10.10.2017

279. Czy Blade Runner mógł się udać bez Rutgera Hauera?




Sądzę, że to może być kluczowe pytanie dla BR 2049. W sumie całkiem dobrego, pięknie nakręconego filmu, z niezłymi aktorami odgrywającymi czasem niezłe postacie. Ładnie kłaniającemu się legendzie.

No, ale bez Rutgera Hauera. Spodobała mi się dbałość twórców, którzy na miejsce holenderskiego aktora zatrudnili holenderską aktorkę, której zadaniem była próba sprostania legendzie. To jej nie wyszło, bo chyba wyjść nie mogło. Nie z jej winy, a z winy scenariusza. Niech symbolem tych dwóch ról będą ostatnie kwestie wypowiadane w filmach przez Hauera i Sylvię Hoeks. Oddają głębię i rozbudowanie postaci. Choć kwestia Hoeks mówi nam coś nowego o motywacjach jej postaci, to trzeba oddać.

Film jest taki, jakim być powinien - opowiadany niespiesznie (niespieszniej niż pierwsza część) i kręcony długimi, pięknymi ujęciami. Które, w moim przekonaniu, stają się przefajnowane; uroda kadrów staje się natrętna. Naprawdę, kiedy Gosling przechodzi pomarańczową pustynią pod gigantycznymi posągami prężącym sutki uznałem, że trochę już tego zbyt wiele. Poczułem się, jakby twórcy machali mi przed oczami transparentami: "Ależ my umiemy w kompozycję, nie?". No więc w kompozycję umiecie, ale w budowanie dobrego niedosytu już nie.

Zresztą to kłopot nie tylko  kadrów. Cały film to niepotrzebne dociskanie każdego tematu do ściany. Scena z Goslingiem słuchającym gigantycznej erotycznej reklamy jest świetna, bo coś nam uświadamia. Ale czy naprawdę potrzebne było przybijanie tego uświadomienia wielkim gwoździem przez przywołanie wspomnienia pewnej rozmowy?

Przesyt widać także w ilości nagromadzonych wątków, przez co część postaci nie dostaje czasu na należyte rozwinięcie. Pani Kapitan jest interesująca właśnie dlatego, że dostała więcej scen niż dwie i że zachowano w niej pewne niedopowiedzenie. Ale już teoretycznie znacznie od niej ważniejszy Jared Leto jest tak zmarnowany, że właściwie niepotrzebny. Facet dostał dwie sceny. Pierwsza służy tylko jego zaprezentowaniu widzowi (i raczej gryzie się z narzekaniem Leto, że androidy produkują się nie dość szybko) i właściwie nic nie wnosi. Druga ma więcej sensu, ale nawet w niej Leto jest zbędny - wszystko to mogłaby załatwić za niego postać, która wzięła na siebie/ukradła ciężar głównego złego. Tę zbędność Leto widać szczególnie w końcówkach scen z nim - gdy okazuje się bezradny i nie bardzo wie, co z sobą począć. To znów nie wina aktora, tylko scenariusza. Nie dostał postaci, ale jej cień. I nie potrafiono wymyślić innego zakończenia sceny z nim, jak tylko przez rzucenie groźby bądź rozkazu czarnego charakteru z filmu klasy z dalszą literą alfabetu.

Ponarzekałem, a to przecież całkiem dobry film. Pięknie nakręcony, próbujący gryźć się z problemami, z którymi gryzie się dobre kino SF, z wyrazistymi acz zagubionymi głównymi bohaterami i zwrotami akcji, które wcale nie muszą być przewidywalne. Sylvia Hoeks jest odpowiednio psychopatyczna i brakuje niewiele do jej interesującego pogłębienia - dostajemy tylko jego niespełnione zapowiedzi. Ana de Armas jest odpowiednio śliczna, by jej wątek otrzymał kontastowo gorzkie dopowiedzenie. Gosling jest Goslingiem, ale tu to nie przeszkadza, bo jego wyraz twarzy pasuje do zgnębionego bohatera. Harrison Ford jest Harrisonem Fordem i to też wystarczy. Nawet jego starość jest tu interesująca (choć może szkoda, że zaoferowano mu okazję do spuszczenia manta dwóm agentom, trochę tę starość niwelując). Owszem, film powtarza w znacznym stopniu oryginalnego BR, ale nie potrafię się o to zżymać, jak nie zżymałem się o powtarzalność "Przebudzenia Mocy". Dorosło któreś tam już nowe pokolenie, ono może potrzebować tej samej (albo prawie tej samej) opowieści dla siebie, zamiast oglądać filmy z czasów swoich rodziców i dziadków.

BR 2049 to dobry, bardzo ładny i szalenie starannie zaplanowany film. Cudownie gra detalami doopowiadającymi rzeczywistość. Ale w tej staranności zabrakło Rutgera Hauera, tego drugiego głównego bohatera opowieści, tej szczypty szaleństwa.

PS. Doszły mnie słuchy, że ogólna wymowa wpisu jest taka, że, cytuję: "ogólny wydźwięk jest taki ze to chujnia". No więc, oczywiście nie. To bardzo udany film. Ciekawe SF. Piękne kobiety i - jak mówią - przystojni faceci. Warto iść do kina. A ze względu na warstwę wizualną i dźwiękową po wielokroć bardziej zobaczyć ten film w kinie, niż na mniejszym, choćby i pięćdziesięcio calowym ekranie telewizora.

25.09.2017

278. Nagroda im. Jerzego Żuławskiego.



Copernicon dobiegł końca. Bawiłem się znakomicie, organizatorzy pięknie się mną opiekowali i nawet zamieć anielskiego puchu spadała z nieba. Spędziłem mnóstwo świetnych chwil w świetnym towarzystwie. Radek Rak, któremu kibicowałem najbardziej nie zdobył wprawdzie głównego Żuławskiego, ale otrzymał przynajmniej złote wyróżnienie. Choć nie kibicowałem jego rywalowi, Krzyśkowi Piskorskiego gratulowałem szczerze. Napisał świetną powieść. Do "Pustego nieba" czułem większą miętę i tyle.

Tak więc w Toruniu było dobrze a miejscami świetnie.

I tyle miłych westchnień.

Na galę Żuławskiego wpadłem pędem, bo biegłem na nią prosto z panelu, w którym uczestniczyłem. Na szczęście Toruń to nie Nowy Jork, od budynku, w którym odbywała się część literacka do Dworu Artusa nie było daleko. Zdążyłem na ogłoszenie wyników. Ale nie mogłem zostać do końca, bo o dziewiętnastej miałem własną prelekcję. Chyba fajną, bo licznie przybyli słuchacze poklaskali mi na zakończenie. Chyba szczerze, bo mocno i głośno. Mocniej i głośniej niż my podczas gali wręczania nagrody. Nie dlatego, że robili to z większym entuzjazmem. Po prostu było ich więcej. Chyba ze trzy razy więcej.

Około trzy razy więcej na mojej prelekcji niż na gali Żuławia. A nie jestem gwiazdą konwentów czy najpoczytniejszym z autorów fantastyki. Po mnie do sali weszła Aneta Jadowska, pewnie przyciągnęła jeszcze więcej publiczności. A sal literackich było cztery. Można jeszcze doliczyć do nich aulę przeznaczoną na panele. W sumie zebrałoby się pewnie dość osób, by zapełnić całe pomieszczenie przeznaczone na galę. Ale zamiast na niej, siedzieli u nas.

Nagroda Żuławskiego to jedna z dwóch najważniejszych nagród w polskiej fantastyce. Przyznają ją eksperci, dzięki czemu różni się znacząco od plebiscytwych Zajdli. Nie będę kombinował która z nich jest większa czy ważniejsza. Obie są ważne i tego będę się trzymał.

Ale jedna jest znana powszechnie, na tyle, że czasem o jej przyznaniu wspominają głównonurtowe dzienniki. A o drugiej wie tylko część fandomu. Wprawdzie dzięki temu co roku mówimy o "zajdelgate" a pojęcie: "żuławgate" chyba nawet nie istnieje. Ale to marne pocieszenie.

Rozmawialiśmy o tym w sobotę po gali. Bo wielu z nas poruszyło, że tak mało ludzi przyszło na Żuławia. Nie wiem, było to dwadzieścia kilka osób? Prawdopodobnie dwa razy tyle, co w ubiegłym roku. Sukces? Nie wydaje mi się.

Zastanawialiśmy się co zrobić, żeby Żuławski cieszył się prawdziwym zainteresowaniem. Rozmawialiśmy, z Radkiem Rakiem, z Kasią Kosik, z Elin... Całkiem sporo osób kombinowało co zrobić. Wiele nie wymyśliliśmy. Ale z jednym zgadzali się chyba wszyscy. Skoro wydarzenia związane z wręczaniem nagrody towarzyszą Coperniconowi, powinny być z nim bardziej związane, a nie istnieć obok konwentu. Programy obu imprez nie powinny być rozłączne. Gdyby Copernicon zawiesił program literackiej części na te dwie, może trzy godziny poświęcone na panele ekspertów i galę, to zainteresowani literaturą fani przyszliby może na nią, a nie na panele i prelekcje konwentowe. Do licha, ja bym na nią przyszedł, bo nie miałbym w tym czasie własnych punktów programu. A skoro uroczystość wręczenia nagród i tak poprzedzają panele dyskusyjne, to czemu nie wykorzystać autorów, którzy przyciągają widzów? Bo choć naukowe konferecje towarzyszące Nagrodzie są szalenie interesujące a naukowcy, którzy biorą w nich udział to świetni fachowcy i rozmówcy, to niestety ich nazwiska przyciągają fanów mniej. Rok temu udało się nam, autorom, porozmawiać z jurorami. Czemu takich właśnie rozmów nie powtarzać? Robert Wegner, Michał Cholewa, Rafał Kosik, Krzysztof Piskorski, Radek Rak nie byliby chyba złymi rozmówcami dla naukowców?

Skoro fani przychodzą na panele i prelekcje (przy czym prelekcje chyba lubią bardziej), to przyszliby na nie i do Dworu Artusa. Polcony zawieszają program całego konwentu na czas przyznania Zajdli. Czy Copernicony nie mogłyby zrobić podobnie? Nie zaszkodziłoby to konwentowi a na pewno pomogłoby Nagrodzie.

Zdjęcie pożyczyłem z profilu fejsowego Krzysztofa Piskorskiego. Prawdopodobnie on jest jego autorem.

06.08.2017

277. Ważne książki, których nie ma. "Kukułka na koniu trojańskim" Parowskiego.




Potężny tom w żółtej okładce nosi podtytuł: "Małpy Pana Boga 3. Retrospekcje". Wpisuje się w więc w monumentalny cykl zbierający w całość spojrzenie Macieja Parowskiego na fantastykę w tych wszystkich jej odmianach, którymi się zajmował. A zajmował się wieloma, pisał tak o literaturze, jak i o filmie, komiksie, o malarstwie. Pisał dłużej niż wielu z nas żyje. Parowski sięga żywą pamięcią w czasy, które dla nas mogą być tylko historią. Często, jak to historia, niezrozumiałą.

Książka rozeszła się błyskawicznie. Na pniu. Ale cóż to był za pień...

Dumam, czyja to wina. Wasza, oczywiście, ale co oznacza "wasza" w kontekście wydania "Kukułki..." w porażającym nakładzie czterdziestu egzemplarzy? Dla tych, którzy nie wierzą własnym oczom, którzy sądzą, że im albo mnie poplątały się literki, podam informację także przy pomocy cyfr. 40. Nawet nie czterdzieści i cztery. O czym myśleliśmy my wszyscy, którzy jakoś z tą książką jesteśmy związani? Wydawcy, redaktorzy, czytelnicy? Co spowodowało, że Wojtek Sedeńko szykujący wydanie "Kukułki..." na Festiwal Fantastyki w Nidzicy zawahał się przed wpisaniem w maszynę drukarską liczby kopii? Wojtek Sedeńko książki nie wydał a jedynie sprzedawał. Wziął 40 egzemplarzy, bo tyle było. O czym myślał wydawca, ten ukryty za nazwiskiem Parowkiego? Pewnie pomyślał, że "Kukułki..." nie okażą się wydawniczym sukcesem. Ale przecież Nidzica to święto literackie, święto tak zwanego "starego fandomu" (zwrot ten oznacza już chyba nie tyle wiek, co sposób podchodzenia do fantastyki, skupianie się na literaturze, reszta - gry, filmy - ma być tylko tłem). Gdzie, jeśli nie tam, "Kukułka..." miałaby się sprzedać. Czy choć co drugi uczestnik Festiwalu nie poczułby ochoty, by książkę Parowskiego kupić? Tym razem intuicja zawiodła Wojtka Sedeńkę i książka zniknęła w kilka chwil. Mogło się sprzedać więcej jej egzemplarzy. Ludzie wyrywali sobie nieliczne egzemplarze z rąk. Owszem, na początek, by sprawdzać, czy wśród licznych zamieszczonych w niej zdjęciach odnajdą siebie. Ale jak znam grono z Nidzicy, przyszedłby i czas na lekturę.

Mogło się więc, specjalnie na Nidzicę, ukazać więcej egzemplarzy. Choćby dwa razy tyle. Ale nawet wtedy byłoby ich mało.

Żalimy się, że poważna publicystyka o fantastyce umiera. Z rzadka można napotkać ją w NF, Zniknął Czas Fantastyki. Bliskie mi Smokopolitan już po ukazaniu się pierwszego numeru postanowiło od poważnej, wymagającej publicystyki uciekać, bo czytelnicy skarżyli się, że artykuł Sebastiana Uznańskiego był dla nich zbyt trudny. Ukazuje się za to co raz więcej publikacji naukowych. Creatio Fantastica postanowiło skupiać się właśnie na naukowych opracowaniach. Ledwie dwa miesiące po "Kukułce..." ukazała się książka: "Nie tylko Lem. Fantastyka współczesna" zawierająca artykuły wielu autorów. Otwiera ją "Science fiction wśród odmian polskiej fantastyki naukowej" Antoniego Smuszkiewicza. Będącego autorem m.in. "Zaczarowanej gry", której uzupełnione wznowienie także wydał całkiem niedawno Solaris. Właśnie "Zaczarowaną grę", będącą niemal historycznym omówieniem polskiej fantastyki (dzięki wznowieniu aż do czasów współczesnych) wypadałoby zestawić z "Małpami Pana Boga". I Smuszkiewicz i Parowski piszą nam o przemianach w polskiej fantastyce. Ale Parowski - publicysta, nie naukowiec - pisze z  pasją jakiej profesorowi ulegać nie wypada. Choć więc to książki na prawie ten sam temat, są przecież zupełnie inne, nawet jeśli obaj autorzy, gdyby czytać ich prace jak dyskusję (a nie są nią), raczej by się ze sobą zgadzali niż wadzili.



Cieszy mnie, że naukowcy coraz częściej sięgają po fantastykę. Ale publicystyka naukowa i literacka nie piszą się i nie czytają tak samo. Jedna nie zastąpi drugiej. I gdy naukowa zdaje się dziś pięknie rozwijać, literacka karleje. Tym bardziej żal, że "Kukułka na koniu trojańskim" niby się ukazała, a jednak jej nie ma. Zupełnie jak "Pióra" Zbigniewa Wojnarowskiego, których omówienie trafiło do "Kukułki...". To książka, która powinna przejść przez miłośników fantastyki jak kometa przynosząca grozę i zmieszanie. Pobudzić do gniewnych, burzliwych dyskusji, w których okładalibyśmy się nawzajem argumentami w bitwach na temat kształtu naszej historii, roli literatury, wielkości i upadku w sztuce. Powinniśmy o "Piórach" grzmieć jak kilka lat temu grzmieliśmy o "Wiecznym Grunwaldzie" Twardocha. Ale książka przepadła, zniknęła, nie przeczytał jej pies z kulawą nogą, a to wszystko z winy wydawcy (co ciekawe, tego samego, który wydał i "Wieczny Grunwald"). Ten książkę wydrukował w niewielkim, symbolicznym nakładzie a potem zamknął ją w magazynach i tyleśmy ją widzieli. Żeby kupić "Pióra" trzeba było dowiedzieć się cudem jakimś, że istnieją a potem szukać tropów wiodących ku nielicznym miejscom, gdzie można było je kupić. Indiana Jones miał pewnie mniej problemu ze znalezieniem Arki Przymierza, niż my z kupieniem "Piór". I tak się teraz złożyło, że omówienie ważnej książki, której nie było ("Piór") trafiło do drugiej ważnej książki, której nie ma, do "Kukułki". Jeśli to ma być jakiś metaforyczny obraz polskiej fantastyki, to znaczy, że jesteśmy bandą upiorów.



Dlaczego "Kukułka..." jest ważna? Przecież większość zawartych w niej tekstów mogliśmy już przeczytać gdzie indziej. W NF, w CzF - na przykład. Niby tak. Ale pamięć miesięczników i kwartalników jest krótka. Nawet ważne teksty potrafią przepadać w nich pod stosami kolejnych numerów. Co więcej, artykuły Parowskiego zebrane w jednym tomie nabierają mocy. To już nie są co miesięczne felietony, eseje na temat współczesnych zjawisk albo drukowane w odcinkach wspomnienia. W książce stają się całością. Wspomnienia z początków istnienia pisma współgrają z rozważaniami na temat wtórności "Westword" i dyskusją nad książką Wojnarowskiego. Tworzy to wszystko dobrze skomponowaną opowieść o polskiej fantastyce. Tym ważniejszą, że napisaną żywym, gorącym piórem publicysty, który nie myśli o marketingu ułagodzenia wymagającym, by do wszystkich się uśmiechać, by lepiej się sprzedać. Równocześnie Parowski to także nie Lewandowski, nie wkurza się tak łatwo, potrafi spojrzeć z dystansu. Nie szarżuje więc, a nawet wspomina dawne szarże z perspektywy człowieka spokojniejszego, dla którego dawne przykre wojny to dziś wspomnienia pięknych czasów. 



Mieliśmy więc szansę dostać pełną pasji i miłości opowieść o polskiej fantastyce taką, jaką w oczach Parowskiego była i jaką w jego oczach się staje. O potężnych herosach jak Lem czy Zajdel, o pisarzach tworzących cieniach i blaskach tych kolosów, o tym, co nadeszło po nich i o tym, co człapie dziś. Wszystko to nie bez tła fantastyki zagranicznej. Książkę pełną nie tylko poważnych esejów, ale i anegdot i wspomnień. Książkę opisującą historyczne, polityczne i społeczne tło powstawania i pisma Fantastyka (i NF), ale i polskich powieści i opowiadań. Może nie zdajemy sobie czasem sprawy jak ważnej jest owo tło. Ja uświadomiłem to sobie dopiero opracowując rozmowę z Maćkiem Parowskim i Michałem Cetnarowskim do Smokopolitan. Też traktowała o polskiej fantastyce, a ja dorabiałem do niej masę przypisów na temat polskiej historii najnowszej, by nawet młodsi czytelnicy zdawali sobie sprawę o czym rozmawiamy. "Limes Inferior" ukazało się w 1982 roku, trzydzieści pięć lat temu. Ilu z nas pamięta jak wówczas wyglądał świat? Ja pamiętam go spojrzeniem dziesięciolatka. Parowski pomaga ujrzeć mi go oczyma człowieka dorosłego.



A przy tym nie jest to książka wspominkowa. Nie jest to też wydanie, które mogłoby zainteresować tylko historyków. "Kukułka..." zawiera też świeże prace Parowskiego. Traktujące o współczesej fantastyce. Podczas jej lektury znów mogłem się wzburzyć czytając, że Maciek nie docenia serialu "Westworld" uważając, że wszystko, co ów pokazuje już było. Ależ nie zgadzałem się z tą opinią, gdy czytałem ją po raz pierwszy, w NF. Przy powtórnej lekturze, już po rozmowie z Michałem Cetnarowskim na ten temat (on się akurat z Parowskim zgadza) znów poczułem bunt. I uświadomiłem sobie, że to bardzo dobre uczucie - nie zgadzać się z publicystą. Nie zgadzać się nie dlatego, że politycznie siedzimy w innych ławkach, albo dlatego, że jak pewna młoda blogerka napisał, iż moja ukochana powieść mu się nie podoba, ale dlatego, że wysnuł z opowieści wnioski, z którymi się nie zgadzam. Bunt przeciw czyjemuś odczytaniu dzieła, a nie dzieła ocenie, to dziś rzadkie wydarzenie. Nieczęsto go doświadczam. Nauczyłem się je cenić. A przy okazji cenię też Parowskiego za to, że wciąż analizuje, stara się sięgać głębiej. Poszukuje odpowiedzi na ukryte pytania. Ciągle mnie uczy. 

I to wszystko: historia, mocne gorące pióro, tło dla znacznej części polskiej fantastyki, być może platforma do budowania dyskusji na temat tego, jak polska fantastyka wygląda dziś, być może punkt wyjścia do nowych sporów, a przede wszystkim potężny ładunek świetnej publicystyki, jakiej dziś tak bardzo nam brakuje - całe to bogactwo okazało się być warte wydania w nakładzie czterdziestu egzemplarzy.

INFORMACJA Z TYCH WAŻNYCH: 

Książka jest w ofercie - papier na żądanie i E-booki  Prószyńskich. O TUTAJ


PO EDYCJI:
Książkę wydał inny wydawca,oficjalnie wydawcą jest sam Parowski, nie Solaris. Zmylił mnie fakt, że na książce nie ma śladu po wydawcy.
A nakład wynosił aż zawrotne 60 egzemplarzy, tyle, że 20 Maciek zostawił sobie. Dzięki temu zresztą ja jeden mam.
Dzięki za czujność - Krzysztof Kietzman. 

04.08.2017

276. wakacje, epilog



Na głowy skakały nam pająki.

Tak naprawdę wcale tak nie było, ale takie zdanie brzmi mocniej od prawdy. A naprawdę żaden pająk nie skoczył nikomu na głowę. I może wcale nie było ich kilka, a jeden pajęczy świr spadał skądś, znad naszych głów i lądował na blacie stolika, pomiędzy szklankami piw. I może właśnie w to piwo celował, ale nie trafiał.

Niemniej siedzieliśmy przy Punkcie Docelowym, tym miejscu, w które trafiam niemal zawsze. Działo się to o porze najlepszej z możliwych, czyli w okolicach północy, gdy nagrzane przez cały upalny dzień powietrze stygnie i nadal jest ciepło, ale człowiek ma już czym oddychać. Bartek i Ewa wykazali się niewiarygodną, choć typową dla nich, życzliwością i przyjechali, by wręczyć mi butelkę rumuńskiego wina oraz dwie butelki Celestynki - wody mineralnej z bartkowego raju. Radek siedział z nami, a jakby go nie było. Myślał o pracy, która właśnie minęła i o pracy, która za kilka godzin miała się rozpocząć. Sweta cieszyła się z okazji do wyjścia poza wąskie korytarze pracy i domu, a ja pochłaniałem piwa na przemian z herbatami i opowiadałem im wszystkim (oprócz Radka) jak wspaniale jest spędzić trzy tygodnie tłukąc się od jednego bałkańskiego miasta do drugiego. 

Aż w pewnej chwili uświadomiłem sobie rzecz oczywistą zapewne dla wszystkich prócz mnie. Że opowiadam te wakacyjne historie sobie. Oni słuchali, zachwycali się fotkami (mam mnóstwo fotek w tablecie). Ale dla mnie liczyło się chyba głównie przeżywanie tego wszystkiego jeszcze raz. O północy, w dusznym Krakowie, pod knajpą, do której zwykle trafiam po zmroku. Zaraz mieliśmy się wszyscy pożegnać i rozejść do domów. Ja miałem do swojego najbliżej.

Radek strącił ze stołu jednego pająka, nim zobaczyła go Sweta. Bartek, jakieś pół godziny później, powtórzył ten manewr, zanim stwora dojrzała Ewa. Obie panie przyznały, że pewnie podniosłyby krzyk. Opowiedzieliśmy im z Bartkiem, że pająków zabijać nie wolno. Po pierwsze dlatego, że to stworzenia pożyteczne, po drugie dlatego, że zabicie pająka sprowadza deszcz. Spojrzeliśmy w niebo uświadamiając sobie, że Krakowowi trochę deszczu mogłoby się teraz przydać. Z góry nie spadła jednak ani jedna kropla, ani jeden pająk więcej.

A ja oczywiście przypomniałem sobie o upałach, o pożółkłej trawie na wzgórzach, o słupach dymu za nami. 

Przez jakiś czas tak właśnie będą wyglądać moje skojarzenia. Potem wszystko zaniknie i będę patrzył na ten wyjazd jak na wspomnienia kogoś innego. Zdjęcia w tablecie i komputerze nie wyblakną, ale zwiędną związane z nimi emocje. "Ach, to ta góra" - pomyślę kiedyś, mniej lub bardziej wkrótce. - "Ileż ten ktoś, kto robił te zdjęcia, natłókł fotek tej jednej góry? Co za nieznośny bęcwał! Jak można być tak zadufanym w sobie, by sądzić, że ktokolwiek będzie miał ochotę oglądać trzydzieści prawie takich samych ujęć tej samej góry?"


25.07.2017

275. Wakacje odcinek piąty - zupełnie inny, niż miał być. Ksamil.



Ten wpis planowałem inaczej. Jako krótkie opisy wybranych chwil spędzonych w kilku różnych miastach. Dwa zdania o siedzeniu przy wcale nie głównej ulicy w Mostarze, trzy o wędrówce przez wysypisko śmieci w Jale, może jeszcze ze dwa o tym, jak... No, nieważne. Z winy Tomka wyszło mi coś zupełnie innego. I będzie tylko o jednym mieście. O tym, co mi z niego pozostało dziś, trzy tygodnie i wiele kilometrów później.


Ksamil. 

Wszystko po polsku. Okrzyki dzieci w morzu i nad morzem, przekomarzania ładnych dziewczyn na plaży, menu w domowej restauracyjce i powitania w barach. Prześliczna brunetka podjęła próbę nauczenia Tomka jak rozpoznawać najlepsze arbuzy i zaraz potem zniknęła. Coś przegryźliśmy na szybko, uciekliśmy z plaży nieco dalej, w cień niedokończonego hotelu, gdzie ludzi było zdecydowanie mniej (ot, para – on się opala, ona siedzi ubrana, włosy zasłonięte czarną chustą, z ciała wystają poza twarzą jeszcze dłonie i kawałek szyi). To miała być nasza pierwsza kąpiel w morzu, więc wchodziliśmy do niego nieśmiało. Ja, bo wiadomo, morze, jak dla mnie żywioł nieoswojony, prawie obcy. Ostatni raz taplałem się w takim dwa lata wcześniej. Tomek z Radkiem też postępowali ostrożnie, ale chyba głównie dlatego, że uznali, iż buty do pływania znów lepiej będzie kupić w jakimś innym miejscu. „Znów”, bo w Skopje wyszli ze sklepu uśmiechając się znacząco. „W Albanii będzie taniej” – deklarował Roro ani się spodziewając, że Albania zaskoczy nas cenowo.

Po paru minutach zapomnieliśmy o ostrożności. Prychaliśmy, pływaliśmy, smakowaliśmy smak soli na ustach. Zrobiło się nam tak beztrosko, że podpłynęliśmy od dwóch łódek kołyszących się nie tyle na falach, co na potrzebie, by jakieś fale były.

- To łódki należące do dwóch rywalizujących ze sobą rybaków – rozpoczął Tomek, a ja coś tam dorzuciłem. 

I tak, nie tyle pływając, co dając się unosić morzu, opowiedzieliśmy sobie o Arim i Rildo, którzy rywalizowali ze sobą od dziecka. Tak pogrążyli się w rybackich zmaganiach, że przemieniły się one w prawdziwą wrogość. Zrywali się obaj na nogi przed świtem, wcześniej od innych rybaków w Ksamil i później od wszystkich innych wracali. Czasem śledzili się nawzajem, by podpatrywać nawzajem łowiska, czasem ukrywali się przed sobą nawzajem. Unikali siebie w szynkach i na tańcach albo przeciwnie – celowo wchodzili sobie w drogę. Aż pewnego dnia tak jakoś wyszło, że obaj zapolowali na tę samą potężną rybę pochodzącą z czasów, gdy ludzie jeszcze nie znali ani ognia ani języka. Ostatniego przedstawiciela gatunku morskich potworów, ukrywającego się dotąd na głębinach, ale zwabionego na powierzchnię czymś, czego nie rozumiał ani on ani ludzie. Może to było specyficzne światło, może czyjś śpiew? Na pewno nie zmęczenie życiem i samotnością, bo ryba wściekle walczyła o życie. I wygrała. Pozostawiła po sobie poszarpane sieci, przegryzione wiosła i pobijane burty dwóch łódek kołyszących się tak blisko siebie, że uderzających o siebie dziobami miarowo: stuk, stuk, stuk.

Ari i Rildo leżeli na dnach swoich łodzi niezdolni choćby ruszyć się albo odezwać z wyczerpania. Mieli poranione dłonie i ramiona, wargi pozagryzane do krwi. Milczeli przez wiele godzin i noc i kolejny dzień zastały ich na morzu. I to milczenie zmieniło ich w przyjaciół. Od tej pory nie rozstawali się już nigdy.

Nawet, gdy wspólnie pokochali, jak to w takich opowieściach bywa, tę samą kobietę, nie zniszczyło to ich przyjaźni. Być może dlatego, że nie interesowali jej. Zimnej brunetki o niechętnym spojrzeniu i sercu bijącym tak ospale, że niezdolnym do wykrzesania jakichkolwiek uczuć. Gdziekolwiek się pojawiała owa piękność, której imienia nie wymyśliliśmy podczas kilku minut zmyślania opowiastki, robiło się chłodniej. Kobiety zagryzały wargi i odwracały wzrok. Mężczyźni opuszczali głowy. Milkły dzieci i psy a szron pokrywał marzenia o lepszym życiu.
Tylko jeden człowiek potrafił rozpalić uczucia owej królowej lodu – przybysz z dalekiej Brazylii, który sam gorzał jak słońce. Powiadano, że jego skóra pali w dotyku, że pocałunki zostawiają ślad węgla i smakują jak ogień. Niemal wyłącznie śmiał się, krzyczał i śpiewał. Kobiety bały się go, ale pragnęły go i śniły o nim. Mężczyźni nienawidzili go ale nie potrafili porzucać jego towarzystwa, gdy wchodził do tawern.

Nikt nie wiedział z czego żył, ale wszyscy, poza Arim i Rildo, odetchnęli z ulgą, gdy rozkochał w sobie kobietę, której imienia nie zdołaliśmy wymyślić.
Ponieważ minęło już dobrych kilka minut gapienia się na łódki, znudziło nam się wymyślanie dalszych losów bohaterów. Stwierdziliśmy więc, że ognisty Brazylijczyk był tak naprawdę oszustem, w dodatku Niemcem, równie zimnym jak kobieta bez imienia, ale udanie symulującym gorąco. Gdy mu się oddała, uprowadził ją, gdzieś, podobno do Brazylii, w której ukrywał się przed niemieckimi sądami. A tam sprzedał nieszczęsną dziewczynę jakiemuś bogaczowi.

Jak wieści o tym, co zdarzyło się w Brazylii dotarły do Ariego i Rildo nie wiadomo. Pewnego dnia jednak nie wypłynęli w morze, ale wsiedli do pociągu (jedynego jeżdżącego po Albanii, nawet jego lokomotywa jest pokryta kolorowym graffiti, a nieliczne wagony przypominają domy dla barwnej zbieraniny wędrowców, którym wystarczy, że jadą; cel podróży dla nich nie istnieje – zobaczyliśmy ten pociąg kilka dni później, niemal kilkanaście sekund po tym, jak patrząc na zaniedbane, porosłe suchymi krzakami tory, zgodziliśmy się, że po Albanii nie jeżdżą żadne pociągi) i wyruszyli nim w podróż, która miała zaprowadzić ich do Brazylii, gdzie spodziewali się uratować dziewczynę bez imienia, za to z sercem już nie lodowato zimnym a złamanym.

Nikt ich więcej nie zobaczył w Ksamil. Po trzydziestu, a może więcej latach zmienili się w lokalną legendę. Ale ich łódki wciąż cumują w zatoce, a kobiety opowiadają, że przyjaciele powrócą kiedyś. Mężczyźni otwarcie śmieją się z tych opowieści, ale skrycie wypatrują przyjazdu jedynego w Albanii pociągu.

Szanse na powodzenie mają niewielkie, bo do Ksamil nie doprowadzono torów.

Taplaliśmy się w morzu prawie do wieczora. Dzięki temu doczekaliśmy przybycia jeszcze jednej łodzi w pobliże tych porzuconych przez przyjaciół. I w ten sposób poznaliśmy w końcu imię ich ukochanej.


Potem wszystko potoczyło się szybko. Zakupiliśmy dobre albańskie piwa, rozsiedliśmy się na altanie wśród winorośli i bylibyśmy pewnie grali aż do świtu, ale z ulicy dobiegły nad dźwięki lokalnego folkowania, tych niemal transowych melodii, które znaliśmy z Radkiem z jutuba, przy których zaprzyjaźnialiśmy się niejednokrotnie winami. Bałkańskie tony chadzały za nami przez prawie całą podróż, nie było prawie miasta, w którym nie odbywałby się jakiś festiwal. Porzuciliśmy więc karty
i zeszliśmy na ulice, gdzie lokalsi śpiewali i tańczyli. Gdy odkryliśmy, że próbują porywać w tan
i turystów czmychnęliśmy z powrotem do kart.

A następnego dnia opuściliśmy Ksamil, gdzie ceny okazały się wyższe niż myśleliśmy, język polski dało się słyszeć częściej od albańskiego a ulice były ciężkie od mężczyzn licytujących się na ogłoszenia z adresami atrakcyjnych noclegów. Podejrzewam, że najlepiej zapamiętamy z niego dziewczynę wskazującą najlepszy arbuz, dwie łódki od których wzięli imiona bohaterowie, śpiewy do północy (na szczęście nie nasze). I może jeszcze ser, kupiony ot tak, pod wpływem chwilki. Pewnie bym go nie zapamiętał, choć był, drań, przesmaczny. Ale rozpoczął długą linię zachwytu albańskimi serami; ścieżkę, która zakończyła się hen, po drugiej stronie gór, na płaskowyżu nad plażami i cyplami, na których bunkry porozsiadały się wyjątkowo potężnie, stara turecka twierdza wciąż czuwała nad zatoką a przy kąpielisku można było spotkać osy tak spragnione, że krążyły wyłącznie wokół studni i plażowego prysznica.

20.07.2017

274. wakacje, odcinek czwarty: umiejętnie odwracam wzrok



Miałem wielką ochotę rozpocząć któryś z wpisów tak: "trzeci wstrząs, wciąż silniejszy od tych, jakich doświadczyli w poprzednie dni, wprawił ich w niepokój. Niby się uśmiechnęli porozumiewawczo, niby spokojnie powrócili do gry w remika, ale nastrój był już inny niż wcześniej. Bańka beztroski rozprysła się bezpowrotnie. Przypomnieli sobie, że czytali o potężnych trzęsieniach przed dekadami i wiekami, że Justynian musiał podnosić to miasto nie z ruin, lecz z kupy gruzu. Przypomnieli sobie, że drobne wstrząsy mogą zapowiadać większe.  Zaczęli oczekiwać następnych drgań z niepokojem."

Niestety, nie wiedziałem co począć z takim początkiem, dokąd go doprowadzić.

Nadal nie wiem.

Ale przez dwa (już prawie trzy) tygodnie podróży pożary wędrowały naszym szlakiem. Widywaliśmy je pod postacią słupów dymu nad miastami, które ledwie co opuściliśmy, bądź plamami czarnej wypalonej ziemi na trasie do miast, ku którym zmierzaliśmy. Zdarzało nam się złapać strzęp informacji o nich w radio, nim zirytowany gadaniną Tomek zmienił stację. Uświadamialiśmy sobie, że wędrujemy po ziemiach wysuszonych słońcem. Trawa zółkła tu częściej niż zieleniała. Gdy przejeżdżaliśmy przez Czarnogórę pokonywaliśmy góry wolne od domów, pełne za to okruchów skał pomiędzy płatami ziemi przypominającej szary piach, porośniętej żółtymi zombiakami trawy. Tam wystarczyłby byle gorętszy oddech, by wszystko to wytrysnęło płomieniami.

W Sarajewie, gdzie wyzywająco ubrane dziewczyny i kobiety, nieco przesadnie lubujące się we wszystkim, co lśni, czy to na sukienkach, bluzkach, paskach, butach czy też na policzkach mieszają się z dziewczynami i kobietami odsłaniającymi jedynie twarze bądź oczy (tym też często zdarza się lśnić), w tym właśnie mieście dogonili mnie moi fani ze świdrami. Wiercą od świtu tuż pod oknem, nie dają spać, nawet pisać za bardzo nie dają, a mnie się zdarza uśmiechać, bo przypominają mi dom.
Nie, żebym tęsknił za powrotem. Te pożary, lęk przed tym, co mogą przynieść wstrząsy, świdry, wszystkie te skazy na idealnym urlopie to tylko cienie prawdziwego niepokoju. Tego wzbudzanego obawą przed powrotem. Znów, jak pod koniec każdego konwentu, uświadamiam sobie, że jestem dzieckiem karnawału i nie chcę, by się kończył. Nie tylko dlatego, że w karnawale głupcy, jak ja, są królami. Może obawiam się, że tylko karnawał ma sens?

Ale karnawał to czas pożyczony. Wydajemy w nim więcej pieniędzy, niż zazwyczaj, zachowujemy się jakby nie istniały konsekwencje i tak długo, jak tylko potrafimy, wierzymy, że końca nie będzie. Odwracamy wzrok od słupów dymu wyrastających zza wzgórz, ignorujemy wstrząsy albo uciekamy przed nimi dokądś, gdzie jeszcze ich nie ma.

Jakbyśmy się jednak nie starali, karnawał dobiega końca. Tak dla mnie, jak i dla Tomka i Radka, dla kraju, narodu, świata.


Na razie zdechł mi internet i ten wpis powstaje w wordzie. Możliwe, że wkleję go dopiero w Krakowie. Tam, gdzie jak słyszałem póki miałem dostęp do sieci, chłody, deszcze i burze. Brak sieci ułatwia mi odwracanie od nich wzroku. 

12.07.2017

272. Wakacje, odcinek trzeci: o jeżdżeniu samochodem

Przez góry, których nazw najwyraźniej nikt tutaj nie zna, szliśmy nie jak osiołki, których tu mnóstwo, ale jak osły patentowane. A może jak dzieci - pełne wiary we własne możliwości, ufające zabawkom i nie przyjmujące do wiadomości, że coś może okazać się niemożliwe.

Osiołki, jak sądzę, mają własne nazwy dla gór, szlaków i szczytów. Dla wąwozów rzeźbionych zanikającymi latem rzekami. Być może tak lubiane przez dziewczęta wcale niekłapouche zwierzaki dzielą się tymi nazwami ze stadami kóz i owiec. A może nawet z pasterzami. Możliwe jednak, że każde ze stworzeń dysponuje własnymi określeniami na taką na przykład górę Tomor, do której nie dotarliśmy. Ani na jej szczyt, gdzie zresztą się nie wybieraliśmy, gdzie chyba nikt się nie wybiera, ani nawet w jej cień. Nigdzie prawie nie dotarliśmy tamtego dnia, gdy zamierzaliśmy zwiedzić miasto Berat i zasuwaliśmy małym samochodzikiem ku szczęśliwemu zakończeniu, choć innemu niż sobie wyobrażaliśmy.



Nie dotarliśmy do Miasta Tysiąca Okien, choć nikt nie powie, że się nie staraliśmy. Ignorowaliśmy zatroskane spojrzenia tubylców, rzucane najczęściej zza szyb terenowych potworów z napędem na cztery koła. Ignorowaliśmy fakt, że nie mieliśmy ani grosza w lokalnej walucie. Właściwie ignorowaliśmy tak wiele faktów, że nie sposób ich tutaj wyliczać. Gnaliśmy przed siebie małym, coraz mocniej umorusanym samochodzikiem. Jeszcze trochę wspominaliśmy Ohrid z jego uliczkami, malowniczymi ale nie stworzonymi do spacerowania, cerkwiami i cerkiewkami porozrzucanymi po wzgórzach oraz, oczywiście, z naszym ulubionym kociołkiem. W bagażniku pobrzękiwały butelki wina. Byliśmy zadowoleni, może nawet prawie szczęśliwi i zasuwaliśmy kolejną malowniczą drogą przez góry nie tracąc rezonu nawet, gdy zaczęła znikać.


Śmialiśmy się mijając coraz większe dziury. Śmialiśmy się, gdy nie zostało wiele poza nimi. Przestaliśmy się śmiać po przejechaniu przez kamienny mostek, za  którym ta dziwna przestrzeń, która kiedyś była drogą zaczęła z jednej strony jeszcze bardziej tracić na wrażeniu drogowości, z drugiej piąć się stromo w górę.

- To na pewno jedyna droga? - upewnił się Tomek.
- To na pewno droga? - podrzuciłem.

Radek zapewnił nas dwukrotnie, że tak. Droga i jedyna. Kiedyś zapewne nie tylko malownicza, ale i pięknie kładąca się pod  kołami bezlitośnie masakrujących ją ciężarówek, które uwoziły tony kamienia wyrwanego górom. Albania nie tylko turystyką, ale i kamieniołomami stoi. Te, które mijaliśmy tamtego dnia zamilkły. Jasne wyłomy w górach jeszcze się nie zagoiły, ale ruchu w nich już nie ma. Jednak lata ciężkiej pracy ciężarówek zadały drodze potężne straty. Już się nie podniosła po ranach od ciężkich kół, a nikt jej nie reanimuje, bo dla kogo?




Na pewno nie dla nas. Gdy uznaliśmy, że łatwiej zerwiemy zawieszenie, albo stoczymy się w koryto okresowej rzeki, niż dotrzemy do wybranego celu, zawróciliśmy. Radek mamrotał, że jeszcze tu wróci, odpowiedniejszym samochodem.

Przegraliśmy Berat ale pokonaliśmy góry, których nazwy znają owce, kozy, osiołki i atlasy, ale niekoniecznie mieszkający tam Albańczycy. Gdy ich pytaliśmy, patrzyli na nas ze zdziwieniem. Góry to góry.

Coraz mniej podskakując na dziurach i wybojach wracaliśmy do cywilizacji, a Radek znajdował kolejną jedyną drogę, która miała zaprowadzić nas do Gjirokastry. I zaprowadziła, co tu kryć. Ale nie tak od razu.



Najpierw natknęliśmy się na roboty drogowe, co poznaliśmy po wystawie znaków poprzypinanych gromadnie w miejscu, w którym taka niezła nawet szosa zmieniała się w marzenie kierowców wozów wyścigowych - pas czarnego asfaltu bez skazy. Biała strzałkę wykrzywioną ukośnie w lewo na niebieskim tle zinterpretowaliśmy jako nakaz zmiany pasa, co wydało się słuszne, bo na lewo od strzałki droga zmieniała się w wertepy ućkane zresztą jakimiś przegrodzeniami. Pomknęliśmy więc przed siebie (lewym pasem). I było to jedno z najlepszych mknięć tej podróży. O, jakże nic nam nie przeszkadzało, gdy zasuwaliśmy po tej drodze równej jak najrówniejszy ze stołów, pośród gór i nieusuniętych jeszcze po robotach zwałów ziemi. To nie była jazda,  lecz rozkosz. Spełnienie snów wędrowców zmęczonych po wyprawie drogą, której nie było. Raj.


W każdym razie do momentu, gdy dotarliśmy do ściany. Dosłownie. Droga marzeń kończyła się ścianą.

To pomogło nam się domyślić, że znów pojechaliśmy drogą której nie ma. Tym razem nie dlatego, że okazała się tak stara, zmęczona i zapomniana, że prawie zanikła, ale dlatego że jeszcze jej nie wybudowano.

Zawróciliśmy po raz drugi tego dnia. Znów jechało nam się świetnie, choć dręczyła nas obawa, że możemy jakiemuś ministrowi zepsuć uroczyste otwarcie fragmentu szosy wyłaniając się zza zakrętu, za którym nie powinno być żadnych samochodów i porywając czerwoną wstęgę, nim zdąży ją przeciąć.



Nic takiego się nie stało. Musieliśmy tylko skręcić na wertepy wskazywane przez ukośną strzałkę na błękitnym tle, a potem mozolnie wspinać się po przepięknych górskich drogach. I tak, pokonaliśmy nimi góry, których nazw tubylcy nie używają. Bez lokalnej waluty, płacąc za  benzynę wszystkim, co tylko zgadzali się przyjmować benzyniarze. Żywiliśmy się burkami jeszcze z Macedonii, przepijanymi macedońską wodą.



Uniknęliśmy stratowania przez owce, kozy i krowy, którym chyba wydaje się, że są w Indiach. W niewielkim barze prowadzonym przez osiemsetlatka znajdującego upodobanie w oglądaniu teledysków Marjoli Kacani (tu nawiązaliśmy duchową łączność) i częstowaniu przejezdnych lodowato pysznym piwem podawanym w lodowatych kuflach odnaleźliśmy nieco ukojenia. Gościnność osiemsetlatka uspokoiła nas po spotkaniu z ogrodzeniem, na które ktoś ponatykał korpusy zabawek.



Potem jeszcze trochę drżeliśmy, że nie starczy nam paliwa, zdumiewaliśmy się kolejnymi stromymi podjazdami, zachwycaliśmy się rzeką wypłukującą wapń ze skał by stroić się w oferowane przezeń barwy. Zwalnialiśmy na widok kóz i owiec, narzekaliśmy albo śmialiśmy się. Skwar dawał nam we znaki i ciągle martwiliśmy się, że brak nam lokalnej waluty. Że nie zdążymy przed zmrokiem. Że samochód wreszcie powie nam co myśli o tym wszystkim.




Ale pokonaliśmy góry, których nazwy istnieją, choć prawie nikt ich nie używa.