18.04.2017

266. niby podróż



Prawie nie zauważyłem jak znalazłem się przy stoliku z grupą mężczyzn w garniturach.

Facet naprzeciwko mnie: zadbany, młody, pełen werwy, z lampką koniaku w dłoni. Skupił na sobie uwagę wszystkich przy stoliku, bo opowiadał o rzeczach, o których chcieliśmy słuchać. Przerywał, by co jakiś czas wołać na kelnerkę: "diewoćka!". Pierwszy taki okrzyk zdziwił mnie. Pomyślałem: "u nas by chyba nie przeszło. Nikt nie zawołałby na kelnerkę: "Hej, dziewczyno!". Ale kto wie?

Mówił o okazjach. Uśmiechał się. Poklepywał po plecach kumpla, zapewniając, że ten to dopiero swój chłop. Obu zdarzyło się uśmiechnąć, że kiedyś to razem takie rzeczy wyrabiali...! 

"Tu jest kraj okazji" - oznajmił. - "Trzeba uważać, sprawdzać ludzi, którzy się do was zgłaszają. To nie wypada drogo: za pięćdziesiąt, sto euro, znajdzie się agencja, która dokładnie sprawdzi firmę, z którą nawiązaliście kontakt. Warto wydać te pieniądze, bo trafiają się naciągacze."

Po trzecim koniaku oznajmił, że czas już na niego. Ale nie puściliśmy go, bo wtedy właśnie zaczęło się robić ciekawie. Przy czwartym koniaku zaczął bowiem mówić o strzelaninach i gangach. Od razu zastrzegł, że obcokrajowcom nic nie grozi. Nawet gangsterzy nie chcą ich zniechęcać do przywożenia tu kasy. "U nas, w kraju, ludzie myślą logicznie."

W końcu zapytałem, czy zamierza tu zostać. "Mówisz: "u nas", "nasz kraj". Masz tu żonę i dziecko. Ale przecież urodziłeś się w Polsce. Zamierzasz zostać tu na zawsze?"

Nie musiał zastanawiać się długo.
"Jak tylko córka dorośnie na tyle, żeby iść do szkoły, wracam. Zrozum, kocham ten kraj jak swój własny. Ale chcę, żeby dorastała gdzieś, gdzie będzie miała większe szanse."

Zgodnie z jego zapewnieniem nikt do nas nie strzelał. Najbardziej dokuczliwi okazali się właściciele rasowych gołębi ganiający za nami po historycznie naznaczonych miejscach. Oni oraz korki. Na trzy pasma szerokich ulic, po których szybcy i wściekli mogliby urządzać dzikie wyścigi nanizane ciągnęły do rana do wieczora paciorki ciężarówek poprzetykane drobnymi ozdobnikami samochodów osobowych i żółtych busów. Wszystko to w oceanie betonu falującym czasem aż ku trzydziesto pięcio metrowym potworom w kolorze brudnego różu. Poprzetykano je dużymi parkami, gdzieniegdzie iskrzyły świątynne kopuły. Ludzie miotali się między tym wszystkim zupełnie zwyczajnie. Na placach ustawiano budy z żarciem dla turystów. Reklamowała się jakaś pizzeria. Okrągła tleniona blondyna o policzkach napastowanych różem udawała, że jej kantor nie przyjmuje eurasów. Jakiś facet, który nie zdołał posadzić gołębia na mojej dłoni, zapewniał mnie, że jego pasją jest kolekcjonowanie złotówek. 

Wśród magnesów z ikonami maryjnymi znalazłem i naszą, częstochowską. Kusiło mnie, by zapytać o nią którąś z kobiecin w chustach, ale nie znalazłem dość śmiałości. Jeszcze by mi ją sprzedały. Na pewno nie potrafiłbym odmówić. Nie w tych zacienionych świątyniach, na których ścianach wojownicy z chwalebnej historii mieszali się ze świętymi. Nie wśród wielkookich dziewczyn o zasłanianych na różne sposoby włosach modlących się cicho, wśród mężczyzn przytulających usta i czoła do ikon. Nie, gdy inne kobieciny zeskrobywały wosk z podłóg poddających się tym pieszczotom od ponad tysiąca lat. Kupiłbym wszystko - i magnesy i kubek tak pomaziany złotą farbą, że aż zęby bolały od samego patrzenia i pewnie nawet jedną z długich świec. A może i nastroszona palmę, bo to był akurat czas palm.

Na lotnisku sprawdzili, czy nie jestem terrorystą. Nawet to nie wydało mi się egzotyczne.

Prawie nie zauważyłem, jak stamtąd wyjechałem.

(obrazek z pixabay/katesib0/ CC0 Public Domain )

02.03.2017

265. ...i ty też




Kiedy Piętaszek po raz pierwszy odnalazł Robinsona, ten dreptał ciężko plażą przygarbiony pod ciężarem nadziei. Fale przyboju podszczypywały go w nos prawie dotykający piasku. Mężczyzna w futrze owiniętym wokół miejsc, którym przydałoby się nieco chłodu i odsłaniającym te, które należałoby lepiej chronić przed słońcem, zrobił na Piętaszku przygnębiające wrażenie.

Później, gdy obaj nauczyli się porozumiewać na tyle dobrze, by zrozumieć inne słowa niż tylko: „głodny”, Piętaszek dowiedział się, że pomylił się podczas pierwszego spotkania z Robinsonem. Owego dnia Robinson nie był zmartwiony lecz szczęśliwy. Śledził ślady ludzkich stóp odbitych na piasku i pod nosem przyprószonym morską pianą mamrotał hymny na ich cześć.

Lecz tego samego dnia Piętaszek pojął coś jeszcze. I przeżył zapewne to samo zdziwienie, które stało się udziałem Sancho Pansy bądź hobbita o imieniu Sam.

 Świat nie kręcił się wokół nich, lecz wokół ich panów.

To dość podobne sytuacje: Piętaszek przyglądający się Robinsonowi drepczącemu po plaży, Sam spoglądający na zmordowanego Froda i Sancho starający się nie przenikać zamysłów Don Kichota. Przypomniałem sobie ich wszystkich, gdy czytałem książkę Tony Andersona, „Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji”. Anderson, choć Anglik, nie puszy się, przeciwnie, zdarza mu się pochylać głowę w pokorze. Nie ustaje w zachwycie nad przyrodą i historią, w zdumieniu nad tragediami niesionymi przez politykę i w ciekawości i zafascynowaniu podczas spotkań z ludźmi. A w tle wszystkich tych uniesień ma swego Chrisa (Sama, Piętaszka, Sancho).

Anderson podziwia, rozmawia, przeżywa. Bywa, że dopadają go trudy, zostaje obrabowany i pocieszony. Pije alkohol zabarwiony narkotykiem, milknie onieśmielony ruinami kościoła wzniesionego przed tysiącem lat na skale. Gdzieś, z boku czasem pojawia się Chris, który zwykle fotografuje coś albo śpi. Od czasu do czasu rzuca jakiś celny komentarz. Służy Andersonowi jako ktoś oferujący mu szansę na zdobycie chwili oddechu od trudów i cudów. Pojawia się, by przypomnieć o świecie rzeczywistym. Gdy zniknie (bo czas już na niego), Andersonowi zrobi się tak nieswojo, że cofnie czas, porzuci na cały rozdział Gruzję, by opowiedzieć, jak kiedyś wędrowali ku niej z Chrisem przez inne kraje.

To, jak zwykle u mnie, nic nowego. Małe egocentryczne odkrycie oczywistości. Gdy wędruję z przyjaciółmi świat kręci się wokół mnie. Spisuję czasem notatki. Bywam w nich sam albo z kimś. Ale czy zasuwam z Tomkiem przez Belgrad, czy z Rorem przez Macedonię bądź Albanię, znajduję się w centrum wydarzeń; to ja przeżywam, zachwycam się, odczuwam czasem nieco trudu, piję wino bądź piwo niezaprawiane narkotykiem. Moi przyjaciele krążą w pobliżu, ważni, ale w opisach obecni anegdotycznie. Musiałem ujrzeć jak Chris wędruje w cieniu Tony'ego, by to dostrzec.

To oczywiste, naturalne. Ale nieprawdziwe.

Nie jesteśmy Frodami, Robinsonami bądź Don Kichotami. Świat nie kręci się wokół nas, w każdym razie nie poza zasięgiem naszych notatek. Tak naprawdę Tony to Chris, Robinson to Piętaszek. Dziwni, zagubieni wędrowcy do końca nie pojmujący świat. Jesteśmy towarzyszami podróży innych. W najlepszym przypadku, bo bywamy też adwersarzami herosów, czarnoksiężnikami bądź smokami, z łap których szlachetni rycerze muszą odbijać księżniczki. Kiedy Roro nurkuje wzrokiem w mapy, widząc w nich urlopową przyszłość, towarzyszę mu w niej obecny prawem Sancho Pansy. Ale i Roro bądź Tomek staną się dla mnie Piętaszkami, gdy już znajdziemy się w drodze.

Ale żaden z nas nie zostaje i nie zostanie Frodem.

Jeśli dopisuje nam szczęście i w naszych podróżach, czy to po egzotycznych krainach, czy też od poniedziałku do poniedziałku, zyskujemy towarzyszy wędrówki, to nie jesteśmy ich Frodami i Robinsonami, cokolwiek nam się wydaje. Jesteśmy bandą towarzyszących sobie nawzajem Samów, zwykle nieświadomych swojej roli. Postrzegających innych jako dodatki. Może jeśli oswoimy sobie naszą niewyjątkową sanchopansowość łatwiej będzie się nam nie złościć na innych Sanchów? Świat pełen Frodów i Robinsonów jest, jak sądzę, trudniejszy do zniesienia.

Oczywiście, trafiają się czasem osobniki wybitne. Ludzie niesieni rzeczywistą, albo wyimaginowaną charyzmą. My, Samowie, nie powinniśmy czuć się z tego powodu źle.

Bo tak naprawdę, przy wszystkich swoich wielkościach i czynach, stanowią oni tło dla milionów Piętaszków.


obraz: Hottemax/Pixabay/CC0 Public Domain

02.11.2016

264. nie ma świata, idzie wojna?

Czytam sobie do śniadań "Wojnę i Pokój", zalewie po raz trzeci albo czwarty. I jak zwykle uderza mnie to, jak Tołstoj ukazuje tych wszystkich podłych Rosjan dławiących nas bagnetami i tyranią, taplających się w naszej krwi, pożerających nasze ciała, szykujących się do kolejnej wojny, w której dołożyli wszelkich starań, by odebrać nam naszą nadzieję na niepodległość, tych pełnej złości satrapów, sadystów pełnych nienawiści, te hordy nienasyconych kanibali - jako ludzi dobrych. Czasem małych, czasem słabych, czasem złośliwych, ale zawsze z odrobiną przynajmniej dobroci wyglądającej przez te wszystkie krynoliny, etykiety i inne drobiazgi, które potrafią czyni nasze życie nieznośnym a nas upadlać. Oczywiście, siła Tołstoja leży w tym, że oni wszyscy przestali być po prostu Rosjanami, stali się uniwersalną ludzkością, która stara się żyć. I jeśli tak na nich spojrzę, to mogę zapomnieć o tej nienawiści do nas i widzieć tylko ludzi, którzy tak naprawdę są, lub mogą być, lub starają się być ludźmi dobrymi. 

Czytam sobie, by przygotować się na nowego Szostaka, "Odyseję". Też nie pierwszy chyba raz, ale trudno mi to określić, bo ileś tam razy czytałem ją sobie we fragmentach, opracowaniach, interpretacjach, gąszczach tłumaczeń. No, ale czytam. Konfrontacja Tołstoja i Homera sama do mnie przychodzi. Objawia się najpierw myślą, że w przeciwieństwie do Tołstoja Homer nie stara się opowiadać o ludziach dobrych. Potem myślę, że nie, że nie mogę przykładać do siebie szlachetności, tak jak je rozumiano dwieście lat temu w Rosji i tak, jak ją rozumiano hen, w mitycznej Grecji. A trzecia myśl, trochę szydercza, mówi, że mogę wszystko, jeśli tylko potrafię się usprawiedliwić. 

I myślę, że bohaterowie Homera jednak nie starają się być ludźmi dobrymi, jakkolwiek byśmy tej dobroci nie definiowali, a Homer nie próbuje ich tak przedstawiać. Nie drwi z nich równie okrutnie jak Szekspir w "Troilusie i Kresydzie", ale pokazuje ich jako ludzi wątpiących (to jak Tołstoj, u którego pozbawionymi wątpliwości, choć nie obaw i lęków, są chyba tylko kobiety i młodzieńcy), lecz do końca wiernych zasadom świata, po którym chadzają bogowie. A dobroć nie należy do cnót tamtego świata.

Leży i czeka na mnie na półce nowy Twardoch, którego tylko napocząłem i zaraz odłożyłem ze strachem, bo wystarczyło mi kilkanaście stron lektury, by zrozumieć, że niełatwo mi się będzie od niej oderwać. A zbyt wiele mam teraz na głowie własnego pisania, bym się angażował w cudze 

            - wiem jak to brzmi, po tym, jak zasiedziałem się nad Tołstojem i Homerem, ale 
               lektura znanych już sobie książek jest inna, bywał mniej angażująca, jeśli się
               jest na nią gotowym; znaną już powieść można przerwać w dowolnym momencie,
               a ona się o to nie obrazi, można zresztą czytać takie powieści nieco instrumentalnie,
               albo wręcz terapeutycznie, przecież podczytuję teraz  "Koniokrady" Faulknera za
               każdym razem, nim siądę do pisania takiej jednej historii, ale trzymam pod ręką
               "Cień w ukryciu" Cooka dla odpoczynku, cały czas kusi mnie, by przeczytać jeszcze
              raz dla przyjemności, "Formy Chaosu"Kappa", więc wszystkie te powieści, do których
              powracam, nie niosą tego niebezpieczeństwa, co powieść nowa -

Do tego boję się, że zastanę u Twardocha tych samych bohaterów, których często u niego zastaję: wyobcowanych i dzikich.

Dobrze byłoby teraz machnąć jakieś podsumowanie, żeby ten wpis nie był tylko sumą: ochoty, by coś tu wpisać po dwóch miesiącach ciszy, chwili ochoty oraz znalezienia pretekstu. Dałoby się pewnie ułożyć jakąś pewność albo pytanie; zdziwić się, że Homer pisał o ludziach zjednoczonych ze światem, okrutnym i niesprawiedliwym, ale mieszczącym się w jakichś regułach i pozostawiającym nieco szans dla śmiałych mężów, Tołstoj o ludziach dobrych a Twardoch o wyobcowanych. Albo, że Homer i Tołstoj czasem podłości swoich bohaterów ukrywali, bądź usprawiedliwiali (bądźmy szczerzy, Odys, mierzony naszymi standardami, to kawał sukinsyna), a Twardoch się tych podłości nie boi. Albo może, gdybym wykazał  się odpowiednim uporem, znalazłbym jakieś literackie prawo, silne niczym twierdzenia fizyków.

Ale, z jakichś powodów, telepie mi się w głowie ta jedna myśl: "wyobcowanie". Herosi Homera, jak bardzo samotnymi byśmy ich nie widzieli dziś, należeli do swego mitycznego świata. Dobrzy ludzie "Wojny i Pokoju" istnieli w swoich salonach i pałacach, nawet jeśli się w nich nie mieścili i z ulgą uciekali na wieś, lub na wojnę (wiem, jest "Anna Karenina" o tej słabej trzpiotce, która niszczy życie wszystkim wokół siebie i jeszcze gorszym od niej egotycznym pawiu, z których kino zrobiło tragicznych kochanków prawie na miarę Romea i Julii, jakby nie zauważając, że miłość tych od Szekspira ma jednoczyć, podczas gdy romans tych od Tołstoja to totalny rozpizd w imię pogardy dla wszystkich, którzy nie są nimi, ale w "Annie Kareninie" nie ma ludzi wyobcowanych tak, jakby owo wyobcowanie stanowiło sens ich istnienia, jest idiotka, która wyobcowuje się sama i drań, który ją do tego porywa, a potem porzuca - on akurat idealnie mieści się w tamtym świecie). Ale Twardoch - i przecież nie tylko on - pisze o ludziach, dla których wyobcowanie jest doświadczeniem  fundamentalnym, niemal konstruuje ich istnienie.

Więc może zgubiliśmy świat? Odys, Hektor - doskonale wiedzą gdzie żyją i pasują do swego świata. Bołkońscy i Rostowowie takoż, nawet jeśli czasem czują się obco na salonach, mają dokąd uciec, także w ramach swojej zastanej i poukładanej rzeczywistości. Ale bohaterów Twardocha często łączy wstręt wobec świata, tak jak bohaterów Szostaka zagubienie w nim i zdziwienie nim, a bohaterów Orbitowskiego trwoga wobec niego (chyba trochę uogólniam i podpinam pod tezę, bo tak ładniej to mi się układa). Mamy szukać dalej? Ta nieprawdopodobna łajza, bohaterka "Ciemno, prawie noc" Bator światem wyłącznie gardzi. Niby w jej umyśle istnieje jakaś rzeczywistość godna cieplejszych uczuć, ale wydaje mi się ona wytworem jej wyobraźni. Bohaterowie Małeckiego też nigdy nie pasują do świata. Jeden Radek Rak zdaje się stąpać nieco inną ścieżką, ale nie jestem pewien, czy na pewno. Bo on chyba pisze między innymi o ludziach, którzy rozpaczliwie chcieliby do świata pasować, ale niekoniecznie potrafią. Orbitowskiemu też się to zdarza ostatnio, albo ostatnio to ja zacząłem u niego zauważać.

Może więc zgubiliśmy świat? Tę rzeczywistość, która byłaby dla nas poniekąd oswojona, przynajmniej pod względem reguł. Może nawet dziką, ale jednak taką, do której przynależymy. To byłoby dziwne, bo przecież żyjemy w rzeczywistości supercywilizowanej. Wszystko ma w niej swoje miejsce, a my staramy się być grzeczni i poukładani. A tymczasem znaczna część literatury wokół której się kręcę zdaje się głosić, wyobcowanie i poczucie uwięzienia w świecie, który nie tylko do nas nie należy, ale do którego my nie przynależymy. Jakbyśmy nie chcieli tej dostatniości, której zresztą nie rozumiemy i którą odnajdujemy jako obcą. A takie poczucie uwięzienia i wyobcowania - czy nie prowadzi do buntu?

Czy Szostak, Twardoch,  Orbitowski, Małecki, Rak, ale też Tokarczuk (jej bohaterowie zdają mi się na tym tle podobni do bohaterów Raka), ta nieszczęsna Batori nie robią tego samego, co politolodzy socjologowie i im podobni? Czy nie wieszczą jakiegoś wielkiego bum?

Nie o takim podsumowaniu myślałem zaczynając pisać, gdy tak naprawdę, sądziłem, że obejdzie się bez jakiegokolwiek podsumowania.


05.09.2016

263. bez słońca

Najpierw drze się pies. Albo nie. Najpierw ten sam taksówkarz, co zwykle (jak okazuje się po raz trzeci) pyta: "a, pod te drzwi?". Potem rozmawiacie o podróżach, a on rzuca: "no niestety, nie chce być inaczej, znowu dwadzieścia dziewięć", potem drze się pies, potem miejsca w mieszkaniu brakuje na rzeczy z walizki, większej wewnątrz niż na zewnątrz. Łyk piwa. Spacer do Żabki, żeby nakarmić lodówkę. Spacer do restauracji, żeby odkryć jak artystycznie potrafią tam układać puste przystawki. Na szczęście pełne danie jest pyszne i syte, choć znów okazuje się, że krewetki smakują lepiej w kraju, w którym mieszkają.

Później dwaj kumple, jeden, który wrócił z nieco dalsza i drugi, który wrócił prawie że zza miedzy, spędzają, jak zwykle, miłe chwile podsumowując ostatni weekend. Wieczór konsumpcyjnie składa się z: czeskiego wina, macedońskiego wina, serbskiej śliwowicy, czeskiego piwa oraz sera dorastającego przez rok i opowieści.

Odkrywają, że to już prawie jesień. Próbują odgadnąć jakie zwierzę hałasuje w krzakach za ich plecami. Kumpel obstawia jeża i chyba ma rację. Opowiadają sobie w zabawny sposób o swoich przygodach.

Potem pożegnanie, serdeczne, wesołe.

Aż wreszcie trzeba wracać do domu, rozścielić łóżko, położyć się w nim i zaraz wstać, by napisać to wszystko, co powyżej, byście zrozumieli, jak dziwne jest to, że właśnie, po raz pierwszy w życiu, poczułem się tak bardzo obco we własnym łóżku.

09.07.2016

262. orzeł na poduszce

Ten wpis to pokłosie dyskusji na fejsie, a także mała wariacja na temat tego, co tam napisałem. Odpowiedzialność za niego ponosi więc Jewgienij, bo to on zaczął.

Zaczęło się od tego, że Jewgienij znieść nie może patriotyzmu dekoracyjnego, wyrażanego przez koszulki, bluzy, czapki a ostatnio nawet kołdry i poduszki. Najwyraźniej zdaniem części moich znajomych kicz jest wrogiem symbolem narodowych, uwłacza im wręcz. Podejrzewam, że sadzą iż kicz w ogóle uwłacza światu, chyba, ze stosuje się go ironicznie, celowo a trafnie konstatując kondycję świata.

Powiedzmy to sobie jasno: nie kupiłbym takiej pościeli i nie zdarzyło mi się nosić takich koszulek. Ale odnoszę wrażenie, że intelektualiści przejawiają skłonność do starannego przegapiania gustów ludzi prostych. A przecież ludzkość nie składa się wyłącznie z wrażliwców o wysublimowanych gustach i podniebieniach. Możemy sarkać na jarmarczne gusta "prostaczków", ale patrzenie na nich z góry ponieważ ich estetycznych wrażliwości nie ukształtowały subtelne a głębokie przekazy i przeżywania, mam za niedobry snobizm. Do pewnego stopnia ta wrażliwość jest niezmienialna, a do pewnego można starać się ją kształtować. Ale, u licha, nie sarkaniem na prostaków i wyśmiewaniem ich.

Nie chcę przy tym zabrzmieć, jakbym popadał w rodzaj chłopomanii. Nie podoba mi się patriotyzm sprowadzony wyłącznie do prostych znaków. Ale mijając kolesia w "patriotycznej" koszulce, nie wiem, czy on faktycznie cieszy się ojczyzną, czy tylko kręci go moda na godła i flagi, albo wręcz czuje się lepszy od kosmopolitycznej zgrai w t-shirtach z Vaderem. Ale wymowne marszczenie nosów nad prostymi gustami mi się nie podoba. To, że są proste, nie znaczy, że nie są szczere. A prostota nie wyklucza co najmniej poczciwości, czy mówiąc górnolotniej, bycia przyzwoitym.

Zdaję sobie sprawę, że moda na koszulkowy patriotyzm łączy się czasem z bardzo nieprzyjemnymi zjawiskami oscylującymi wokół ksenofobii, że także może wiązać się z podobną do naszej pogardą wobec inności, choć nie tak subtelną, ironiczną i zdystansowaną. Ale to nie znaczy, że zawsze taka jest. Czasem ludzie po prostu cieszą się w sposób prosty i tak samo wyrażają swoje uczucia. Czasem naprawdę podobają im się piernikowe serca oraz różowe misie, na które mogą zapolować na strzelnicach. I jeszcze kołdry w orły i flagi.

Jeśli zamkniemy się w snobistycznych enklawach sarkaczy, którym nie podoba się nic, co nie jest dostatecznie subtelne, bądź ironiczne, przegramy wszystko, co jest do przegrania i do końca życia będziemy upajać się swoją pogardą wobec świata, który do nas nie dorósł. Bo nic innego nam nie zostanie.



19.06.2016

261. robot

"Robot, czyli tajemnicy Daniela Mroza odkrycie", taki powinien być tytuł tego wpisu.

Pojeździłem i pozwiedzałem. W obu przypadkach odrobinę, bo ani to podróż długa ani wielka; właściwie trochę wstyd to nazywać: "podróżą". Możliwe, że należałoby napisać: "przejażdżka". I chciałoby mi się napisać coś o niej, ale bywa tak, że przejażdżka jest tylko przejażdżką, pozostawia po sobie nieco zmęczenia i poczucie dobrze spędzonego czasu, wspomnienie dwóch albo trzech rozmów w nieistniejących formalnie językach, jakiegoś widoku albo zmęczenia wywołanego wysiłkiem nieco większym, niż zwykle. 

Ale nie przynosi żadnych wniosków i niewiele uniesień wartych odnotowania.

Niemniej chciałem przynajmniej odnotować, że się odbyła. I niechby zostało z niej tylko to nieudane, bo zbyt pospiesznie i niecierpliwie zrobione zdjęcie robota. Patrząc na niego pomyślałem, że Daniel Mróz też musiał widzieć jego, albo jakiegoś jego kolegę. A potem narysował ich w "Cyberiadzie".

04.04.2016

260. tu i tam

Wiesz, jak to jest. Budzisz się w trochę innym łóżku, pokoju, mieście, niż zwykle. Nie jesteś zdumiony, pamiętasz jak tu trafiłeś. Przez chwilę albo i kilka chwil (bądź więcej) gapisz się w półmrok, oswajając inne niż zwykle ściany, które się zanim chowają. Potem przychodzi ci do głowy, że mógłbyś wstać. Stawiasz daremny opór tej myśli i już za jakiś czas jesteś na balkonie, choć przecież zwykle nie wychodzisz na balkon krótko po przebudzeniu. Nie w domu. Ale pamiętasz, że na świecie istnieje już trochę balkonów, na których bywało ci chłodno. W stopy, bo chodzisz boso, w ramiona i kark, bo im zawsze się obrywa od chłodu. Może w dłonie.

Ale w nosie masz ten chłód, bo możesz się pogapić ot tak, przed siebie na same nieznane widoki (tym razem na miasto). Zresztą, może nawet ci się to podoba, bo ten chłód podkreśla niezwyczajność sytuacji. Ty, chłód i miasto - inne, niż zwykle. Może w twoim przypadku to nie będzie balkon rano, ale krzesło w kawiarnianym ogródku o zmroku, ulica pełna ludzi w południe, albo pusty, cichy zaułek tuż po zachodzie słońca. Wszystko jedno gdzie, kiedy i jak pojawia się w tobie to charakterystyczne dla podróży uczucie, że wszystko jest równocześnie tak bardzo inaczej, niż zwykle i tak bardzo, jak trzeba. Może nawet o tym nie wiemy, ale spotykamy się w doznawaniu tych chwil.

I tyle. Reszta jest już tylko moja.