06.08.2017

277. Ważne książki, których nie ma. "Kukułka na koniu trojańskim" Parowskiego.




Potężny tom w żółtej okładce nosi podtytuł: "Małpy Pana Boga 3. Retrospekcje". Wpisuje się w więc w monumentalny cykl zbierający w całość spojrzenie Macieja Parowskiego na fantastykę w tych wszystkich jej odmianach, którymi się zajmował. A zajmował się wieloma, pisał tak o literaturze, jak i o filmie, komiksie, o malarstwie. Pisał dłużej niż wielu z nas żyje. Parowski sięga żywą pamięcią w czasy, które dla nas mogą być tylko historią. Często, jak to historia, niezrozumiałą.

Książka rozeszła się błyskawicznie. Na pniu. Ale cóż to był za pień...

Dumam, czyja to wina. Wasza, oczywiście, ale co oznacza "wasza" w kontekście wydania "Kukułki..." w porażającym nakładzie czterdziestu egzemplarzy? Dla tych, którzy nie wierzą własnym oczom, którzy sądzą, że im albo mnie poplątały się literki, podam informację także przy pomocy cyfr. 40. Nawet nie czterdzieści i cztery. O czym myśleliśmy my wszyscy, którzy jakoś z tą książką jesteśmy związani? Wydawcy, redaktorzy, czytelnicy? Co spowodowało, że Wojtek Sedeńko szykujący wydanie "Kukułki..." na Festiwal Fantastyki w Nidzicy zawahał się przed wpisaniem w maszynę drukarską liczby kopii? Wojtek Sedeńko książki nie wydał a jedynie sprzedawał. Wziął 40 egzemplarzy, bo tyle było. O czym myślał wydawca, ten ukryty za nazwiskiem Parowkiego? Pewnie pomyślał, że "Kukułki..." nie okażą się wydawniczym sukcesem. Ale przecież Nidzica to święto literackie, święto tak zwanego "starego fandomu" (zwrot ten oznacza już chyba nie tyle wiek, co sposób podchodzenia do fantastyki, skupianie się na literaturze, reszta - gry, filmy - ma być tylko tłem). Gdzie, jeśli nie tam, "Kukułka..." miałaby się sprzedać. Czy choć co drugi uczestnik Festiwalu nie poczułby ochoty, by książkę Parowskiego kupić? Tym razem intuicja zawiodła Wojtka Sedeńkę i książka zniknęła w kilka chwil. Mogło się sprzedać więcej jej egzemplarzy. Ludzie wyrywali sobie nieliczne egzemplarze z rąk. Owszem, na początek, by sprawdzać, czy wśród licznych zamieszczonych w niej zdjęciach odnajdą siebie. Ale jak znam grono z Nidzicy, przyszedłby i czas na lekturę.

Mogło się więc, specjalnie na Nidzicę, ukazać więcej egzemplarzy. Choćby dwa razy tyle. Ale nawet wtedy byłoby ich mało.

Żalimy się, że poważna publicystyka o fantastyce umiera. Z rzadka można napotkać ją w NF, Zniknął Czas Fantastyki. Bliskie mi Smokopolitan już po ukazaniu się pierwszego numeru postanowiło od poważnej, wymagającej publicystyki uciekać, bo czytelnicy skarżyli się, że artykuł Sebastiana Uznańskiego był dla nich zbyt trudny. Ukazuje się za to co raz więcej publikacji naukowych. Creatio Fantastica postanowiło skupiać się właśnie na naukowych opracowaniach. Ledwie dwa miesiące po "Kukułce..." ukazała się książka: "Nie tylko Lem. Fantastyka współczesna" zawierająca artykuły wielu autorów. Otwiera ją "Science fiction wśród odmian polskiej fantastyki naukowej" Antoniego Smuszkiewicza. Będącego autorem m.in. "Zaczarowanej gry", której uzupełnione wznowienie także wydał całkiem niedawno Solaris. Właśnie "Zaczarowaną grę", będącą niemal historycznym omówieniem polskiej fantastyki (dzięki wznowieniu aż do czasów współczesnych) wypadałoby zestawić z "Małpami Pana Boga". I Smuszkiewicz i Parowski piszą nam o przemianach w polskiej fantastyce. Ale Parowski - publicysta, nie naukowiec - pisze z  pasją jakiej profesorowi ulegać nie wypada. Choć więc to książki na prawie ten sam temat, są przecież zupełnie inne, nawet jeśli obaj autorzy, gdyby czytać ich prace jak dyskusję (a nie są nią), raczej by się ze sobą zgadzali niż wadzili.



Cieszy mnie, że naukowcy coraz częściej sięgają po fantastykę. Ale publicystyka naukowa i literacka nie piszą się i nie czytają tak samo. Jedna nie zastąpi drugiej. I gdy naukowa zdaje się dziś pięknie rozwijać, literacka karleje. Tym bardziej żal, że "Kukułka na koniu trojańskim" niby się ukazała, a jednak jej nie ma. Zupełnie jak "Pióra" Zbigniewa Wojnarowskiego, których omówienie trafiło do "Kukułki...". To książka, która powinna przejść przez miłośników fantastyki jak kometa przynosząca grozę i zmieszanie. Pobudzić do gniewnych, burzliwych dyskusji, w których okładalibyśmy się nawzajem argumentami w bitwach na temat kształtu naszej historii, roli literatury, wielkości i upadku w sztuce. Powinniśmy o "Piórach" grzmieć jak kilka lat temu grzmieliśmy o "Wiecznym Grunwaldzie" Twardocha. Ale książka przepadła, zniknęła, nie przeczytał jej pies z kulawą nogą, a to wszystko z winy wydawcy (co ciekawe, tego samego, który wydał i "Wieczny Grunwald"). Ten książkę wydrukował w niewielkim, symbolicznym nakładzie a potem zamknął ją w magazynach i tyleśmy ją widzieli. Żeby kupić "Pióra" trzeba było dowiedzieć się cudem jakimś, że istnieją a potem szukać tropów wiodących ku nielicznym miejscom, gdzie można było je kupić. Indiana Jones miał pewnie mniej problemu ze znalezieniem Arki Przymierza, niż my z kupieniem "Piór". I tak się teraz złożyło, że omówienie ważnej książki, której nie było ("Piór") trafiło do drugiej ważnej książki, której nie ma, do "Kukułki". Jeśli to ma być jakiś metaforyczny obraz polskiej fantastyki, to znaczy, że jesteśmy bandą upiorów.



Dlaczego "Kukułka..." jest ważna? Przecież większość zawartych w niej tekstów mogliśmy już przeczytać gdzie indziej. W NF, w CzF - na przykład. Niby tak. Ale pamięć miesięczników i kwartalników jest krótka. Nawet ważne teksty potrafią przepadać w nich pod stosami kolejnych numerów. Co więcej, artykuły Parowskiego zebrane w jednym tomie nabierają mocy. To już nie są co miesięczne felietony, eseje na temat współczesnych zjawisk albo drukowane w odcinkach wspomnienia. W książce stają się całością. Wspomnienia z początków istnienia pisma współgrają z rozważaniami na temat wtórności "Westword" i dyskusją nad książką Wojnarowskiego. Tworzy to wszystko dobrze skomponowaną opowieść o polskiej fantastyce. Tym ważniejszą, że napisaną żywym, gorącym piórem publicysty, który nie myśli o marketingu ułagodzenia wymagającym, by do wszystkich się uśmiechać, by lepiej się sprzedać. Równocześnie Parowski to także nie Lewandowski, nie wkurza się tak łatwo, potrafi spojrzeć z dystansu. Nie szarżuje więc, a nawet wspomina dawne szarże z perspektywy człowieka spokojniejszego, dla którego dawne przykre wojny to dziś wspomnienia pięknych czasów. 



Mieliśmy więc szansę dostać pełną pasji i miłości opowieść o polskiej fantastyce taką, jaką w oczach Parowskiego była i jaką w jego oczach się staje. O potężnych herosach jak Lem czy Zajdel, o pisarzach tworzących cieniach i blaskach tych kolosów, o tym, co nadeszło po nich i o tym, co człapie dziś. Wszystko to nie bez tła fantastyki zagranicznej. Książkę pełną nie tylko poważnych esejów, ale i anegdot i wspomnień. Książkę opisującą historyczne, polityczne i społeczne tło powstawania i pisma Fantastyka (i NF), ale i polskich powieści i opowiadań. Może nie zdajemy sobie czasem sprawy jak ważnej jest owo tło. Ja uświadomiłem to sobie dopiero opracowując rozmowę z Maćkiem Parowskim i Michałem Cetnarowskim do Smokopolitan. Też traktowała o polskiej fantastyce, a ja dorabiałem do niej masę przypisów na temat polskiej historii najnowszej, by nawet młodsi czytelnicy zdawali sobie sprawę o czym rozmawiamy. "Limes Inferior" ukazało się w 1982 roku, trzydzieści pięć lat temu. Ilu z nas pamięta jak wówczas wyglądał świat? Ja pamiętam go spojrzeniem dziesięciolatka. Parowski pomaga ujrzeć mi go oczyma człowieka dorosłego.



A przy tym nie jest to książka wspominkowa. Nie jest to też wydanie, które mogłoby zainteresować tylko historyków. "Kukułka..." zawiera też świeże prace Parowskiego. Traktujące o współczesej fantastyce. Podczas jej lektury znów mogłem się wzburzyć czytając, że Maciek nie docenia serialu "Westworld" uważając, że wszystko, co ów pokazuje już było. Ależ nie zgadzałem się z tą opinią, gdy czytałem ją po raz pierwszy, w NF. Przy powtórnej lekturze, już po rozmowie z Michałem Cetnarowskim na ten temat (on się akurat z Parowskim zgadza) znów poczułem bunt. I uświadomiłem sobie, że to bardzo dobre uczucie - nie zgadzać się z publicystą. Nie zgadzać się nie dlatego, że politycznie siedzimy w innych ławkach, albo dlatego, że jak pewna młoda blogerka napisał, iż moja ukochana powieść mu się nie podoba, ale dlatego, że wysnuł z opowieści wnioski, z którymi się nie zgadzam. Bunt przeciw czyjemuś odczytaniu dzieła, a nie dzieła ocenie, to dziś rzadkie wydarzenie. Nieczęsto go doświadczam. Nauczyłem się je cenić. A przy okazji cenię też Parowskiego za to, że wciąż analizuje, stara się sięgać głębiej. Poszukuje odpowiedzi na ukryte pytania. Ciągle mnie uczy. 

I to wszystko: historia, mocne gorące pióro, tło dla znacznej części polskiej fantastyki, być może platforma do budowania dyskusji na temat tego, jak polska fantastyka wygląda dziś, być może punkt wyjścia do nowych sporów, a przede wszystkim potężny ładunek świetnej publicystyki, jakiej dziś tak bardzo nam brakuje - całe to bogactwo okazało się być warte wydania w nakładzie czterdziestu egzemplarzy.

INFORMACJA Z TYCH WAŻNYCH: 

Książka jest w ofercie - papier na żądanie i E-booki  Prószyńskich. O TUTAJ


PO EDYCJI:
Książkę wydał inny wydawca,oficjalnie wydawcą jest sam Parowski, nie Solaris. Zmylił mnie fakt, że na książce nie ma śladu po wydawcy.
A nakład wynosił aż zawrotne 60 egzemplarzy, tyle, że 20 Maciek zostawił sobie. Dzięki temu zresztą ja jeden mam.
Dzięki za czujność - Krzysztof Kietzman. 

4 komentarze:

  1. "Małpy Pana Boga" mam, ale się jeszcze nie zabrałem do czytania. A Wojnarowskiego kojarzę z "Mirażu", który zacząłem czytać lecz go nie skończyłem (nawet nie pamiętam dlaczego). "Pióra" natomiast bez problemu można kupić w księgarni NCK. I tak mnie zaintrygowałeś, że złożyłem przed chwilą zamówienie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, można kupić w NCK.
      Tylko trzeba wiedzieć, że się ukazały:P. Książka nie sprzedaje się w sensownych nakładach, jeśli najpierw musisz jakoś, "po znajomości", dowiedzieć się o jej istnieniu, a potem szukać możliwości jej kupienia.

      Usuń
    2. Masz rację. Ja dopiero o książce przeczytałem u Ciebie. I nigdzie indziej o niej nie słyszałem.

      Usuń
  2. W internetowej księgarni NCK "Piór" (już?) nie ma. To się nazywa potęga promocji. ;)

    OdpowiedzUsuń