21.08.2018

281. panna młoda




Ponieważ lubię się przechwalać (ale nie chwalę się tą słabością zbyt często) rozpocznę ten wpis następująco: dawno, dawno temu, czyli przed mniej więcej dwoma laty, udało mi się odnieść jeden z drobnych ale satysfakcjonujących sukcesów, czyli przedstawić Kubie Małeckiemu swój zachwyt prozą Alessandro Baricco. Siedzieliśmy bodaj w Lublinie na imprezie zorganizowanej jak mi się wydaje przez Kosików, a Kuba pozwalał mi gadać i gadać, więc gadałem i gadałem. A po miesiącu albo dwóch dostałem od niego wiadomość, że ten Baricco to rzeczywiście coś wspaniałego.

Zrewanżował mi się całkiem niedawno podsyłając informację, że ukazała się w Polsce nowa powieść Baricco: Panna Młoda. "Trochę w stylu Szostaka" dodał, gdy przyznałem, że jeszcze jej nie czytałem, ba, pojęcia nie miałem, że wyszła. Kupiłem natychmiast, ale do przeczytania zbierałem się przez czas jakiś. Uznałem, że najpierw przypomnę sobie moje ulubione: City i Ocean Morze, od których znajomość zaczynałem. Dość dawno temu, jak uświadomiłem sobie sprawdzając daty polskiego wydania. Ożesz... Siwych włosów przybyło mi od samego tego uświadomienia.

Pozwlekałem więc trochę, potem dałem się ponieść taniemu efekciarstwu i zabrałem Pannę Młodą do Włoch. Następnie upadłem w tanie efekciarstwo najniżej jak się da i przeczytałem powieść pewnego poranka przechodzącego w przedpołudnie, siedząc w ogrodzie chwilowo własnej willi. Nade mną darły się papugi (te zielone furiatki, które podobno można już spotkać w Nowej Hucie), naokoło mnie łaziła armia mrówek, w domu spali zmęczeni wydarzeniami wieczora kumple. Otrzymałem od nich więcej czasu niż się spodziewałem i przeczytałem powieść w całości, a nawet niemal do cna, bo wracałem do niektórych fragmentów.


Rzeczywiście, zaczyna się jak Chochoły Szostaka. Jest rodzina i jej dom, albo dom i jego rodzina. Wędrujemy przez nich wiedzeni spojrzeniem osoby niewidzialnej, muskamy niezwykłości i dziwactwa, a potem dowiadujemy się o Synu. Którego nie ma. "No nie!" - mruknąłbym, gdybym miał zwyczaj mruczeć podczas lektury (czasem klnę, czasem się śmieję, nigdy nie mruczę) - "Baricco splagiatował Szostaka!". 

Na szczęście nie. Co nie znaczy, że powieść nie jest "trochę w stylu Szostaka". Da się dostrzec kilka podobieństw. Ale Baricco idzie własną drogą i snuje własną opowieść, w której - jak to często zdarza się temu pisarzowi - nic nie staje się oczywiste i zwyczajne w miarę jak czytelnik zatraca się w lekturze. Narratorzy potrafią się tu zmieniać wpół zdania, a wraz z nimi perspektywy. Opowieści wytryskują z siebie nawzajem, plączą się wraz ze splatanymi czasami i przyczynami. Wszystko, co dziwne ma swoje uzasadnienie, wszystko co poukładane ma swoją dziwność. Niespodzianki wyrastają jak poziomki po deszczu, a powieść co chwila okazuje się czymś innym, niż się nam wydawało (czyli, jak zwykle u Baricco). Jest w niej miejsce i na ciepły humor i na ironię i na okrucieństwo. I na wiele erotyki, więcej niż bym przypuszczał. Że akurat dwa dni wcześniej wydałem absurdalnie eurasy na prześlicznie wydanych Borgiów Jodorowsky'ego i Manary (absurdalnie, bo nie znam włoskiego), to mi się przez tę dawkę erotyki Włoch Manara zmieszał z Włochem Baricco, a całe Włochy nabrały nadspodziewanie pieprznego posmaku. Erotyka Baricco jest fascynująca, bo bezpośrednia i niewinna równocześnie, nie tak bezczelna jak Manary i nie zawsze kusicielska. Mniej w niej humoru, więcej przypowieści; posmak mitu krąży na peryferiach naszych odczuć, gdy Baricco prowadzi nas przez sypialnie i lunapary.


Baricco, jak to on, ma talent do zaskakiwania zdaniami i metaforami. Nad częścią z nich nie da się przejść obojętnie, można powracać do nich jak do osobnych historii. Snuje w jednej opowieści kilka innych, splata je i nie splata, buduje własny świat obdarzony niezwyczajnym i niespotykanym w realnym świecie porządkiem, w którym wszystko ma sens, a ludzie, często całkiem świadomie, stają się bohaterami opowieści i nie tylko wierzą w swoje w niej miejsca ale i poddają im się. Momentami dom bohaterów a także ich podporządkowanie starannie wypracowanym zasadom, jak również lęk przed nocą przypominały mi Tytusa Groana Mervyna Peake'a (co interesujące, zapewne wyłącznie mnie, nie pamiętam, bym miał podobne skojarzenia przy lekturze Chochołów). Baricco pisze lżej niż Peake, zwięźlej, jego opowieściom nie potrzeba bardzo wielu słów. W Tytusie... można utonąć (z przyjemnością), podróż przezeń, choć fantastyczna, bywa mozolna. Stylistycznie Panna Młoda ma wagę pierza, spaceru wzdłuż strumienia, nie znużymy się nawet gdy odkryjemy, że zmienił się on w rzekę, gdy nie patrzyliśmy na całość skacząc poprzez wątki.

Około południa zamknąłem książkę, postanawiając, że postawię ją na półce w salonie (zmienionym przez naszą pospieszność w bagażownię) obok jakiegoś taniego rosyjskiego kryminału, pozostawionego przez poprzedniego lokatora. Spodobał mi się pomysł obdarowywania gospodyń powieściami w językach, których nie rozumieją. Ostatecznie jednak okazałem się krakowskim centusiem i książkę zabrałem ze sobą. Może naprawię błąd, jeśli tam jeszcze wrócę? Do książki i do willi.


PS. Jeszcze niedawniej temu, niż odbyła się nasza rozmowa z Kubą Małeckim, spotkaliśmy się z Kubą Nowakiem w Poznaniu. "Czytałem świetną książkę" - oznajmił. - "Kuba Małecki mi ją polecił. Nosi tytuł City."

15.04.2018

280. oswajani



Ilekroć zbierałem się, by napisać coś o marcowym wypadzie do Istambułu i zastanawiałem się jak ugryźć ten temat, przed oczami stawał mi Mostar. Nie cały, nawet nie ten znany z pocztówek czy ogromnej fototapety ozdabiającej ścianę, pod którą przysiedliśmy z Rorem w jedynej knajpie w okolicy, o której wiedzieliśmy na pewno, że leją tam piwo, prowadzonej przez Bośniaka około sześćdziesiątki. Pisząc krótko: nie Mostar ukazany jako widok na kamienny most, spienioną rzekę wiele metrów pod nim i pamiętające średniowiecze kamieniczki poprzyklejane do skalnych ścian i siebie nawzajem, szczerzące dziesiątki balkoników i ogródeczków restauracyjnych. Nie, Mostar, który wyskakiwał mi z pamięci ilekroć zastanawiałem się, co by tu napisać o tygodniowym wypadzie do Istambułu, to była ta ciemniejąca uliczka, na której zasiedliśmy z Wanatem ot tak, na jedno wieczorne piwo, gdy Roro zdychał w gorącym pokoju z powodu zatrucia arbuzem. Kupili ten arbuz  podczas męczącej podróży przez Bośnię przypominającą tego dnia wnętrze stosu atomowego: rozświetloną jak cholera i gorącą jak cholera. Ja przysypiałem na tylnym siedzeniu, oni coś tam gaworzyli z przodu i nagle wypatrzyli sprzedawcę arbuzów z boku drogi. Zjechali, zahamowali, pobiegli rozentuzjazmowani jak dzieci, zjedli po kawałku pełnym wody i słodkim i dokupili wielką ciężką kulę, która nie chciała się potem zmieścić w mini lodówce. Bo gorętszy od pieca pokój, w którym mieliśmy przenocować, a do którego dotarliśmy przez uliczki gorsze od labiryntu, bo nie dość, że pozakręcane i wąskie, pełne zakazów i nakazów zakrętów,  to jeszcze strome, ten pokój miał tylko mini lodówkę, do której mieściły się z trudem nie więcej niż cztery butelki piwa, a wielki arbuz nie wszedłby do niej nawet w strzępach.



Tak więc Roro zdychał w pokoiku, w którym go zostawiliśmy by najpierw spróbować zwiedzić Mostar, zjeść obiad w ogródku tuż nad rzeką i wrócić po Rora. Ale on wciąż żył i wciąż umierał,  więc wyskoczyliśmy na jedno wieczorne piwo, przysiedliśmy przy stoliczku na ulicy, którą powoli przestawali chodzić turyści (tym bardziej, że nie była to jedna z tych najgłówniejszych turystycznie ulic) i gapiliśmy się na dziewczyny. Upał już zniknął ustępując wieczornemu gorącu. Zrobiło się ciemno i miasto - nie wystawa dla turystów - zaczęło ożywiać. A to oznaczało, że setki, a może nawet i tysiące dziewcząt, którym ani w głowie było przesłaniać twarze i ukrywać włosy (Mostar to nie Sarajewo), wyległy na ulice by powędrować nimi w poszukiwaniu zabawy. Gorąco nie pozwalało im okrywać się szczelnie, a moda nakazywała oblepiać skąpe letnie stroje czymkolwiek błyszczącym. Iskrzyły więc odbiciami świateł latarni, sklepowych witryn, jakiegoś bladoczerwonego neonu a może i nawet jaśniejących od ich widoku spojrzeń Wanata, moich i sześćdziesięcioletnich kumpli właściciela knajpy. Szczebiotały, pokrzykiwały, kołysały się na kolorowych butach, a jakże - błyszczących. Wyglądało na to, że w tych właśnie chwilach czuły się jeśli nie szczęśliwe, to przynajmniej zadowolone. Dokładnie tak samo jak my dwaj.



Wielka fototapeta w knajpie z dala od centrum Istambułu nie pokazywała tych dziewcząt, mogłem za to z łatwością odnaleźć na niej stolik, przy którym siedzieliśmy z Wanatem, gdy Roro konał od zatrucia. Wypiliśmy piwo, drugie, trzecie aż uznaliśmy, że napatrzyliśmy się tej części miasta, do której wybraliśmy się, by przekonać się: "dokąd zawiezie nas tramwaj jadący w tamtą stronę".  Okazało się, że zawiózł nas do mniej turystycznej części tego gigantycznego bazaru, jakim jest Istambuł, gdzie twarze przechodniów były ciut ciemniejsze, częściej dało się słyszeć arabskie nawoływania, a ceny okazały się zdecydowanie niższe, tak w knajpach jak i kantorach. Nie zapuściliśmy się w  nią głęboko, wystarczała nam ta pierwsza znaleziona jadłodajnia z piwem.



Wieczorami snuliśmy się po knajpach z czasem nabywając umiejętności ignorowania naganiaczy, którym zdarzało się rozpoznawać nasze gęby, w związku z czym zagadywali do nas niczym do starych znajomych. Zapadaliśmy w jednej wybranej, albo wędrowaliśmy od jednej do drugiej, w zależności od dzielnicy. W tej położonej najbliżej najcenniejszych zabytków poczuliśmy się drugiego dnia na tyle pewnie, by skręcić z prostego szlaku i poleźć bocznymi uliczkami, przy których gziły się i biły koty w cieniu rozpadających się porzuconych domów z drewna a zdarzało się, że i kury wyłaziły z podwórek. Z grubsza tylko orientowaliśmy się mniej więcej gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Szliśmy, pstrykaliśmy zdjęcia i jeśli jeden z nas poczuł niepokój, że zapędzimy się za daleko, drugi natychmiast go gasił. Tego akurat dnia siąpiło, to dogasały przedpołudniowe deszcze. I właśnie podczas tego spaceru pomyślałem, że  miejsca oswajają nas sobie. 



Przywykamy do nich mimochodem. To, co jeszcze dzień wcześniej mogło się nam wydawać niezwykłe, może nawet i egzotyczne, staje się znajome. My przestajemy być obcy dla tych kur i kotów a uliczki kładą nam się pod stopy prawie przyjaźnie, z pewną poufałością charakterystyczną dla ludzi i miejsc, którzy przeżyli już parę wspólnych spacerów. Zaułki już nas nie onieśmielają. Nawet jeśli wchodzimy w nie tak naprawdę po raz pierwszy w życiu, wydają nam się powszedniejsze niż przedtem i wstępujemy w nie bez lęku, czy nawet oczekiwania niezwykłości. I to nie my czynimy sobie ziemię poddaną, to nie my podporządowujemy sobie te wszystkie miasta, ale one nas oswajają. Przenikają nas, nakładają na nas swoje cienie i mapy aż tak bardzo przesiąkniemy nimi, że to inne miejsca będą wydawać się nam obce. Rzymianie zgreczeli oswojeni przez kulturę spod znaku Aten, a barbarzyńcy, którzy przybyli spustoszyć Rzym porzymieniali od samego chodzenia po ulicach splądrowanego ale wciąż wiecznego miasta. To, co miało być niezwykłe bądź barbarzyńskie stało się swojskie. Ale to nie oni podbili owe miasta pożarte przez dekadencję, lecz zostali przez nie pochłonięci.



Dlatego Turcy nie tracili czasu na przesadne demolowanie zdobytego Konstantynopola. Pododawali do cerkwi trochę minaretów, powywieszali znaki swojej wiary i zaczęli budować domy opierające się o bizantyjskie mury. Po blisko pięciuset latach nadal to robią i całkiem nowe kamienice wyrastają obok tych starszych, porzuconych i ruiniejących (w tym mieście najwyraźniej nie wyburza się domów, tylko je porzuca), tuląc się do murów wznoszonych jeszcze w czasach Bizancjum. Miasto oswoiło swoich zdobywców. Nas też zaczęło.Wprawdzie przenosiliśmy się z dzielnicy do dzielnicy, a każda była inna, i zawsze czuliśmy się gośćmi. Roro powtarzał, że choć chce tu wrócić, nie mógłby tu raczej zamieszkać. Jednak przecież poszczególne fragmenty Istambułu (bo nie całe miasto, jest na to zbyt wielkie) stopniowo nas sobie oswajały. I tak chyba jest - to nie my zdobywamy miejsca, ale one nas. Wiem, że przerabiamy krajobrazy, zmieniamy biegi rzek i kształty gór. Wycinamy lasy pod domy i autostrady. Ale koniec końców liczy się miejsce. 



Najpierw przestajemy się dziwić odmienności ulic, potem przywykamy do watah psów śpiących na nich całymi dniami i kotów przyglądających nam się z dystansem ze śmietnika (nie potrafię pozbyć się wrażenia, że oberwałoby nam się gdybyśmy spróbowali podejść, to były właśnie takie spojrzenia, coś koło ośmiu kocich spojrzeń: "tolerujemy cię tu, ale tylko podejdź a koniec taryfy ulgowej"), później okazuje się, że dysponujemy indywidualnymi mapami szlaków, którymi chodzimy i potrafimy nanosić na nie topografię wspomnień. Koniec końców należymy już do jakiegoś miejsca. Przecież rok temu nie wróciliśmy z Rorem do Orikum dlatego, że mają tam najlepsze restauracje pod słońcem. Po prostu ten kawałek Albanii zawłaszczył nas sobie, bo spędziliśmy tam wystarczająco wiele czasu, by zostać przezeń oswojeni.

22.12.2017

Bez numeru - Święta.



Co roku piszę mały tekścik świąteczny. Zwykle wrzucam go na forum Latającej Holery, od jakiegoś czasu także na fejsa. Czemu nie miałbym go umieszczać i tutaj? Ubiegłoroczny można przeczytać tutaj.

Mitoświat na Boże Narodzenie 2017


Ignacy Gołczan cenił poczucie władzy. Delektował się nim każdej niemalże chwili swego życia. Jeśli akurat nie dominował nad kimś, to wspominał miłe chwile takiej dominacji. Nauczył się wykorzystywać choćby najmniejsze okazje do wywierania na innych presji i podkreślenia własnych przewag. Ot, na przykład owego znaczącego dnia grudnia, gdy na widok zmierzającej do pracy koleżanki przyspieszył kroku tak, by wyprzedzić ją o dobrych dziesięć metrów. Otworzył szeroko drzwi, ale nie przekroczył progu, lecz uprzejmie przytrzymał wcale nie lekkie wrota Urzędu Miasta Le Rouge, jednego z największych marsjańskich grodów, i czekał uśmiechając się szeroko, niby to życzliwie.

To, co w wykonaniu każdego innego człowieka stanowiłoby uprzejmy gest, w wykonaniu Ignacego było jedną z gierek w dominację. Nie przytrzymywał drzwi dla zaspokojenia durnej etykiety albo po to, żeby jakiejś babie zrobiło się miło. Specjalnie spieszył się z tym, by nadchodzący miał do pokonania kilka, czasami kilkanaście metrów. Tacy właśnie ludzie, tak mężczyźni jak i kobiety a nawet demony, kosmici i potwory, reagowali w podobny sposób: przyspieszali odruchowo kroku, by nie kazać czekać temu uprzejmemu człowiekowi.

Uśmiechali się mile z wdzięczności, a Ignacy odpowiadał im podobnym na pozór, a przecież zupełnie innym uśmiechem. Triumfował. Oto skłonił, właściwie zmusił kogoś, do działania wedle własnej woli. Co więcej, uczynił to bezkarnie. Ba – jeszcze podziękowano mu za to!

Prawdę mówiąc, Ignacy musiał nauczyć się cieszyć z takich właśnie sukcesów, ponieważ jego rzeczywista władza była dość ograniczona. Należał do armii trzech tysięcy urzędników trzeciego stopnia zatrudnionych w Urzędzie Miasta La Rouge i zajmował się głównie odpowiadaniem na pisma dotyczące pasjonującego tematu sortowania piachu.

Na szczęście dla siebie i z tej pracy potrafił czerpać poczucie władzy. Oto zwlekał z odpowiedziami do ostatniej chwili (a czasem nawet ją przekraczał), co dziesiąte pismo załatwiając odmowną supozycją. Pozostałych dziewięć odsyłał do wydziałów i referatów, które choćby pozornie miały coś wspólnego z tematem (na przykład ich nazwa zaczynała się na tę samą literę alfabetu, co pierwsze zdanie pisma) domagając się od nich stanowczo opinii. W referatach tych trafiony takim poleceniem urzędnik naturalnie wpadał we wściekłość, co czasem oznaczało, że również zwlekał z odpowiedzią. Tak, czy inaczej, musiał jakoś odnieść się do zaleceń Ignacego, a to oznaczało, że dawał mu się zdominować.

W każdym razie zdaniem Ignacego.

Ze swojej skąpej pensji Gołczan zatrudniał gosposię, na którą prawdę mówiąc nie było go stać i która nie miała u niego nic do roboty. Chochlicza kobieta stawiała się więc u niego trzy raz w tygodniu wyłącznie po to, by wysłuchać jego poleceń okraszanych przemowami na temat stanu wszechświata (który, zdaniem Ignacego był szalenie nieuporządkowany). Sprzątać w ciasnej izbie nie mogła, ponieważ Ignacy uważał iż choćby dotknięcie jakiejkolwiek należącej do niego rzeczy oznaczałoby naruszenie jego władzy i próbę narzucenia mu własnej. Przecież musiałby sięgnąć, na przykład po wyprasowaną koszulę tam, gdzie ktoś inny by ją położył – to oznaczałoby poddanie się cudzej dominacji!

Także gotował sobie sam, z podobnych powodów.

Podczas zakupów srożył się na ekspedientki celowo nakazując im trzy razy wybierać jeszcze właściwsze owoce czy te strzępy mięsa, na które było go stać. Dzięki temu nie tylko zarządzał sprzedawczyniami, ale jeszcze dominował nad poirytowanymi ludźmi stojącymi za nim w kolejce. Choć więc jadał byle jak i byle co, to jednak każdy posiłek sprawiał mu niezwykłą satysfakcję.

Nie inaczej było i z wieczerzą wigilijną, którą Ignacy jadał zawsze samotnie. Wedle własnego przekonania czynił tak nie dlatego, że nie znalazłby nikogo dla towarzystwa, lecz by bronić się przed zniewoleniem narzucanym przez tradycję. Z tego samego powodu zamiast świątecznego karpia spożywał ananasa a w miejsce barszczu z uszkami jadł rosół z oczkami tłuszczu. By zaś nie wręczać nikomu prezentów, gdy tylko na niebie rozbłysła pierwsza świąteczna gwiazdka wybiegał zamaskowany na ulicę, by coś komuś odebrać grożąc bronią.

Kończył akurat przełykać ostatnią łyżkę niezbyt smacznego rosołu (Ignacy, co oczywiste, nie poddawał się tyranii przepisów kulinarnych), gdy ktoś zastukał do jego drzwi.
Zamarł. Nie cierpiał takich sytuacji. Po pierwsze nie oczekiwał żadnych gości – przeciwnie, wywiesił na drzwiach kartkę zawierającą jednoznaczną treść: „Nie przeszkadzać. Nie ma mnie. Won!”. Po drugie odpowiedzenie na czyjeś pukanie oznaczałoby poddanie się woli pukającego. O ile sam Ignacy pukał namiętnie do każdych drzwi, do których mógł, o tyle sam na czyjeś stukanie nie odpowiadał nigdy. Postanowił więc ignorować niechcianego niespodziewanego gościa, dla którego, co oczywiste, i tak nie zostawił dodatkowego nakrycia. Zaczął się nawet cieszyć, że gdy natręt odejdzie, wykona tym samym polecenie Ignacego zapisane a kartce przy użyciu trzech liter układających się w cudowne słowo: „won”, gdy pukanie rozległo się ponownie.

Rozważał, czy nie udać, że go nie ma. Odrzucił ten pomysł natychmiast. To także oznaczałoby poddanie się czyjejś dyktaturze. Zamiast więc zachować ciszę, wysiorbał ostatnią łyżkę rosołu, następnie szurając ponad miarę odsunął krzesło i tupiąc z całych sił ruszył z talerzem w kierunku umywalki.

- No cóż, do trzech razy sztuka – wywarczał ktoś po drugiej stronie drzwi i zastukał jeszcze raz.

Przepłukując talerz Ignacy zastanawiał się nad następnym posunięciem. Czy powinien odczekać, aż nieznajomy zacznie odchodzić, a wtedy otworzyć drzwi i zawołać: „czego tam?”, by wymusić na natręcie zatrzymanie się i odwrócenie ku Ignacemu? Byłaby to niewątpliwie chwila triumfu. Z drugiej jednak strony, wstrętny nieproszeniec poniekąd osiągnął by w ten sposób swój cel i zmusił Ignacego do reakcji. Nie, zdecydowanie lepiej odczekać aż pójdzie sobie w cholerę. Będzie to nie tylko praktyczne, ale też wspaniale antyświąteczne.

Znacznie podniesiony na duchu tą myślą Ignacy odstawił ociekający wodą talerz na biblioteczkę po czym ruszył w kierunku skrzyni, w której ukrywał maskę na twarz, czarną pelerynę oraz pistolet. Już się ku nim pochylał, kiedy potężny kopniak wysadził drzwi do jego mieszkania z zawiasów, zmieniając je przy okazji w chmurę drzazg.

Z chmury owej wyłonił się Święty Mikołaj w towarzystwie anioła.
Tak w każdym razie mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Zanim spostrzegło się, że Mikołaj miał wprawdzie brodę, ale z tych rozbójniczych, oraz gębę wyglądającą raczej srogo niż życzliwie. Mimo to dałoby się, od biedy, przyjąć jego mikołajowość ze względu na czerwony płaszcz i takiegoż koloru czapę z pomponem, choć czerwień należała do krwistych a nie radosnych. Dałoby się, gdyby nie anioł. Ignacemu zdarzało się widywać rozmaite wizerunki anielskie. Bywały wśród nich anioły męskie, kobiece i bezpłciowe. Łagodne, pulchne i przypominające amory, posągowo poważne bądź  spoglądające srogo i uzbrojone w miecz. Nigdy jednak nie widział dotąd anioła czarnego, z dłońmi zakończonymi szponami i z piekielnymi błyskami w oczach czarniejszych niż sny szatanów.

- Ho! Ho! Ho! – zazgrzytał zębami Mikołaj. – I cóż my tu mamy?
- Ja sobie stanowczo wypraszam! – zawołał Ignacy. – Stanowczo wypraszam sobie nachodzenie w Święta, w dodatku w świątecznym stroju! I w ogóle poszli won!

Ponieważ ani Mikołaj ani Anioł - anielica, jak zdążył się zorientować, gdy czarna postać z krwawą aureolą nad głową wyłoniła się zza pleców świętego – nie wydawali się nim przejmować, Ignacy wyszarpnął ze skrzyni pistolet, odbezpieczył broń i wycelował w Mikołaja.
Strzelić nie zdążył, bo anioł okazał się piekielnie szybki.

- Ignacy Gołczan – zameldowała anielica przyciskając Ignacego do podłogi całym ciężarem swego całkiem powabnego ciała, gdy już podarowała mu świąteczne podcięcie nóg, cios w żołądek i drugi, serdeczny, w szczękę. – Urzędnik trzeciego stopnia, menda. Gdyby mógł, zostałby krwawym dyktatorem, ale brakuje mu ku temu umiejętności. Wyżywa się na ludziach, przeciąga procedury i ma duszę czarniejszą od przekonań Szulera. Psuje ludziom życie jak tylko potrafi. Łajdak. Należy mu się rózga.
- Żadnych rózg! – zaprotestował słabo Ignacy, dziwiąc się równocześnie, że ktoś może pachnieć równocześnie piekielnie i pociągająco. – Nie uznaję Świąt!
- Ignacy? – Mikołaj, potężny i barczysty, pochylił się nad gospodarzem i wyciągnął go jednym szarpnięciem spod anielicy. – Łajdak z ciebie i szuja. Przybyłem ci pokazać twoje tegoroczne i przyszłe Boże Narodzenie. A jeśli bardzo mnie wkurzysz, to postaramy się z moim kochaniem tak, że może nawet i przeszłe.

A potem sprawił Ignacemu taki łomot, jakiego żaden urzędnik, dowolnego stopnia, nie zaznał w życiu.

Pięć minut a może całą wieczność później Ignacy nadal leżał na podłodze choć nikt go już do niej nie dociskał. Bolały go nawet te komórki ciała, które zdążyły przejść do historii. Nawet jego sińce miały sińce. A kości ostrzegały, że planują przeniesienie się w jakieś spokojniejsze miejsce. Na przykład do schroniska dla psów.

- To był duch tegorocznych Świąt – oznajmił Mikołaj zapalając cygaro. – Jak się nie zmienisz, przyszłoroczne będą takie same. A może lepsze, bo przyprowadzimy Burzymura. Dla niego tacy jak ty to burżuje najgorszego rodzaju. Siepacze systemu, rozumiesz?
Ignacy bardzo pragnął zapewnić, że owszem, rozumie, ale ani jego wargi ani język nie doszły jeszcze do siebie.

- Ujmę to tak – anielica schyliła się, by spojrzeć ofierze prosto w oczy. – Jeżeli sądzisz, że teraz cię boli, to znaczy, że twoja wyobraźnia w dziedzinie tortur jest jeszcze słabo rozwinięta. A zapewniam cię, że moja… Och, nie zna ograniczeń! Do dziś byłeś świnią, Ignaś. Ale od dziś się to zmieni. Nie musisz potwierdzać, ja to wiem. Bo jeśli nie… - Uśmiechnęła się filuternie, mrugnęła zalotnie. – Oj Ignaś, chłopczyku, jeśli nie, to my tu do ciebie wrócimy. Przekonasz się, że bycie dobrym człowiekiem jest fajne.

Poderwała się wdzięcznie, jednym susem dopadła Mikołaja, objęła go i pocałowała. Oznajmiła, że ich praca na dziś dobiegła końca, co Mikołaj przyjął z wyraźną ulgą. Objęci wyszli oboje na korytarz zostawiając za sobą Ignacego usiłującego wymamrotać przez poobijane wargi, że już będzie grzeczny,  że będzie bezsprzecznie dobrym człowiekiem i naprawdę nie muszą go odwiedzać. Bo zaszczepili w nim ducha Świąt na wieki.

*
- Naprawdę musieliśmy tracić czas na to coś? – marudził jak zwykle w Święta Kutrzeba, gdy spacerowym krokiem szli ze Zmorą w świetle obowiązkowo gazowych o tej porze roku latarni, wśród miękkiego śnieżnego puchu spadającego z marsjańskiego nieba dzięki gwarancji świątecznego cudu meteorologicznego. – Mogliśmy obalić jakiegoś dyktatora, schwytać seryjnego mordercę, albo nauczyć moresu gangsterów bez zasad. A ty uparłaś się zasiać bojaźń bożą w urzędasie.

Odkąd wytłumaczyli Zmorze czym są Święta i duch Bożego Narodzenia na tyle skutecznie, że zaczęła się nimi przejmować, demonka zrobiła się na tych kilka dni w roku nieznośna. Jakby ów świąteczny duch opętywał ją co roku i zmuszał do robienia dobrych uczynków. Pojmowanych na sposób demonii, toteż nie rozdawali z Kutrzebą jadła potrzebującym ani nie uganiali się po poznanym wszechświecie w poszukiwaniu tej durnej dziewczynki z zapałkami co roku próbującej zamarznąć na coraz to zimniejszej lodowej planecie. Niemniej, jak podejrzewał Kutrzeba, nawet w domu prawdziwego Świętego Mikołaju nie panowała tak świąteczna atmosfera jak u Zmory i Mirka. Choinek demonica zawsze ubierała siedem. Dom tonął w wielobarwnych łańcuchach i anielskim włosiu. A kolędy musiały śpiewać nawet sztućce.

- Zło to zło – odparła Zmora wesoło. – Małe, czy wielkie pozostaje złem. A my jesteśmy pasterze, co przybywają, dzieciąteczku śpiewają i odmieniają ludzkie dusze. Czynimy ze zła dobro. A teraz spieszmy się, bo już pewnie na nas czekają z wieczerzą!
- Pewnie czekają – mruknął Kutrzeba trochę zmęczony a trochę zadowolony z faktu, że Zmora upierała się, by co roku wydawali przyjęcie dla wszystkich przyjaciół, żywych i umarłych, twardoświatowych i namalowanych. Ludzi, demonów i kosmitów. Tych co się urodzili, zostali przywołani albo nawet i zmyśleni.

Dla wszystkich ich i Was, pod wszystkimi niebami świata – Wesołych Świąt!

10.10.2017

279. Czy Blade Runner mógł się udać bez Rutgera Hauera?




Sądzę, że to może być kluczowe pytanie dla BR 2049. W sumie całkiem dobrego, pięknie nakręconego filmu, z niezłymi aktorami odgrywającymi czasem niezłe postacie. Ładnie kłaniającemu się legendzie.

No, ale bez Rutgera Hauera. Spodobała mi się dbałość twórców, którzy na miejsce holenderskiego aktora zatrudnili holenderską aktorkę, której zadaniem była próba sprostania legendzie. To jej nie wyszło, bo chyba wyjść nie mogło. Nie z jej winy, a z winy scenariusza. Niech symbolem tych dwóch ról będą ostatnie kwestie wypowiadane w filmach przez Hauera i Sylvię Hoeks. Oddają głębię i rozbudowanie postaci. Choć kwestia Hoeks mówi nam coś nowego o motywacjach jej postaci, to trzeba oddać.

Film jest taki, jakim być powinien - opowiadany niespiesznie (niespieszniej niż pierwsza część) i kręcony długimi, pięknymi ujęciami. Które, w moim przekonaniu, stają się przefajnowane; uroda kadrów staje się natrętna. Naprawdę, kiedy Gosling przechodzi pomarańczową pustynią pod gigantycznymi posągami prężącym sutki uznałem, że trochę już tego zbyt wiele. Poczułem się, jakby twórcy machali mi przed oczami transparentami: "Ależ my umiemy w kompozycję, nie?". No więc w kompozycję umiecie, ale w budowanie dobrego niedosytu już nie.

Zresztą to kłopot nie tylko  kadrów. Cały film to niepotrzebne dociskanie każdego tematu do ściany. Scena z Goslingiem słuchającym gigantycznej erotycznej reklamy jest świetna, bo coś nam uświadamia. Ale czy naprawdę potrzebne było przybijanie tego uświadomienia wielkim gwoździem przez przywołanie wspomnienia pewnej rozmowy?

Przesyt widać także w ilości nagromadzonych wątków, przez co część postaci nie dostaje czasu na należyte rozwinięcie. Pani Kapitan jest interesująca właśnie dlatego, że dostała więcej scen niż dwie i że zachowano w niej pewne niedopowiedzenie. Ale już teoretycznie znacznie od niej ważniejszy Jared Leto jest tak zmarnowany, że właściwie niepotrzebny. Facet dostał dwie sceny. Pierwsza służy tylko jego zaprezentowaniu widzowi (i raczej gryzie się z narzekaniem Leto, że androidy produkują się nie dość szybko) i właściwie nic nie wnosi. Druga ma więcej sensu, ale nawet w niej Leto jest zbędny - wszystko to mogłaby załatwić za niego postać, która wzięła na siebie/ukradła ciężar głównego złego. Tę zbędność Leto widać szczególnie w końcówkach scen z nim - gdy okazuje się bezradny i nie bardzo wie, co z sobą począć. To znów nie wina aktora, tylko scenariusza. Nie dostał postaci, ale jej cień. I nie potrafiono wymyślić innego zakończenia sceny z nim, jak tylko przez rzucenie groźby bądź rozkazu czarnego charakteru z filmu klasy z dalszą literą alfabetu.

Ponarzekałem, a to przecież całkiem dobry film. Pięknie nakręcony, próbujący gryźć się z problemami, z którymi gryzie się dobre kino SF, z wyrazistymi acz zagubionymi głównymi bohaterami i zwrotami akcji, które wcale nie muszą być przewidywalne. Sylvia Hoeks jest odpowiednio psychopatyczna i brakuje niewiele do jej interesującego pogłębienia - dostajemy tylko jego niespełnione zapowiedzi. Ana de Armas jest odpowiednio śliczna, by jej wątek otrzymał kontastowo gorzkie dopowiedzenie. Gosling jest Goslingiem, ale tu to nie przeszkadza, bo jego wyraz twarzy pasuje do zgnębionego bohatera. Harrison Ford jest Harrisonem Fordem i to też wystarczy. Nawet jego starość jest tu interesująca (choć może szkoda, że zaoferowano mu okazję do spuszczenia manta dwóm agentom, trochę tę starość niwelując). Owszem, film powtarza w znacznym stopniu oryginalnego BR, ale nie potrafię się o to zżymać, jak nie zżymałem się o powtarzalność "Przebudzenia Mocy". Dorosło któreś tam już nowe pokolenie, ono może potrzebować tej samej (albo prawie tej samej) opowieści dla siebie, zamiast oglądać filmy z czasów swoich rodziców i dziadków.

BR 2049 to dobry, bardzo ładny i szalenie starannie zaplanowany film. Cudownie gra detalami doopowiadającymi rzeczywistość. Ale w tej staranności zabrakło Rutgera Hauera, tego drugiego głównego bohatera opowieści, tej szczypty szaleństwa.

PS. Doszły mnie słuchy, że ogólna wymowa wpisu jest taka, że, cytuję: "ogólny wydźwięk jest taki ze to chujnia". No więc, oczywiście nie. To bardzo udany film. Ciekawe SF. Piękne kobiety i - jak mówią - przystojni faceci. Warto iść do kina. A ze względu na warstwę wizualną i dźwiękową po wielokroć bardziej zobaczyć ten film w kinie, niż na mniejszym, choćby i pięćdziesięcio calowym ekranie telewizora.

25.09.2017

278. Nagroda im. Jerzego Żuławskiego.



Copernicon dobiegł końca. Bawiłem się znakomicie, organizatorzy pięknie się mną opiekowali i nawet zamieć anielskiego puchu spadała z nieba. Spędziłem mnóstwo świetnych chwil w świetnym towarzystwie. Radek Rak, któremu kibicowałem najbardziej nie zdobył wprawdzie głównego Żuławskiego, ale otrzymał przynajmniej złote wyróżnienie. Choć nie kibicowałem jego rywalowi, Krzyśkowi Piskorskiego gratulowałem szczerze. Napisał świetną powieść. Do "Pustego nieba" czułem większą miętę i tyle.

Tak więc w Toruniu było dobrze a miejscami świetnie.

I tyle miłych westchnień.

Na galę Żuławskiego wpadłem pędem, bo biegłem na nią prosto z panelu, w którym uczestniczyłem. Na szczęście Toruń to nie Nowy Jork, od budynku, w którym odbywała się część literacka do Dworu Artusa nie było daleko. Zdążyłem na ogłoszenie wyników. Ale nie mogłem zostać do końca, bo o dziewiętnastej miałem własną prelekcję. Chyba fajną, bo licznie przybyli słuchacze poklaskali mi na zakończenie. Chyba szczerze, bo mocno i głośno. Mocniej i głośniej niż my podczas gali wręczania nagrody. Nie dlatego, że robili to z większym entuzjazmem. Po prostu było ich więcej. Chyba ze trzy razy więcej.

Około trzy razy więcej na mojej prelekcji niż na gali Żuławia. A nie jestem gwiazdą konwentów czy najpoczytniejszym z autorów fantastyki. Po mnie do sali weszła Aneta Jadowska, pewnie przyciągnęła jeszcze więcej publiczności. A sal literackich było cztery. Można jeszcze doliczyć do nich aulę przeznaczoną na panele. W sumie zebrałoby się pewnie dość osób, by zapełnić całe pomieszczenie przeznaczone na galę. Ale zamiast na niej, siedzieli u nas.

Nagroda Żuławskiego to jedna z dwóch najważniejszych nagród w polskiej fantastyce. Przyznają ją eksperci, dzięki czemu różni się znacząco od plebiscytwych Zajdli. Nie będę kombinował która z nich jest większa czy ważniejsza. Obie są ważne i tego będę się trzymał.

Ale jedna jest znana powszechnie, na tyle, że czasem o jej przyznaniu wspominają głównonurtowe dzienniki. A o drugiej wie tylko część fandomu. Wprawdzie dzięki temu co roku mówimy o "zajdelgate" a pojęcie: "żuławgate" chyba nawet nie istnieje. Ale to marne pocieszenie.

Rozmawialiśmy o tym w sobotę po gali. Bo wielu z nas poruszyło, że tak mało ludzi przyszło na Żuławia. Nie wiem, było to dwadzieścia kilka osób? Prawdopodobnie dwa razy tyle, co w ubiegłym roku. Sukces? Nie wydaje mi się.

Zastanawialiśmy się co zrobić, żeby Żuławski cieszył się prawdziwym zainteresowaniem. Rozmawialiśmy, z Radkiem Rakiem, z Kasią Kosik, z Elin... Całkiem sporo osób kombinowało co zrobić. Wiele nie wymyśliliśmy. Ale z jednym zgadzali się chyba wszyscy. Skoro wydarzenia związane z wręczaniem nagrody towarzyszą Coperniconowi, powinny być z nim bardziej związane, a nie istnieć obok konwentu. Programy obu imprez nie powinny być rozłączne. Gdyby Copernicon zawiesił program literackiej części na te dwie, może trzy godziny poświęcone na panele ekspertów i galę, to zainteresowani literaturą fani przyszliby może na nią, a nie na panele i prelekcje konwentowe. Do licha, ja bym na nią przyszedł, bo nie miałbym w tym czasie własnych punktów programu. A skoro uroczystość wręczenia nagród i tak poprzedzają panele dyskusyjne, to czemu nie wykorzystać autorów, którzy przyciągają widzów? Bo choć naukowe konferecje towarzyszące Nagrodzie są szalenie interesujące a naukowcy, którzy biorą w nich udział to świetni fachowcy i rozmówcy, to niestety ich nazwiska przyciągają fanów mniej. Rok temu udało się nam, autorom, porozmawiać z jurorami. Czemu takich właśnie rozmów nie powtarzać? Robert Wegner, Michał Cholewa, Rafał Kosik, Krzysztof Piskorski, Radek Rak nie byliby chyba złymi rozmówcami dla naukowców?

Skoro fani przychodzą na panele i prelekcje (przy czym prelekcje chyba lubią bardziej), to przyszliby na nie i do Dworu Artusa. Polcony zawieszają program całego konwentu na czas przyznania Zajdli. Czy Copernicony nie mogłyby zrobić podobnie? Nie zaszkodziłoby to konwentowi a na pewno pomogłoby Nagrodzie.

Zdjęcie pożyczyłem z profilu fejsowego Krzysztofa Piskorskiego. Prawdopodobnie on jest jego autorem.

06.08.2017

277. Ważne książki, których nie ma. "Kukułka na koniu trojańskim" Parowskiego.




Potężny tom w żółtej okładce nosi podtytuł: "Małpy Pana Boga 3. Retrospekcje". Wpisuje się w więc w monumentalny cykl zbierający w całość spojrzenie Macieja Parowskiego na fantastykę w tych wszystkich jej odmianach, którymi się zajmował. A zajmował się wieloma, pisał tak o literaturze, jak i o filmie, komiksie, o malarstwie. Pisał dłużej niż wielu z nas żyje. Parowski sięga żywą pamięcią w czasy, które dla nas mogą być tylko historią. Często, jak to historia, niezrozumiałą.

Książka rozeszła się błyskawicznie. Na pniu. Ale cóż to był za pień...

Dumam, czyja to wina. Wasza, oczywiście, ale co oznacza "wasza" w kontekście wydania "Kukułki..." w porażającym nakładzie czterdziestu egzemplarzy? Dla tych, którzy nie wierzą własnym oczom, którzy sądzą, że im albo mnie poplątały się literki, podam informację także przy pomocy cyfr. 40. Nawet nie czterdzieści i cztery. O czym myśleliśmy my wszyscy, którzy jakoś z tą książką jesteśmy związani? Wydawcy, redaktorzy, czytelnicy? Co spowodowało, że Wojtek Sedeńko szykujący wydanie "Kukułki..." na Festiwal Fantastyki w Nidzicy zawahał się przed wpisaniem w maszynę drukarską liczby kopii? Wojtek Sedeńko książki nie wydał a jedynie sprzedawał. Wziął 40 egzemplarzy, bo tyle było. O czym myślał wydawca, ten ukryty za nazwiskiem Parowkiego? Pewnie pomyślał, że "Kukułki..." nie okażą się wydawniczym sukcesem. Ale przecież Nidzica to święto literackie, święto tak zwanego "starego fandomu" (zwrot ten oznacza już chyba nie tyle wiek, co sposób podchodzenia do fantastyki, skupianie się na literaturze, reszta - gry, filmy - ma być tylko tłem). Gdzie, jeśli nie tam, "Kukułka..." miałaby się sprzedać. Czy choć co drugi uczestnik Festiwalu nie poczułby ochoty, by książkę Parowskiego kupić? Tym razem intuicja zawiodła Wojtka Sedeńkę i książka zniknęła w kilka chwil. Mogło się sprzedać więcej jej egzemplarzy. Ludzie wyrywali sobie nieliczne egzemplarze z rąk. Owszem, na początek, by sprawdzać, czy wśród licznych zamieszczonych w niej zdjęciach odnajdą siebie. Ale jak znam grono z Nidzicy, przyszedłby i czas na lekturę.

Mogło się więc, specjalnie na Nidzicę, ukazać więcej egzemplarzy. Choćby dwa razy tyle. Ale nawet wtedy byłoby ich mało.

Żalimy się, że poważna publicystyka o fantastyce umiera. Z rzadka można napotkać ją w NF, Zniknął Czas Fantastyki. Bliskie mi Smokopolitan już po ukazaniu się pierwszego numeru postanowiło od poważnej, wymagającej publicystyki uciekać, bo czytelnicy skarżyli się, że artykuł Sebastiana Uznańskiego był dla nich zbyt trudny. Ukazuje się za to co raz więcej publikacji naukowych. Creatio Fantastica postanowiło skupiać się właśnie na naukowych opracowaniach. Ledwie dwa miesiące po "Kukułce..." ukazała się książka: "Nie tylko Lem. Fantastyka współczesna" zawierająca artykuły wielu autorów. Otwiera ją "Science fiction wśród odmian polskiej fantastyki naukowej" Antoniego Smuszkiewicza. Będącego autorem m.in. "Zaczarowanej gry", której uzupełnione wznowienie także wydał całkiem niedawno Solaris. Właśnie "Zaczarowaną grę", będącą niemal historycznym omówieniem polskiej fantastyki (dzięki wznowieniu aż do czasów współczesnych) wypadałoby zestawić z "Małpami Pana Boga". I Smuszkiewicz i Parowski piszą nam o przemianach w polskiej fantastyce. Ale Parowski - publicysta, nie naukowiec - pisze z  pasją jakiej profesorowi ulegać nie wypada. Choć więc to książki na prawie ten sam temat, są przecież zupełnie inne, nawet jeśli obaj autorzy, gdyby czytać ich prace jak dyskusję (a nie są nią), raczej by się ze sobą zgadzali niż wadzili.



Cieszy mnie, że naukowcy coraz częściej sięgają po fantastykę. Ale publicystyka naukowa i literacka nie piszą się i nie czytają tak samo. Jedna nie zastąpi drugiej. I gdy naukowa zdaje się dziś pięknie rozwijać, literacka karleje. Tym bardziej żal, że "Kukułka na koniu trojańskim" niby się ukazała, a jednak jej nie ma. Zupełnie jak "Pióra" Zbigniewa Wojnarowskiego, których omówienie trafiło do "Kukułki...". To książka, która powinna przejść przez miłośników fantastyki jak kometa przynosząca grozę i zmieszanie. Pobudzić do gniewnych, burzliwych dyskusji, w których okładalibyśmy się nawzajem argumentami w bitwach na temat kształtu naszej historii, roli literatury, wielkości i upadku w sztuce. Powinniśmy o "Piórach" grzmieć jak kilka lat temu grzmieliśmy o "Wiecznym Grunwaldzie" Twardocha. Ale książka przepadła, zniknęła, nie przeczytał jej pies z kulawą nogą, a to wszystko z winy wydawcy (co ciekawe, tego samego, który wydał i "Wieczny Grunwald"). Ten książkę wydrukował w niewielkim, symbolicznym nakładzie a potem zamknął ją w magazynach i tyleśmy ją widzieli. Żeby kupić "Pióra" trzeba było dowiedzieć się cudem jakimś, że istnieją a potem szukać tropów wiodących ku nielicznym miejscom, gdzie można było je kupić. Indiana Jones miał pewnie mniej problemu ze znalezieniem Arki Przymierza, niż my z kupieniem "Piór". I tak się teraz złożyło, że omówienie ważnej książki, której nie było ("Piór") trafiło do drugiej ważnej książki, której nie ma, do "Kukułki". Jeśli to ma być jakiś metaforyczny obraz polskiej fantastyki, to znaczy, że jesteśmy bandą upiorów.



Dlaczego "Kukułka..." jest ważna? Przecież większość zawartych w niej tekstów mogliśmy już przeczytać gdzie indziej. W NF, w CzF - na przykład. Niby tak. Ale pamięć miesięczników i kwartalników jest krótka. Nawet ważne teksty potrafią przepadać w nich pod stosami kolejnych numerów. Co więcej, artykuły Parowskiego zebrane w jednym tomie nabierają mocy. To już nie są co miesięczne felietony, eseje na temat współczesnych zjawisk albo drukowane w odcinkach wspomnienia. W książce stają się całością. Wspomnienia z początków istnienia pisma współgrają z rozważaniami na temat wtórności "Westword" i dyskusją nad książką Wojnarowskiego. Tworzy to wszystko dobrze skomponowaną opowieść o polskiej fantastyce. Tym ważniejszą, że napisaną żywym, gorącym piórem publicysty, który nie myśli o marketingu ułagodzenia wymagającym, by do wszystkich się uśmiechać, by lepiej się sprzedać. Równocześnie Parowski to także nie Lewandowski, nie wkurza się tak łatwo, potrafi spojrzeć z dystansu. Nie szarżuje więc, a nawet wspomina dawne szarże z perspektywy człowieka spokojniejszego, dla którego dawne przykre wojny to dziś wspomnienia pięknych czasów. 



Mieliśmy więc szansę dostać pełną pasji i miłości opowieść o polskiej fantastyce taką, jaką w oczach Parowskiego była i jaką w jego oczach się staje. O potężnych herosach jak Lem czy Zajdel, o pisarzach tworzących cieniach i blaskach tych kolosów, o tym, co nadeszło po nich i o tym, co człapie dziś. Wszystko to nie bez tła fantastyki zagranicznej. Książkę pełną nie tylko poważnych esejów, ale i anegdot i wspomnień. Książkę opisującą historyczne, polityczne i społeczne tło powstawania i pisma Fantastyka (i NF), ale i polskich powieści i opowiadań. Może nie zdajemy sobie czasem sprawy jak ważnej jest owo tło. Ja uświadomiłem to sobie dopiero opracowując rozmowę z Maćkiem Parowskim i Michałem Cetnarowskim do Smokopolitan. Też traktowała o polskiej fantastyce, a ja dorabiałem do niej masę przypisów na temat polskiej historii najnowszej, by nawet młodsi czytelnicy zdawali sobie sprawę o czym rozmawiamy. "Limes Inferior" ukazało się w 1982 roku, trzydzieści pięć lat temu. Ilu z nas pamięta jak wówczas wyglądał świat? Ja pamiętam go spojrzeniem dziesięciolatka. Parowski pomaga ujrzeć mi go oczyma człowieka dorosłego.



A przy tym nie jest to książka wspominkowa. Nie jest to też wydanie, które mogłoby zainteresować tylko historyków. "Kukułka..." zawiera też świeże prace Parowskiego. Traktujące o współczesej fantastyce. Podczas jej lektury znów mogłem się wzburzyć czytając, że Maciek nie docenia serialu "Westworld" uważając, że wszystko, co ów pokazuje już było. Ależ nie zgadzałem się z tą opinią, gdy czytałem ją po raz pierwszy, w NF. Przy powtórnej lekturze, już po rozmowie z Michałem Cetnarowskim na ten temat (on się akurat z Parowskim zgadza) znów poczułem bunt. I uświadomiłem sobie, że to bardzo dobre uczucie - nie zgadzać się z publicystą. Nie zgadzać się nie dlatego, że politycznie siedzimy w innych ławkach, albo dlatego, że jak pewna młoda blogerka napisał, iż moja ukochana powieść mu się nie podoba, ale dlatego, że wysnuł z opowieści wnioski, z którymi się nie zgadzam. Bunt przeciw czyjemuś odczytaniu dzieła, a nie dzieła ocenie, to dziś rzadkie wydarzenie. Nieczęsto go doświadczam. Nauczyłem się je cenić. A przy okazji cenię też Parowskiego za to, że wciąż analizuje, stara się sięgać głębiej. Poszukuje odpowiedzi na ukryte pytania. Ciągle mnie uczy. 

I to wszystko: historia, mocne gorące pióro, tło dla znacznej części polskiej fantastyki, być może platforma do budowania dyskusji na temat tego, jak polska fantastyka wygląda dziś, być może punkt wyjścia do nowych sporów, a przede wszystkim potężny ładunek świetnej publicystyki, jakiej dziś tak bardzo nam brakuje - całe to bogactwo okazało się być warte wydania w nakładzie czterdziestu egzemplarzy.

INFORMACJA Z TYCH WAŻNYCH: 

Książka jest w ofercie - papier na żądanie i E-booki  Prószyńskich. O TUTAJ


PO EDYCJI:
Książkę wydał inny wydawca,oficjalnie wydawcą jest sam Parowski, nie Solaris. Zmylił mnie fakt, że na książce nie ma śladu po wydawcy.
A nakład wynosił aż zawrotne 60 egzemplarzy, tyle, że 20 Maciek zostawił sobie. Dzięki temu zresztą ja jeden mam.
Dzięki za czujność - Krzysztof Kietzman. 

04.08.2017

276. wakacje, epilog



Na głowy skakały nam pająki.

Tak naprawdę wcale tak nie było, ale takie zdanie brzmi mocniej od prawdy. A naprawdę żaden pająk nie skoczył nikomu na głowę. I może wcale nie było ich kilka, a jeden pajęczy świr spadał skądś, znad naszych głów i lądował na blacie stolika, pomiędzy szklankami piw. I może właśnie w to piwo celował, ale nie trafiał.

Niemniej siedzieliśmy przy Punkcie Docelowym, tym miejscu, w które trafiam niemal zawsze. Działo się to o porze najlepszej z możliwych, czyli w okolicach północy, gdy nagrzane przez cały upalny dzień powietrze stygnie i nadal jest ciepło, ale człowiek ma już czym oddychać. Bartek i Ewa wykazali się niewiarygodną, choć typową dla nich, życzliwością i przyjechali, by wręczyć mi butelkę rumuńskiego wina oraz dwie butelki Celestynki - wody mineralnej z bartkowego raju. Radek siedział z nami, a jakby go nie było. Myślał o pracy, która właśnie minęła i o pracy, która za kilka godzin miała się rozpocząć. Sweta cieszyła się z okazji do wyjścia poza wąskie korytarze pracy i domu, a ja pochłaniałem piwa na przemian z herbatami i opowiadałem im wszystkim (oprócz Radka) jak wspaniale jest spędzić trzy tygodnie tłukąc się od jednego bałkańskiego miasta do drugiego. 

Aż w pewnej chwili uświadomiłem sobie rzecz oczywistą zapewne dla wszystkich prócz mnie. Że opowiadam te wakacyjne historie sobie. Oni słuchali, zachwycali się fotkami (mam mnóstwo fotek w tablecie). Ale dla mnie liczyło się chyba głównie przeżywanie tego wszystkiego jeszcze raz. O północy, w dusznym Krakowie, pod knajpą, do której zwykle trafiam po zmroku. Zaraz mieliśmy się wszyscy pożegnać i rozejść do domów. Ja miałem do swojego najbliżej.

Radek strącił ze stołu jednego pająka, nim zobaczyła go Sweta. Bartek, jakieś pół godziny później, powtórzył ten manewr, zanim stwora dojrzała Ewa. Obie panie przyznały, że pewnie podniosłyby krzyk. Opowiedzieliśmy im z Bartkiem, że pająków zabijać nie wolno. Po pierwsze dlatego, że to stworzenia pożyteczne, po drugie dlatego, że zabicie pająka sprowadza deszcz. Spojrzeliśmy w niebo uświadamiając sobie, że Krakowowi trochę deszczu mogłoby się teraz przydać. Z góry nie spadła jednak ani jedna kropla, ani jeden pająk więcej.

A ja oczywiście przypomniałem sobie o upałach, o pożółkłej trawie na wzgórzach, o słupach dymu za nami. 

Przez jakiś czas tak właśnie będą wyglądać moje skojarzenia. Potem wszystko zaniknie i będę patrzył na ten wyjazd jak na wspomnienia kogoś innego. Zdjęcia w tablecie i komputerze nie wyblakną, ale zwiędną związane z nimi emocje. "Ach, to ta góra" - pomyślę kiedyś, mniej lub bardziej wkrótce. - "Ileż ten ktoś, kto robił te zdjęcia, natłókł fotek tej jednej góry? Co za nieznośny bęcwał! Jak można być tak zadufanym w sobie, by sądzić, że ktokolwiek będzie miał ochotę oglądać trzydzieści prawie takich samych ujęć tej samej góry?"