułowych elektronicznych książek, być może będziemy też skazani na dodatkową treść na dole, bądź na górze strony albo na marginesach.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czy taka reklama też będzie irytująca? Zapewne początkowo tak. Potem przywyknę. Tym bardziej, że mam - pewnie trochę naiwną - nadzieję, że książka zawierająca reklamy będzie książką tańszą - jeśli nie darmową. Zapewne czytelnik otrzyma wybór - czy woli wydanie "ekskluzywne", pozbawione reklam więc droższe, czy tańsze, ale reklamowe. Najważniejsze, że czytelnicy otrzymają szansę ukazywania się tańszych książek. To niebagatelne zważywszy jak drogie książki są obecnie i jak nieprzyzwoicie drogie staną się po wprowadzeniu VAT. Reklamy w e-bookach stanowiłyby szansę nie tylko dla czytelników, ale i dla wydawców i autorów. Dla tych pierwszych, bo może łatwiej byłoby im książki wydawać, dla tych drugich, bo znalazłoby się dla nich miejsce na rynku, który rosnące ceny książek ograniczają. Dlatego przyklasnę reklamom w e-bookach i mogę nawet iść na jakąś manifestację w ich intencji, albo podpisać list intencyjny.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tylko najpierw muszę poczekać na upowszechnienie się e-booków w Polsce.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3138014506266078393?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3138014506266078393/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/12/107-hamlet-pi-tylko-majko-cole.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3138014506266078393'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3138014506266078393'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/12/107-hamlet-pi-tylko-majko-cole.html' title='107. Hamlet pił tylko majko-colę!'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1454685630421431399</id><published>2010-12-03T09:14:00.005+02:00</published><updated>2010-12-03T09:31:31.004+02:00</updated><title type='text'>106. króciutko</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Mile połechtał moje ego fakt, że zareklamowano wasząwinę na Polterze. Ukłony dla przybywających z tamtej strony czytelników.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wcale często wraca tu temat gier. Ale jak może być inaczej, skoro co i rusz pojawiają się dowody na coraz mocniejsze zakorzenienie gier świecie, wykraczające coraz zuchwalej poza środowiska "twardych" graczy, dla których to podstawowe a może czasem i jedyne hobby. Oto kilka dni temu minister obrony Korei Południowej Kim Tae-young (już zdymisjonowany, ale nie z powodu wypowiedzi) zapytany przez jednego z parlamentarzystów, dlaczego reakcja na atak Północy była taka słaba i opóźniona, odpowiedział: "To nie jest Starcraft". Oczywiście, w Korei Południowej Starcraft to właściwie sport narodowy, jeśli więc jakaś gra miała się pojawić w oficjalnej a nie związanej z grami wypowiedzi polityka, to musiał być właśnie ten kraj i ten tytuł. Niemniej pokazuje to, że zasięg gier rośnie.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify"&gt;Drugi przykład jest nieco mniejszej skali, być może jednak bardziej znaczący Otóż w dzisiejszym "Dzienniku Polskim", konserwatywnej gazecie ukazującej się w Małopolsce, znanej być może fantastom z publikujących w nim felietony Marka Oramusa i Gustawa Garugi, ukazała się recenzja filmu "Droga". I w tejże recenzji padło takie zdanie:&lt;/p&gt; &lt;blockquote&gt;Rzeczywistości, dodajmy, postapokaliptycznej, post-2012, w której świat uległ degeneracji, zezwierzęceniu i popadł w antyemaptię. A zatem temat niezwykle filmowy, efektowny plastycznie, stalkersko-madmaksowy, by przypomnieć dwa wielkie filmy - Andrieja Tarkowskiego i George'a Millera. A używając terminologii gier komputerowych - bardzo falloutowy.&lt;/blockquote&gt;&lt;p align="justify"&gt;A zatem dziennikarz działu filmowego konserwatywnego dziennika nie tylko sam w gry grywa, ale też odwołuje się do nich w recenzji filmu. Sądzę, że coś takiego byłoby nie do pomyślenia choćby i trzy lata temu. Ofensywa kulturalna gier trwa. Będzie zabawnie, jeśli okaże się, że to właśnie gry okażą się tym nośnikiem, który zaniesie fantastykę pod strzechy.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1454685630421431399?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1454685630421431399/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/12/106-krociutko.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1454685630421431399'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1454685630421431399'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/12/106-krociutko.html' title='106. króciutko'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-508344491285082061</id><published>2010-12-01T08:51:00.005+02:00</published><updated>2010-12-01T09:38:42.313+02:00</updated><title type='text'>105. konwencjoprecz</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Przyjęło się mówić, że: "fantastyka to literatura konwencji". Sam to powtarzałem, także tutaj. A wczoraj spacer na mrozie przewietrzył mi głowę a ta wygenerowała wątpliwość. Na czym bowiem opieramy to twierdzenie?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Co to właściwie znaczy? Fantastyka rzeczywiście podlega pewnym zasadom, których podstawę stanowi konieczność zaistnienia w tekście czegoś nie istniejącego w znanej nam rzeczywistości. Może to być jakaś niemożliwa fizyka jak w fantasy (ale także w horrorrach), niewymyślony jeszcze (ale możliwy w przyszłości) wynalazek (SF), albo znaczące dla świata i odmieniające bieg historii wydarzenie (historie alternatywne). Czy jednak takie warunki brzegowe wystarczą, by nazwać fantastykę "literatura konwencji"? Do tej pory zgadzałem się, że tak. Teraz nie jestem już tego taki pewien.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Inne "literatury konwencji" to kryminał i romans. Kryminał nie istnieje bez zbrodni a romans bez wątku miłosnego. Jedno i drugie ma kluczowe znaczenie dla budowania fabuły, inicjuje ją i najczęściej wypełnia. Nie ma kryminału bez przestępstwa a romansu bez miłosnych perypetii. Czy można wskazać w fantastyce taki konieczny fabularnie element? Ano nie. Owszem, fantasy najczęściej jest o magach i/lub wojownikach, cyberpunk o "kowbojach cyberprzestrzeni". Ale czy to jest konieczne? Nie. Każdy z nas może wskazać fantasy,w którym bohaterem nie jest ani mag, ani wojownik. Można wskazać fantasy bez nieodłącznego, wydawałoby się, questu. W krajobrazach fantasy może powstać kryminał, romans, powieść społeczno-polityczna - cokolwiek. I autor może ten swój dowolny pomysł ubrać w dowolną fabułę - nie istnieje żadna definicyjna konieczność, która by mu tego zabroniła. Tak samo jest w SF, a nawet w horrorze (kto dziesięć lat temu pomyślałby, że wzruszenie nad trudną miłością okaże się w horrorze w ramach mody ważniejsze od grozy? No dobrze - kto oprócz Coppolli?). O kryminale i romansie nie da się tego powiedzieć. Owszem, bywają romantyczne i historyczne kryminały, albo kryminalne czy historyczne romanse, jednak ich osią pozostaje konwencja - zbrodnia bądź miłość i nie ma przed tym ucieczki.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ciąży nad nami "brzytwa Lema", owo twierdzenie iż o fantastyce możemy mówić wtedy, gdy fantastyczność jest dla treści utworu niezbędna. W ten sposób np. opowiadanie "Tao Flynna" zamieszczone kilka lat temu w NF nie byłoby opowiadaniem fantastycznym, ponieważ wszystko, co ma do przekazania istnieje także na gruncie realistycznym. Ba, w tym opowiadaniu kwestia, czy Flynn posiada rzeczywiście jakieś nadnaturalne zdolności, czy też po prostu jest znakomity w swoim fachu pozostaje otwarta. Podobny do Flynna jest bohater serialu "Lie to me", czy którykolwiek z serialowych geniuszy odgadujących ludzkie myśli i intencje. A jednak w ich przypadku nie mówimy o fantastyce. Czy to możliwe, że "brzytwa" stępiała? Że fantastyka (i w ogóle literatura) rozwija się tak, że ta zasada przestaje działać? A może nigdy nie działała, a tylko my, przyzwyczajeni do "twardej" fantastyki, ukryci w cieniu Lema przyjmowaliśmy ją za pewnik?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jeżeli warunkiem brzegowym fantastyki jest wyłącznie niemożliwość opisywanego świata, bądź jakiegoś w nim elementu, to czym to się różni od literatury realistycznej, dla której warunkiem brzegowym jest realność opisywanego świata? Toż to to samo, tylko bieguny są przeciwne. Przy takim założeniu jeśli fantastyka jest literaturą konwencji, to każdy rodzaj literatury nią jest.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Skąd więc popularność hasła? To wina statystyki i naszego wygodnictwa. Statystyki, bo większość fantasy opowiada właśnie o magach i wojownikach, większość SF o podróżach (w czasie bądź kosmicznych), większość cyberpunku o kowbojach cyberprzestrzeni itd. Ponieważ jednak nie zawsze tak jest - a nawet coraz częściej tak nie jest  - statystyka nie może mieć ostatniego słowa. Jakie znaczenie ma wygodnictwo? Miło nam rozsiąść się w ciepłym grajdołku i na dowolny atak krytycznoliteracki wzruszyć ramionami i oświadczyć: "fantastyka jest literaturą konwencji". Krytycy, tak głównonurtowcy, jak i ci, którzy z fantastyki wyrośli i nosa poza nią nie wystawiają, dysponują wygodnym, użytecznym kluczem. Autorzy na pytanie: "a dlaczego nie próbowałeś szukać innych rozwiązań" mają gotową, powszechnie akceptowaną odpowiedź, a czytelnicy wymówkę uspakajającą sumienia, gdy przechodzą nad wyświechtanym schematem, albo potknięciem niezłego autora, bądź niezłej powieści. "Fantastyka jest literaturą konwencji" - śpiewamy niczym hymn i bardzo nam z tym dobrze. Wyjście poza ten fałsz wymagałoby od nas wszystkich wysiłku. A kto lubi się wysilać?&lt;/p&gt;&lt;pa align="justify"&gt;PEES. Poklikałem i okazało się, że &lt;a href="http://ziutasiedziwi.blogspot.com/2010/11/fantastyka-gienurt-dialog.html"&gt;Ziuta też o tym pisał&lt;/a&gt; i to parę dni wcześniej niż ja. Albo wcześniej spacerował, albo to po prostu lepszy młodzieńczy refleks.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-508344491285082061?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/508344491285082061/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/12/105-konwencjoprecz.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/508344491285082061'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/508344491285082061'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/12/105-konwencjoprecz.html' title='105. konwencjoprecz'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4843066354918706698</id><published>2010-11-25T09:31:00.003+02:00</published><updated>2010-11-25T09:40:00.457+02:00</updated><title type='text'>104. opium</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Jakiś czas temu uznałem, że nie będę tu pisał już nic o polityce. Dziś rano jednak GW triumfalnie obwieściła, że już niedługo, może nawet lada dzień, sejm może uchwalić parytety. Bo tylko PiS jest przeciw, podczas gdy cała reszta partii opowiada się za postępem!&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Oto partia, która ma przymiotnik: "obywatelska" w nazwie po raz kolejny umożliwi państwu wkroczenie w decyzje obywateli. Nim objęła władzę obywatele sami mogli podjąć decyzję, czy wolą odwiedzać lokal zadymiony, czy niezadymiony i sami mogli decydować czy chcą zagłosować (lub umieścić na własnej liście wyborczej) na kobiety, czy nie. Postępująca "obywatelskość" państwa nam to ułatwi. "Obywatelskie" państwo wie lepiej.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4843066354918706698?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4843066354918706698/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/11/104-opium.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4843066354918706698'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4843066354918706698'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/11/104-opium.html' title='104. opium'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2686118246565041957</id><published>2010-11-09T10:15:00.002+02:00</published><updated>2010-11-09T10:50:29.342+02:00</updated><title type='text'>104. o Żuławskim przy piwie</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Podczas spotkania przy okazji Targów Książki pojawił się nagle temat Nagrody im. Jerzego Żuławskiego. Jak widać temat wraca, o Nagrodzie wciąż się dyskutuje, pytanie tylko, czy to dlatego, że jest tak interesującą i ważną, czy też dlatego, że kontrowersyjną. Czy może, zresztą, zaistnieć jakaś nagroda, która by kontrowersyjną nie była?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Nie dotrę w tym roku do Lublina, nie będę więc miał okazji, by uczestniczyć w gali wręczenia nagród. Obawiam się jednak - a na podstawie rozmowy wiem, iż nie ja jeden - że podobnie jak w ubiegłym roku nie przybędą na nią licznie ani autorzy ani wydawcy. Tak, jak poprzednio zwycięzców już ogłoszono, listę można poznać na &lt;a href="http://zulawski.nast.pl/://"&gt;stronie Nagrody&lt;/a&gt;, żadne napięcie, żadne liczenie szans już nie zaistnieją. Nie pomaga to gali wręczenia Nagrody, na którą przychodzimy już raczej pro forma, albo, aby posłuchać (i wziąć udział) w ciekawej dyskusji.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tu pojawiają się kolejne kwestie poruszone podczas piątkowej rozmowy. Uzasadnienia dla nagród autorstwa profesora Smuszkiewicza bywają kontrowersyjne (już po raz drugi wyjaśnia, iż nominuje do nagrody powieść, którą dobrze się czyta, sprawną warsztatowo, jakby sprawny warsztat nie był warunkiem minimum dla powieści branych pod uwagę w konkursie), ale to akurat nieźle - kontrowersje potrafią pobudzać do dyskusji, a "szkic laudacyjny" odnoszący się do powieści Protasiuka mógłby stanowić podstawę do dyskusji i kształcie współczesnej fantastyki. Równocześnie jednak Nagrodzie nie zaszkodziłoby chyba pewne urozmaicenie? Dlatego pojawił się w dyskusji postulat kadencyjności jury, co stwarzałoby możliwość wzbogacenia opinii, ale i - może - zainteresowania Nagrodą większej liczby specjalistów i zbudowania wokół niej szerszego grona zainteresowanych nią - użyję mocnego słowa - autorytetów? Gala wręczenia nagród, pozbawiona obecnie elementu niespodzianki i napięcia, mogłaby w takim przypadku przyciągać choć szansą na poznanie opinii kogoś nowego. Obecnie wygląda to tak, że i napięcia nie ma i eksperci są już znani. W dodatku nawet swoje uzasadnienie do nagród już ogłosili i każdy mógł zapoznać się z nimi w sieci. Efekt jest taki, że przybywamy na galę głównie przez szacunek dla zwycięzców i organizatorów. To za mało. Jeżeli gala ma stanowić kulminację całorocznych działań wokół nagrody musi być atrakcyjna. Inaczej Nagroda ulegnie marginalizacji.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;By jej zapobiec podejmowano starania mające zapewnić ruch wokół Nagrody przez cały rok. Niestety, by przynosiły one efekty potrzebne jest najpierw zainteresowanie Nagrodą. Burzliwe, szerokie dyskusje pojawią się dopiero, gdy znajdą się dyskutanci, których zaangażowanie sięgać będzie ponad opinie wyrażane nad okazyjnym piwem. Ludzie zaangażowani w pracę nad nagrodą włożyli wiele wysiłku, by ją stworzyć, a następnie wypromować, nie znaleźli jednak nadal metody, która rzeczywiście potrafiłaby ją nagłośnić. Może Nagrodzie przydałby się "partner strategiczny", ktoś - człowiek lub instytucja - posiadający doświadczenie, możliwości, kontakty i chęć działania? Za Zajdlem stoi Fandom Polski, zaplecze organizacyjne Nagrody im. Żuławskiego jest znacznie skromniejsze. W dyskusji, na której się opieram, pojawił się pomysł, by współpracę zaproponować Lampie, która od lat przełamuje granice pomiędzy tzw. głównym nurtem a tzw. gettem fantastycznym i która posiada już pewną markę - czego Nagrodzie wciąż jeszcze brakuje. Można szukać i gdzie indziej, ale szukać warto. "Żuławski" posiada potencjał i szkoda byłoby go zmarnować.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2686118246565041957?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2686118246565041957/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/11/104-o-zuawskim-przy-piwie.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2686118246565041957'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2686118246565041957'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/11/104-o-zuawskim-przy-piwie.html' title='104. o Żuławskim przy piwie'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7258678750139096325</id><published>2010-11-08T09:37:00.005+02:00</published><updated>2010-11-08T15:51:03.777+02:00</updated><title type='text'>103.</title><content type='html'>&lt;blockquote&gt;Jeśli ktoś ma swoje zdanie, to się będzie go trzymał, choćby go czołgami rozjeżdżali, byle nie przyznać komuś racji.&lt;/blockquote&gt;- &lt;p align="justify"&gt;&lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75480,8602119,Jestesmy_made_in_China.html"&gt;powiedział dla GW Krzysztof Grabowski z Dezertera&lt;/a&gt; w takim dziwnym, trochę smutnym, trochę wspomnieniowym, bardzo życiowym wywiadzie. Dziennikarz naciskał: "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;ale jesteś punkiem, gdzie twój bunt, skoro zarabiasz pieniądze, skoro dzieci posłałeś do komunii, skoro...&lt;/span&gt;". Grabowski odpowiadał cierpliwie, życiowo i z sensem. A dziennikarz albo ni w ząb tych odpowiedzi nie rozumiał, albo - co bardziej prawdopodobne - nie pasowały mu one do tezy. W ogóle za spokojny był chyba ten wywiad. Grabowski chyba to wreszcie zrozumiał, bo pod koniec wymierzył kilka prztyczków tym i owym, a może po prostu pozwolił sobie ulać nieco żalu i rozczarowania. I tak w wywiadzie dziennikarz i jego rozmówca osiągnęli porozumienie w żalu.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Mam podrapane i pogryzione ręce. To wszystko świeże rany; trochę drapią, trochę szczypią. Gdy wrócę do domu, gdy już odgrzeję bigos i zjem go z chlebem i winem, przybędą nowe. Mój pies, szczeniak mający około miesiąca, nie zna jeszcze innej formy komunikacji niż gryzienie. Poważnie. Potrafi nasikać na dowolne miejsce w mieszkaniu, uczy się już protestować piskiem przeciw pozostawianiu go samego, ale sensem jego świata, jedyną formą radosnego kontaktowania się ze mną jest drapanie mnie i gryzienie. Przedwczoraj jednak przyłapałem go na lizaniu moich poranionych rąk. Najwyraźniej niezbyt mądry pies w wieku dziecięcym potrafi uczyć się szybciej od nas, wyrosnąć ponad jałowość komunikacji. Zrozumiał, że z poranionymi rękami jest coś nie tak i próbuje temu zaradzić, choć równocześnie ani mu w głowie zrezygnować z radości gryzienia i drapania.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7258678750139096325?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7258678750139096325/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/11/103.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7258678750139096325'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7258678750139096325'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/11/103.html' title='103.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3044915382146298747</id><published>2010-11-02T08:42:00.007+02:00</published><updated>2010-11-02T12:25:56.740+02:00</updated><title type='text'>102. Politycy w Azeroth</title><content type='html'>&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Znów o grach. Ponieważ Czas Fantastyki z poświęconym im tekstem już się ukazał, mogę wpisać tu, to, co z owego tekstu wyciąłem. Zrobiłem to trochę ze względu na brak miejsca, trochę dlatego, że poniższe pomysły nie do końca pasowały do tekstu. Trochę tego żałuję, dlatego owe wycięte fragmenty zamieszczę tutaj.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tekst w CzF traktuje o grach i stanowi próbę odpowiedzi co interesującego mógłby w niej znaleźć miłośnik fantastyki, który nie jest wcale fanem gier video.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gry video są w tej chwili dostępne powszechnie - w rozmaitych przenośnych i nieprzenośnych konsolach, w komputerach stacjonarnych, laptopach ale i - co być może najważniejsze - w coraz "mądrzejszych" telefonach. Apple i Google proponują internetowe telewizji, całkiem więc możliwe, że gry opanują i telewizory. To tym prostsze, że gry uniezależniły się od fizycznych nośników - nie trzeba już wybierać się do sklepu po płytę dvd, wystarczy kliknąć odpowiednią ikonkę na ekranie komórki. Gry przychodzą do nas same. Ta powszechna dostępność wpłynęła i na same gry - by móc więcej na nich zarabiać, twórcy gier starają się docierać nimi do masowego użytkownika, dostosowując je dla niego. Starzy gracze, poświęcający na swoje hobby wiele godzin tygodniowo, narzekają, że gry stają się przez to prostsze i krótsze. To prawda. Ale dzięki temu rośnie liczba ich użytkowników. Przy tym gry nie stanowią oferty kierowanej do dzieci. Średnia wieku gracza to dziś około trzydziestu lat ponieważ obecni trzydziestolatkowie z abecadłem graczy zapoznawali się gdy mieli lat naście, albo i mniej. Grają więc dorośli, grają też dzieci i nastolatki. Rynek gier jeszcze nigdy nie był tak duży, jak dziś. To wszystko sprawia, że - wbrew pozorom - i gry dorastają.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na czym polega dorastanie gier? Czy robią się coraz poważniejsze? Tak i nie. Powszechny jest raczej trend przeciwny. Gry pochłaniają dziś budżety porównywalne z filmowymi superprodukcjami (i przynoszą podobne zyski), dlatego muszą być skrajane pod masowego użytkownika. A to nie sprzyja poważnym tematom, a raczej ugrzecznianiu i wygładzaniu gier. Dla przykładu - w serii Fallout pierwsze dwie części (powstające lata temu) były rzeczywiście dość mroczne i brutalne w przekazie. Fallout3 został okrojony z większości kontrowersyjnych elementów (seks, powszechnie używane narkotyki, przemoc wobec dzieci itp) właśnie po to, by można go było sprzedawać wszystkim. To powszechna tendencja. Z drugiej jednak strony istnieją - i coraz lepiej się mają - gry niszowe, podejmujące w mniejszym lub większym stopniu, wyzwania artystyczne - jak Tension, czy gry firmowane przez studio Tale of Tales. Właśnie tam, gdzie w grę nie wchodzą wielkie pieniądze i produkcją mogą zajmować się twórcy niezależni, mogą powstawać gry dojrzałe, poważne i niepokojące. Ale to dopiero początek. A dorosłość wkroczy do świata gier i głównymi drzwiami&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To, że jeszcze nie wzięli się na poważnie za gry i graczy spece od propagandy i inżynierii społecznych wynika z faktu dotychczasowej niszowości gier. Podejmowane są próby przemycania do gier  reklam - na razie głównie w grach sportowych, w których stosunkowo łatwo umieszczać firmowe loga. Uczyniono i krok dalej - partie polityczne i firmy zakładały swoje siedziby w Second Life. Nic mi jednak nie wiadomo, by podobne próby podjęto w świecie World of Warcraft, choć liczba jego użytkowników starczyłaby już na zaludnienie średniego europejskiego państwa. To owoc, po który nie można nie sięgnąć. Tym bardziej, że gry oferują coś, w czym żadne istniejące medium nie może się z nimi równać - intensywność doznań.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gra wymaga od nas skupienia. Czy będziemy rozwiązywać zagadki w wykreowanym świecie, czy skakać pomiędzy przeszkodami, czy rozprawiać się z hordami wrogów to my znajdować się będziemy w centrum opowieści i będziemy musieli się na niej skupić. Gry stawiają na osobiste zaangażowanie gracza - czy to próbą wykreowania interesujące opowieści, czy świata, czy wreszcie intensywnej, wciągającej rozgrywki. Światy gier bywają ciekawe fabularnie i zaludnione przez wykreowane programami postacie, które da się lubić, do których możemy się przywiązać. Kiedy polubimy np. kapitana Price'a z serii Call of Duty, kiedy uznamy go za swego towarzysza broni inaczej może spojrzymy na udane i nieudane akcje brytyjskich komandosów. Price nie musi mówić mi na kogo mam głosować, ani jaki towar kupować. Wystarczy, że go lubię. Czy tylko jako "kumpla z gry", pomocny, sympatyczny zbiór danych, które przekazywane są mi pod postacią pikseli? A może jest w tym coś więcej? Chyba tak, skoro rząd rosyjski zainwestował ostatnio spore sumy w produkcję propagandowych gier właśnie, odpowiednio ukazujące rosyjską kulturę i historię. Podobne działania podjął także Iran, Amerykanie robią to już od dawna. Na razie nie promuje się konkretnych wizji politycznych (choć pewne ideologie owszem), ale politycy stoją tuż za progiem i niecierpliwie przebierają nogami. Tym bardziej, że do tej pory wykorzystywano gry głównie po to, by ich krytykować. Powstawały np. prześmiewcze, flashowe gry o prezydencie Bushu. U nas taką grą była prościutka, ale dość popularna gra w bronienie krzyża.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gry niosą spory potencjał publicystyczny, pod przykrywką rozgrywki możemy przekazywać dowolne treści korzystając dodatkowo z wyjątkowego na tle innych mediów zaangażowania gracza. Ale to dopiero początek, bo przecież skupiałem się na grach dla pojedynczego gracza, a to nie one zarabiają teraz najwięcej i nie one ściągają największa uwagę tak graczy, jak i producentów. Dziś rzeszami dusz władają gry dla wielu graczy. Czy będą to sieciowe strzelaniny, czy MMORPG,w których miliony graczy wcielają się w fantastyczne postaci, by wspólnie lub samodzielnie pokonywać trudności i spełniać zadania. Niejako naturalnie gracze w World of Warcraft i innych tego typu grach łączą się w klany, zawiązują w nich przyjaźnie (ale i zyskują wrogów), spędzając ze sobą coraz więcej czasu. Czy byłoby nadużyciem wyobrazić sobie, że w Azeroth, krainie z WoW, pojawia się gromadzący wokół siebie wojowników wirtualny wódz, który buduje liczny, sprawny i odnoszący sukcesy klan, który to klan okazuje się - częściowo - złożony z najemników konkretnej partii politycznej? Później, po np. roku gry, przy okazji wyborów, któryś z polityków mógłby ujawnić, że to własnie on jest owym słynnym wodzem z Azeroth. Czy zdobyłby tym sympatię wyborców i ich głosy? istnieje tu oczywiście ryzyko - klany w grach MMO niekoniecznie muszą składać się w mieszkańców tych samych krajów. Można więc zagrać nieco subtelniej - zamiast przebierać polityka w strój minotaura, sztaby wyborcze mogą wysłać do fantastycznych krain speców od propagandy gromadzących wokół siebie innych graczy i zakładających wiele klanów. Subtelnie przekazywaliby oni graczom pewne wizje dotyczące rozwoju polityki. Potem, podczas wyborów gracze - wyborcy odkrywaliby, że istnieją politycy idealnie wpisujący się w wizje, które podzielają dzięki rozmowom ze swoimi towarzyszami broni z gier. Ba - możemy iść dalej - stworzyć swego rodzaju proroków, którzy wykorzystując powszechność World of Warcraft przemycać będą pewne wizje świata niezależnie od granic i różnić kulturowych. Zresztą, kto może zagwarantować, że już tak się nie dzieje?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3044915382146298747?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3044915382146298747/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/11/102-politycy-w-azeroth.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3044915382146298747'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3044915382146298747'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/11/102-politycy-w-azeroth.html' title='102. Politycy w Azeroth'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1480446715258227974</id><published>2010-10-27T18:32:00.010+02:00</published><updated>2010-10-27T19:01:55.080+02:00</updated><title type='text'>101.przegląd gazet niecodziennych</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;"Zbyt wiele piszesz o grach" - ocenił kiedyś Jewgienij. Ale jak tu nie pisać o grach, gdy tak się one wpychają w moje pole widzenia! I nie chodzi tylko o Fallout:New Vegas, który ukazał się całkiem niedawno by pozwolić mi powrócić na pustkowia serii Fallout. Jak znakomicie gra się w tę grę! Po klęsce Fallout 3 myślałem, że teraz już zawsze będę kupował kolejne części serii z uczuciem żalu i tęsknoty za tym, czym była. Ale nie! Fallout:New Vegas to znakomita gra, znów godna marki!&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ale nie o niego tu chodzi, a o październikowe "Didaskalia" - "gazetę teatralną", w której całkiem mądrzy i utalentowani ludzie wypowiadają się na teatralne tematy. Kto był ostatnio (przyjmijmy, że "ostatnio" obejmuje trzy miesiące) w teatrze - ręka do góry! Ano właśnie. W październiku "Didaskalia" postanowiły zaniepokoić Jewgienija i zająć się grami video. Przedrukowały m. in. niemłody już artykuł Henry'ego Jenkinsa - "Sztuka dla epoki cyfrowej", wiele miejsca poświęciły grupie &lt;a href="http://tale-of-tales.com/"&gt;Tale of Tales&lt;/a&gt; publikując nawet fragment jej manifestu, który to (fragment) jest tak do cna cyberpunkowy, że powinno się na jego temat urządzić kolejny panel na jakimś konwencie poświęconym fantastyce. Ale najgorsze, że znalazł się w tym numerze artykuł Olafa Szewczyka "Nowa kultura wykuwa się teraz". Gdybym był egzaltowaną pensjonarką, rzuciłbym się na łóżko by okładać pięściami poduszkę i szlochać: "nienawidzę go! nienawidzę!". Ponieważ Bóg oszczędził mi tej łaski, napiszę tylko, że zrobiło mi się przy lekturze tego artykułu smutno, bo przypomniałem sobie mój własny na podobny temat tekst, ze wszystkimi jego niedoskonałościami. Szewczyk nie tylko napisał tekst interesujący, ale co gorsza napisał go znakomicie. Do tego wcale nie gorszy, ale mniej pasujący do moich sympatii stylem, napisał Paweł Schreiber, a to przecież nie koniec! Bo jest i dyskusja, wcale mądra i zmuszająca do czasem nawet emocjonalnych refleksji pomiędzy wspomnianymi autorami (z wyłączeniem Jenkinsa) a Janem Klatą, Pawłem Passinim i Wiktorem Rubinem. Całość uzupełniają artykuły bardziej już skupiające się na teatrze niż na grach, ale nawiązujące do tematu, rozprawiających bowiem o sztuce preformansu i interaktywności w teatrze. Pisząc krótko - znakomita rzecz, nie do przegapienia dla tych, którzy interesują się grami video. I kosztuje tylko dziesięć złotych.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ach, prawda! Winą za niniejszy wpis obarczam Ziutę, który pochwalił się, że kupił w empiku nowy numer "Lampy", ten z Szostakiem na okładce. Poszedłem kupić i ja. "Didaskalia" leżały obok. Co gorsza nie tylko one.&lt;br /&gt;Z kim, to już inna historia i opowiem ją innym razem. Teraz pędzę na pustkowia.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1480446715258227974?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1480446715258227974/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/10/101przeglad-gazet-niecodziennych.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1480446715258227974'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1480446715258227974'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/10/101przeglad-gazet-niecodziennych.html' title='101.przegląd gazet niecodziennych'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7829690363409121901</id><published>2010-10-14T07:40:00.002+02:00</published><updated>2010-10-14T09:54:42.584+02:00</updated><title type='text'>100. to nie jest setny wpis</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Coś pokręciło się z numeracją. Setny wpis miał więc miejsce kilka notatek temu, sam nie wiem kiedy. I bardzo dobrze. Zawsze odpowiadał mi bałagan, w bajce byłbym raczej sługą złego czarnoksiężnika, niż księcia. Obecnie nie jestem ani jednym ani drugim, raczej jednym z ostatnich mieszkańców zastygającego świata. Na forum wpisy pojawiają się coraz rzadziej, znajome blogi milczą - coś pożera pasję napędzającą nasze chęci wypowiadania się o książkach, filmach i całej reszcie wytworów kultury.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Opadanie z sił pasji to nic nadzwyczajnego. Fenomenem jest raczej jej pojawianie się. Dumałem o czym by tu napisać niesetną notkę, gdy w znajomych zakamarkach sieci brak inspiracji, jako że kto może, ten milczy. I do głowy przyszła mi myśl o pasji właśnie. Z twórcami, którzy przymierają głodem, ale wciąż tworzą, ale także z tymi, którzy tarzają się w pieniądzach sprawa wydaje się prosta - tworzą z pasji właśnie, ona ich napędza, nie daje zginąć, albo spocząć na laurach. A co z tymi po środku? Z tymi, co to nie zarabiają milionów, ale akurat tyle, by mieć co jeść i gdzie mieszkać? Czy Pilipiuk pisze z pasji, czy też by zarobić na jeszcze większe mieszkanie? A może godzi jedno z drugim i wciąż pali go pasja tworzenia, której owoce dostarczają mu złotówki? Czy Dukaj to filozof o chłodnym umyśle przekuwający intelektualne łamigłówki na powieści, bo literatura tak już wżarła się w jego wzorce myślowe, że właśnie piórem i klawiaturą myśli mu się najlepiej? Czy też niesie go właśnie niespokojny ogień twórcy, człowieka, co to nigdzie nie potrafi zagrzać dłużej miejsca, bo już go noszą wizje spełnień nowych pomysłów, zagadek i idei? Co sprawiało, że jeszcze niedawno sieć wrzała od uliterkowanych myśli moich znajomych?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Wszystko to samo myślało mi się podczas spaceru (chodzenie sprzyja myśleniu nie mniej niż rozwiązywanie równań), a ponieważ myślało się samo, to samo zaniosło mnie w rejony, o których już prawie nie pamiętałem. I samo przypomniało mi o Thomasie Harrisie; autorze thillerów, nie psychologu od analiz transakcyjnych. Zasłynął Harris jako ojciec Hannibala Lectera a zniknął z pierwszej linii ludzkiej pamięci zaraz po tym, jak Lectera zabił. Nie dosłownie, raczej wedle metody Chandlera, który stwierdził, że autor może pozbyć się stworzonego przez siebie detektywa zabijając go lub żeniąc i Marlowe'a ożenił. Harris obdarł Lectera z tajemnicy, uzwyklił go i tym samym uczynił z nim to samo, co Chandler z Marlowem - zniknął go z naszej fascynacji.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ale jak to się zaczęło? Czy Harris siedział nad maszyną do pisania i zaklinał ją, by zmieniła się w maszynkę do produkowania pieniędzy i sławy? Jak narodził się i dlaczego umarł Hannibal Lecter? Thomas Harris prowadził w gazecie kronikę policyjną. Mając lat nieco ponad trzydzieści doszedł do wniosku, że warto by przekuć reporterskie doświadczenie w prozę i napisał pierwszą powieść - "Czarną niedzielę". W niej pojawiło się już to, co później stało się charakterystyczną cechą jego pisarstwa - dogłębna analiza postępków bohaterów, tak zbrodniarzy, jak i tych, którzy ich ścigali. Nie wiem, czy taki był zamysł Harrisa od początku, czy też tak napisała mu się ta powieść o zmiażdżonych wojną terroryście i izraelskim agencie, który go ściga. Pierwsza powieść Harrisa jest najbardziej widowiskowa ze wszystkich, jakie napisał, jakby tworzył ją, by przyciągnąć czytelnika, sprzedać ją w największej ilości egzemplarzy. A jednak objawiła się już tam pasja, wyrosła pewnie na gruncie dziennikarskich doświadczeń. Podobna pasji Chandlera, gdy ten mówił o kryminałach, ze swadą i złością, bo przecież zwykle go drażniły. Ileż on się naklął na Agatę Christie na przykład! Harris albo sobie założył metodę, albo odkrył ją w trakcie pisania i dał się jej ponieść tworząc "Czerwonego smoka" oraz najsłynniejsze "Milczenie owiec". Potem zamilkł. Media donosiły, że producenci filmowi wciąż pukają do jego drzwi domagając się, by szybko napisał coś, co mogliby sfilmować. A on milczał przez jedenaście lat. Mógł przez ten czas tworzyć arcydzieło, ale może zwyczajnie już nie chciał pisać? Może zakuł całą pasję w dwie postaci - agentki Starling, ale przede wszystkim w potwora fascynującego, bo obcego jak kosmici Lema, w Hannibala Lectera. Może oddał im wszystko, co miał i nie starczało mu już sił na więcej? Hollywood jest jednak uparte. Chandler powrócił do Marlowe'a, którego przecież miał już tak dość, że napisał mu kobietę i go z nią ożenił. Harris złamał się i napisał "Hannibala" - powieść buntu. Użył ostatniej broni, jaka mogła go uchronić przed natrętami - obdarł bohatera z wszystkiego, co dawało mu moc. Hannibalowi odebrał tajemnicę, a Starling siłę. "Hannibal" pisany jest już cieniem pasji, pisany jest gniewem i smutkiem. To powieść, której motto brzmi: "Dajcie mi spokój!". Nie dali. Musiała jeszcze powstać powieść: "Hannibal: po drugiej stronie maski", która jest już ostatecznym wbijaniem osinowego kołka w żywego trupa, by nie powstał po raz kolejny. Chandler wywinął się prościej - umarł zdążywszy napisać ledwie rozdział ostatniej powieści o Marlowie. Całość dokończył i detektywa rozwiódł inny autor. Nie wiem, czy planował kolejne tomy. Nie ukazały się. Marlowe powrócił do Krainy Wiecznego Śledztwa, gdzie jego miejsce. Lecter smaży się w piekle dopowiedzenia. Obaj padli ofiarą przekroczenia granicy wygasłej pasji i tylko Marlowe się wywinął, taka już jego uroda.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Może więc blogowicze i forumowicze są rozsądniejsi, a do tego wolni od nacisków wielkich machin rozrywki? Po co pisać na siłę, gdy pasji starczyło ledwie na chęć podkreślenia istnienia? A może to internet się zmienia? Pisarz Kosik pisze na swoim blogu o używaniu gadżetów, bo to konkretniejsze niż nawijanie o życiu. Rację bytu mają teraz w internecie albo konkretne, tematyczne wpisy, albo szybkie mizianie się na serwisach społecznościowych. Ci, którzy nie korzystają z żadnej z tych opcji albo milczą, albo odzywają się wyłącznie przy okazji cudzych, lub własnych publikacji. Jeszcze Orbit wciąż wadzi się sam ze sobą, ale to literat pełną gębą, więc nieźle mu to wychodzi. A ja? Ze mnie zawsze była gaduła.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7829690363409121901?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7829690363409121901/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/10/100-to-nie-jest-setny-wpis.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7829690363409121901'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7829690363409121901'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/10/100-to-nie-jest-setny-wpis.html' title='100. to nie jest setny wpis'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1304599895657787742</id><published>2010-10-08T08:01:00.006+02:00</published><updated>2010-10-08T08:57:58.872+02:00</updated><title type='text'>99. autobiografiści</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Siedzą mi w głowie autobiorafie. Już jakiś czas temu zalęgły mi się na czaszkowym strychu, ale wstrzymywałem się od pisania o nich, bo wydawały mi się banalne i mało ciekawe w swojej nieoryginalności. Jednak dwa tygodnie od ostatniego wpisu minęły, Draken aż zaczął przebąkiwać, że trzeba mnie jakoś zmusić do następnego, a do tego na blogach, które podczytuję też pustka i cisza. Ktoś musi pierwszy kopnąć w te zaryglowane drzwi. A zatem to Wasza wina, Wy, którzy oszczędzacie palce, klawiatury i cierpliwość internetu, że ten wpis powstał, że nieoryginalnie poznęcam się nad twórcami.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Zaczęło się chyba od "Chochołów", o których tyle już powiedziano i napisano i które tkwiły w naszych myślach i może wpływały na nie nawet. W dyskusjach pojawiło się odnajdywanie tropów autobiograficznych i chyba zaraziła mnie ta idea, bo w rozmowie z Cetnarem (kolejny winowajca) wysnułem teorię autobiografizmu "Świętego Wrocławia", owej niezrozumianej powieści Orbitowskiego. Rzecz w skrócie przedstawia się tak - byłby "Święty Wrocław" powieścią o żegnaniu się autora z horrorem menelskim. Apokalipsa Wrocławia jest w istocie zagładą postaci i wątków, z którymi autorowi przestało być po drodze. Podkreśla to postać narratora, także odmienionego, wywodzącego się przecież z poetyki wczesnego, "menelskiego" Orbita ale wygrzebującego się ponad nią. I gdy na końcu bohater - narrator powieści brnie przez zwały archetypów i symboli, by wreszcie, niczym w szamańskiej inicjacji umrzeć i odrodzić się jako ktoś nowy, to już jest to nowy Orbit, ten od "Nadchodzi" od opowieści o nieistniejącej Warszawie i wszystkich tych literackich bytów, jakie kotłują mu się w głowie. Jeszcze siedzą przy nim przywiązania do starych opowieści, ale zdychają powoli, jak te dziwaczne zwierzęta przy narratorze, pozostałości z zgładzonego miasta.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przy alkoholowej okazji Orbit usłyszał taką interpretację i chyba mu się spodobała. Piszę: "chyba", bo z alkoholowymi okazjami bywa tak, że niewielu rzeczy można być pewnym&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ponieważ z koncepcjami bywa tak, że niechętnie ludzi opuszczają, gdy już się w nich zalęgną, ostatnio, przy okazji lektury nowej wywołującej emocje listy Esensji, odczytałem w ten sam sposób Lema. Ktoś na Esensji opisywał "Fiasko", wspominając oczywiście o tym, iż jest to powieść o niemożliwości kontaktu z obcymi, a mnie w mózgu rozbłysła czujna lampka upartej koncepcji. A jeśli i Lem pisał nieustanny lament o tym, jak nie może porozumieć się z bliźnimi, którzy wydają mu się zbyt tępi, patrzący na świat z optymizmem i beztroską idioty? Jeśli pisał o nas wszystkich jak o obcych, on - jedyny homo sapiens sapiens na świecie? Jeśli w rozpaczy próbował do nas przemówić językiem opowieści - właściwym dla kultur prymitywnych, jakim mogliśmy mu wydawać? Opowiedzieć nam jak bardzo jesteśmy obcy i jak niemożliwe są wszystkie próby nawiązania kontaktu miedzy nim i nami?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tak mi się kłębi we łbie, przyznaję, niezbyt oryginalnie, bo cóż to za odkrycie - oznajmić, że pisarze tworzą o sobie. Wszystko to wina Szostaka i jego wątków autobiograficznych w "Chochołach". I tego, że napisał powieść na tyle dobrą, by siedziała ludziom w głowach i siała w nich koncepcje; niechby nawet i niekoniecznie odkrywcze.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1304599895657787742?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1304599895657787742/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/10/99-przez-pisarzy.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1304599895657787742'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1304599895657787742'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/10/99-przez-pisarzy.html' title='99. autobiografiści'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2234700517640806263</id><published>2010-09-15T12:15:00.006+02:00</published><updated>2010-09-15T13:09:23.781+02:00</updated><title type='text'>98. plaga obfitości</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Gdy przepisywałem wypowiedzi uczestników panelu o cyberpunku (zapis panelu będzie w najnowszym numerze Creatio Fantastica) przychodziły mi do głowy różne pomysły i komentarze związane z tematem. Pewnie powinienem był je wyartykułować jeszcze podczas panelu - siedziałem wszak w pierwszym rzędzie. Działo się to jednak w niedzielę, chyba przed południem, ostatniego dnia konwentu i wolałem słuchać cichych a celnych komentarzy Flamenco niż wygłaszać własne. Jednak podczas słuchania nagrania jedna szczególnie interesująca (tak sądzę) myśl przyszła mi do głowy. Niestety, kilka minut później Cetnar wyraził niemal ją na panelu. Pocieszam się tym "niemal". &lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Uczestnicy panelu stwierdzili, że wszyscy żyjemy już w cyberpunku, po czym popadli w tradycyjne panelowe dywagacje. Jedna z nich dotyczyła prędkości zamieszczania w sieci recenzji i opinii przeczytanych książek, sprawiającej, że recenzje zamieszczane w czasopismach okazują nieaktualne, bądź wręcz niepotrzebne, o ile nie próbują pogłębiać tematu. Od tego stwierdzenia paneliści przeszli do wyrażania żalu nad mizerotą dyskusji krytyczno-literackich, której przyczyn upatrywali właśnie w tym, że pisma nie nadążają za siecią. Mnie przyszła do głowy myśl trochę inna.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Otóż dawno, dawno temu, gdy "Fantastyka" była jeszcze jedynym pismem literackim poświęconym fantastyce, a internet istniał jedynie w wizjach fantastów i planach wojskowych naukowców, powieści SF ukazywały się niesłychanie rzadko. Kiedy np. ukazał się "Ubik" stanowił on w pewnym sensie "nowość" przez całe miesiące. Naturalnie zniknął błyskawicznie z półek, a właściwie spod lad księgarni. Jako "nowa powieść wydana u nas" funckjonował długo, bo minęły miesiące, jeśli nie lata nim ukazała się kolejna powieść zachodniego autora SF. Minęły też miesiące, nim jakakolwiek nowa powieść SF się ukazała. W tej sytuacji krytycy, pisarze i czytelnicy mogli nad "Ubikiem" deliberować ile chcieli, nawet jeśli spotykali się raz do roku, albo rozmawiali w rytmie wymuszonym częstotliwością ukazywania się jedynego dedykowanego fantastyce pisma. Dyskusja taka mogła trwać więc i rok, a jej echa unosiły się wśród czytelników jeszcze dłużej. Nic dziwnego, że obecnie "stare dobre dyskusje" mogą obrastać legendami&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jak jest teraz? Premier powieści mamy w miesiącu kilka, jeśli nie więcej, przeklęta Uczta Wyobraźni dostarcza nam wydarzenia za wydarzeniem. Z ledwością starcza czasu na czytanie tego wszystkiego (a nie daj Bóg ktoś może czytać coś poza fantastyką!), a co dopiero mówić o dyskutowaniu o powieściach? Toż ledwie postawiłem pierwsze zdanie w próbie omówienia "Rzeki bogów", już mi się uszy trzęsły nad "Światłem". W tle cały intertnet pomrukiwał: "Wieczny Grunwald, Tamdaradei, tamdaradei". Jeszcze nie przeczytałem pierwszych dziesięciu stron tej powieści, a już ktoś napisał na forum, że furda tam język "Wiecznego Grunwaldu" przy języku "Chochołów"! Już "Chochoły" na miłość Luthien? Dobra, porwałem przedostatnie "Chochoły" z stoiska, już je otwieram, już spijam te ciągi literek, a przede mną wyrasta Kasia Kosik i wręcz mi nowy tom Wegnera (dziękuję!). Żongluję książkami - Szostak - Wegner, Wegner - Szostak a wredne W.A.B. prawie ciska mi pod oczy "Wszystko płynie" Grossmana, o którym pewnie porozmawiam ino z Ziutą, pod warunkiem, że mu powieść pożyczę. Shadow pewnie to wszystko przeczytał, ale ilu jest takich jak on? A teraz wyobraźmy sobie, że próbujemy o tym porozmawiać. Jak? To nie kwestia nowych połączeń neuralnych, o których dumał Dukaj uniemożliwia nam dyskusję solidną a nie tylko ćwierkaną na coraz to szybszych komunikatorach, to nie cyberpunk stłamsił dyskusje. To obfitość, która kiedyś mogła się nam i naszym rodzicom wydawać przecudną utopią sprawia, że gnamy od jednej lektury do drugiej a potem opisujemy je czterema - pięcioma zdaniami na forach i blogach. Podyskutujemy może o jednej, dwóch powieściach - też pospiesznie, bo już następne stoją w kolejce. I nim taka dyskusja zdąży dorosnąć, dojrzeć i rozwinąć się pięknie, dogłębnie a wielopłaszczyznowo, już o niej zapominamy, bo ktoś właśnie zawołał: "hej, a czytałeś..."&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A z ilu miejsc dochodzą takie wołania! Każdy z nas ma swoje ulubione, takie na które zerka i takie o których istnieniu nie ma nawet pojęcia. I na nich wszystkich jakieś dyskusje zapewne się odbywają. Ale czy docierają do większej liczby osób? Ano nie. Co pozostaje? Najlepiej byłoby oczywiście, gdyby wszyscy przenieśli się na drugi obieg:).&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2234700517640806263?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2234700517640806263/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/09/98-plaga-obfitosci.html#comment-form' title='Komentarze (14)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2234700517640806263'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2234700517640806263'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/09/98-plaga-obfitosci.html' title='98. plaga obfitości'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>14</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2638852651684675465</id><published>2010-09-13T09:02:00.007+02:00</published><updated>2010-09-13T13:46:00.154+02:00</updated><title type='text'>97. wasza wina</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Czytałem sobie "Chochoły". Czytałem tak, jak się książek czytać nie powinno - czytałem je na zamówienie, trochę zbyt pospiesznie, a i trochę zbyt analitycznie zarazem. I nagle zdałem sobie sprawę, że czytam je jeszcze inaczej. Że czytam je jak relacje Malinowskiego, przemyślenia Levi-Straussa, lub zapiski Radcliffe-Browna. To uświadomienie doprowadziło mnie do kolejnej myśli - jestem niewolnikiem.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Może nie byłoby tej myśli, gdyby nie lektura powieści, w której bohater bez końca analizuje i ocenia swoje myśli i postępki? Może więc Szostak zachocholił mnie, a w każdym razie mój sposób myślenia? Takie rzeczy zdarzają się zdolnym pisarzom. Pocieszyłem się szybko myślą, że to nieprawda, że pozostałem swoisty, czego dowody można znaleźć w innym miejscu sieci. Ale co to za pocieszenie, skoro bohatera "Chochołów" szybkie opinie na forach nazywają "ciapą"? Ja się jego ciapowatości nie dopatrywałem, widziałem w niej raczej efekt nadsamoświadomości charakterystyczny dla wielu moich kolegów urodzonych po to, by studiować kierunki humanistyczne. Część z nich otrząsnęła się z tego (w każdym razie pozornie) dzięki pracy lub kobietom, część wciąż bez końca analizuje każdy swój gest. To nie ciapowatość. Tak rodzą się wielcy filozofowie i spore filozofie. Raz na jakiś dziesięć milionów przypadków, zwykle rzadziej.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ale nie o tym miałem pisać. Czytałem zatem "Chochoły", tak, jak czytałem wcześniej "Eremantę", jak patrzę czasem na zgraje fanów fantastyki na kolejnych konwentach. Czytałem w sposób, który wykuli w moim mózgu nauczyciele akademiccy zadający mi tyle podobnych pytań o każdy aspekt życia i wiedzy. Ukształtowali mnie, tak, że nie sposób wyzwolić się z tego. Zniewolili mnie. A przecież nie byli jedynymi oprawcami zakuwającymi moje postrzeganie świata w kajdany uwarunkowań. Przecież dyskusje z każdym, także z Wami, sprawiają, że w tych resztkach elastyczności, zanikających być może z każdą wyrażoną opinią, z każdym dostrzeżeniem i próbą pojęcia innego postrzegania, że uzupełniam się i zamieram. Coraz mnie więcej niby, ale coraz mniej mojego potencjału, tego "czystego", nieukształtowanego mnie. Może starość nadchodzi wtedy, gdy nie ma już w nas miejsca na nowości? Gdy już żaden nowy obraz, żadne odrębne zdanie już się w nas nie zmieści?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czemu o tym piszę? Podczytuję czasem blogi autorów fantastyki, jeśli wiem, że takie prowadzą i jeśli lubię bądź cenię ich prozę, albo ich samych po prostu. Część z nich znam z lekka - rozmawiałem z nimi przy piwach, przypatrywałem się im podczas spotkań na konwentach (ot, i macie &lt;a href="http://ziutasiedziwi.blogspot.com/2010/08/ludzie-polconu.html"&gt;echo wpisu Ziuty&lt;/a&gt;; znów wlazłem w cudzą ścieżkę). Czytam potem ich powieści, potem znów ich obserwuję, czytam ich blogi. Wyrażają w nich przecież obserwacje i opinie. Czy nie zastygają w nich? To nie chodzi o to, że w tym, co piszą, jest coś z nich. Pytanie brzmi inaczej - czy nie stają się tym, co piszą? Czy sam fakt przelewania myśli i obserwacji na papier nie porządkuje ich, nie unaocznia im samym i nie przemienia ich w ten sposób poprzez choćby taką własnie refleksję, jak ta moja, podczas lektury, że jestem niewolnikiem ukształtowań, które przecież stworzył kto inny, nie ja. Ja jestem odbiciem setek poglądów ludzi mających wpływ na mnie. Czy Szostak, Orbitowski, Twardoch, Rogoża mogą być odbiciem swoich próz? Ich odbiciami, niewolnikami tekstów, które sami napisali, którym dali początek, ale którym z wolna ulegają? Poniekąd tak ich postrzegamy - pisarz jest dla czytelnika zawsze po trochu cieniem własnej prozy. Nie znamy przecież wszystkich pisarzy, a nawet tych, których znamy postrzegamy jako autorów "Chochołów", "Tracę ciepło", czy "Kameleona". To tak naturalne, że prawie nie zwracamy na to uwagi. Co jednak, jeśli prawda jest znacznie bardziej zatrważająca?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Na pozór wszystko jest proste - Szostak interesował się muzyką, więc zaczął pisać o grajkach, a Orbit lubił wypić w okolicznościach urbanizacyjnych, więc pisał o menelach. A gdyby założyć, że było na odwrót? I piszący o Baczyńskim Orbit coraz mniej pije pod blokiem, bo inteligencieje coraz bardziej? W jego przypadku powieści sterują nim do tego stopnia, że aż kazały mu się przeprowadzić do Warszawy, gdy zaczął o niej pisać. Szostak musiał popełnić na zamówienie kilka opowiadań niegrajkowych i zaraz przestał grać, otwarcie deklaruje, że już go to nie pociąga. Oto jak zawładnęła nim własna proza, jak przebudowała go na własną modłę!&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Co pozostaje nieszczęsnym pisarzom? Chyba tylko pisać o sobie - prowadzić dzienniki i pamiętniki, blogi. Pisząc o sobie będą kształtowani przez te własne zapiski i może tym sposobem uda im się pozostać sobą. Wtedy jednak wkraczamy my, sojusznicy powieści, wzmacniający ich siły własnymi wyobrażeniami, ale i oczekiwaniami. Domagamy się prozy, domagamy się powieści. I pomagamy prozie przejąć władzę nad jej rodzicami.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2638852651684675465?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2638852651684675465/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/09/97-wasza-wina.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2638852651684675465'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2638852651684675465'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/09/97-wasza-wina.html' title='97. wasza wina'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7515876734132702749</id><published>2010-08-30T12:17:00.010+03:00</published><updated>2010-08-30T13:25:40.998+03:00</updated><title type='text'>96. w konwencji</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;"Fantastyka jest literaturą konwencji" - to zdanie stanowi jeden z refrenów każdej niemal dyskusji na temat fantastyki. Jedni wygłaszają je z politowaniem, inni z rezygnacją, jeszcze inni z dumą. Są i tacy, którzy mówią to spokojnie, by wyjaśnić czemu sięgają poza fantastykę. Powoli dorastamy (my, szeroko rozumiani miłośnicy tej literatury, przy czym warto pamiętać, że "miłośnik" to jednak ktoś nieco inny od "czytelnika") do tego, by nie oburzać się na takie deklaracje. Owszem, w naszym przywiązaniu do tych, co od nas" jest coś irracjonalnego, to jakby uczucie do członków rodziny, którzy wybierają się w dalekie strony pragnąc zakosztować nowości. Od kiedy jednak można wymagać racjonalności od uczuć? A fantastyka opiera się na uczuciach własnie, z nich bierze się to poczucie wspólnoty, chęć rozmawiania z takimi jak my, przypisywanie im dobrych intencji i poczucie zdziwienia, gdy czasem okazują się mniej sympatyczni, niż zakładaliśmy. Stare, dobre mechanizmy plemienne znów nie zawodzą.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ale nie o tym chciałem pisać. Przyjdzie jeszcze czas na polconowe wspomnienia.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A zatem - jest fantastyka literaturą konwencji. I nie jest w tym jedyna. W rewii mody nieco krępujących gorsetów towarzyszą jej m. in. romanse i kryminały. Te pierwsze krytycy traktują podobnie jak fantastykę - z pobłażaniem. Wśród kryminałów jednak zdarzają się dzieła, które używają konwencji niczym prądu powietrznego, który chętnie poniesie lotnika daleko i pięknie, jeśli tylko wie, jak go wykorzystać&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;To wina słabości, której czasem się wstydzę, że sięgnąłem powieść Leonardo Sciascii zatytułowaną: "Kontekst". Na każdego z nas także i mroczne wpływy&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/THuDdZzVnyI/AAAAAAAAAoA/wmxofcNe08E/s1600/kontekst.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 297px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/THuDdZzVnyI/AAAAAAAAAoA/wmxofcNe08E/s320/kontekst.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5511143110183591714" /&gt;&lt;/a&gt; mają rozmaite ideologie i ja nie jestem wolny od tego cienia. Gdy więc przeczytałem w recenzji "Gazety wyborczej", że Sciascia wywołał swoją powieścią wściekłość włoskich komunistów, uległem ideologicznemu podszeptowi, by zakupić ją jak najszybciej. Z ulegania słabości mogą też wyrastać i dobre rzeczy, bo "Kontekst" to powieść znakomita, bynajmniej nie antykomunistyczna a nawet nie ideologiczna.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;"&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Leonardo Sciascia uważał, że człowiek z natury swej skłania się ku złu, że istota ludzka jest krucha i ułomna, że życie każdego z nas pełne jest sprzeczności&lt;/span&gt;" - napisał we wstępie do powieści Włodek Goldkorn. Kryminał także jest literaturą konwencji i z racji obszaru, na którym funkcjonuje znakomicie nadaje się do opisywania ludzkich małości. Może to czynić banalnie jak fantaści, którzy sięgają do mitów, by pożyczać z nich wyłącznie menażerię, może też sięgnąć dalej ukazując człowieka stającego wobec zła. Kiedyś, dawniej, niż chciałbym to przyznać, Hannibal Lecter zapytał agentki Starling czym według niej jest zło. Odpowiedziała mu opowieścią o burzy i piorunach. "&lt;span style="font-style:italic;"&gt;A zatem sądzisz, że zło to destrukcja?&lt;/span&gt;" - zapytał. Ale czym jest destrukcja? Co oznacza? Spalenie domu, czy spopielenie ludzkiej duszy? czy destrukcją (złem?) może być praca dziennikarza ocierającego się co dzień o makabrę i zwyrodnienia, powoli wypalająca w nim wrażliwość? Czy może nią być jeszcze bardziej korumpująca naszą wrażliwość praca policjanta?&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Inspektor Rogas, bohater "Kontekstu" w jednym przypomina swoich kolegów po fachu - literackich detektywów. jest outsiderem. Działa samotnie, bo nie rozumieją go ani koledzy, ani przełożeni z pracy, którzy widzą w nim dziwaka interesującego się sztuką i literaturą (jako jedyny nie posługuje się policyjnym żargonem i sporządza raporty językiem niemal literackim, a zatem kompletnie niezrozumiałym dla przełożonych i urzędników). Co gorsza zamiast wpisać się w policyjne plemię i działać zgodnie z jego interesem, czasem upiera się, by dochodzić prawdy. Z kolei dla ludzi z innych plemion pozostaje obcym, narzędziem represji. Osamotniony Rogas potrafi przyglądać się jednym i drugim z smutnego dystansu i odnajdywać ratunek w ostatniej broni wszystkich słanych - ironii. To chłodna, smutna ironia, tym jeszcze różniąca się od cynizmu i daleka od sarkazmu, że Rogas nie stara się być silny, ani nie wyrusza (jak np. Marlowe) na pojedynek ze światem. Rogas wie, że w takim pojedynku nie miałby najmniejszych szans. Dlatego jedyne, co mu pozostaje, to dochowywać wierności samemu sobie. Oraz naznaczonej wręcz tragizmem ironii.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Gdzie w tym wszystkim miejsce na akcenty, które mogły wywołać gniew włoskich socjalistów i komunistów? Owszem pojawiają się postaci zaangażowanych "w walkę" komunistów. I są to postaci nieco karykaturalne. Ale jeśli powieść występuje przeciw nim, to - jak mi się wydaje - nieco przypadkiem. Owszem, to partie lewicowe rządziły Włochami, gdy pisał powieść Sciascia. Ale to nie tyle ich miałkość opisał włoski pisarz, co miałkość systemu, który sam siebie korumpuje, a przy okazji pożera ludzkie dusze i zmienia je w coś dotkliwie umniejszonego, poniżenie służalczego. To nie musi być socjalizm, czy komunizm (choć totalitaryzmom o to najłatwiej). Przecież wzrosły w monarchii austro-węgierskiej Kafka to pisarz, do któremu Sciascii blisko. Podobnie jak do "Paragrafu 22" Hellera, który napisał swoją powieść w forpocztach demokracji.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Jak przystało na fabułę kryminału - literatury konwencji - inspektor Rogas prowadzi śledztwo. Ktoś morduje sędziów i prokuratorów. Inspektor podejrzewa, że motywem zbrodni może być zemsta. Zabójstwa jednak stają się głośne i motywy zabójcy (zabójców) zaczynają same padać ofiarą ambicji wielkich i małych polityków. A wraz z nimi ofiarą pada śledztwo.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;"Kontrast", dzięki talentowi autora piszącemu z nieustępliwą nutką ironii, czyta się momentami wręcz z uśmiechem. Ale - podobnie jak "Paragraf 22" - uśmiechamy się do czasu. Nie napiszę o tym lepiej, niż sam Sciascii:&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;"&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Napisałem zatem tę parodię (komiczną przeróbkę utworu poważnego, który zamyśliłem - lecz którego nie próbowałem napisać - jako paradoksalne zastosowanie pewnej techniki i określonych stereotypów), biorąc za punkt wydarzenie z kroniki sądowej (...). Tymczasem wyszło mi coś zupełnie innego, ponieważ cała historia zaczęła się naraz toczyć w kraju zupełnie zmyślonym; w kraju, gdzie zbrakło miejsca dla wielkich idei, gdzie zasady - jeszcze głoszone i oklaskiwane - bywały powszechnie wyśmiewane, gdzie ideologie sprowadzały się w polityce jedynie do nazwy w rozgrywkach partii dochodzących do władzy, gdzie liczyła się tylko władza dla władzy.(...). Zacząłem pisać dla zabawy, ale gdy kończyłem, nie widziałem już w niej nic zabawnego.&lt;/span&gt;"&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Inspektor Rogas spotyka podczas śledztwa ludzi wykoślawionych, dotkniętych owym rodzajem destrukcji, przy której najgorsza burza to ledwie prztyczek w nos ludzkości. Nie wychodzi z tego nietknięty, jak i my nie wychodzimy cało ze spotkań (bo nawet nie starć) z upadłymi systemami szerzącymi swoje zepsucie niemal z zapałem. Każdego dnia. Sciascii udało się więc opisać to, co spotyka nas codziennie i tylko jeśli mamy szczęście zachować się godnie możemy znaleźć się w towarzystwie Rogasa. A wszystko to zmieścił włoski pisarz powieści mieszczącej się w literaturze konwencji, tak w tym podobnej do fantastyki.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7515876734132702749?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7515876734132702749/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/96-w-konwencji.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7515876734132702749'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7515876734132702749'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/96-w-konwencji.html' title='96. w konwencji'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/THuDdZzVnyI/AAAAAAAAAoA/wmxofcNe08E/s72-c/kontekst.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1273434917435154136</id><published>2010-08-23T10:04:00.003+03:00</published><updated>2010-08-23T13:43:57.149+03:00</updated><title type='text'>95. apokaliptyczny przegląd prasy</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Na Pomorzu spadł grad wielkości makówek. Dwa domy zapaliły się od uderzeń pioruna. Nie zdziwiłbym się, gdyby było tu wynikiem gniewu niebios zmęczonych sezonem ogórkowym, przynoszącym lawinę bzdur w wiadomościach najpopularniejszych gazet i portali. Niestety, dziennikarze zniewoleni pętami laickości nie dostrzegają najwyraźniej świętych znaków, bo o poranku jeden z największych portali, gazeta.pl donosił na samej górze głównej strony, że niedomyta (tak!!!) toaleta znanego pisarza jest do kupienia! Można z niej chłeptać mając nadzieję, że kultury bakterii i forpoczty nieusuniętych najlepszym reklamowanym środkiem wirusów, przejdą na nas i obdarzą nas choćby cieniem talentu poprzedniego właściciela. Albo można ją po prostu umyć i pochwalić się znajomym. W obu przypadkach należy pamiętać, że toaleta należała do J.D. Salingera, co oznacza, że zadawanie się z nią może być nieco niebezpieczne, jeśli źdźbło prawdy tkwi w filmie z Melem Gibsonem (tym od bicia kobiet, w tym naszej rodaczki), w którym twierdzono, że każdy szalony zamachowiec ma ze sobą egzemplarz „Buszującego w zbożu”.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Drugą najważniejszą wiadomością dzisiejszego internetowego wydania GW jest wieść o genialnym ośmiolatku sprzedającym za ciężką kasę swoje obrazy. Obrazy są naprawdę niezłe, więc chłopak ma talent. W dodatku dzieciak nie zepsuty jeszcze nowoczesnym pojmowaniem sztuki, maluje dzieła przedstawiające coś więcej niż tylko ideę, sprzeciw, czy zachwyt nad samym sobą. Ani chybi antychryst&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Rzeczpospolita próbuje być poważniejsza, dlatego tradycyjnie rozdziera szaty nad nicnierobieniem rządu, smutnym obrazem zarządzanej przez szalonego proroka opozycji, wredności władców UE i tym wszystkim, co boli współczesną prawicę (a wszystko ją boli). Na szczęście do formy wrócił Ziemkiewicz, który odkrył, iż: „Dla wielu autorów, formalnie występujących jako dziennikarze, prawdziwym żywiołem nie jest wcale informacja ani komentarz, ale kazanie”. W sumie nuda. Facet spojrzał w lustro i opisał, co tam zobaczył. Szybko zapominam o Ziemkiewiczu i wracam do ogólnego obrazu świata, a ten jest – bo musi być – apokaliptyczny. Tym bardziej, że Cracovia przegrała z Lechem w straszny sposób. I nie o sam wynik tu chodzi, ale o jakość gry tego krakowskiego zespołu, który posiadać ma lepszy i ładniejszy stadiom. Nie było takiego kopnięcia w piłkę, które Cracovii by wychodziło. Właściwie wynik świadczy jak najgorzej o Lechu, bo powinien był wygrać jakieś 70:0.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A przepraszam, Rzepa także stanęła na wysokości sezonu i doniosła, że wynik wyborów w Australii przewidział krokodyl. Lada moment ktoś wpadnie na pomysł, żeby połączyć go z niemiecką ośmiornicą, dzięki czemu powstanie Nostradamus 2.0, który przewidzi absolutnie wszystko, pod warunkiem, że nie zabraknie mu kurczaków (z nich wróży krokodyl).&lt;/p&gt; &lt;p align="justify"&gt;Na koniec sięgnąłem do podlinkowanego przez Maega na forum DO artykułu Dukaja w tygodniku Powszechnym. &lt;a href="http://tygodnik.onet.pl/33,0,51179,1,artykul.html"&gt;„Za długie, nie przeczytam…”&lt;/a&gt; nosi tytuł ów, na wszelkie wypadek krótko napisany, tekst. Wynika zeń, że samo używanie internetu zmienia sposób używania przez nas mózgu i sprawia, że tradycyjna lektura sprawia nam więcej trudności. Dukaj, jako człowiek rozsądny, analizuje zjawisko od kątem przemiany ludzkości. Nie zadaje jednak najbardziej kluczowego pytania, oczywistego dla każdego, kto przegląda prasę apokaliptycznie - „kto za tym stoi?” (wiadomo – reptilianie). Dukaj spokojnie snuje swoją analizę, a ja przecież wiem, że to, o czym napisał oznacza, iż ktoś stworzył Internet wyłącznie po to, by przebudować nasze mózgi. Po co? Apokaliptycznie skłaniam się ku oczywistej wizji sprowadzenia nas do roli niewolników albo pokarmu dla potomka krokodyla i ośmiornicy, który będzie wieszczo wytyczał bezpieczne trasy międzygwiezdne dla reptilian. Jest i inna opcja. Istnieją ufolodzy przekonani, że scenariusze do „Star Trek” dyktowali kosmici, by przygotować ludzkość na kontakt z galaktyczną cywilizacją wyglądającą niemal dokładnie jak w serialu. Może więc i internet podarowali nam kosmici, by przebudować nasze mózgi w kształt umożliwiający nam pokonanie lemowskiej niemożności komunikacyjnej? Może więc dołączymy do szczęśliwej gwiezdnej rodziny jedynie pod warunkiem, że odrobinę przestaniemy być ludźmi tak, jak to dzisiaj rozumiemy? Ale to prawie reptilioński program. Tak, czy owaki apokalipsa! Wystarczy poczytać prasę o poranku, by się o tym przekonać.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1273434917435154136?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1273434917435154136/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/95-apokaliptyczny-przeglad-prasy.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1273434917435154136'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1273434917435154136'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/95-apokaliptyczny-przeglad-prasy.html' title='95. apokaliptyczny przegląd prasy'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-7296558001534583713</id><published>2010-08-17T09:16:00.005+03:00</published><updated>2010-08-17T09:27:46.753+03:00</updated><title type='text'>94. lokalnie brzytwą po oczach</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Krakowska Gazeta Wyborcza poinformowała dziś mieszkańców miasta, w tym mnie, że:&lt;/p&gt;&lt;blockquote&gt;Wykańczanie podziemnych pomieszczeń planowanego nowego Dworca Głównego w Krakowie ma ruszyć w październiku, ale kolej już rozpoczęła usuwanie handlarzy z tuneli pod peronami.&lt;br /&gt;Z tunelu znikną przede wszystkim ci, którzy handlują pod ścianami, a nie w pomieszczeniach. Łącznie do początku września ma zniknąć kilkadziesiąt stanowisk z książkami, oscypkami czy pamiątkami. Nim zaczną się właściwe roboty budowlane, kolej musi wykonać prace zabezpieczające i przygotowawcze (m.in. wymiana sieci mediów). Dlatego handlarze muszą wynieść się już teraz. PKP SA, które odpowiadają za nowy Dworzec Główny, czekają jeszcze na potwierdzenie legalności przetargu na wykonanie wnętrz. Za kilkanaście dni mają podpisać na tej podstawie umowę z katowicką firmą Budus, która w końcu 2011 r. ma oddać nowe wnętrza do użytku.&lt;/blockquote&gt;&lt;p align="justify"&gt;Pytanie - co znajdzie się w tych nowych wnętrzach, czy handlujący książkami uzyskają możliwość dostosowania swoich stoisk do nowych wymogów? Rzeczywiście, obecnie stoiska te nie wyglądają ładnie, trudno się niemi chwalić. Ale kto z nas na ich nie kupował? Podejrzewam, że handlarzy nie byłoby stać na przeniesienie się do ulokowanych w równie atrakcyjnych lokalizacjach antykwariatów. Mogliby zdać się na internet, ale w internecie nie kupią szybko książki ci, którzy chcą kupić książkę na drogę oraz - jak to ostatnio ma miejsce - kilkugodzinne oczekiwanie aż kolej zmiłuje się i podstawi opóźniony pociąg.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Możliwe, że z miejskiego krajobrazu zniknie miejsce, w którym można było kupić książki niedrogo, czasem okazyjnie. Miejsce, w którym książki kupowali często ludzie przypadkowi, którzy - a niech tam, dam się ponieść wizjom z lekka utopijnym - nie sięgnęliby po te książki gdyby nie wizja dalekiej podróży i coraz dłuższego na nią oczekiwania. Czy powrócą, czy - na drodze "kompromisu" - zastąpi je jakaś wypustka empiku?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-7296558001534583713?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/7296558001534583713/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/94-lokalnie-brzytwa-po-oczach.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7296558001534583713'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/7296558001534583713'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/94-lokalnie-brzytwa-po-oczach.html' title='94. lokalnie brzytwą po oczach'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4463588148771872647</id><published>2010-08-09T12:17:00.003+03:00</published><updated>2010-08-09T12:24:04.605+03:00</updated><title type='text'>93. brzytwą po oczach</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;"&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Zerowa stawka na książki będzie w Polsce obowiązywać do końca roku. Aby ją przedłużyć Polska musiałaby przekonać Unię Europejską. Szanse na to są jednak niewielkie&lt;/span&gt;" - doniosła Rzepa, a za nią GW. Oczywiście, zaraz wszyscy zaczniemy rwać szaty i słusznie. Większość z nas równocześnie książek kupować nie przestanie, choć może kupi ich mniej, niż w tym roku. Może się też okazać, że bardziej niż w Polsce będzie się opłacało kupować książki np. w Anglii. Choć to akurat marne pocieszenie np. dla polskich autorów.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czy są jakieś plusy? Chciałbym napisać, że może wpłynie to na wydawców i w ramach oszczędności będą staranniej planować zestaw tytułów i wydawać mniej chłamu. Zanim jednak zabijecie moją naiwność zbiorowym rechotem przyznam, iż sam w to nie wierzę. Proporcje zmienią się raczej na korzyść chłamu.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Co zatem? Może ulubione CC Harko i internet?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4463588148771872647?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4463588148771872647/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/93-brzytwa-po-oczach.html#comment-form' title='Komentarze (12)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4463588148771872647'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4463588148771872647'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/93-brzytwa-po-oczach.html' title='93. brzytwą po oczach'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>12</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-4707033162583637157</id><published>2010-08-08T12:54:00.006+03:00</published><updated>2010-08-08T13:16:55.788+03:00</updated><title type='text'>92. dziecko rockowego przedszkola</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Czułem jak pęcznieją mi w brzuchu  pobudzane przetrawianym kebabem w cieście jelita. Nie pomagał piasek wysypujący się - ziarenko po ziarenku z nerek, drażniący drogi moczowe i obciążający jedną nerkę nabierającym wagi bólem. Zdrętwiała mi lewa stopa, przesunąłem ją, uniosłem. Kropiło wspomnienie, a może zapowiedź deszczu? Zadzierałem więc łeb w górę, by przekonać się, jak będzie. A prócz tego obok mnie kolebała się zgrabna dwudziestokilkulatka drażniąca mnie tajemnicą twarzy zasłoniętej włosami, których kolor zatrzymał się wpół drogi pomiędzy cieniem a jasnością. A przecież naokoło mnóstwo było innych jeszcze pięknych dziewcząt i kobiet i mój nieszczęsny wzrok ganiał od jednych do drugich. Czasem deszcz jednak spadał i wtedy lśniły od niego i od kolorowych świateł rozkołysane parasole i parasolki. Ilość danych rozpraszających moją uwagę pokonywała raz za razem skupienie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A wszystko to przy całym szacunku dla Smolika i mistrza Stańki. Ten drugi potrafił przebić się przez chaos wrażeń, obudzić wyobrażenia ciemnych ulic wielkich miast rodem z Kojaka czy Chandlera z pocieniami ludzkich postaci i samotnymi samochodami o szerokich maskach. Mimo to wciąż czułem pęczniejące jelita, piasek w nerce, wciąż zerkałem z ciekawością w lewo licząc, że może tamta dziewczyna odgarnie włosy i mignie mi jej twarz.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;A potem uderzyła we mnie przesterowana, brudna szarpanina gitar, jakiej nie słyszałem już dawno. I wszystko zniknęło. I wszystkie niepokoje mojego ciała i ciekawość tej dziewczyny i pokusy innych kobiecych ciał. Ba nawet wyobrażenia zniknęły, były tylko uderzające we mnie fale dźwięków - dzikich, niepokornych. Jedna myśl tylko się do mnie przedarła - że jednak na nic propaganda identycznych stacji radiowych, erotyczne wygibasy kolejnych skąpo odzianych gwiazdek, na nic nawet upodobanie do spokojnych, kojących nut. Wszystko to blednie i znika, bo dzieciak, którym byłem dorastał w zgrzytliwych jazgotach rocka i do dziś potrafi odnajdywać w nich zadziwiającą, paradoksalną harmonię i do dziś potrafi go ona uwodzić i porywać.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Magicy, którzy ukradli mnie z materialnego świata to &lt;a href="http://kimnowak.pl/"&gt;Kim Nowak&lt;/a&gt;, kolejne objawienie klanu Waglewskich, niosącego upupionemu muzycznie światu radość i nadzieję. Nie mogę napisać o ich muzyce nic, ponad to, że wobec niej i wobec jakże wagleskawych tekstów, znów byłem jak dziecko zachwycone jakby pierwszym kontaktem z czymś nowym i radosnym. I pięknym.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Kiedy przestali grać, na scenę wszedł Wojciech Waglewski i hipnotyzował mnie po swojemu prawie do północy, czy grał z synami, z Maleńczukiem, czy z VooVoo. I dopiero, kiedy wszyscy oni zeszli ze sceny, zorientowałem się, że wielki uśmiech rozsiadł mi się na twarzy.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Całość nazwano "męskim graniem". Nie warto go przegapiać, a wciąż krąży po Polsce&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-4707033162583637157?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/4707033162583637157/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/92-dziecko-rockowego-przedszkola.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4707033162583637157'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/4707033162583637157'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/08/92-dziecko-rockowego-przedszkola.html' title='92. dziecko rockowego przedszkola'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2919530263804373230</id><published>2010-07-07T18:12:00.011+03:00</published><updated>2010-07-07T21:33:47.760+03:00</updated><title type='text'>91. jeszcze o piractwie</title><content type='html'>&lt;p align= "justify"&gt;Muzyki jest teraz na świecie tak wiele, że nie sposób za nią nadążyć. Być może Raj to właśnie miejsce, w którym człowiek ma nieskończoną ilość czasu na wysłuchanie niemal nieskończonej ilości muzyki i przeczytanie niemal nieskończonej ilości książek. Na razie musimy zadowolić się internetem - więcej usłyszymy tu niż w dowolnej rozgłośni radiowej i więcej znajdziemy niż w dowolnym sklepie muzycznym (zwłaszcza polskim). Także więcej i taniej (niż w polskim... itd.) można tu kupić.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Właśnie dziś przyszły do mnie dwie płyty z muzyką z przedsionka Raju właśnie - &lt;a href="http://www.myspace.com/rfandlili"&gt;RF &amp; Lili De La Mora "Eleven continents"&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.myspace.com/familiartrees"&gt;EPka The Familliar Trees&lt;/a&gt;. Fachowo zalicza się tę muzykę do tzw. indie, ale ten termin jest pojemniejszy chyba nawet od new weird. Możecie posłuchać trochę tej muzyki na stronie wydawnictwa &lt;a href="http://www.timereleaserecords.com/"&gt;Time Relase&lt;/a&gt; i zachwycić się łagodną magią głosów Lili De La Mory i Fabioli Sanchez jak ja, albo nie. I możecie - jak ja całkiem już dawno temu - ściągnąć sobie nielegalnie, zbrodniczo wręcz, obie płyty i cieszyć się nimi przez czas jakiś. Aż wreszcie może w Was, jak we mnie, zapłonąć taka sympatia do artystów, że sobie te płyty kupicie. Czego nie zrobiłbym zapewne po krótkim przesłuchaniu utworów na stronie. Bo tak wiele jest muzyki w sieci i na świecie, że na przesłuchanie wszystkiego brakuje czasu. A utwory, które usłyszymy tylko raz mogą umknąć naszej rozproszonej wśród setek tysięcy rwących strumieniami danych uwadze. I nie usłyszymy ich więcej, chyba, że los okaże się łaskawy.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Ale jeśli odważymy się na popełnienie najbardziej chyba piętnowanej zbrodni ostatnich lat, ściągniemy nielegalnie płytę, przesłuchamy ją i polubimy, to istnieje spora szansa, że trafi ona do naszych jak najbardziej legalnych zbiorów. I to niedrogo, bo świat jest mały, a ceny w usach i innych biednych krajach upadającego zachodu niższe niż u nas.&lt;/p&gt;&lt;object width="380" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/wfZPOrDL_YU&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1?color1=0x234900&amp;amp;color2=0x4e9e00"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/wfZPOrDL_YU&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1?color1=0x234900&amp;amp;color2=0x4e9e00" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="380" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2919530263804373230?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2919530263804373230/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/07/91-jeszcze-o-piractwie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2919530263804373230'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2919530263804373230'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/07/91-jeszcze-o-piractwie.html' title='91. jeszcze o piractwie'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-3848993991065572664</id><published>2010-07-05T12:53:00.004+03:00</published><updated>2010-07-05T13:04:24.957+03:00</updated><title type='text'>90. rzut okiem na lato</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;I po wyborach. Zadzwonił do mnie kolega, z którym noc wcześniej zwiedzaliśmy Kraków pytając, czy już zagłosowałem, bo słyszał nieoficjalnie, że w Warszawie prowadzi Kaczyński. Jeśli więc ktoś jeszcze nie zagłosował, niech leci ratować świat. Tak szybko nie pobiegłem, ale w końcu uratowałem was wszystkich. Zadowoleni? Więcej supermenienia nie będzie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Za to nocne po Krakowie łażenie było czymś wspaniałym, zwłaszcza, gdy robiło się to w dobrym towarzystwie. Niestety, nie wspięliśmy się na nieczynną jeszcze kładkę nad Wisłą, a to dlatego, że podsłuchaliśmy, że wszyscy naokoło mają ten sam pomysł. By nie iść z tłumem czmychnęliśmy pod wieżę telewizyjną, gdzie powitaliśmy świt. Potem przeszliśmy się przez Krzemionki i tylko na wspinaczkę na kopiec Kraka nie udało mi się znajomych namówić. Szkoda.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Tak wygląda moje lato, kiedy nie zmagam się z praca moją powszednią, albo z powieścią, którą piszę już tak długo, że sam zaczynam wątpić w jej istnienie.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;I w samym środku tego wszystkiego dzwoni do mnie Draken i opowiada, że gdzieś, w Bydgoszczy, właśnie otworzono nową tanią książkę, na której można kupić komiksy z zamierzchłej magazynowej przeszłości, na przykład stare Dylan Dogi. Tacy, to mają dobrze!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-3848993991065572664?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/3848993991065572664/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/07/90-rzut-okiem-na-lato.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3848993991065572664'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/3848993991065572664'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/07/90-rzut-okiem-na-lato.html' title='90. rzut okiem na lato'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-798528619739394377</id><published>2010-06-18T17:43:00.010+03:00</published><updated>2010-06-18T17:51:15.844+03:00</updated><title type='text'>89.</title><content type='html'>&lt;object width="400" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/mCoPDacdiHM&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;rel=0&amp;color1=0x234900&amp;color2=0x4e9e00"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/mCoPDacdiHM&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;rel=0&amp;color1=0x234900&amp;color2=0x4e9e00" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="400" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;p align = "justify"&gt;Zastanawialiśmy się co może się pojawić ciekawego w grach. Ta powyżej fabularnie nic nowego chyba nie wniesie, ale pomysł na grafikę jest ciekawy.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-798528619739394377?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/798528619739394377/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/06/90_6048.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/798528619739394377'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/798528619739394377'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/06/90_6048.html' title='89.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2145728953653314165</id><published>2010-06-15T11:34:00.005+03:00</published><updated>2010-06-15T11:39:30.986+03:00</updated><title type='text'>88. polityka</title><content type='html'>&lt;p align= "justify"&gt;Bezczelnie acz szczerze &lt;a href="http://harksan.blogspot.com/2010/06/upa.html"&gt;zgapiam od Harko&lt;/a&gt;, ale to wina wszystkich naszych kandydatów na prezydenta.&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TBc7nYAq8yI/AAAAAAAAAnk/h1lHk6PrsWU/s1600/cth.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 334px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TBc7nYAq8yI/AAAAAAAAAnk/h1lHk6PrsWU/s400/cth.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482916618993070882" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p align= "justify"&gt;&lt;a href="http://moronail.net/img/5038_vote-cthulhu-because"&gt;Żródło&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2145728953653314165?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2145728953653314165/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/06/88-polityka.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2145728953653314165'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2145728953653314165'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/06/88-polityka.html' title='88. polityka'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TBc7nYAq8yI/AAAAAAAAAnk/h1lHk6PrsWU/s72-c/cth.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-2066999815578877627</id><published>2010-06-05T10:17:00.005+03:00</published><updated>2010-06-07T09:50:15.064+03:00</updated><title type='text'>87. Nieszczęsna dola kryptokonserwatystów</title><content type='html'>&lt;p align = "justify"&gt;To chyba w GW, w artykule o South Park, przeczytałem, iż twórcy tego serialu podejrzewani są o kryptokonserwatyzm. Pośmiałem się wtedy z tego troszkę, ale ostatnio dochodzę do wniosku, że coś w tej nazwie jest. Zważywszy na losy ich nowego projektu - JC - rzeczywiście, intencje i przekaz Parkera i Stone'a pozostają dla części odbiorców ukryte. Tak, w każdym razie, zdaje się wynikać z reakcji na ich pomysły. Pal już sześć, że grozi zaskarżaniem ich kto tylko może (ostatnio EA Sports, za pomysł na grę o golfie, zmienioną w South Park w "beztroską" bijatykę Tigera Woodsa i jego żony, którą dzieciaki i cała Ameryka ekscytują się bardziej, niż jakimś nudnym golfem), gorzej, że cokolwiek by twórcy South Park nie robili - zawsze im się oberwie. Bo też sytuacja w jaką wpakował ich projekt JC przypomina przygody bohaterów ich serialu.&lt;/p&gt;&lt;p align = "justify"&gt;Czym jest projekt JC? Miał być to spin off South Park poświęcony postaci Jezusa. Gdy tylko wieść o tym przedostała się do opinii publicznej, amerykańscy chrześcijanie zapałali słusznym w własnym przekonaniu gniewem. Jakże to? Ci bezwzględni prześmiewcy Parker i Stone będą teraz naigrywać się z postaci Zbawiciela? NIE MA MOWY!&lt;/p&gt;&lt;p align = "justify"&gt;Nie chce mi się wyliczać akcji protestacyjnych, jakie natychmiast ruszyły (co zresztą dowodzi, że protestowanie stanowi hobby międzynarodowe). Oczywiście pojawiły się też groźby pozwów. Wara od mesjasza! Nie wolno Go wyśmiewać!&lt;/p&gt;&lt;p align = "justify"&gt;A teraz najśmieszniejsze - Jezus jest w South Park postacią zdecydowanie pozytywną. Owszem, ukazuje się go niekanonicznie - żyje wśród śmiertelników (poniekąd jest to zgodne z tym, co stanowi podstawę chrześcijaństwa, z tym, że katechizmy nie ukazują tego tak dosłownie), użera się z tymi samymi problemami, co my wszyscy i jest podatny na powszednie pokusy. Potrafi szukać swojego Ojca, by zapytać go o swoją rolę w świecie, albo z M-16 w ręku odbijać porwanego przez terrorystów Świętego Mikołaja. Kiedyś prowadził talkshow. Obrazuje - uwaga - wszystko to, z czym zmagają się chrześcijanie i chrześcijaństwo współcześnie, a może nawet i od wieków. W całym serialu, którego historia zaczęła się od stworzonego amatorsko filmiku o walce Jezusa z Świętym Mikołajem o prymat nad Świętami Bożego Narodzenia, twórcy ani przez moment nie naśmiewają się z Jezusa (podobnie zresztą, jak z Mahometa, w słynnych ocenzurowanych odcinkach). Ba - jedyną "religią", z której rzeczywiście się naśmiewali była scientologia (oczywiście scientolodzy wyrazili oburzenie, zagrozili pozwami, a odcinek nie był już nigdy emitowany powtórnie w USA i Wielkiej Brytanii). Oczywiście - South Park to komedia, bardzo drapieżna zresztą. Niemniej gdy w serialu tym pojawia się Jezus, ukazywane są poprzez niego bolączki jego wyznawców. Ukazywane kpiąco, to prawda, bo Parker i Stone to nie kaznodzieje telewizyjni domagający się kasy za "prawdy objawione". W sposób komediowy pokazują więc zagubienie ludzi religijnych (bo nie tylko chrześcijan) w współczesnym świecie, kryzysy wartości, kłopot z dosłownym odczytywanie świętych pism i ryzyko wpadania w łapy szalbierców. Kpią, ironizują, drażnią, ale więcej mówią o współczesności niż stosy uczonych publicystyk i tysiące kazań. I ani przez moment nie nabijają się z postaci Jezusa, choć wyśmiewają to, co potrafią z nią zrobić cnotliwi wierni. Nic nie wskazuje na to, że w serialu JC miałoby być inaczej.&lt;/p&gt;&lt;p align = "justify"&gt;Ale by to dostrzec, cnotliwi Amerykanie (ale i wierzący innych nacji) musieliby spojrzeć ponad swoje hasłowe zacietrzewienie. Na przykład sięgnąć po gazetę Wyborczą i ze zdumieniem dowiedzieć się, że ci, których mają za nieprzyjaciół Boga to w istocie "kryptokonserwatyści". Jakkolwiek zabawnie to brzmi.&lt;/p&gt;&lt;p align = "justify"&gt;Pozostaje teraz czekać, aż zażarci a samozwańczy obrońcy chrześcijaństwa dostrzegą sinfest, w którym postać Jezusa pod wieloma względami przypomina tą z South Park.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-2066999815578877627?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/2066999815578877627/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/06/87-nieszczesna-dola-kryptokonserwatysto.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2066999815578877627'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/2066999815578877627'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/06/87-nieszczesna-dola-kryptokonserwatysto.html' title='87. Nieszczęsna dola kryptokonserwatystów'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-6939740651112750117</id><published>2010-06-05T08:55:00.009+03:00</published><updated>2010-06-05T10:07:00.489+03:00</updated><title type='text'>86. Wiosna</title><content type='html'>&lt;p align= "justify"&gt;Wiosenne, popowodziowe szwendanie się po sklepach zaowocowało nie tylko zakupem spodni do biegania, które dołączą teraz do kupionych rok wcześniej i dotąd odpoczywających spokojnie w szafie butów do biegania, ale dostrzeżeniem w księgarniach kilku książek nie do przegapienia.&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;Pierwsza z nich to "Zimowy monarcha" Bernarda Cornwella, pierwszy tom najlepszego chyba z jego powieściowych cykli. Opowiedział w niej Cornwell dzieje Artura w sposób, na jaki nie poważył się przed nim nikt inny. Obdarł opowieść z poetyckich naleciałości, oparł się na skąpych poszlakach leżących w legendach i historii i opisał Artura takim, jakim ów legendarny bohater mógł być naprawdę. Także świat, w którym przychodzi Arturowi walczyć nie ma w sobie nic prawie z legend - każdy dzień to walka o przetrwanie w krainie, z której ewakuowali się już Rzymianie, a którą atakuje teraz wielu przeciwników i w której Brytowie walczą pomiędzy sobą. W krainie, w której nie rozgościł się jeszcze nowy, chrześcijański Bóg, ale którą - jak twierdzi ostatni z wielkich druidów - Merlin - opuścili starzy bogowie.&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TAnyLQkN5lI/AAAAAAAAAnc/RfI0_kvK5Ag/s1600/cornwell.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 164px; height: 232px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TAnyLQkN5lI/AAAAAAAAAnc/RfI0_kvK5Ag/s320/cornwell.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5479176696912275026" /&gt;&lt;/a&gt; Nieco przypomina cykl Corwella późniejszy odeń cykl Martina w swojej bezwzględności i okrucieństwie. Z tym, że u Cornwella nie ma magii, o ile ktoś nie chce jej dostrzec. Merlin i Nimue widzą ją na każdym kroku, ale narrator opowieści, Derfel pozostaje raczej sceptyczny. Gdy Merlin ogłosi, że sprowadził mgłę, Derfel napomknie cichcem, że wilgotnych okolicach mgły lubią przychodzić o świcie. Od czytelnika zależy któremu z tych dwu uwierzy.&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;W przeciwieństwie do Martina nie rozciągnął też swojego cyklu Cornwell na wiele tomów. To trylogia (choć można też chyba mówić o swoistym prequelu, opowiadającym o losach Uthera Pendragona, który na początku "Zimowego monarchy" jest już starcem. Napisałem "chyba", bo powieści "Ostatnie Królestwo" nie czytałem jeszcze. Niemniej, nawet jeśli pojawi się w niej Merlin, nie będzie w niej z pewnością ani Derfela a i Artura też raczej nie). Opowieść Derfela o jego panu Arturze zamyka się zatem w trzech tomach, dzięki czemu Cornwell unika tworzonych nieco na siłę wątków i dłużyzn. Piękna i okrutna, naznaczona smutkiem i nostalgią opowieść o zdradzie, honorze i nieuniknionym przemijaniu napisana została bardziej niż znakomicie. Nie warto rezygnować z zapoznaniem się z nią, bo o co zubażać siebie taką stratą?&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;Jeśli jednak ktoś stanie przed dramatycznym wyborem - czy jeść w tym miesiącu tylko kiełki, czy też kupić sobie "Zimowego monarchę" albo "Zaślubiny Kadmosa z Harmonią" Roberto Calasso, niech nie waha się ani chwili! Niech gna kupować (lub zbierać po polach i lasach) kiełki i bieży zakupić książkę Calasso, póki jeszcze jest dostępna.&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;Zdawać by się mogło, że książka poświęcona mitologii greckiej nie musi być książką dla każdego. Znam też takich, którzy tematyką tą się brzydzą, których mitologia śmiertelnie nudzi a sama myśl, by poświęcać czas wierzeniom jakichś starożytnych prymitywów wydaje się tyleż absurdalna, co śmieszna. A jednak, nawet jeśli nie lubisz mitologii, jeśli uważasz za stratę czasu poświęcenie uwagi bajdurzeniu o bogach i herosach, ale lubisz po prostu wspaniałą literaturę, książki Calasso nie możesz przegapić. Furda tam "Zimowy monarcha"! Furda nowe i stare cudeńka z Uczty Wyobraźni! Jakiś nowy Dukaj? Niech poczeka!&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;W przedmowie do "Zaślubin" - "Bogowie wmieszani w tłum" Josif Brodski napisał tak:&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;"&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pierwsza rzecz, jaką mam do powiedzenia o tej książce, to to, że powinna jak najszybciej ukazać się w wydaniu kieszonkowym. Druga, że większą przyjemność od trzymania jej w ręku mogłoby mi sprawić tylko jej napisanie; dlatego mam za złe autorowi, że mnie tej przyjemności pozbawił. Trzecia, że nie można o niej wyrazić własnej opinii, bo pochwała lub krytyka byłaby w jej przypadku krytyką lub pochwałą nie na jej poziomie. Jest to jedna z tych książek, na jakie trafia się raz albo dwa razy w życiu. (...).Zaślubiny Kadmosa z Harmonią to książka o etymologii i morfologii istnienia, gdyż tym właśnie jest w istocie mitologia.(...).Choćby bóg był ubrany jak najzwyczajniej, powiada Kawafis, można go poznać po tym, że "jego oczy lśnią radością, ponieważ wie, że jest nieśmiertelny" (...).Jeśli napotkacie kogoś, kto odznacza się takimi właśnie cechami, lepiej zwolnijcie kroku i zejdźcie mu z drogi, bo to może być bóg. Może to również mijać was pan Roberto Calasso.&lt;/span&gt;"&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;A teraz zobaczcie jak zaczyna się ta książka i zadrżyjcie z nieprzepartej żądzy przeczytania co znajduje się dalej:&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Na brzegu morskim w Sydonie biały byk wydawał nieprawne miłosne pomruki. Był to Zeus. Wstrząsał nim dreszcz, jakby opędzał się przed gzami. Ten dreszcz jednak był oznaką rozkoszy. Oto Eros pomagał dziewczynie Europie wsiąść na grzbiet byka. Potem białe zwierzę od razu rzuciło się do wody, a jego zwalisty korpus wystawał z niej na tyle, żeby Europa nie musiała się zamoczyć. Wszyscy na to patrzyli. Tryton w odzewie na zalotne pomruki zadął w grająca muszlę. Europa drżała, mocno uchwyciła się jednego rogu. Obserwował tę parę także Boreasz, kiedy już przecinała wodną toń. Złośliwy i zazdrosny, zagwizdał na widok dziewczęcych, niedojrzałych piersi, które odsłoniły jego podmuchy. Atena oblała się rumieńcem, patrząc z wysoka na ojca, na którego grzbiecie siedziała kobieta. Także jakiś żeglarz achajski ich spostrzegł i nie posiadał się ze zdumienia. Może to Tetyda, której przyszła ochota spojrzeć na niebo? A może jakaś nerejda, raz w życiu ubrana? A może jak zwykle podstępny Posejdon znowu porwał dziewczynę?&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Tymczasem Europa nie mogła doczekać się końca tej szaleńczej podróży. Ale domyślała się, jaki los ją czeka, kiedy dotrą do lądu. Krzyczała więc do wiatru i wody: "Dajcie znać memu ojcu, że ja, Europa, odpływam z naszej ziemi na grzbiecie jakiegoś byka. Porwał mnie, płynie ze mną, pewnie będę dzieliła z nim łoże. Oddajcie, błagam was, mojej matce ten naszyjnik".&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Chciała nawet wezwać Boreasza, żeby ją wziął na skrzydła i uniósł ze sobą, jak to kiedyś uczynił ze swoją żoną, Atenką Orejtyją. Ale ugryzła się w język: czy warto przechodzić z rąk jednego rabusia w ręce drugiego?&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ale jak to wszystko się zaczęło?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;Ten dość obszernie zacytowany fragment pochodzi jeszcze z pierwszego polskiego wydania a przetłumaczył go Stanisław Kasprzyk. To dość spora, bardzo ładnie wydana przez ZNAK książka. Obecnie spełniono postulat Brodskiego i wydawnictwo Czuły Barbarzyńca zapewniło czytelnikom "Zaślubiny..." w wydaniu niemal kieszonkowym.&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;Co do komiksu z poprzedniego wpisu, uświadomiliście mi, że lata płyną, a wspomnienia blakną w ich strumieniu. Mam nadzieję, że inny odcinek tej serii rozwiąże zagadkę.&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TAnwPwMdQGI/AAAAAAAAAnM/wtdeVsMuT2o/s1600/leon9.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 324px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TAnwPwMdQGI/AAAAAAAAAnM/wtdeVsMuT2o/s400/leon9.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5479174575098773602" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-6939740651112750117?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/6939740651112750117/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/06/86.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6939740651112750117'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6939740651112750117'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/06/86.html' title='86. Wiosna'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/TAnyLQkN5lI/AAAAAAAAAnc/RfI0_kvK5Ag/s72-c/cornwell.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-5537579782501707363</id><published>2010-05-25T23:30:00.006+03:00</published><updated>2010-05-25T23:41:07.470+03:00</updated><title type='text'>85. Po znajomości, ale inaczej.</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt;Co jakiś czas spotykamy kogoś, kto zadziwia nas swoimi dokonaniami, czy będą one skupiać się na walce z własnymi słabościami, genialnym talencie do mordobicia lub banalnym darze rysowania, grania, opowiadania jak my nie umiemy. Rzadko w takich chwilach przychodzi nam do głowy, że i takie talenty potrafią przeminąć, a jeszcze trudniej, że obdarowany może się od nich odwrócić.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Przeszukując stare katalogi znalazłem skany komiksów, które dał mi kiedyś stary przyjaciel. Namówienie go, by dziś coś narysował to trudna sztuka. A szkoda.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;Inspiracja wydaje mi się oczywista&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/S_w09pWV1JI/AAAAAAAAAnE/nSdJGATBr5U/s1600/leon3.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 288px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/S_w09pWV1JI/AAAAAAAAAnE/nSdJGATBr5U/s400/leon3.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5475309480651904146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-5537579782501707363?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/5537579782501707363/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/05/85-po-znajomosci-ale-inaczej.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5537579782501707363'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/5537579782501707363'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/05/85-po-znajomosci-ale-inaczej.html' title='85. Po znajomości, ale inaczej.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/S_w09pWV1JI/AAAAAAAAAnE/nSdJGATBr5U/s72-c/leon3.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-6314251568365774598</id><published>2010-05-24T10:44:00.003+03:00</published><updated>2010-05-24T11:08:40.574+03:00</updated><title type='text'>84.</title><content type='html'>&lt;p align= "justify"&gt;Przeszukiwałem ostatnio stosy płytek, by znaleźć na nich kilka zdjęć, które mógłbym jakoś wkomponować w album dla żeniącego się towarzysza broni. Zaowocowało to mocnym postanowienie przerzucenia wreszcie tych setek gigabajtów na jakiś zgrabny przenośny dysk oraz odnalezieniem plików i katalogów, o jakich już zapomniałem. Wśród nich znalazł się i katalog zatytułowany "hutman".&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt; Słowo to brzmi jak przydomek superbohatera, najlepiej wywodzącego się z Nowej Huty. Wbrew pozorom nie jest to jednak opis Jewgienija Olejniczaka, ale funkcji kogoś w rodzaju miejskiego szeryfa, obecnego np. w Krakowie (przy czym Kazimierz miał swojego, osobnego). Hutman zajmował się dbaniem, by fosa miejska pozostawała czystą, by śmieci i psie kupy nie zalegały na ulicach, ale rozsądzał też drobne spory i miał pod komendą gromadę pachołków gotowych tłumić awantury. Napisałem o nim pięć lat temu na konkurs powieści historycznej, którego wyników nigdy nie ogłoszono. Powieść przepadła w stosie płytek CD i DVD, ale sam hutman siedział mi w głowie, czego dowody może zaistnieją wkrótce w jakimś piśmie.&lt;/p&gt;&lt;p align= "justify"&gt;W niedzielę zaś odkryłem, że 300 tysięcy znaków wstukiwane opornie pięć lat temu nie przepadło, jak sądziłem, ale istnieje nadal. I w dodatku jest to wcale nieźle napisane. Lepszym chyba językiem, niż posługuję się ostatnio. Pięć lat przetrzymywania pomysłu to aż nadto. Ważne, że widać w tej powieści frajdę pisania, coś, czego nie czułem już dawno. Oramus napisał, że dobre powieści powstają wtedy, gdy autor męczy się z tekstem, morduje z oporem jak tekst mu stawia. Może to i prawda. W takim razie nie będę pisał powieści i opowiadań tak dobrych, by spodobały się Oramusowi. Myślę, że obaj jakoś się z tym pogodzimy.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-6314251568365774598?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/6314251568365774598/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/05/84.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6314251568365774598'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/6314251568365774598'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/05/84.html' title='84.'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4164178905447810393.post-1584547924091310578</id><published>2010-05-10T10:14:00.005+03:00</published><updated>2010-05-10T11:12:30.850+03:00</updated><title type='text'>83_2</title><content type='html'>&lt;p align="justify"&gt; Przez ostatni tydzień chyba zastanawialiśmy się gorączkowo co zrobić z pisaniem o graniu, żeby było takie, jak lubimy, albo takim, jakie moglibyśmy i chcielibyśmy polubić. Orbit, który jest odpowiedzialny za całe to zamieszanie, chyba też się zastanawiał, &lt;a href="http://www.gamezilla.pl/content/wyznania-gracza-niedzielnego-gry-jako-synteza"&gt;popełnił bowiem tekst poświęcony grom&lt;/a&gt;, spełniający z grubsza postulaty, które pojawiły się w tutejszej dyskusji. Tekst jest niezły, choć niewybitny, próbuje jednak spojrzeć na gry nieco inaczej, ująć zachodzące w nich zjawiska szerzej a jednak analityczniej. Coś podobnego robi na Polygamii Zygmunt Miłoszewski, który machnął ostatnio tekst "&lt;a href="http://polygamia.pl/Polygamia/1,99038,7834088,Graj_utracony__nie_ma_na_co_czekac_.html"&gt;Nie ma na co czekać&lt;/a&gt;".&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt; Oba teksty, choć interesujące wydają mi się zbyt proste, ale to moje skrzywienie, którego nabawiłem się niedawno - ciągle chcę więcej i głębiej. Co jednak po nich widać, to to, że celują w nowy target, w ludzi, którzy na grach się znają i chcą poczytać coś więcej niż tylko recenzje w ich temacie. Równocześnie nie spełniają te teksty postulatu Czereśni, tzn. nie tworzą nowego języka, ani nie operują fachowym, "growym" słownictwem. Obaj autorzy próbują raczej pisać jak najbardziej otwarcie, zdając sobie być może sprawę, że tematyka, którą podjęli i tak jest już dość hermetyczna. A jednak odnoszę wrażenie, że i tekst Orbita i tekst Mikłoszewskiego, mogliby przeczytać i zrozumieć nawet zupełni laicy. Być może gdyby postulat Czereśni został spełniony, teksty nabrałyby głębokości? Nie wiem. &lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt; A co możemy wynieść z naszej dyskusji? Przede wszystkim to, że wszyscy chyba chętnie przyjmiemy krytyczne opracowania gier. Nie udało nam się - chyba - wskazać nowego klucza do recenzji. Pojawił się trop świadomej subiektywności przy recenzjach, opisywaniu raczej własnych przeżyć, niż silenia się na obiektywizm. Zapewne jest to jedna z możliwości.&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt; Tyle ode mnie na razie. Muszę dojść do siebie po weselu i jego konsekwencjach. Gdy znów zacznę myśleć, nastąpi może jakiś ciąg dalszy. Jeśli coś przegapiłem, pominąłem, wytknijcie mi to bezlitośnie.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4164178905447810393-1584547924091310578?l=waszawina.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://waszawina.blogspot.com/feeds/1584547924091310578/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/05/832.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1584547924091310578'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4164178905447810393/posts/default/1584547924091310578'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://waszawina.blogspot.com/2010/05/832.html' title='83_2'/><author><name>a.</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01679631635558001624</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='25' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_81fgg1hrJVs/Sl38sdo-ZcI/AAAAAAAAACw/ThmYo3EnC4c/S220/Bragon+7.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry></feed>
