01.12.2011

171. Staruszek Funky i inni siwowłosi

W ostatniej chwili załapałem się na przecenę, która umożliwiła mi przerwanie długiego komiksowego postu. Kupiłem same kontynuacje - Thorgala, Ligę Niezwykłych Dżentelmenów (1969) i czwartą część Funky Kovala

O jak ja się broniłem przed tym Kovalem! NF nie kupuję, chyba że "po znajomości" (czyli kiedy publikują opowiadanie jakiegoś znajomego), nie czytałem więc komiksu w odcinkach. Dzięki temu, gdy dopadało mnie pytanie: "co o nowym Funkym sądzę?" uciekałem w wykręt, że czekam na wydanie całości. Wydawca nie miał dla mnie litości i całość wydał w końcu a ja zapoznałem się z czwartą częścią przygód kosmicznego detektywa, choć bałem się tego bardziej niż recenzji z pierwszego opowiadania wysłanego z nadzieją na druk.

Parowski i Polch porwali się z długopisami na słońce. Nie dość, że wrócili do komiksu po paru dobrych latach, kiedy starzy fani stracili już nadzieję, a potencjalni nowi mogli Funky Kovala zwyczajnie nie pamiętać, to jeszcze postanowili wpisać w komiks naszą współczesność, przez co świat Funky'ego uległ kilku zmianom. Na przykład pojawił się w nim internet.

Jedna z odsłon serii nosiła tytuł "Bez oddechu". Tak należałoby nazwać właśnie tę, czwartą część. We "Wrogim przejęciu" akcja gna na złamanie karku i ani bohaterowie komiksu ani czytelnik nie mają chwili wytchnienia. A taka bardzo by się przydała, bo w komiksie dzieje się tak wiele, że wydarzeń wystarczyłoby dla kilku innych komiksów. Sądzę, komiks zyskałby, gdyby podzielić go przynajmniej na dwie części. Po prostu trudno nadążyć za kolejnymi przemianami bohaterów, tym bardziej, że część wydarzeń ma miejsce w realu, część w sieci, a część tylko się komuś wydaje. Wszystkie te trzy rzeczywistości mieszają się ze sobą, bohaterowie przechodzą przemiany wewnętrzne i zewnętrzne. Układ sił potrafi się zmienić w ciągu jednego - dwóch kadrów. Wszystko to potęguje wrażenie chaosu, podejrzewam, że zamierzonego przez twórców, ale kłopotliwego dla czytelnika. Szczęście, że Funky, pod każdą postacią, pozostaje sobą i działa jak zwykle - wedle własnego rozeznania i busoli moralnej, gwałtownie i awanturniczo.

Niestety, w pośpiechu zbyt wiele ginie. Np. w powszechnym użyciu są w tym świecie klony. Jeden z bohaterów stwierdza, że "klon to dla niego śmierć". Dlaczego? Czym szczególnym charakteryzują się w tym świecie klony, by musiało paść takie stwierdzenie? Nie wiadomo. Może to tylko westchnienie do "starych dobrych czasów", kiedy klonów nie było? Znika też zupełnie miss Lilly, choć pojawia się na momencik jej klon. Koval nie jest nim zupełnie zainteresowany, prawdopodobnie dlatego, że brakuje mu czasu na cokolwiek, poza prowadzeniem wielowątkowej wojny. Znikają nam w efekcie wszystkie słabostki Kovala zmienionego tu w boga wojny i zemsty.

Parowski zmienił styl snucia historii, a Polch jej rysowania. W umieszczonym w tomie wywiadzie tłumaczy tę zmianę sensownie, może nawet satysfakcjonująco. Kłopot w tym, ze to kolejna gwałtowna zmiana spadająca na i tak już skołowanego czytelnika. Potęguje ona dodatkowo wrażenie wyobcowania i zagubienia.

W nowym Kovalu jest wszystko - cyberpunk, podstępna wojna z obcą cywilizacją, która idąc na łatwiznę woli pasożytować na naszych słabościach, niż wspólnie z nami rozgrywać zalety; pojawia się nieco mistyki, sporo komentarza do współczesnej nam rzeczywistości, możliwe nawet, że przebłyskuje przez całość zatroskana twarz Parowskiego, nie do końca zadowolonego z kształtu, jaki przybiera współczesny świat. I cieszę się, że wszystko to jest. Tylko czemu upchnięto tak wiele materiału na tak ciasnej przestrzeni? Co chwila łapałem się na tym, że jeszcze nie do końca zrozumiałem co działo się na poprzednim kadrze, a już kolejny kompletnie wywracał rzeczywistość. Odnosiłem wrażenie, że obcuję raczej ze szkicem komiksu, niż ze skończonym dziełem.

Możliwe, że przez to, co się ostatnio na blogach dzieje, zacząłem się zastanawiać, czyżeśmy się wszyscy nie zderzyli w czwartej części komiksu z jakąś ścianą pokoleniową. Oramus posarkał na to nowe pokolenie recenzując bezwzględnie "Głos Lema" w Dzienniku Polskim. Odpowiedział mu na blogu Wawrzyniec Podrzucki, długo rozpatrując kwestię zderzania się pokoleń. I jakby temat krążył w powietrzu, na ten sam temat, choć z zupełnie innej okazji napisał na blogu Sedeńko. Zainfekowały mnie ich rozważania i sam zacząłem się zastanawiać, czy te wszystkie pokoleniowe kryzysy nie miały wpływu na moje odczytanie Kovala.

Chyba nie. Niezbyt wierzę w determinację pokoleniową. Kiedy miałem dwanaście lat czytałem tę samą fantastykę, którą czytał starszy ode mnie Parowski, bo ukazywało się jej w Polsce tak niewiele, że wszyscy czytali to samo. Owszem, czytałem owo "to samo" inaczej, oczami i sercem dzieciaka, co to większość doświadczeń opierał na kontaktach z kolegami w krótkich spodenkach. Ale - choć odmiennie - kształtowały nas te same lektury. A czy różni się ode mnie młodszy dekadę, albo i więcej Ziuta, który pewnie zaczytywał się Lemem ledwie wypełzł z kołyski, jak ja się nim zaczytywałem też dopiero co uwalniając się z pieluch? Mogły sobie mijać lata, ale łączą nas (i innych) doświadczenia czasu indywidualnego. W krótkich spodenkach obaj czytaliśmy Lema, co z tego, że w odległości lat dziesięciu, albo i więcej.

Oramus myli się więc, jak sądzę. Pokolenia nie mają nic do rzeczy, to jedynie jego prywatny zegar tika osobnym, własnym rytmem odrywającym go od częstotliwości myśli i postrzegań wielu innych ludzi. Czy taka samotność mogła być i moim udziałem, gdy czytałem "Wrogie przejęcie"? I znów - chyba nie. Starzy fani Kovala, z którymi rozmawiałem, zdradzali podobne do mojego zagubienie wobec tego komiksu. Może więc zagubili się jego twórcy? Ale jak to możliwe? Dyć piłem piwo z Parowskim ledwie parę miesięcy temu i nie sprawiał wrażenia człowieka, który oddalił się od świata.

Jak ja uciekałem od lektury nowego Funky'ego, tak, mam wrażenie, Parowski uciekał do starego Funky Kovala. Napisałem, że Funky się nie zmienił w czwartej części i to prawda. Zmienił się natomiast sposób opowiadania o nim. Że Funky pozostał sobą mimo to, oznacza to, że okazał się silniejszy nawet od swych twórców. To godne podziwu dokonanie Parowskiego, Polcha i Rodka - udało im się powołać do życia bohatera zdolnego im samym zagrać na nosie.

Powymądrzałem się, a mam wrażenie, że największym problemem tego komiksu jest jego stanowczo zbyt mała długość. Twórcy może zachłysnęli się zmianami świata, może chcieli powiedzieć zbyt wiele, a dostali na to zbyt mało miejsca. Nie wiem. Wyszedł im komiks zagadka, komiks nadto rozpędzony, nadto skrótowy. Może być jednak i tak, że narzekam, bo chciałbym zwyczajem wspominających młodość weteranów posiedzieć w spokoju i powspominać kumpli z dzieciństwa, a Parowski z Polchem nie pozwolili mi na to. Kazali mi natomiast gnać na złamanie karku za wątkami i wydarzeniami. Do utraty tchu.

4 komentarze:

  1. "W krótkich spodenkach obaj czytaliśmy Lema, co z tego, że w odległości lat dziesięciu, albo i więcej." - ale to nie o to chodzi, że w innym wieku, ale o to, że w innym kontekście kulturowo-historycznym. Dlatego te pokolenia... jednak coś jest IMO na rzeczy.

    nosiwoda

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, czy ten kontekst był bardzo inny. Bo co to znaczy "kontekst" kulturowo-historyczny? Nie wiem, czy taki kodeks Ziuty i mój nie jest bardziej wspólny niż mój i Henryka Bałuszyńskiego, choć on urodził się w tym samym roku co ja.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale to nie w tym rzecz, że pokolenie rodziców nie może dogadać się z pokoleniem dzieci, np. gdy jedno ma lat 35, a drugie 15. Chodzi o to, że przychodzi na człowieka czas (na jednych w okolicach 50-ki, na innych później), gdy wszystko zaczyna być do dupy. Młodzież głupia i niewychowana, książki do dupy, filmy do dupy, domy brzydkie, ulice brudne, bo tylko to, co było, gdy byliśmy młodzi, nie było do dupy. ;) Oczywiście, można się przed tym bronić, ale nie każdemu wychodzi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Heh, oczywiście. Możliwe, że mnie, który się m. in. na publicystyce i literaturze Oramusa wychowywałem, ciężko jest przyznać, że facet, którego pióro cenię osiągnął stan, o którym piszesz. Istnieje też możliwość, że ma rację (antologię "lemowską" zostawiłem sobie na deser, tak więc przeczytam ją w święta dopiero), choć znając dotychczasowe dokonania części autorów nie bardzo umiem w to uwierzyć.
    Tym bardziej, że np. bliski Oramusowi pokoleniowo Parowski bardzo ceni Kubę Nowaka, którego opowiadanie tak nie spodobało się Oramusowi także pod względem językowym.

    Zapewne jest więc tak, jak piszesz - ważna jest metryka duszy.

    OdpowiedzUsuń