01.08.2012

192. odważne redaktorskie credo

Pomyślałem, że stała się rzecz niezwykła, a potem, że wcale nie, że zwyczajna, stanowiąca konsekwencję tego, jak się świat toczy. To poniekąd ujmujące, że ktoś powszechnie znany jasno i otwarcie wygłosił credo nie tylko swoje, ale i większości ludzi, którzy w naszym kraju mają coś - zwykle głośno - do powiedzenia. Znaczna, jeśli nie większa, część dziennikarzy i publicystów oraz polityków mogłaby przecież chórem powtórzyć za Tomaszem Lisem:
"Szczerze? To już wolimy ajatollahów niż tych załganych, dwie piersi ssących .................. (tu wpisz dowolne określenie zależne od tego, czy jesteś z prawa, czy z lewa). W czasach ostrych podziałów i ostrej walki bycie pomiędzy i pośrodku częściej niż znakiem racjonalizmu jest znakiem asekuranctwa i oportunizmu."
(oryginalny tekst wygłoszony pisemnie a elektronicznie brzmiał tak:
"Szczerze? To ja już wolę ajatollaha Terlikowskiego (Tomasza, publicystę katolickiego - red.) niż tych załganych pseudoliberalnych pseudodoktrynalnych, dwie piersi ssących liberalnych katolików. Z Terlikowskim dzieli mnie wszystko, nie jest on jednak przynajmniej kuriozalnym dwulicowcem, takim co poglądy ma wypośrodkowane, co pozwala mu pozować na arbitra elegantiarum. W czasach ostrych podziałów i ostrej walki bycie pomiędzy i pośrodku częściej niż znakiem racjonalizmu jest znakiem asekuranctwa i oportunizmu.").

Szczerze? Naprawdę cieszy mnie, że ktoś to wreszcie powiedział. Do diabła z wyważonymi poglądami, z próbami wyrażania nie antagonizujących opinii, wszak trwa wojna! Wciąż trwa - "między biednym i bogatym, między mężczyzną a kobietą, między winnym a niewinnym! Czemu nie idziesz na tę wojnę? Tak trzeba - bij się!" (pewnie pomyliłem kolejność, niech mi Cohen i Zembaty wybaczą, cytuję z pamięci). Bo rzeczywiście, nie ma co dłużej męczyć się w białych rękawiczkach, w niewygodnych kaftanach dobrego wychowania i gnuśnych gorsetach kultury. Lis nie zachował się jak cham, o co oskarżają go co poniektórzy. Lis zachował się jak bohater nazywając po imieniu to, co się dzieje. Trwa wojna i nie ma co brać jeńców, albo bawić się w jakieś durne ferpleje.

Oby jego słowa ośmieliły i innych. Oby kierownictwo telewizji tej albo innej przejrzało wreszcie na oczy, przestało mamić siebie i nas i rozpoczęło nadawanie prawdziwego, odpowiadającego naszym czasom programu publicystycznego. Niech rozpocznie się "Bitwa na polityczne głosy". Niech w jednym narożniku stanie pod sztandarem zdradzonych o świcie Jan "warto rozmawiać" Pospieszalski na czele swych wiernych zastępów, co to już wiedzą kto z pewnością skończy w piekle i za co, a w drugim Tomasz "wolę ajatollaha" Lis pod sztandarem szydery prowadzący zastępy swoich oświeconych mistrzów nowoczesnego społeczeństwa, co to wiedzą, że rozmawiać nie warto, bo i z kim, gdy ma się monopol na rację. Niech okładają się hasłami, niech z siebie nawzajem rechoczą, a w końcu może niech dadzą sobie nawzajem po gębach. Wojna to wojna. Gwarantuję wysoką oglądalność. Taką, o jakiej pomarzyć nawet nie będą mogli ci niemedialni wyważeni, co to chcieliby porozmawiać a nie pokłócić się, którzy zdradziecko wyznają choćby nieco szacunku wobec rozmówcy, którym się zbrodniczo wydaje, że można się choć spróbować porozumieć.

Jak podstępnie niewygodni są ci łajdacy! Ukryje się taki za wyciągniętą na zgodę ręką, za wyrazem twarzy ohydnie przymilnym zamiast szczerze, otwarcie wykrzywić twarz w furii i pogardzie. Chciałby mu człowiek strzelić w twarz, że z niego talib, albo ubecki zabójca, fanatyk religijny albo terrorysta marzący o zrujnowaniu gospodarki pomaganiem słabszym - i nie da się. Chciałby człowiek zwyczajnie, po ludzku, po politycznemu albo redaktorsku zbluzgać go od ostatnich śmieci z prawa albo z lewa, ale ta przebrzydła, obrzydliwa larwa lewo albo prawicowa wije się, umyka przed ciosem i ciągle tak łajdacko uprzejma, ciągle spolegliwa aż do granic rozsądku nakazujących spienić się ledwie ktoś się z nami o drobiazg chociaż nie zgodzi. Gdzie patriotyzm tych drani? gdzie wierność pieniackiej tradycji? Gdzie zwyczajna przyzwoitość każąca odwracać się od tych, którzy nie podzielają naszej jedynie słusznej wizji? Trwa wojna wy zdradzieckie skurwysyny! Wojna o wszystko i nie da się jej zakończyć pokojem! Zresztą - rokowania pokojowe to najpodlejsza ze zdrad!





15 komentarzy:

  1. Jako kunktatorski abnegat powiem: i tak, i nie. W kwestii Hołowni to IMO chodzi raczej o to, że Hołownia jest (chyba, widziałem go może z raz) gładki, miły, uśmiechnięty, a gdy przyjdzie do wymiany (świato)poglądów, to wychodzi na to, że w sumie pomysły ma bliskie Terlikowi. I tu jest ten moment "alejakto, taki miły Szymuś? nojakto!". Można to ujrzeć w kategorii - taki miły, a jednak katol, to niebezpieczne, bo jeszcze kogoś przekona. Lepiej mieć wroga znienawidzonego niż takiego, z którym można skoczyć na kawusię i obgadać najnowszego Batmana.
    A można ujrzeć w kategorii - udawał miłego, a chce mi (kobietom, gejom, u name it) odebrać prawa! I wtedy jest poczucie wręcz zdrady.
    Więc to niekoniecznie jest "porzućmy ferpleja, bier kłonicę, Jędruś".

    OdpowiedzUsuń
  2. No paczpan jak mię nosix ubiegł... Zasadniczo od siebie dopiszę, że to tu jeszcze dochodzi kwestia sensowności całej dyskusji, bo mamy tu sytuację taką: spotykamy się, dyskutujemy, wymieniamy argumenty, poklepujemy się, rozumiemy, tak, tak, oczywiście, ale w sytuacji gdy dochodzi do konieczności podjęcia wspólnej decyzji, może się okazać, że sorejszyn, jestem ...... (wstaw odpowiednią opcję) więc NO PASARAN! W takiej sytuacji może się pojawić naturalna frustracja. Dyskusja nie doprowadziła do niczego konstruktywnego i jesteśmy nadal w tym samym miejscu. W takim przypadku można zrozumieć, że woli się kogoś jasno zdeklarowanego, od kogoś, kto niby dyskutuje, ale na głębszym poziomie i tak wie, że nie dojdzie do porozumienia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nosiwodo - ale: 1. Lis ani się nie zająknął, że mu chodzi konkretnie o Hołownię. Ja wiem i Ty wiesz i w ogóle cała Polska wie, niemniej Lis się nie zająknął, więc tym bardziej można by potraktować jego słowa uniwersalniej, co też zrobiłem.

    2. Nie zgadzam się ani z wykładnią/filozofią Lisa ani z Twoją tu przedstawioną, bo sprowadza się właśnie do tego, co napisałem - lepszy wróg, któremu śmierdzi z pyska i który jest nam wstrętny totalnie niż wróg sympatyczny, z którym da się pogadać. Nie pojmuję takiej filozofii, bo ona wprost brzmi tak: "wolę gości, którzy nie pozostawiają mi wątpliwości, że im tylko w mordę dać od gości, którzy sprawiają, że się zawaham". No więc jak po stokroć wolę gości, którzy się zawahają przed daniem mi w mordę oraz takich, którzy sprawiają, że i ja się zawaham. Może to dlatego, że ja też jestem katol, mam nadzieję, że nie o to chodzi.

    Oczywiście, wygodniej jest mieć wroga znienawidzonego, wygodniej i tępego. Ale przede wszystkim straszne jest dla mnie, że Lis, podobno dziennikarz, patrzy na człowieka o innych - niechby nawet skrajnie innych - poglądach właśnie jak na wroga (pomijam, że kolnięto go w ego, więc zagrały emocje). Smuci mnie, że debata publiczna (i niepubliczna, jak się okazuje też) postrzegana jest przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, w kategoriach walki, wojny. Bo wychodzi na to, że fakt iż Hołownia to katol sprawia, że skreśla się Hołownię, wciąga na listę ludzi, z którymi gadać nie ma sensu. Podobnie jak skreślić można np. Sierakowskiego, bo lewicowiec, czyli wróg.

    Nie uważam za naiwność przekonania, że coś jest bardzo nie tak z takim postrzeganiem świata.

    OdpowiedzUsuń
  4. Harko - ale przecież ja z Wami prawie codziennie rozmawiam, chociaż, jako katol, nie zgadzam się z wami w całej masie spraw, bo Wy jesteście lewaccy. Czy to znaczy, że jesteśmy skrajnie fałszywi wobec siebie nawzajem i tak naprawdę powinniśmy wyłącznie się kłócić i wyzywać, bo to dopiero byłoby szczere?

    Owszem dochodziliśmy, dochodzimy i pewnie będziemy dochodzić do ściany, do momentu, w którym nie uda nam się ustalić wniosku, z którym wszyscy trzej byśmy się zgodzili. Ale czy to znaczy, że dyskusja była jałowa? otóż, w moim przekonaniu, nie. Z dyskusji z Wami - i innymi osobami, z którymi poglądy miewam rozbieżne - dowiaduję się czegoś. Czasem - pewnie podobnie jak Wy - bywam zdziwiony: "ale jak to, przecież to jest sympatyczny, rozsądny i inteligentny gość, a uważa, że..., co mnie się w głowie nie mieści". I to otwiera oczy. Jeśli katole z lewakami będą się na siebie wyłącznie wydzierać, to zawsze będą widzieć w tym drugim wyłącznie durni i łajdaków. "Jałowa dyskusja" może wywołać u jednych i drugich zdziwienie, że ten ktoś, po drugiej stronie bywa podobny do mnie, niechby tylko i w jakimś drobiazgu. Ludzie, którzy rozmawiają, "być może dochodzą do czegoś" (Bułhakow). Ludzie, którzy na siebie warczą tylko utwierdzają siebie w przekonaniu, że ci inni to dranie.

    Lis zresztą zrobił dokładnie to, o co oskarżył go Hołownia - opowiedział o modelach, a nie o ludziach. Stworzył model "ajatollaha" i model "kryptoajatollaha" i ułoży z nich sobie credo. Tymczasem nie jesteśmy modelami, ale ludźmi pełnymi bardzo różnorakich poglądów, czasem nawet wewnętrznie sprzecznych, ludźmi pełnymi wahań i niepewności. Ludźmi, którzy, czasem, lubią porozmawiać, dowiedzieć się o co chodzi w poglądach "tych innych". Lis w swojej wypowiedzi to wszystko z nas wykreślił, przylepił nam gęby narysowane uproszczoną do granic możliwości kreską i powiedział: z tymi porozmawiam a z tymi nie, bo wyobrażam sobie, że nie warto.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hołownia pomysły bliskie Terlikowi? A gdzie tam, przecież to prawie "Tygodnik powszechny". Ale ja pod sporą częścią tych słów Lisowskich, nieodgryzionym językiem chlapniętych, bym się podpisał bardzo chętnie, gdyby nie fakt, że jemu, temu Lisu, idzie o coś zgoła innego, niż mnie by szło. Bo ja lubię takie biblijne zimny albo gorący; i znam bardzo ciekawych prawaków i bardzo ciekawych lewaków, i bardzo ciekawych takich, których ani do prawa, ani do lewa wrzucić się nie da, ale z pewnością nie są centrowcami czy innymi bezideowcami; ciekawych ludzi środka znam za to bardzo niewielu, ostanie się jeden Arystoteles. Oczywiście zapatrywania społeczno-polityczne to tylko przykład, bo przychodzą mi do głowy i ci ciekawi, co takich poglądów nie mają w ogóle, jako że ważniejsze rzeczy im w głowie. Ale to nie jest kwestia epoki ostrych podziałów, cywilizacji śmierci i cywilizacji miłości, Palikota strzelającego do Ziobry i Kaczyńskiego strzelającego do Tuska, precz z nimi wszystkimi; to jest rzecz tego, że fajnie jak komuś o coś chodzi i chodzi mu na poważnie, nawet sprzecznie. I z wymienionych wyżej IMO tylko Terlikowski łapie się do takiej kategorii, a z drugiej flanki, dla równowagi (ale nie wypośrodkowania), powiedzmy, Szyszkowska. Akurat Lis to dla mnie jeden z symboli "załganej pseudodoktrynalności". Warczenie zaś nie ma tu nic do rzeczy i oczywiście przeszkadza, bo ostatni akapit ostatniego komentarza agrafka to prawda całkowita.

    OdpowiedzUsuń
  6. 1. Kto to powiedział: "Kto siedzi okrakiem na barykadzie, obrywa od obu stron"? Jakiś fantasta chyba. Na podstawie tej alegorii można snuć przypuszczenie, że dołączenie do KTÓREGOKOLWIEK obozu można traktować jak asekurancki oportunizm (vel oportunistyczne asekuranctwo) - w końcu wtedy obrywa się tylko od jednej strony, druga mnie chroni.
    2. Redaktor Lis od dawna dał się poznać jako człowiek pełen pogardy (nie ukrywa tego w publicznych wypowiedziach) dla ludzi jego zdaniem nie dorastających do jego medialnego wizerunku, więc ja odpowiadam mu tą samą monetą i zmieniam kanał. Redaktor Pospieszalski zbyt często przerywa rozmówcom, aby ich zbić z pantałyku, co uważam za niekulturalne, więc również zmieniam kanał.
    3. W publicznej debacie nie chodzi o to, aby przekonać przekonanych, lecz WŁAŚNIE aktywizować biernych, obojętnych, pozbawionych własnego zdania, ew. siedzących okrakiem ściągnąć na swój ściorg. W tym celu stosuje się zręczne środki - ale gorąco być musi, bo trudno rozgrzać się lodem.
    4. Doskonale wiesz, że ręka wyciągnięta do zgody to perfidna zmyła - podasz, stracisz poparcie we własnych szeregach, oskarżą Cię o zdradę. Nie podasz, przeciwnicy oszkalują Cię jako wichrzyciela. Niestety, wojny kończą się albo przez wyczerpanie (IWŚ), albo bezwzględnym zwycięstwem jednej ze stron (IIWŚ). Dopiero wtedy następują rozmowy pokojowe.
    5. Nie wierzę informacjom nie zdementowanym. Nie wierzę ludziom, którzy starają się być grzeczni, a nie wiedzą, jak to należy robić.
    6. Zacytujmy Kołodziejczaka: prawda nie leży pośrodku. 2+2!=5, 2+2=4 i tylko 4, bez ułamków. Taka postawa wyklucza kompromis przez odstępstwo od części własnych postulatów. Niestety, pokolenie znajdujące się u władzy zostało wychowane w walce o prawdę. Mój Dziadek twierdzi, że jeszcze 2 następne pokolenia muszą wymrzeć, zanim zrobi się w miarę normalnie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Bo to wszystko ma sporo sensu. Nie umiem teraz odgrzebać tego konkretnego cytatu z Terlika, który chodzi mi po głowie, ale ten też zadziała. Z mojej perspektywy, nie powiedziałabym, że Lis i Terlikowski światopoglądowo siedzą po dwóch zupełnie różnych stronach barykady, ale z pewnością grają w tę samą grę. To są te same reguły, ich gesty i sugestie są dla obu czytelne i zrozumiałe. (Myślę zresztą, że nie bez powodu Lis tak często zapraszał do studia Terlika, a Terlik z lubością rzuca egzemplarzami Newsweeka). Owszem, ja też czasem lubię popatrzeć na walkę w kisielu, ale chore jest dokładanie do tego ogólnonarodowej militarystycznej narracji, to trąci jakąś paranoiczną antyutopią. Można się podrzeć za kłaki przez chwilę, ale potem się wraca do normalnego życia, nie?

    A w samym Hołowni obleśne jest nie "bycie pośrodku", a nieszczerość, gdy udaje równiachę, a wewnątrz kryje ogromne pokłady uprzedzeń i zarozumiałości. Uogólnianie nt. liberalnych katolików na jego przykładzie uważam za krzywdzące.

    A tak w ogóle, to czuję się bardzo nieswojo, jak czytam takie rzeczy spod Twojej klawiatury, nawet jeśli widzę drwinę... proszę, nie pisz tak zbyt często :S

    OdpowiedzUsuń
  8. A myślałem, że są jeszcze miejsca, gdzie nie gada się o polityce... No trudno, szukam dalej :P

    OdpowiedzUsuń
  9. Czereśnia - chyba nie będę:). Przyjemniej byłoby mi napisać, że zjadłem falafel w kebabowni z Kwiatków, przez co moje kubeczki smakowe oraz żołądek odbyły krótkie wakacje w świecie literackim:). Niemniej, co pewnie wiesz, nie potrafię oprzeć się irytacji gdy spotykam się z czysto wojennym postrzeganiem świata. A w przestrzeni publicznej inne prawie nie występuje. Być może Dziadek Flamenco ma rację.

    Pandemon, to nie polityka, chyba, że wszystko jest polityką. Rozstanie Lisa z Hołownią nie zaczęło się przecież od polityki, a i dotyczy nie politycznych sporów, ale sposobu prowadzenia dyskusji. Na gruncie literackim zbliżoną metodę stosuje np. KTL. W sporcie podobna filozofia objawia się w walkach kiboli. Niestety, "system Lisa" jest powszechny.

    OdpowiedzUsuń
  10. Widzę to tak: mimo wszystko dyskusja może być jednocześnie niejałowa i jałowa (że tak dualizmem pojadę). Szczególnie debata publiczna, która ma koniec końców mieć wpływ na otaczający świat. Przykładem mogłaby być dyskusja Kidawy-Błońskiej z Kaczyńskim na temat in vitro, albo Biedronia i Terlikowskiego na temat związków partnerskich. Nie wątpię, że byłaby interesująca, ale jednocześnie byłaby w ostateczności boleśnie jałowa (bo żeby wynikły z tego wymierniejsze zmianyw postaci odzewu przekonanych do jednej lub drugiej opcji obserwatorów trzeba czekać do wyborów). Żeby dyskusja do czegoś prowadziła, musi istnieć odpowiednie nastawienie dyskutujących, obustronna chęć znalezienia punktów wspólnych, w tym momencie nawet dojście do ściany może być odskocznią do jakiegoś kompromisu. Tego nastawienia niestety w naszej przestrzeni publicznej coraz mniej i to dotyczy chyba wszystkich, nie tylko Lisa. Przyczyn nie podejmuję się doszukiwać. Może to tylko kwestia ego dyskutantów i własnego przekonania o swojej ważności (nie wiem jak inni, ale tak widzę red. Lisa), może różnego rodzaju frustracje wynikające ze zbyt wolnego/szybkiego tempa zmian, a może jeszcze czegoś innego. Zasadniczo nie popieram takiego podejścia, jak zademonstrował Lis, ale jestem w stanie je zrozumieć. Tak jest po prostu łatwiej, szczególnie jeśli ma się ambicje zmieniać świat. No i to, o czym wspomniała czereśnia: jeśli chęć dyskusji jest tylko przykrywką, pod którą kryją się pokłady uprzedzeń, gotowe wyskoczyć przy pierwszej okazji, to raczej trudno mówić o jakiejkolwiek możliwości otwarcia sobie oczu czy dojścia do jakiegokolwiek kompromisu.

    Blablablabla

    OdpowiedzUsuń
  11. i jak tu po tygodniu, kiedy sprawa się rozmyła, zaznaczyć swoje zainteresowanie, hmmm...
    Żal mi Hołowni podwójnie. Po pierwsze, chłopak na prawdę wierzył, że w tak zwanym pluralizmie może w mediach, w telewizji i wysokonakładowej mainstreamowej prasie "dawać świadectwo". Tymczasem okazuje się, że jakby nie kombinował, dla Ciebie czy czereśni wcale nie będzie bardziej akceptowalnym partnerem od Terlikowskiego. Po drugie, żal mi, bo Lis wygarnął mu to, co od dawna mówili prawicowcy: nie ma porozumienia. Media potrzebują liberalnych katolików czy postępowych księży tylko po to, żeby "przyklepywali" ich stanowisko. W razie jakiejś niezgody - wyrzucą brutalnie na pysk. Bez miłosierdzia.

    BTW1: mówicie (sorry za to "wy" - to tylko taki chwyt, żeby nie przekombinować składni zdania - pisze ogólnie o drugiej stronie sporu) o uprzedzeniach skrytych pod udawaną fajnością i niezdolności. A może wy też tacy jesteście? Może zrobiliście taki sprytny myk, że ogłosiliście wasze poglądy luzackim kompromisem i teraz każecie się wszystkim dostosowywać pod groźbą obwołania bucem i wąsaczem. To też wytłumaczenie.

    BTW2: Nie rozumiem tej ekscytacji, jaką lewo-liberalna strona tzw. dyskursu darzy Terlikowskiego. Z waszej perspektywy to misiowaty gościu, którego przerosłą rola, w której się postawił/ postawili go. Jeśli ktokolwiek ma mieć coś na serio do Terlikowskiego, to prawica. Ale o tym już kiedyś wspominałem.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zarozumiałości w Hołowni widzę sporo, choć nie uważam tego za jakąś wielką wadę, za to uprzedzeń raczej nie dostrzegam; zdaje mi się nawet, że ma ich znacznie mniej niż powinien w kontekście sprawy, o którą się stara (umyślnie nie napisałem: walczy). Ale ja nie o tym, bo to ani mój Hołownia, ani moja sprawa, mimo że z zupełnie różnych powodów. Otóż dzięki wypowiedzi Czereśni dokonałem językowego odkrycia, które zmieni moje życie: "równiacha" to bardzo lewicowy komplement. Nigdy na to tak nie patrzyłem, ale inaczej być nie może, to przecież czyste postęp i rewolucja. Pragnę przeto stanowczo oświadczyć, że jestem bardzo nierównym gościem.

    OdpowiedzUsuń
  13. I tak z tej oto dyskusji wyłonił się jakiś morał, co daje nadzieję na przyszłość: skomplementować prawicowca jako "równiachę" to tak, jakby mu zrobić kupę na wycieraczkę i poprosić o papier. Jest to jakaś konkluzja, zatem to nie jest takie jałowe blablabla...
    Zatem jak komplementować nierówniachę? Ziuta: eliciarzu. Może "wybicek", "wybitnik"?

    OdpowiedzUsuń