11.06.2017

269. odliczanie czasu do wakacji. zabawy ludzi wolnych tymczasowo.



To, że coraz częściej dumam o ciepłym brzegu wielkiego jeziora, nie znaczy, że ono tam jest. Nie w sposób, jaki o nim myślę. Może ludzie, którzy się w nim kąpią, wcale nie okazaliby się tak radośni, może ten starszy facet, do którego podorabiałem holiłódzko-hemingłejowskie historie od jednego nań spojrzenia jest zboczeńcem o ponurych myślach? Może za chwilę wybuchnie tam wojna? Bo przecież ciągle wybuchają jakieś wojny wśród tych wszystkich ruin po całej masie minionych imperiów, gdzie groza przemijania rzymskich, bizantyjskich i osmańskich zdobywców miesza się z krwawymi marzeniami tych, którzy nigdy imperium nie byli?

Ale czy to istotne wobec moich wspomnień, choćby i jak najdalej oddalonych od rzeczywistości? Niech świat będzie sobie jakim chce, i tak każdy z nas widzi go inaczej. Ja wspominam chwile, które w znacznym stopniu sobie zmyśliłem. Bo choć naprawdę siedziałem nad brzegiem jeziora wprowadzając redaktorskie poprawki do Niebiańskich Pastwisk (pierwszy, ostatecznie niedoszły redaktor ze wszystkich sił starał się zamordować ten tytuł), choć rzeczywiście było radośnie gorąco - tym rodzajem upału, który nie jest duszny lecz miły, pieszczący a nie męczący - to przecież wszystko inne mogło być zupełnie inaczej. Sączyłem piwo, które w innych okolicznościach mogłoby okazać się paskudne. Być może przynoszący mi je kelner szczerze mnie nienawidził, może pluł do każdej szklanki. Opalającym się na brzegu kobietom mogło być niedobrze od moich spojrzeń, gdy odrywałem na chwilę wzrok od monitora, by uspokoić oczy błękitem jeziora. Facet z łódki, której nie wynająłem mógł uznać mnie za symbol dusigrosza i do dziś może przeklina moje zmyślone przez siebie imię ilekroć w nocy budzi go koszmar o utraconym zarobku. Kto mi zaświadczy, że nie siedziałem pośrodku cyklonu niechęci? 

A jednak, to wszystko nie ma dla mnie znaczenia. Kiedy kumpel z synem pluskali się w jeziorze (największym, jakie widziałem, ale nie tyle świadczy to o ogromie tego zbiornika wodnego o co moim niewielkim doświadczeniu w podziwianiu naprawdę ogromnych jezior), ja marnowałem słoneczny dzień na brzegu. Bo najdłuższą i najbardziej odkręconą redakcję, z jaką do dziś się spotkałem, przyszło mi robić w samym środku wakacji, nad brzegiem jeziora, w knajpce. Było upalnie. W domu czekały na mnie smutki. Nie wiedziałem jeszcze, że media w kraju opisują jak uchodźcy zaczynają szturmować tereny, przez które wędrowałem. Stan konta nie puchł od napływu gotówki. Świat nie stał się rajem choćby na minutę. To była po prostu jeszcze jedna knajpa podczas wakacji. Jezioro wśród wielu innych jezior, piwo, którego smaku ani nazwy tak naprawdę nie pamiętam.

Moje wspomnienia kłamią jak najęte. Jestem im wdzięczny. Bo widzę tam siebie jako człowieka szczęśliwego.

08.05.2017

168. Wenecja. odpowiedź dla Macieja




Proszę bardzo.

Zasuwasz uliczkami tak wąskimi, że ludzie normalnych gabarytów z trudem przeciskają się nimi, a i to wyłącznie dzięki temu, że ostatni posiłek jedli nad Czechami (albo może Austrią, pokrywa chmur pozwala zobaczyć tylko wizerunki Czterech jeźdźców apokalipsy, a i to wyłącznie oczyma wyobraźni). 

Naokoło Ciebie zasuwa tłum – prostopadle do Ciebie, równolegle do Ciebie, a nawet tu i ówdzie oraz tędy i owędy do Ciebie. Wszyscy szemrzą, chichoczą, wydają zrozumiałe (gdy po polsku albo rosyjsku) i niezrozumiałe (w większości innych języków) okrzyki zachwytu albo nie (ale raczej zachwytu). Skręcasz w kolejną uliczkę uginającą przestrzeń i masę, tynk albo gołębie guano sypie się z góry, ale trafia próbującą wyprzedzać Cię Chinkę. Przyczajony chichot, ukryty szloch.

Nie dajesz się porwać nurtowi ludzi, albo dajesz mu się porwać – wszystko jedno. I tak strzałki namalowane na zmurszałych murach rozczapierzają się na absolutnie wszystkie strony wszechświata, a każda twierdzi, że pokazuje drogę do Placu Świętego Marka. 

No to idziesz. Od zapachu pizzy do migotania magnesów, od niedyskretnej woni skórzanych cudeniek sygnowanych logami wartymi miliony do wyszczerzu błyszczącego na ciemnym obliczu kolesia sprzedającego Ci coś, co wygląda identycznie, ale kosztuje grosze. Dużo groszy, owszem, ale jednak groszy. Jego kumpel ciska ci przed stopy różowego gluta. Glut nie chce umierać. Pęcznieje i od tego pęcznienia nabiera nie tylko kulistości, ale zyskuje też oczy i mordę z kreskówki, To jakaś nowa moda, zabawka za niewielką sumę euro, której nie poznasz, bo już uciekasz w kolejną uliczkę ciaśniejszą od cienia. Przemykasz między dwiema cukierniami próbującymi oślepić cię ciastkami we wszystkich kolorach tęczy zalanymi takimi ilościami słodkości, że gdybyś spojrzał na nie o ułamek sekundy dłużej, powypadałyby ci zęby, a dziąsła zgniły i wyemigrowały. Z kościoła grzmi Vivaldi, ale zaraz zagłuszy go akordeonista. W uliczce ciasnej niczym horyzonty polityków splączą się te wszystkie dźwięki w zapasach z szemrzeniem, chichotami i okrzykami uniesień turystów i smutnym a trochę zuchwałym mamrotaniem chłopca, którego połowa twarzy porośnięta jest jakby wilkołaczą sierścią. Ten nie sprzedaje nic, poza okazją do uniesienia się własną litością. Ale potrafi się teleportować, skubany, albo też wszystkie małe placyki powścibiane między plątaniny kanałów po których pływają te czarne trumienne łódki, na których nikt nie śpiewa, zaludniają jego klony.

Znów skręcasz i trafiasz między magnesy i bibeloty, między jubilerskie pyszności rozświetlające niemrawy półmrok uliczki węższej niż ucho igielne, przez które spróbują się przeciskać nadaremno finansiści z łolstrit. Drepczesz przez zaułki, nie wierzysz już strzałkom wskazującym wszystkie kierunki naraz, ale podobno ten sam cel. Ale wszystko Ci jedno. Boisz się zawrócić. 

I nagle, niespodziewanie wyłazisz na piękną przestrzeń. Wielką, jasną. Już wiesz po co lazłeś. Przed tobą światło i szeroka woda. Na lewo, na białych kolumnach litery układają się w słowo: Bosch, a Ty wiesz, że wyjątkowo nie chodzi o reklamę wiertarek, czy jakiegoś innego głośnego sprzętu dla wrogów ciszy i spokoju, ale o coś piękniejszego.

Napierasz powietrza w płuca, robisz krok w stronę światła i widoku i przestrzeni.

I wtedy w sam środek tego wszystkiego wpływa pieprzony transatlantyk, wcale nie piękny jak Titanic, ale przypominający osiedle z PRLu, pływający Kurdwanów. Obsiadł go las ludzi. Oni się gapią, Ty się gapisz, nic nie widzicie.

Ale, rozumiesz, zanim pływające osiedle przesłoniło Ci widok, dostałeś swój moment światła. Mógł Ci się przytrafić gdzie indziej, ale wypadł akurat tutaj. I dla niego akurat warto, tak myślę, przejść przez ten cały labirynt tak zapchany sklepami i turystami, że może umknąć Ci wspaniałość sztuki i historii. Warto podreptać za strzałkami, w cieniach, może bez wiedzy o cudach podczas tego rekonesansu. Bo taki moment światła to dobra rzecz.

03.05.2017

267. dzieci karnawałów



Na konwent przyjeżdżam jak do domu. Dziwnego, niecodziennego domu, pełnego ludzi, których nie widziałem wcześniej na oczy. A jednak czuję się wśród nich znajomo i jakby bezpiecznie.

Konwent, to przestrzeń oswojona.

Być może - muszę poszukać jakiegoś wytłumaczenia - to dlatego, że spotykam tam ludzi, którzy zdają się mnie lubić, a może nawet cenić. Może dlatego, że otrzymuję na konwentach pozór ważności. Biorę udział w panelach, wygłaszam prelekcje. Jestem oznaczany identyfikatorami w kolorach odmiennych, niż ci, którzy muszą kupować wejściówki. 

Na co dzień jestem taki, jak większość z nas. Spędzam powszednie dni w pracy,w której szacunek do kogokolwiek wydaje się być ostatnią z poszukiwanych wartości, a ważniejsze ode mnie są biurka opieczętowane kodami kreskowymi. Gdy kiedyś z takiego biurka zniknęła lampka, poszukiwano jej przez lata. Zniknięcia ludzi przyjmowane są jako coś naturalnego. 

Na co dzień, w powszednie dni, nie rozmawiam z ludźmi, tylko wymieniam informacje, od których wszyscy starają się uciec. Po godzinach, kiedy znalazłby się czas na rozmowę, większość z nas bywa już na nią zbyt zmęczona.

Na konwentach rozmawiamy cały czas, choć, być może na nierealne, abstrakcyjne tematy. Nikt nie odpala excela, by przesuwać w nim liczby wielkiej wagi, za to pojawiają się rozmowy o wartościach bez znaczenia dla komputerów. Ludzie nie ubierają garniturów, lecz wielobarwne stroje. Podczas konwentów rzadko czuję się głodny, a ile bym nie zjadł nie mam wrażenia ciężkości. Bez względu na ilość wypitego alkoholu budzę się rześki.

W powszednie dni potrafi zamęczyć mnie kacem butelka mineralnej wypitej wieczorem.

Nie da się od tego uciec - jestem dzieckiem karnawału. Boję się, że nie tylko ja. Nie cierpię, gdy ludzie w pracy wzdychają do "piątunia", ale to przecież świadczy o tym, żeśmy tacy sami. Tylko podczas karnawałów oddychamy. Tylko w tych odwróconych świętych czasach, w królestwach głupców, gdy powszednie reguły podlegają wywróceniu na nice, czujemy się bezpieczni. Jeśli dotyczy to tylko mnie, to jak to o mnie świadczy? A jeśli dotyczy to większości z nas? Wszystkich?

Piszę o tym po powrocie z Pyrkonu, gdy ochronna otoczka wspomnień karnawału zaczyna pękać, ustępować przed parszywością pewności jutrzejszego, powszedniego przebudzenia. Piszę to trzeciego maja, gdy ludzie podobno, świętują Konstytucję, o której na co dzień nie pamiętają, albo którą może nawet gardzą, jak wszystkim, co ma coś wspólnego z państwem. Jacyś szczęściarze nawet nie zauważą tego dnia, bo będzie środkiem ich długiego weekendu. Tych dni ucieczki od tego, czym nie jesteśmy, lecz czym musimy być przez większą część roku.

obrazek: Couleur, pixabay, CC0 Public Domain

18.04.2017

266. niby podróż



Prawie nie zauważyłem jak znalazłem się przy stoliku z grupą mężczyzn w garniturach.

Facet naprzeciwko mnie: zadbany, młody, pełen werwy, z lampką koniaku w dłoni. Skupił na sobie uwagę wszystkich przy stoliku, bo opowiadał o rzeczach, o których chcieliśmy słuchać. Przerywał, by co jakiś czas wołać na kelnerkę: "diewoćka!". Pierwszy taki okrzyk zdziwił mnie. Pomyślałem: "u nas by chyba nie przeszło. Nikt nie zawołałby na kelnerkę: "Hej, dziewczyno!". Ale kto wie?

Mówił o okazjach. Uśmiechał się. Poklepywał po plecach kumpla, zapewniając, że ten to dopiero swój chłop. Obu zdarzyło się uśmiechnąć, że kiedyś to razem takie rzeczy wyrabiali...! 

"Tu jest kraj okazji" - oznajmił. - "Trzeba uważać, sprawdzać ludzi, którzy się do was zgłaszają. To nie wypada drogo: za pięćdziesiąt, sto euro, znajdzie się agencja, która dokładnie sprawdzi firmę, z którą nawiązaliście kontakt. Warto wydać te pieniądze, bo trafiają się naciągacze."

Po trzecim koniaku oznajmił, że czas już na niego. Ale nie puściliśmy go, bo wtedy właśnie zaczęło się robić ciekawie. Przy czwartym koniaku zaczął bowiem mówić o strzelaninach i gangach. Od razu zastrzegł, że obcokrajowcom nic nie grozi. Nawet gangsterzy nie chcą ich zniechęcać do przywożenia tu kasy. "U nas, w kraju, ludzie myślą logicznie."

W końcu zapytałem, czy zamierza tu zostać. "Mówisz: "u nas", "nasz kraj". Masz tu żonę i dziecko. Ale przecież urodziłeś się w Polsce. Zamierzasz zostać tu na zawsze?"

Nie musiał zastanawiać się długo.
"Jak tylko córka dorośnie na tyle, żeby iść do szkoły, wracam. Zrozum, kocham ten kraj jak swój własny. Ale chcę, żeby dorastała gdzieś, gdzie będzie miała większe szanse."

Zgodnie z jego zapewnieniem nikt do nas nie strzelał. Najbardziej dokuczliwi okazali się właściciele rasowych gołębi ganiający za nami po historycznie naznaczonych miejscach. Oni oraz korki. Na trzy pasma szerokich ulic, po których szybcy i wściekli mogliby urządzać dzikie wyścigi nanizane ciągnęły do rana do wieczora paciorki ciężarówek poprzetykane drobnymi ozdobnikami samochodów osobowych i żółtych busów. Wszystko to w oceanie betonu falującym czasem aż ku trzydziesto pięcio metrowym potworom w kolorze brudnego różu. Poprzetykano je dużymi parkami, gdzieniegdzie iskrzyły świątynne kopuły. Ludzie miotali się między tym wszystkim zupełnie zwyczajnie. Na placach ustawiano budy z żarciem dla turystów. Reklamowała się jakaś pizzeria. Okrągła tleniona blondyna o policzkach napastowanych różem udawała, że jej kantor nie przyjmuje eurasów. Jakiś facet, który nie zdołał posadzić gołębia na mojej dłoni, zapewniał mnie, że jego pasją jest kolekcjonowanie złotówek. 

Wśród magnesów z ikonami maryjnymi znalazłem i naszą, częstochowską. Kusiło mnie, by zapytać o nią którąś z kobiecin w chustach, ale nie znalazłem dość śmiałości. Jeszcze by mi ją sprzedały. Na pewno nie potrafiłbym odmówić. Nie w tych zacienionych świątyniach, na których ścianach wojownicy z chwalebnej historii mieszali się ze świętymi. Nie wśród wielkookich dziewczyn o zasłanianych na różne sposoby włosach modlących się cicho, wśród mężczyzn przytulających usta i czoła do ikon. Nie, gdy inne kobieciny zeskrobywały wosk z podłóg poddających się tym pieszczotom od ponad tysiąca lat. Kupiłbym wszystko - i magnesy i kubek tak pomaziany złotą farbą, że aż zęby bolały od samego patrzenia i pewnie nawet jedną z długich świec. A może i nastroszona palmę, bo to był akurat czas palm.

Na lotnisku sprawdzili, czy nie jestem terrorystą. Nawet to nie wydało mi się egzotyczne.

Prawie nie zauważyłem, jak stamtąd wyjechałem.

(obrazek z pixabay/katesib0/ CC0 Public Domain )

02.03.2017

265. ...i ty też




Kiedy Piętaszek po raz pierwszy odnalazł Robinsona, ten dreptał ciężko plażą przygarbiony pod ciężarem nadziei. Fale przyboju podszczypywały go w nos prawie dotykający piasku. Mężczyzna w futrze owiniętym wokół miejsc, którym przydałoby się nieco chłodu i odsłaniającym te, które należałoby lepiej chronić przed słońcem, zrobił na Piętaszku przygnębiające wrażenie.

Później, gdy obaj nauczyli się porozumiewać na tyle dobrze, by zrozumieć inne słowa niż tylko: „głodny”, Piętaszek dowiedział się, że pomylił się podczas pierwszego spotkania z Robinsonem. Owego dnia Robinson nie był zmartwiony lecz szczęśliwy. Śledził ślady ludzkich stóp odbitych na piasku i pod nosem przyprószonym morską pianą mamrotał hymny na ich cześć.

Lecz tego samego dnia Piętaszek pojął coś jeszcze. I przeżył zapewne to samo zdziwienie, które stało się udziałem Sancho Pansy bądź hobbita o imieniu Sam.

 Świat nie kręcił się wokół nich, lecz wokół ich panów.

To dość podobne sytuacje: Piętaszek przyglądający się Robinsonowi drepczącemu po plaży, Sam spoglądający na zmordowanego Froda i Sancho starający się nie przenikać zamysłów Don Kichota. Przypomniałem sobie ich wszystkich, gdy czytałem książkę Tony Andersona, „Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji”. Anderson, choć Anglik, nie puszy się, przeciwnie, zdarza mu się pochylać głowę w pokorze. Nie ustaje w zachwycie nad przyrodą i historią, w zdumieniu nad tragediami niesionymi przez politykę i w ciekawości i zafascynowaniu podczas spotkań z ludźmi. A w tle wszystkich tych uniesień ma swego Chrisa (Sama, Piętaszka, Sancho).

Anderson podziwia, rozmawia, przeżywa. Bywa, że dopadają go trudy, zostaje obrabowany i pocieszony. Pije alkohol zabarwiony narkotykiem, milknie onieśmielony ruinami kościoła wzniesionego przed tysiącem lat na skale. Gdzieś, z boku czasem pojawia się Chris, który zwykle fotografuje coś albo śpi. Od czasu do czasu rzuca jakiś celny komentarz. Służy Andersonowi jako ktoś oferujący mu szansę na zdobycie chwili oddechu od trudów i cudów. Pojawia się, by przypomnieć o świecie rzeczywistym. Gdy zniknie (bo czas już na niego), Andersonowi zrobi się tak nieswojo, że cofnie czas, porzuci na cały rozdział Gruzję, by opowiedzieć, jak kiedyś wędrowali ku niej z Chrisem przez inne kraje.

To, jak zwykle u mnie, nic nowego. Małe egocentryczne odkrycie oczywistości. Gdy wędruję z przyjaciółmi świat kręci się wokół mnie. Spisuję czasem notatki. Bywam w nich sam albo z kimś. Ale czy zasuwam z Tomkiem przez Belgrad, czy z Rorem przez Macedonię bądź Albanię, znajduję się w centrum wydarzeń; to ja przeżywam, zachwycam się, odczuwam czasem nieco trudu, piję wino bądź piwo niezaprawiane narkotykiem. Moi przyjaciele krążą w pobliżu, ważni, ale w opisach obecni anegdotycznie. Musiałem ujrzeć jak Chris wędruje w cieniu Tony'ego, by to dostrzec.

To oczywiste, naturalne. Ale nieprawdziwe.

Nie jesteśmy Frodami, Robinsonami bądź Don Kichotami. Świat nie kręci się wokół nas, w każdym razie nie poza zasięgiem naszych notatek. Tak naprawdę Tony to Chris, Robinson to Piętaszek. Dziwni, zagubieni wędrowcy do końca nie pojmujący świat. Jesteśmy towarzyszami podróży innych. W najlepszym przypadku, bo bywamy też adwersarzami herosów, czarnoksiężnikami bądź smokami, z łap których szlachetni rycerze muszą odbijać księżniczki. Kiedy Roro nurkuje wzrokiem w mapy, widząc w nich urlopową przyszłość, towarzyszę mu w niej obecny prawem Sancho Pansy. Ale i Roro bądź Tomek staną się dla mnie Piętaszkami, gdy już znajdziemy się w drodze.

Ale żaden z nas nie zostaje i nie zostanie Frodem.

Jeśli dopisuje nam szczęście i w naszych podróżach, czy to po egzotycznych krainach, czy też od poniedziałku do poniedziałku, zyskujemy towarzyszy wędrówki, to nie jesteśmy ich Frodami i Robinsonami, cokolwiek nam się wydaje. Jesteśmy bandą towarzyszących sobie nawzajem Samów, zwykle nieświadomych swojej roli. Postrzegających innych jako dodatki. Może jeśli oswoimy sobie naszą niewyjątkową sanchopansowość łatwiej będzie się nam nie złościć na innych Sanchów? Świat pełen Frodów i Robinsonów jest, jak sądzę, trudniejszy do zniesienia.

Oczywiście, trafiają się czasem osobniki wybitne. Ludzie niesieni rzeczywistą, albo wyimaginowaną charyzmą. My, Samowie, nie powinniśmy czuć się z tego powodu źle.

Bo tak naprawdę, przy wszystkich swoich wielkościach i czynach, stanowią oni tło dla milionów Piętaszków.


obraz: Hottemax/Pixabay/CC0 Public Domain

02.11.2016

264. nie ma świata, idzie wojna?

Czytam sobie do śniadań "Wojnę i Pokój", zalewie po raz trzeci albo czwarty. I jak zwykle uderza mnie to, jak Tołstoj ukazuje tych wszystkich podłych Rosjan dławiących nas bagnetami i tyranią, taplających się w naszej krwi, pożerających nasze ciała, szykujących się do kolejnej wojny, w której dołożyli wszelkich starań, by odebrać nam naszą nadzieję na niepodległość, tych pełnej złości satrapów, sadystów pełnych nienawiści, te hordy nienasyconych kanibali - jako ludzi dobrych. Czasem małych, czasem słabych, czasem złośliwych, ale zawsze z odrobiną przynajmniej dobroci wyglądającej przez te wszystkie krynoliny, etykiety i inne drobiazgi, które potrafią czyni nasze życie nieznośnym a nas upadlać. Oczywiście, siła Tołstoja leży w tym, że oni wszyscy przestali być po prostu Rosjanami, stali się uniwersalną ludzkością, która stara się żyć. I jeśli tak na nich spojrzę, to mogę zapomnieć o tej nienawiści do nas i widzieć tylko ludzi, którzy tak naprawdę są, lub mogą być, lub starają się być ludźmi dobrymi. 

Czytam sobie, by przygotować się na nowego Szostaka, "Odyseję". Też nie pierwszy chyba raz, ale trudno mi to określić, bo ileś tam razy czytałem ją sobie we fragmentach, opracowaniach, interpretacjach, gąszczach tłumaczeń. No, ale czytam. Konfrontacja Tołstoja i Homera sama do mnie przychodzi. Objawia się najpierw myślą, że w przeciwieństwie do Tołstoja Homer nie stara się opowiadać o ludziach dobrych. Potem myślę, że nie, że nie mogę przykładać do siebie szlachetności, tak jak je rozumiano dwieście lat temu w Rosji i tak, jak ją rozumiano hen, w mitycznej Grecji. A trzecia myśl, trochę szydercza, mówi, że mogę wszystko, jeśli tylko potrafię się usprawiedliwić. 

I myślę, że bohaterowie Homera jednak nie starają się być ludźmi dobrymi, jakkolwiek byśmy tej dobroci nie definiowali, a Homer nie próbuje ich tak przedstawiać. Nie drwi z nich równie okrutnie jak Szekspir w "Troilusie i Kresydzie", ale pokazuje ich jako ludzi wątpiących (to jak Tołstoj, u którego pozbawionymi wątpliwości, choć nie obaw i lęków, są chyba tylko kobiety i młodzieńcy), lecz do końca wiernych zasadom świata, po którym chadzają bogowie. A dobroć nie należy do cnót tamtego świata.

Leży i czeka na mnie na półce nowy Twardoch, którego tylko napocząłem i zaraz odłożyłem ze strachem, bo wystarczyło mi kilkanaście stron lektury, by zrozumieć, że niełatwo mi się będzie od niej oderwać. A zbyt wiele mam teraz na głowie własnego pisania, bym się angażował w cudze 

            - wiem jak to brzmi, po tym, jak zasiedziałem się nad Tołstojem i Homerem, ale 
               lektura znanych już sobie książek jest inna, bywał mniej angażująca, jeśli się
               jest na nią gotowym; znaną już powieść można przerwać w dowolnym momencie,
               a ona się o to nie obrazi, można zresztą czytać takie powieści nieco instrumentalnie,
               albo wręcz terapeutycznie, przecież podczytuję teraz  "Koniokrady" Faulknera za
               każdym razem, nim siądę do pisania takiej jednej historii, ale trzymam pod ręką
               "Cień w ukryciu" Cooka dla odpoczynku, cały czas kusi mnie, by przeczytać jeszcze
              raz dla przyjemności, "Formy Chaosu"Kappa", więc wszystkie te powieści, do których
              powracam, nie niosą tego niebezpieczeństwa, co powieść nowa -

Do tego boję się, że zastanę u Twardocha tych samych bohaterów, których często u niego zastaję: wyobcowanych i dzikich.

Dobrze byłoby teraz machnąć jakieś podsumowanie, żeby ten wpis nie był tylko sumą: ochoty, by coś tu wpisać po dwóch miesiącach ciszy, chwili ochoty oraz znalezienia pretekstu. Dałoby się pewnie ułożyć jakąś pewność albo pytanie; zdziwić się, że Homer pisał o ludziach zjednoczonych ze światem, okrutnym i niesprawiedliwym, ale mieszczącym się w jakichś regułach i pozostawiającym nieco szans dla śmiałych mężów, Tołstoj o ludziach dobrych a Twardoch o wyobcowanych. Albo, że Homer i Tołstoj czasem podłości swoich bohaterów ukrywali, bądź usprawiedliwiali (bądźmy szczerzy, Odys, mierzony naszymi standardami, to kawał sukinsyna), a Twardoch się tych podłości nie boi. Albo może, gdybym wykazał  się odpowiednim uporem, znalazłbym jakieś literackie prawo, silne niczym twierdzenia fizyków.

Ale, z jakichś powodów, telepie mi się w głowie ta jedna myśl: "wyobcowanie". Herosi Homera, jak bardzo samotnymi byśmy ich nie widzieli dziś, należeli do swego mitycznego świata. Dobrzy ludzie "Wojny i Pokoju" istnieli w swoich salonach i pałacach, nawet jeśli się w nich nie mieścili i z ulgą uciekali na wieś, lub na wojnę (wiem, jest "Anna Karenina" o tej słabej trzpiotce, która niszczy życie wszystkim wokół siebie i jeszcze gorszym od niej egotycznym pawiu, z których kino zrobiło tragicznych kochanków prawie na miarę Romea i Julii, jakby nie zauważając, że miłość tych od Szekspira ma jednoczyć, podczas gdy romans tych od Tołstoja to totalny rozpizd w imię pogardy dla wszystkich, którzy nie są nimi, ale w "Annie Kareninie" nie ma ludzi wyobcowanych tak, jakby owo wyobcowanie stanowiło sens ich istnienia, jest idiotka, która wyobcowuje się sama i drań, który ją do tego porywa, a potem porzuca - on akurat idealnie mieści się w tamtym świecie). Ale Twardoch - i przecież nie tylko on - pisze o ludziach, dla których wyobcowanie jest doświadczeniem  fundamentalnym, niemal konstruuje ich istnienie.

Więc może zgubiliśmy świat? Odys, Hektor - doskonale wiedzą gdzie żyją i pasują do swego świata. Bołkońscy i Rostowowie takoż, nawet jeśli czasem czują się obco na salonach, mają dokąd uciec, także w ramach swojej zastanej i poukładanej rzeczywistości. Ale bohaterów Twardocha często łączy wstręt wobec świata, tak jak bohaterów Szostaka zagubienie w nim i zdziwienie nim, a bohaterów Orbitowskiego trwoga wobec niego (chyba trochę uogólniam i podpinam pod tezę, bo tak ładniej to mi się układa). Mamy szukać dalej? Ta nieprawdopodobna łajza, bohaterka "Ciemno, prawie noc" Bator światem wyłącznie gardzi. Niby w jej umyśle istnieje jakaś rzeczywistość godna cieplejszych uczuć, ale wydaje mi się ona wytworem jej wyobraźni. Bohaterowie Małeckiego też nigdy nie pasują do świata. Jeden Radek Rak zdaje się stąpać nieco inną ścieżką, ale nie jestem pewien, czy na pewno. Bo on chyba pisze między innymi o ludziach, którzy rozpaczliwie chcieliby do świata pasować, ale niekoniecznie potrafią. Orbitowskiemu też się to zdarza ostatnio, albo ostatnio to ja zacząłem u niego zauważać.

Może więc zgubiliśmy świat? Tę rzeczywistość, która byłaby dla nas poniekąd oswojona, przynajmniej pod względem reguł. Może nawet dziką, ale jednak taką, do której przynależymy. To byłoby dziwne, bo przecież żyjemy w rzeczywistości supercywilizowanej. Wszystko ma w niej swoje miejsce, a my staramy się być grzeczni i poukładani. A tymczasem znaczna część literatury wokół której się kręcę zdaje się głosić, wyobcowanie i poczucie uwięzienia w świecie, który nie tylko do nas nie należy, ale do którego my nie przynależymy. Jakbyśmy nie chcieli tej dostatniości, której zresztą nie rozumiemy i którą odnajdujemy jako obcą. A takie poczucie uwięzienia i wyobcowania - czy nie prowadzi do buntu?

Czy Szostak, Twardoch,  Orbitowski, Małecki, Rak, ale też Tokarczuk (jej bohaterowie zdają mi się na tym tle podobni do bohaterów Raka), ta nieszczęsna Batori nie robią tego samego, co politolodzy socjologowie i im podobni? Czy nie wieszczą jakiegoś wielkiego bum?

Nie o takim podsumowaniu myślałem zaczynając pisać, gdy tak naprawdę, sądziłem, że obejdzie się bez jakiegokolwiek podsumowania.


05.09.2016

263. bez słońca

Najpierw drze się pies. Albo nie. Najpierw ten sam taksówkarz, co zwykle (jak okazuje się po raz trzeci) pyta: "a, pod te drzwi?". Potem rozmawiacie o podróżach, a on rzuca: "no niestety, nie chce być inaczej, znowu dwadzieścia dziewięć", potem drze się pies, potem miejsca w mieszkaniu brakuje na rzeczy z walizki, większej wewnątrz niż na zewnątrz. Łyk piwa. Spacer do Żabki, żeby nakarmić lodówkę. Spacer do restauracji, żeby odkryć jak artystycznie potrafią tam układać puste przystawki. Na szczęście pełne danie jest pyszne i syte, choć znów okazuje się, że krewetki smakują lepiej w kraju, w którym mieszkają.

Później dwaj kumple, jeden, który wrócił z nieco dalsza i drugi, który wrócił prawie że zza miedzy, spędzają, jak zwykle, miłe chwile podsumowując ostatni weekend. Wieczór konsumpcyjnie składa się z: czeskiego wina, macedońskiego wina, serbskiej śliwowicy, czeskiego piwa oraz sera dorastającego przez rok i opowieści.

Odkrywają, że to już prawie jesień. Próbują odgadnąć jakie zwierzę hałasuje w krzakach za ich plecami. Kumpel obstawia jeża i chyba ma rację. Opowiadają sobie w zabawny sposób o swoich przygodach.

Potem pożegnanie, serdeczne, wesołe.

Aż wreszcie trzeba wracać do domu, rozścielić łóżko, położyć się w nim i zaraz wstać, by napisać to wszystko, co powyżej, byście zrozumieli, jak dziwne jest to, że właśnie, po raz pierwszy w życiu, poczułem się tak bardzo obco we własnym łóżku.