05.09.2019

285. Distortion Cezarego Zbierzchowskiego.



"Distortion" Cezarego Zbierzchowskiego czytałem dość długo, chyba przez dwa tygodnie, bo w odcinkach. Nie dlatego, że przeżywałem tę powieść zbyt głęboko - nie byłem i nie jestem żołnierzem, moje ewentualne doświadczenie wojny jest całkowicie cywilne i - z mojego punktu widzenia na szczęście - zewnętrzne. Niemal wszystko, co wiem o wojnie wynika z lektury książek i ledwie paru, parunastu rozmów z żołnierzami. Owo zbliżenie się do wojny nastąpiło w moim życiu raz, gdy pojechaliśmy do Vukovaru gdy miasto to było jeszcze wyludnione po jednej wojnie, a paręset kilometrów dalej trwała właśnie następna. Ulice i domy zniszczonego miasta nie były jeszcze całkowicie rozminowane. Jednak najmocniej uderzyła nas wizyta na cmentarzu o rozstrzelanych grobach. Pomyślałem wtedy, że podobnie mogła wyglądać Warszawa. 

Złożyliśmy znicze na grobach ofiar wojny, a trzy dni później, w zupełnie innym mieście, oglądaliśmy z uchodźcami z Vukovaru telewizyjny reportaż o tym, że w miejscu, po którym dopiero co chodziliśmy znaleziono nowe zbiorowe mogiły. Podejrzewam, że nigdy nie zapomnę widoku mężczyzny, który w przyciemnionej hotelowej świetlicy poderwał się z krzesła by podbiec do telewizora i niemal przyciskając twarz do ekranu starał się wypatrzeć  bliskich wśród wyciąganych z grobu ofiar. 

Podczas tej podróży nad naszymi głowami latały ku Serbii bombowce NATO, chorwaccy policjanci wznosili toasty bądź klaskali za każdym razem gdy telewizja pokazywała wybuch bomby. Rozmawialiśmy z młodymi chłopakami, którzy trafili do obozu jenieckiego, słuchaliśmy nakazów, by nie schodzić z dróg, bo ciągle gdzieś jeszcze wybuchały miny. Tyle mojego kontaktu z wojną.

Zatem opis codziennego życia w bazie w wrogim kraju nie poruszył mnie aż tak, jak poruszać mógłby kogoś, kto podobnych okropności doświadczył. Nie przerywałem lektury dotknięty osobistym doświadczeniem. Czytałem tę powieść w odcinkach, ponieważ zabierałem ją ze sobą do tramwajów wożących mnie po Krakowie.

Zbierzchowski przed przystąpieniem do pisania powieści oczytał się we wspomnieniach żołnierzy i to widać. Pisał z ich punktu widzenia, cywile są u niego (zazwyczaj) tłem. Tłem czasem niebezpiecznym, bo czają się między nimi zamachowcy, albo przerażeni wojną zdesperowani ludzie. Są tubylcami, a zatem obcymi, których trudno pojąć, choć czasem żołnierze mogą dostrzec, z zaskoczeniem, że owi obcy bywają zaskakująco ludzcy. 

Czytając „Distortion” wszedłem więc w życie żołnierza wysłanego na niegościnne tak pod względem klimatu jak i kultury ziemie i razem z nim utknąłem w szaleństwie wojny. Wojny, w której niewiele było heroizmu, która zaczynała mi i bohaterom powszednieć, stawać się czymś na tyle zwyczajnym, że gdy urywali się na urlopy do domów, tam właśnie czuli się nieswojo. Nie, że nie ma w powieści śmierci a czasem i bohaterstwa, ale nie o nich traktuje opowieść. Ona jest raczej o tym, jak potwór, jakim jest wojna, wchodzi powoli w nasze ciało i staje się naszą krwią, podbitymi przez koszmar komórkami, jak pożera nasze serca i umysły. O tym jak przywykamy do nienormalności i koszmaru. I choć szukamy w nich odrobiny światła, która pozwoli nam zachować resztkę zdrowych zmysłów (miłość do kobiety, trochę czułości, dobroć okazana dziecku lub zwierzęciu, przyjaźń) to jednak ciemność cały czas nas pożera.

Ponieważ „Distortion”, przy całym swoim realizmie współczesnej wojny, to fantastyka, Zbierzchowski mógł pójść o tych parę kroków dalej niż reporter. I tu właśnie zaczęły się chwile, w których przerywałem lekturę nie dlatego, że tramwaj zatrzymywał się właśnie na moim przystanku. Przerywałem, bo musiałem nabrać oddechu, jak po długim zanurzeniu w podmorskie ciemności, przetrawić to, co przeczytałem. Cezary dysponuje umiejętnością, którą bardzo szanuje u pisarzy i której wielu szalenie zazdroszczę. Nie zatrzymuje się w pół kroku. Odważa się pójść w kierunkach, w które ja choćby boję się spoglądać. Czasem czytelnicy pytają mnie, jak podchodzę do zabijania swoich bohaterów. Opowiadam im wtedy o postaci, którą stworzyłem jako łotra, a której zabicie przyszło mi z ogromnym trudem, bo ją polubiłem. Otóż zabicie postaci to drobiazg, czyn miłosierny w porównaniu z tym, co swoim bohaterom potrafią zrobić niektórzy pisarze. 

Ale nie chodzi o to, by udręczyć bohatera dla efektu. Chodzi o stworzenie opowieści, w której to udręczenie staje się ważnym, niezbywalnym elementem.

I Cezary Zbierzchowski to potrafi. Potrafi skomponować opowieść właściwie i potrafi być bezwzględnym sukinsynem, który nie zawaha się poprowadzić jej tak, jak należy. Tak, byśmy odkładali na moment jego znakomitą powieść, by zaczerpnąć nieco oddechu, by spojrzeć za okno i upewnić się, że światło wciąż ma do nas dostęp. Że gdzieś na ulicy śmieją się dzieci.

Jeśli ktoś, jak ja, ma szczęście być kumplem psa, może liczyć na to, że będzie się on kręcił w pobliżu i ochoczo da się pogłaskać.

Potem: nabranie powietrza w płuca i nurkujemy w mrok.

Uprzytomniłem sobie, że to, co napisałem może zabrzmieć nie tyle niepokojąco, co zniechęcająco. A przecież to powieść, którą czyta się znakomicie, w tym tego słowa znaczeniu, że autor porwał mnie w stworzony przez siebie świat, w relacje między postaciami. Zżyłem się z nimi, dzieliłem ich sympatie i wrogości, choć starałem się korzystać z przywileju obserwatora i spoglądać szerzej, odgadywać tajemnice świata i przyszłości. Byłem ciekaw tego, co stanie się z nimi dalej; drżałem o nich jak drżą porwani fabułą czytelnicy, i życzyłem konania w męczarniach draniom. A gdy powieść otwierała przede mną ową okrutną drogę, gdy kazała zmierzyć się bohaterom z niezmierzalnym, gdy zmuszała mnie do wędrówki z bohaterami w ciemność, też nie zmuszałem się do dalszej lektury – przeciwnie porywała mnie ona jeszcze bardziej. Przerywałem, by nabrać oddechu światła, przerywałem ze strachu przed tym, co miało nastąpić. A potem wskakiwałem w powieść na główkę i zasuwałem dalej.

Dobrze, że istnieje fantastyka, dobrze, że istnieją tacy pisarze jak Cezary Zbierzchowski, dobrze, że istnieją Kasia i Rafał Kosikowie, którzy takie powieści wydają (a mogliby się bać).

Obrazek pochodzi ze strony wydawcy

02.08.2019

284. trzy tygodnie gdzieś dalej



Przeglądam zdjęcia z dopiero co minionych wakacji. Kombinuję nad jakąś ich fabułą, logiką; nad chwytem, którym mógłbym się posłużyć, by je opisać. I nic. Już podczas jazdy od miasta do miasta, od plaży do plaży, od knajpy do knajpy czułem, że historia tego wyjazdu wymyka mi się, że brak mi punktu zaczepienia, na którym mógłbym oprzeć jakieś wewnętrzne: "och".

Jedyne, co przyszło mi do głowy wtedy i co nie chce z niej wywietrzeć do dziś, to banał o uczepieniu się chwili. Gdy gnałem trasą transfogarską, zabłysło mi w głowie właśnie to: że jestem tutaj tylko tu i teraz i żadne wspomnienia nie pozwolą mi wrócić naprawdę do żadnej z tych sekund, bo wspominając, oglądając zdjęcia i filmy nie doświadczam tego, co daje mi moment doznawania. Może tylko, gdy o tym opowiadam, znów uczestniczę w tym co minęło, nie jestem widzem lecz przekształcaczem - przebudowuję wspomnienie w opowieść, co czasem zarzucała mi Swieta, gdy w Weronie opowiadałem o jakimś swoim doświadczeniu, a ona wołała, że Majka wszystko zmyśla, że wcale tak nie było i być nie mogło, że on jest pisarz i wszystko ubarwia. I miała trochę racji, bo szukam fabuły, albo ona sama mi się szuka. Ale przecież opowiadam o rzeczach, które zdarzyły się naprawdę, nawet jeśli inaczej ktoś inny je zapamiętał. To nasza słabość i nasza siła - niepamięć i pomieszanie wspomnień; to, że już godzinę po jakimś wydarzeniu pamiętamy je nie takim jakim było i nawet nie takim, jakim je widzieliśmy ale jakim przetworzył je dla nas nasz stary kumpel oszust - mózg.



Zatem wszystko jest przekształceniem, opowieścią i nie ma przed tym ucieczki. Nawet gdy zgubiłem się gdzieś z Radkiem na bułgarskim skalistym wybrzeżu i sam łaziłem po kamieniach na plaży, na którą on nie mógł zejść (takie buty, wygodne do wchodzenia do wody i wsysania piachu na drodze przez usychające łąki, ale nie do schodzenia stromą kamienistą ścieżką), nawet wtedy, zanurzony całym sobą w znikające chwile, już miałem dla nich historię, w której dwóch facetów dotarło na kraj dostępnego dla nich w tym momencie świata i nagle usłyszeli szczekanie i czyjś okrzyk. Szczekanie przemieniło się w pęd dwóch wcale niemałych psów, gnających znikąd do mnie i Rora, gdy akurat staliśmy na skraju urwiska, na którym ktoś ustawił stolik na drucianych nogach i pasujące do niego krzesło - oba doskonale czułyby się w jakiejś taniej cukierni pełnej puchatych pączków i kremówek zapijanych kwaśniutką lemoniadą. Psy zatrzymały się na nasz widok, ale tylko na chwilę. Odcięły nam drogę ucieczki (chyba, że chcielibyśmy skakać z klifu, hej, parę dobrych metrów na kamienistą plażę), więc przemówiliśmy do nich łagodnie a przyjacielsko i już po chwili łasiły się do nas wesoło a po dwóch miałem łapy jednego z nich na ramionach. Lizał mnie po twarzy. Wtedy wyłonili się właściciele, zawołali na nie, do nas powiedzieli coś, co pewnie miało być przeprosinami, więc zapewniliśmy, że wszystko jest w najlepszym porządku, co zrozumieli tak jak my ich: po uśmiechach i intonacji.



A potem zszedłem na plażę, rozumiejąc, że tamto wszystko zniknęło, zostały cienie, że już nawet nie czuję gorącego psiego języka na policzku, choć zachwycam się miejscem, a pies - ten właśnie pies - wciąż biegnie przede mną i wskakuje do morza nim ja zdążyłem postawić w nim stopę. Wszystko stawało się historią, bo chwile znikały bezpowrotnie i stawało się opowieścią, którą spisuję teraz, nie po to, by ktokolwiek to przeczytał, ale bym ja to przeżył jeszcze raz, choć oczywiście inaczej. Ale uwierzcie mi: pisząc to, znowu tam byłem.



Ale wszystkiego przecież nie opowiem. Pozostaną więc znaki na mapie: od knajpy do knajpy. To były wspaniałe miejsca, zwłaszcza gdy odkrywaliśmy je po raz pierwszy. Te w Tokaju poprzez głodne poszukiwanie miejsca, w którym można by zjeść śniadanie, potem te w Warwarze: pierwszą budzącą zachwyt w stylu włoskiej tawerny, gdzie najlepsza na świecie tamtejsza herbata ziołowa i różowe wino. I druga, na wzgórzu, otwarta, biała, prawdziwy archipelag werand z młodymi kelnerami i kelnerkami, którzy pozjeżdżali się tu z odległych rejonów Bułgarii (a może wszyscy byli z Sofii? przecież zapytaliśmy o to tylko jednego z nich) i jako jedyni chyba w okolicy mówili dobrze po angielsku. Nad nami latały bociany - prawdziwe mrowie bocianów widzieliśmy tego lipca - a my piliśmy kolejną herbatę przyrządzoną z tego, co akurat wyrosło w ogródku, ale też wyborne piwo, którego nie można było kupić nigdzie indziej w Warwarze. A potem prosty, właściwie przaśny lokal dla tubylców na samym południowym końcu Unii Europejskiej, z widokiem na Turcję, bliską, bo ledwie po drugiej stronie zatoki i daleką, bo żeby na ten drugi koniec zatoki dojechać, trzeba by pokonać ponad dwieście kilometrów szosy. Siedzieliśmy tam do zmroku, nawet po zamknięciu, bo szef i jego kumple nie mieli nic przeciwko temu, a nam się wydawało, że odkryliśmy jeszcze jedno najlepsze miejsce na świecie i byliśmy pewni, że za nic nie chcemy go opuszczać. No i jeszcze, później, sklep muzyczny pełniący też rolę knajpy w Belgradzie i zaułek fudtraków w Budapeszcie. Więc można i tak. Od knajpy do knajpy.



Ale można i od plaży do plaży, od widoku do widoku, od zabytku do zabytku. Albo od noclegu do noclegu, na początek od przybycia poszarpanymi drogami nocą do Tokaju, potem brnięcia przez śmiertelnie zmęczone boczne ulice Oradei (takie jak zapamiętałem z ostatniej wizyty, jakieś dwadzieścia lat temu) by odkryć jej pięknie odnowione centrum; potem chwila zawahania przed hotelikiem w Sigiszoarze, zabawne rozmowy z obsługą w Braszowie i jeszcze zabawniejsze zhipisienie hoteliku w Warwarze. Ale wcześniej przedziwne nocne przybycie do hotelu w Ruse, gdzie nie mogłem nie pomyśleć o "Ocean Morze" Baricco, gdy zmęczonej ale wciąż atrakcyjnej gospodyni przybiegł na pomoc jej syn, może siedmioletni i to on nam wszystko tłumaczył, bo to on znał angielski. Siedzieliśmy potem w sali kawiarnianej a koty biegały głośno po dachach. Potem gniazdo łagodnych os tuż za oknem pokoju z pięknym widokiem i ciągłe przeprowadzki. Jeden Belgrad, drugi Belgrad, Budapeszt.



A można i o drogach. O tej przepięknej, wymarzonej przeze mnie od lat, odkąd ją zobaczyłem z wysokości kolejki linowej, nie tyle pnącej się na te dwa tysiące metrów z kawałkiem, ale sunącej ku nim dziesiątkami zakrętów. I o tej od zamku do zamku, od ufortyfikowanego kościoła do ufortyfikowanego kościoła (a wszystkie inne i wszystkie cudne). I o tych bocznych - do plaż, do miasta położonego na skale, do cerkwi w skałach wydrążonych. O przygranicznej drodze tak wąskiej, że samochody z naprzeciwka musiały ustępować sobie nawzajem. Strzegli jej znudzeni pogranicznicy, którym z rzadka chciało się wychodzić z cienia, by rzutem oka skontrolować zatrzymujący się przy nich pojazd (z reportażu o tych okolicach wiem, że kiedyś mieli więcej energii). A jeszcze dalej, przy tej samej drodze, ile razy byśmy nią nie przejeżdżali, zawsze w tym samym miejscu stał jakiś mężczyzna (za każdym razem inny) i gapił się w rów. Co było w tym rowie, nie wiem do dziś. Były autostrady po których się pędziło i autostrady na których stało się w korkach. I wszędzie pełno bocianów, najczęściej w miasteczkach i wsiach: czasem pięknie kolorowych, czasem ponuro burych. Dzieci robiły w nich sobie selfie przy pamiątkowych monumentach albo próbowały wspinać się po murach (lecz przeganiały je starsze panie).



Cały ten szlak, jak wszystkie poprzednie, mam zapisany tabelkami rozegranych partii remika. Z datami i miejscami. To też jakiś rodzaj opowieści, być może.

Tyle wątków, a ja nadal nie mam pojęcia jak je pospinać. Jedno, co stale siedzi mi w głowie, to, że tego wszystkiego już nie ma, bo chwile istnieją tylko w tych sekundach, gdy je przeżywam i w tych minutach, gdy o nich piszę. A ja właśnie przestaję pisać.

25.03.2019

283. w cieniu kościołów



Kiedy przychodzi wiosna, niektórzy ludzie zaczynają nurkować po stronach oferujących rezerwacje noclegów po mniejszej lub większej okazyjnej taniości. Nazywają to planowaniem wakacji. Potrafią zatracać się w nich bardziej niż w lekturze, albo w rzeczywistych urlopach.

Ci, którzy im przy tym kibicują zapadają czasem od tego na wspomnienie wakacji minionych.

Na przykład ja tak czasem miewam. Ale ponieważ to wszystko działo się dawno, prawie rok temu, to nie ja bylem na wakacjach, ale jakiś iny facet. Atomy naszych ciał powybuchały przez tych kilka miesięcy, wszechświat rozrzucił je i wymieszał. Przecież codziennie budzę się na nowo, jako jakiś inny ja. Zatem to nie jest już opowieść o mnie.



Wszyscy trzej patrzyli na tę samą dziewczynę. No, może Rudy i Pieszczoch tylko zerkali, bo by patrzyć otwarcie musieliby jednak obracać głowy, tylko Dziara miał dziewczynę na wprost. Ale i on unikał wgapiania się w nią, choć przecież wyglądała jak stworzona przez jakiegoś magika zdolnego tchnąć życie w posąg przedstawiający kobietę idealnie piękną.

Zresztą, nawet Dziara też zerkał na boki. W lewo, gdzie pełna uroku brunetka o lekko kręconych włosach uroczo uwodziła jakiegoś typa, którego łatwo było znienawidzić tyko za to, że siedział z nią przy jednym stoliku. Mogła być mniej więcej w wieku chłopaków, albo ciut młodsza od nich, obrączka lśniła zarówno na jej palcu jak i na palcu jej towarzysza. 

Na prawo Dziara zerkał zaś, bo tam siedziała elegancka blondynka, młoda i tak samo zagubiona w spisanej wyłącznie po włosku karcie, jak oni trzej. Rozmawiała po angielsku z facetem starszym od niej, smukła i pogodna. Należała do tych kobiet, które nazwiecie "eleganckimi" nawet gdy wynurzą się z bagna odziane jedynie w wodorosty i podgniłą skórę byka albo mamuta. Niektórzy ludzie tak mają. A niektórzy są jak Dziara, na którym wszystko staje się wymięte i dziwnie niedopasowane w ułamek sekundy po założeniu.

Innego wieczora siedzieli przy najgwarniejszym placu w mieście, dziwiąc się wyświetlanemu pod ścianą średniowiecznej kamienicy filmowi po polsku. Biały ekran kołysał się na wietrze od morza na podobieństwo dostojnego sztandaru bądź zmęczonego żagla. Na nim zgrabna blondynka przeżywała romans z ludźmi-krabami. Siedzący naprzeciwko Dziary Pieszczoch gapił się na kobiety za plecami kolegów. Nie wiem na co gapił się Rudy, ale Dziara nie potrafił oderwać wzroku od brunetki o miękkich choć niezbyt subtelnych rysach twarzy, szerokich biodrach i mocnych udach. Tym razem nie zapanował nad sobą i chyba zagapił się na nią na tyle wytrwale, by to dostrzegła i odpowiedziała serią własnych spojrzeń. Jej granatowa sukienka odsłaniała i obiecywała nie mniej niż oczy. A one wydawały się obiecywać wiele.

Albo szli tą kamienną ulicą, a zgrabna nieduża kobieta w białej bluzce i ciemnej prostej spódnicy do połowy ud kierowała się ku tym samym schodom prowadzącym ku kolejnej kamiennej alei w cieniu katedry skrywającej zwłoki świętego oraz polskiej królowej. Albo nie potrafili oderwać wzroku od tej brunetki w długiej letniej sukni, biało różowej, jakby szykowanej na ślub. Słomkowy kapelusz zacieniał twarz. Na lewo od niej ulica (oczywiście kamienna) opadała łagodnie ku schodom wiodącym w głąb labiryntu, na prawo studnia starsza niż pamięć szemrzała strumykami.

Albo Rudy zawołał nagle: "Patrz jakie piękne!". I rzeczywiście, nad schodami prowadzącymi do kościoła z dwunastego chyba wieku, w cieniu jego bramy, pochylały się dwie dziewczyny w kusych białych koszulkach kontrastujących ślicznie z mosiądzem ich ciał. Albo trudno było nie spojrzeć na tę brunetkę w koronkowej czarnej sukience nad kolana siedzącą na schodach innego, barokowego, kościoła w towarzystwie odpowiednio białego psa. Inny pies towarzyszył innej brunetce, gdy ostatniego wieczora przysiedli w knajpce by doczekać w niej otwarcia ich ulubionej pizzerii podczas tego wyjazdu. "Ależ ona jest zachwycająca!" - wzruszał się Pieszczoch, a Rudy przytakiwał mu. Dziara milczał, nie dostrzegł tej urody tak poruszającej jego przyjaciół. Może dlatego, że jemu nie wywietrzała jeszcze z głowy granatowa sukienka.

I tak właśnie wędrowali sobie przez Włochy.


04.03.2019

282. "Błoto słodsze niż miód" Małgorzaty Rejmer.




Myślę czasem: „tu byłem”. Na przykład oglądając niezbyt przecież imponujący turecki serial urban fantasy na Netflixie, kręcony niemal wyłącznie na turystycznych szlakach Istambułu, cieszę się, że bohaterowie biegają, którędy ja łaziłem. Albo gdy Cezar w „Wojnie domowej” wspomina Orikum (czternaście razy!) też się cieszę: „Byłem tam! W tej łagodnej zatoce, gdzie lądowali legioniści Cezara by wyganiać z małego portu legionistów Pompejusza, byłem tam!”. A gdy Małgorzata Rejmer opisuje jak Albańczycy starali się uciec na przerdzewiałym statku z Vlory, też mogę pomyśleć: „byłem tam” i nawet przypomnieć sobie jakiś wielki przerdzewiały statek, który nadal tam stoi (a w każdym razie stał dwa lata temu), czekając już nie na ostatni rejs, ale na to, że wreszcie sam się rozsypie.

Ale prawda jest taka, że choć owszem, bywałem we Vlorze (zwykle przejazdem, z Orikum albo do Orikum), to jednak nie byłem tam, w tej Albanii, o której opowiada Rejmer.
To ważne. To bodaj jedna z najczęściej powracających do mnie myśli podczas lektury „Błota słodszego niż miód. Głosy komunistycznej Albanii” Małgorzaty Rejmer: że łaziłem podobnymi ścieżkami, rozkładałem ręczniki na kamienistych plażach, albo zbierałem jasny pył w sandały pchając się pod wzgórza, by doczłapać między kozami, psami i żółwiami ku oddalonej od drogi cerkiewce. Możecie to pamiętać, bo pisałem o tym tutaj. I może część z Was też tam była, albo planuje być, bo Albania, słoneczna i ciągle tania, staje się modniejsza z każdym sezonem. Więc: „byłem tam, byliśmy tam, będziecie”.

Ale nie.

Nie w tej Albanii, którą opowieściami dziesiątków bohaterów opisała Rejmer. Nie w Albanii bata, terroru, jakiego pewnie nawet nie staraliśmy się sobie wyobrazić. Bo wiecie, słowa: „to był najbardziej przerażający, najgorszy komunizm w Europie” wcale nie brzmią tak mocno, jak powinny brzmieć. Możemy sobie wyobrazić miliony celowo zagładzanych przez Stalina ludzi na Ukrainie i ten obraz do nas przemawia. Bo mróz, bo Stalin, bo blisko, tuż za naszą granicą, niegdyś w naszych granicach, może nawet jacyś nasi krewni bądź powinowaci (jeśli jeszcze o nich pamiętamy) konali tam z głodu? Ale gdzie ta Albania, raczej anegdotyczna niż historyczna, kto tam z nas pamięta, że kiedyś tam Cezar z Pompejuszem wojował? Nawet nie byliśmy w jednym bratnim obozie, bo Enver Hoxha obraził się na nasz komunizm, gdy trochę w nim można było odetchnąć po śmierci Stalina i referacie Chruszczowa. Więc mówiliśmy: „najcięższy komunizm” i niezbyt wiele z tego rozumieliśmy. Jakbyśmy spluwali przez lewe ramię na widok czarnego kota. Dla nas prędzej komunizmem będzie Stalin czy Fidel, a nawet Che niż jakiś Hoxha z tą całą Albanią, która leży nad pięknymi zatokami w cieniu malowniczych gór.



I dlatego warto przeczytać tę książkę. Nie dlatego, że otrzymała Paszport Polityki, o czym dowiedziałem się jakieś pięć minut temu, gdy sprawdziłem sobie autorkę (pewnie czytałem o tym, gdy ogłaszano wyniki, ze względu na Albanię, może nawet zapisałem sobie w pamięci, by sięgnąć, ale pamięć szybko wietrzeje od wichrów nadmiaru danych; oto macie prawdę o nagrodach literackich). Nie dlatego, że jest napisana świetnie. Ale dlatego, że pokazuje nam świat, o którym zapominamy łatwiej niż o nagrodach literackich, bo chętniej. Podczas lektury przypomniała mi się inna książka, także wydana przez Czarne, choć w innej serii: „Prowadząc umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych” autorstwa Liao Yiwu. W obu przypadkach spotykamy ludzi, których nie oszczędziła historia. Bo „wrogowie ludu” pojawiają się we wszystkich tych opowieściach. Ludzie, którzy mieli pecha zdobyć wyższe wykształcenie i nie przewidzieli, że w komunistycznym raju okaże się to przekleństwem. Ludzie, którzy westchnęli sobie przy kimś, że los mógłby być lepszy i zostali skazani na lata w obozach pracy za krytykę najlepszego z systemów. Ludzie, którzy nie mogli zaufać najbliższym, którzy bali się założyć buty w kolorze innym niż buro ziemisty. Którzy musieli wychwalać swoich katów i morderców z obawy, że jeśli tego nie zrobią straszny los może spotkać ich bliskich. Ludzie, od których odwracali się najbliżsi, ze strachu przed systemem uszczęśliwiania ludzkości.
Ludzie, którzy to wszystko przetrwali. 

„Byłem tam”, myślę, bo przecież lat mam więcej niż czterdzieści, więc pamiętam jak towary najbardziej podstawowe były dla nas towarami najbardziej ekskluzywnymi. Bo też jadłem chleb posypany jedynie cukrem, może dodatkowo zalany lekko herbatą, gdy już nieco zsechł. Przedwczoraj mój ojciec zapytał w którym sklepie kupuję mięso i wędlinę. „Tak, ja też tam będę kupował” – powiedział. I nagle westchnął: „Pamiętam, jak twoja babcia zrywała się o czwartej rano, by zdążyć zająć dobre miejsce w kolejce do masarni. Bo dzięki temu mogła mieć szanse na to, żeby kupić jakieś ścinki, jeśli akurat jakieś rzucili. Co ona by poczuła, gdyby weszła dziś do tego sklepu i zobaczyła tam te wszystkie mięsa i wędliny?”. Dlatego myślę, że byłem tam, że rozumiem, bo pamiętam.

Ale nie.

Nie było mnie w tym komunizmie panicznego strachu i potwornego odizolowania. Ten mój też był zakłamany, też był maszyną pragnącą przerobić wszystkich ludzi na ścierwa, przemienić w upodlonych donosicieli-niewolników, ale jednak nie jestem aż tak stary, by pamiętać stalinizm. A kiedy jeżdżę do Albanii, by tracić na wadze spędzając całe dnie w ciepłym morzu, gdy łapię ten jasny pył w drodze do chwili zachwytu nad ukrytą cerkwią, gdy wspinam się na jakieś wzgórza, zajadam niechemiczne pomidory, albo po prostu siedzę i gapię się przed siebie w jakiejś cudownej ciszy, gdy mijam facetów sączących kawę – czasem odnoszę wrażenie, że przez cały dzień nie robią nic innego – gdy zamieniam koślawych parę zdań ze sprzedawczyniami i czasem sprzedawcami, nie ma mnie tam, w tej strasznej Albanii. Mijam ludzi, którzy ją pamiętają, czasem wymieniamy uśmiechy, choć tych uśmiechów na ulicy bywa w Albanii mnie więcej tyle samo co w Polsce, to nie Włochy, gdzie uśmiechają się wszyscy. Mijam ludzi, którzy ją pamiętają i do dziś nie zdawałem sobie z tej pamięci sprawy. Choćby dlatego warto było – dla mnie – przeczytać książkę Rejmer. Po to, aby zrozumieć pamięć ukrytą w nas wszystkich, nawet tę odrzucaną. Pamięć, która wytryska czasem nagłym wspomnieniem ojca pytającego o masarnię, albo opowieścią wnuka pierwszego cukiernika z Gjirokastry, który zwoził lód z gór, a któremu komuniści odebrali wszystko. Po to, aby łatwiej było mnie (i wam, jeśli tam pojedziecie) zrozumieć (spróbować zrozumieć) czemu ci Albańczycy tak krzyczą gdy jadą weselnymi konwojami. Czemu wszędzie widać czerwone flagi z czarnym dwugłowym orłem, czemu łatwo było mi ich rozpoznać we Włoszech, bo pozdrawiali się na ulicy składając dłonie na kształt tego orła. Powinienem był to rozumieć wcześniej, bo pamiętam wszechobecne biało czerwone szachownice w Chorwacji niedługo po tym, jak wreszcie mogli Chorwaci okazywać, że są Chorwatami. Albańczycy tak samo wręcz muszą eksplodować swoją albańskością, czy są w Albanii, czy w Macedonii czy we Włoszech. I nie, nie jestem tym oczarowany, znam obawy Serbów i Macedończyków. Ale rozumiem.

Ale nie chodzi o to, że Rejmer i jej bohaterowie nawet po Włoszech wędrują tymi samymi ścieżkami, którymi i ja wędrowałem. „Błoto słodsze niż miód” nie jest książką napisaną specjalnie dla mnie, bałkańskiego turysty, który zna część opisywanych w niej miejsc i może sobie wyobrażać, że mijał ludzi o podobnych albo i takich samych wspomnieniach.

To jest książka dla nas wszystkich (tak, jak „Prowadząc umarłych” Liao Yiwu i pewnie jak wiele innych, których jeszcze nie przeczytałem). Świetnie, bardzo literacko (na początku zastanawiałem się, czy nie nazbyt literacko, potem to wrażenie zniknęło) napisane reportaże o świecie, który wcale nie przeminął, choć komunizm został w Albanii obalony, pomniki Hoxhy zniknęły (ale można kupić np. kubki z jego podobizną) i ludzie mogliby żyć szczęśliwiej. Ale pamięć jest strasznym błogosławieństwem i to, co przeżyliśmy pozostaje w nas na zawsze. A my nie powinniśmy zapominać jakie piekło potrafimy sobie nawzajem budować. A przykład, gdy przymierzamy się do wakacji na malowniczych plażach pod malowniczymi górami w tak ciepłym kraju nad ujmująco ciepłym morzem.



Ale nie tylko tam. Jest w tej książce i taka opowieść, którą powinniśmy przeczytać, by zrozumieć nas dzisiaj. O statku przepełnionym od ładunku spragnionych wolności ludzi, płynącym ku szczęśliwym Włochom. O tym jak Włosi zamykają tych ludzi na stadionie w Bari, trzymają tam pod strażą wojska, przelęknieni tym masowym – jak się mogło wtedy wydawać – napływem emigrantów. Jak sobie z nimi nie radzą, więc głodzą ich i upadlają. A potem odsyłają do domu w przepełnionych autobusach. Lęk przed tłumem emigrantów nie jest udziałem tylko ociemniałych polityków z prawej strony sceny politycznej, albo zbyt prostych ludzi trzymanych z dala od rzeczywistości lewicowych kawiarenek w stolicy. To lęk powszechny, wcale nie skupiony w zaściankowej Polsce, ale znany każdemu. Bo kiedy płynie, jedzie, idzie w waszym kierunku tłum obcych, to na początku się ich boicie. A Albańczycy wcale nie byli aż tak obcy kulturowo Włochom i wcale nie było ich tak wielu – jeśli porównać ich emigrację z tym, co dzieje się obecnie.

Obawa jest pierwsza. Wszędzie. Sądzę, że i o tym warto pamiętać w czasach prędkich i wygodnych ocen.

(zdjęcie z Orikum moje, zdaje się, że z roku 2015, okładki książek ze strony wydawcy).


21.08.2018

281. panna młoda




Ponieważ lubię się przechwalać (ale nie chwalę się tą słabością zbyt często) rozpocznę ten wpis następująco: dawno, dawno temu, czyli przed mniej więcej dwoma laty, udało mi się odnieść jeden z drobnych ale satysfakcjonujących sukcesów, czyli przedstawić Kubie Małeckiemu swój zachwyt prozą Alessandro Baricco. Siedzieliśmy bodaj w Lublinie na imprezie zorganizowanej jak mi się wydaje przez Kosików, a Kuba pozwalał mi gadać i gadać, więc gadałem i gadałem. A po miesiącu albo dwóch dostałem od niego wiadomość, że ten Baricco to rzeczywiście coś wspaniałego.

Zrewanżował mi się całkiem niedawno podsyłając informację, że ukazała się w Polsce nowa powieść Baricco: Panna Młoda. "Trochę w stylu Szostaka" dodał, gdy przyznałem, że jeszcze jej nie czytałem, ba, pojęcia nie miałem, że wyszła. Kupiłem natychmiast, ale do przeczytania zbierałem się przez czas jakiś. Uznałem, że najpierw przypomnę sobie moje ulubione: City i Ocean Morze, od których znajomość zaczynałem. Dość dawno temu, jak uświadomiłem sobie sprawdzając daty polskiego wydania. Ożesz... Siwych włosów przybyło mi od samego tego uświadomienia.

Pozwlekałem więc trochę, potem dałem się ponieść taniemu efekciarstwu i zabrałem Pannę Młodą do Włoch. Następnie upadłem w tanie efekciarstwo najniżej jak się da i przeczytałem powieść pewnego poranka przechodzącego w przedpołudnie, siedząc w ogrodzie chwilowo własnej willi. Nade mną darły się papugi (te zielone furiatki, które podobno można już spotkać w Nowej Hucie), naokoło mnie łaziła armia mrówek, w domu spali zmęczeni wydarzeniami wieczora kumple. Otrzymałem od nich więcej czasu niż się spodziewałem i przeczytałem powieść w całości, a nawet niemal do cna, bo wracałem do niektórych fragmentów.


Rzeczywiście, zaczyna się jak Chochoły Szostaka. Jest rodzina i jej dom, albo dom i jego rodzina. Wędrujemy przez nich wiedzeni spojrzeniem osoby niewidzialnej, muskamy niezwykłości i dziwactwa, a potem dowiadujemy się o Synu. Którego nie ma. "No nie!" - mruknąłbym, gdybym miał zwyczaj mruczeć podczas lektury (czasem klnę, czasem się śmieję, nigdy nie mruczę) - "Baricco splagiatował Szostaka!". 

Na szczęście nie. Co nie znaczy, że powieść nie jest "trochę w stylu Szostaka". Da się dostrzec kilka podobieństw. Ale Baricco idzie własną drogą i snuje własną opowieść, w której - jak to często zdarza się temu pisarzowi - nic nie staje się oczywiste i zwyczajne w miarę jak czytelnik zatraca się w lekturze. Narratorzy potrafią się tu zmieniać wpół zdania, a wraz z nimi perspektywy. Opowieści wytryskują z siebie nawzajem, plączą się wraz ze splatanymi czasami i przyczynami. Wszystko, co dziwne ma swoje uzasadnienie, wszystko co poukładane ma swoją dziwność. Niespodzianki wyrastają jak poziomki po deszczu, a powieść co chwila okazuje się czymś innym, niż się nam wydawało (czyli, jak zwykle u Baricco). Jest w niej miejsce i na ciepły humor i na ironię i na okrucieństwo. I na wiele erotyki, więcej niż bym przypuszczał. Że akurat dwa dni wcześniej wydałem absurdalnie eurasy na prześlicznie wydanych Borgiów Jodorowsky'ego i Manary (absurdalnie, bo nie znam włoskiego), to mi się przez tę dawkę erotyki Włoch Manara zmieszał z Włochem Baricco, a całe Włochy nabrały nadspodziewanie pieprznego posmaku. Erotyka Baricco jest fascynująca, bo bezpośrednia i niewinna równocześnie, nie tak bezczelna jak Manary i nie zawsze kusicielska. Mniej w niej humoru, więcej przypowieści; posmak mitu krąży na peryferiach naszych odczuć, gdy Baricco prowadzi nas przez sypialnie i lunapary.


Baricco, jak to on, ma talent do zaskakiwania zdaniami i metaforami. Nad częścią z nich nie da się przejść obojętnie, można powracać do nich jak do osobnych historii. Snuje w jednej opowieści kilka innych, splata je i nie splata, buduje własny świat obdarzony niezwyczajnym i niespotykanym w realnym świecie porządkiem, w którym wszystko ma sens, a ludzie, często całkiem świadomie, stają się bohaterami opowieści i nie tylko wierzą w swoje w niej miejsca ale i poddają im się. Momentami dom bohaterów a także ich podporządkowanie starannie wypracowanym zasadom, jak również lęk przed nocą przypominały mi Tytusa Groana Mervyna Peake'a (co interesujące, zapewne wyłącznie mnie, nie pamiętam, bym miał podobne skojarzenia przy lekturze Chochołów). Baricco pisze lżej niż Peake, zwięźlej, jego opowieściom nie potrzeba bardzo wielu słów. W Tytusie... można utonąć (z przyjemnością), podróż przezeń, choć fantastyczna, bywa mozolna. Stylistycznie Panna Młoda ma wagę pierza, spaceru wzdłuż strumienia, nie znużymy się nawet gdy odkryjemy, że zmienił się on w rzekę, gdy nie patrzyliśmy na całość skacząc poprzez wątki.

Około południa zamknąłem książkę, postanawiając, że postawię ją na półce w salonie (zmienionym przez naszą pospieszność w bagażownię) obok jakiegoś taniego rosyjskiego kryminału, pozostawionego przez poprzedniego lokatora. Spodobał mi się pomysł obdarowywania gospodyń powieściami w językach, których nie rozumieją. Ostatecznie jednak okazałem się krakowskim centusiem i książkę zabrałem ze sobą. Może naprawię błąd, jeśli tam jeszcze wrócę? Do książki i do willi.


PS. Jeszcze niedawniej temu, niż odbyła się nasza rozmowa z Kubą Małeckim, spotkaliśmy się z Kubą Nowakiem w Poznaniu. "Czytałem świetną książkę" - oznajmił. - "Kuba Małecki mi ją polecił. Nosi tytuł City."

15.04.2018

280. oswajani



Ilekroć zbierałem się, by napisać coś o marcowym wypadzie do Istambułu i zastanawiałem się jak ugryźć ten temat, przed oczami stawał mi Mostar. Nie cały, nawet nie ten znany z pocztówek czy ogromnej fototapety ozdabiającej ścianę, pod którą przysiedliśmy z Rorem w jedynej knajpie w okolicy, o której wiedzieliśmy na pewno, że leją tam piwo, prowadzonej przez Bośniaka około sześćdziesiątki. Pisząc krótko: nie Mostar ukazany jako widok na kamienny most, spienioną rzekę wiele metrów pod nim i pamiętające średniowiecze kamieniczki poprzyklejane do skalnych ścian i siebie nawzajem, szczerzące dziesiątki balkoników i ogródeczków restauracyjnych. Nie, Mostar, który wyskakiwał mi z pamięci ilekroć zastanawiałem się, co by tu napisać o tygodniowym wypadzie do Istambułu, to była ta ciemniejąca uliczka, na której zasiedliśmy z Wanatem ot tak, na jedno wieczorne piwo, gdy Roro zdychał w gorącym pokoju z powodu zatrucia arbuzem. Kupili ten arbuz  podczas męczącej podróży przez Bośnię przypominającą tego dnia wnętrze stosu atomowego: rozświetloną jak cholera i gorącą jak cholera. Ja przysypiałem na tylnym siedzeniu, oni coś tam gaworzyli z przodu i nagle wypatrzyli sprzedawcę arbuzów z boku drogi. Zjechali, zahamowali, pobiegli rozentuzjazmowani jak dzieci, zjedli po kawałku pełnym wody i słodkim i dokupili wielką ciężką kulę, która nie chciała się potem zmieścić w mini lodówce. Bo gorętszy od pieca pokój, w którym mieliśmy przenocować, a do którego dotarliśmy przez uliczki gorsze od labiryntu, bo nie dość, że pozakręcane i wąskie, pełne zakazów i nakazów zakrętów,  to jeszcze strome, ten pokój miał tylko mini lodówkę, do której mieściły się z trudem nie więcej niż cztery butelki piwa, a wielki arbuz nie wszedłby do niej nawet w strzępach.



Tak więc Roro zdychał w pokoiku, w którym go zostawiliśmy by najpierw spróbować zwiedzić Mostar, zjeść obiad w ogródku tuż nad rzeką i wrócić po Rora. Ale on wciąż żył i wciąż umierał,  więc wyskoczyliśmy na jedno wieczorne piwo, przysiedliśmy przy stoliczku na ulicy, którą powoli przestawali chodzić turyści (tym bardziej, że nie była to jedna z tych najgłówniejszych turystycznie ulic) i gapiliśmy się na dziewczyny. Upał już zniknął ustępując wieczornemu gorącu. Zrobiło się ciemno i miasto - nie wystawa dla turystów - zaczęło ożywiać. A to oznaczało, że setki, a może nawet i tysiące dziewcząt, którym ani w głowie było przesłaniać twarze i ukrywać włosy (Mostar to nie Sarajewo), wyległy na ulice by powędrować nimi w poszukiwaniu zabawy. Gorąco nie pozwalało im okrywać się szczelnie, a moda nakazywała oblepiać skąpe letnie stroje czymkolwiek błyszczącym. Iskrzyły więc odbiciami świateł latarni, sklepowych witryn, jakiegoś bladoczerwonego neonu a może i nawet jaśniejących od ich widoku spojrzeń Wanata, moich i sześćdziesięcioletnich kumpli właściciela knajpy. Szczebiotały, pokrzykiwały, kołysały się na kolorowych butach, a jakże - błyszczących. Wyglądało na to, że w tych właśnie chwilach czuły się jeśli nie szczęśliwe, to przynajmniej zadowolone. Dokładnie tak samo jak my dwaj.



Wielka fototapeta w knajpie z dala od centrum Istambułu nie pokazywała tych dziewcząt, mogłem za to z łatwością odnaleźć na niej stolik, przy którym siedzieliśmy z Wanatem, gdy Roro konał od zatrucia. Wypiliśmy piwo, drugie, trzecie aż uznaliśmy, że napatrzyliśmy się tej części miasta, do której wybraliśmy się, by przekonać się: "dokąd zawiezie nas tramwaj jadący w tamtą stronę".  Okazało się, że zawiózł nas do mniej turystycznej części tego gigantycznego bazaru, jakim jest Istambuł, gdzie twarze przechodniów były ciut ciemniejsze, częściej dało się słyszeć arabskie nawoływania, a ceny okazały się zdecydowanie niższe, tak w knajpach jak i kantorach. Nie zapuściliśmy się w  nią głęboko, wystarczała nam ta pierwsza znaleziona jadłodajnia z piwem.



Wieczorami snuliśmy się po knajpach z czasem nabywając umiejętności ignorowania naganiaczy, którym zdarzało się rozpoznawać nasze gęby, w związku z czym zagadywali do nas niczym do starych znajomych. Zapadaliśmy w jednej wybranej, albo wędrowaliśmy od jednej do drugiej, w zależności od dzielnicy. W tej położonej najbliżej najcenniejszych zabytków poczuliśmy się drugiego dnia na tyle pewnie, by skręcić z prostego szlaku i poleźć bocznymi uliczkami, przy których gziły się i biły koty w cieniu rozpadających się porzuconych domów z drewna a zdarzało się, że i kury wyłaziły z podwórek. Z grubsza tylko orientowaliśmy się mniej więcej gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Szliśmy, pstrykaliśmy zdjęcia i jeśli jeden z nas poczuł niepokój, że zapędzimy się za daleko, drugi natychmiast go gasił. Tego akurat dnia siąpiło, to dogasały przedpołudniowe deszcze. I właśnie podczas tego spaceru pomyślałem, że  miejsca oswajają nas sobie. 



Przywykamy do nich mimochodem. To, co jeszcze dzień wcześniej mogło się nam wydawać niezwykłe, może nawet i egzotyczne, staje się znajome. My przestajemy być obcy dla tych kur i kotów a uliczki kładą nam się pod stopy prawie przyjaźnie, z pewną poufałością charakterystyczną dla ludzi i miejsc, którzy przeżyli już parę wspólnych spacerów. Zaułki już nas nie onieśmielają. Nawet jeśli wchodzimy w nie tak naprawdę po raz pierwszy w życiu, wydają nam się powszedniejsze niż przedtem i wstępujemy w nie bez lęku, czy nawet oczekiwania niezwykłości. I to nie my czynimy sobie ziemię poddaną, to nie my podporządowujemy sobie te wszystkie miasta, ale one nas oswajają. Przenikają nas, nakładają na nas swoje cienie i mapy aż tak bardzo przesiąkniemy nimi, że to inne miejsca będą wydawać się nam obce. Rzymianie zgreczeli oswojeni przez kulturę spod znaku Aten, a barbarzyńcy, którzy przybyli spustoszyć Rzym porzymieniali od samego chodzenia po ulicach splądrowanego ale wciąż wiecznego miasta. To, co miało być niezwykłe bądź barbarzyńskie stało się swojskie. Ale to nie oni podbili owe miasta pożarte przez dekadencję, lecz zostali przez nie pochłonięci.



Dlatego Turcy nie tracili czasu na przesadne demolowanie zdobytego Konstantynopola. Pododawali do cerkwi trochę minaretów, powywieszali znaki swojej wiary i zaczęli budować domy opierające się o bizantyjskie mury. Po blisko pięciuset latach nadal to robią i całkiem nowe kamienice wyrastają obok tych starszych, porzuconych i ruiniejących (w tym mieście najwyraźniej nie wyburza się domów, tylko je porzuca), tuląc się do murów wznoszonych jeszcze w czasach Bizancjum. Miasto oswoiło swoich zdobywców. Nas też zaczęło.Wprawdzie przenosiliśmy się z dzielnicy do dzielnicy, a każda była inna, i zawsze czuliśmy się gośćmi. Roro powtarzał, że choć chce tu wrócić, nie mógłby tu raczej zamieszkać. Jednak przecież poszczególne fragmenty Istambułu (bo nie całe miasto, jest na to zbyt wielkie) stopniowo nas sobie oswajały. I tak chyba jest - to nie my zdobywamy miejsca, ale one nas. Wiem, że przerabiamy krajobrazy, zmieniamy biegi rzek i kształty gór. Wycinamy lasy pod domy i autostrady. Ale koniec końców liczy się miejsce. 



Najpierw przestajemy się dziwić odmienności ulic, potem przywykamy do watah psów śpiących na nich całymi dniami i kotów przyglądających nam się z dystansem ze śmietnika (nie potrafię pozbyć się wrażenia, że oberwałoby nam się gdybyśmy spróbowali podejść, to były właśnie takie spojrzenia, coś koło ośmiu kocich spojrzeń: "tolerujemy cię tu, ale tylko podejdź a koniec taryfy ulgowej"), później okazuje się, że dysponujemy indywidualnymi mapami szlaków, którymi chodzimy i potrafimy nanosić na nie topografię wspomnień. Koniec końców należymy już do jakiegoś miejsca. Przecież rok temu nie wróciliśmy z Rorem do Orikum dlatego, że mają tam najlepsze restauracje pod słońcem. Po prostu ten kawałek Albanii zawłaszczył nas sobie, bo spędziliśmy tam wystarczająco wiele czasu, by zostać przezeń oswojeni.

22.12.2017

Bez numeru - Święta.



Co roku piszę mały tekścik świąteczny. Zwykle wrzucam go na forum Latającej Holery, od jakiegoś czasu także na fejsa. Czemu nie miałbym go umieszczać i tutaj? Ubiegłoroczny można przeczytać tutaj.

Mitoświat na Boże Narodzenie 2017


Ignacy Gołczan cenił poczucie władzy. Delektował się nim każdej niemalże chwili swego życia. Jeśli akurat nie dominował nad kimś, to wspominał miłe chwile takiej dominacji. Nauczył się wykorzystywać choćby najmniejsze okazje do wywierania na innych presji i podkreślenia własnych przewag. Ot, na przykład owego znaczącego dnia grudnia, gdy na widok zmierzającej do pracy koleżanki przyspieszył kroku tak, by wyprzedzić ją o dobrych dziesięć metrów. Otworzył szeroko drzwi, ale nie przekroczył progu, lecz uprzejmie przytrzymał wcale nie lekkie wrota Urzędu Miasta Le Rouge, jednego z największych marsjańskich grodów, i czekał uśmiechając się szeroko, niby to życzliwie.

To, co w wykonaniu każdego innego człowieka stanowiłoby uprzejmy gest, w wykonaniu Ignacego było jedną z gierek w dominację. Nie przytrzymywał drzwi dla zaspokojenia durnej etykiety albo po to, żeby jakiejś babie zrobiło się miło. Specjalnie spieszył się z tym, by nadchodzący miał do pokonania kilka, czasami kilkanaście metrów. Tacy właśnie ludzie, tak mężczyźni jak i kobiety a nawet demony, kosmici i potwory, reagowali w podobny sposób: przyspieszali odruchowo kroku, by nie kazać czekać temu uprzejmemu człowiekowi.

Uśmiechali się mile z wdzięczności, a Ignacy odpowiadał im podobnym na pozór, a przecież zupełnie innym uśmiechem. Triumfował. Oto skłonił, właściwie zmusił kogoś, do działania wedle własnej woli. Co więcej, uczynił to bezkarnie. Ba – jeszcze podziękowano mu za to!

Prawdę mówiąc, Ignacy musiał nauczyć się cieszyć z takich właśnie sukcesów, ponieważ jego rzeczywista władza była dość ograniczona. Należał do armii trzech tysięcy urzędników trzeciego stopnia zatrudnionych w Urzędzie Miasta La Rouge i zajmował się głównie odpowiadaniem na pisma dotyczące pasjonującego tematu sortowania piachu.

Na szczęście dla siebie i z tej pracy potrafił czerpać poczucie władzy. Oto zwlekał z odpowiedziami do ostatniej chwili (a czasem nawet ją przekraczał), co dziesiąte pismo załatwiając odmowną supozycją. Pozostałych dziewięć odsyłał do wydziałów i referatów, które choćby pozornie miały coś wspólnego z tematem (na przykład ich nazwa zaczynała się na tę samą literę alfabetu, co pierwsze zdanie pisma) domagając się od nich stanowczo opinii. W referatach tych trafiony takim poleceniem urzędnik naturalnie wpadał we wściekłość, co czasem oznaczało, że również zwlekał z odpowiedzią. Tak, czy inaczej, musiał jakoś odnieść się do zaleceń Ignacego, a to oznaczało, że dawał mu się zdominować.

W każdym razie zdaniem Ignacego.

Ze swojej skąpej pensji Gołczan zatrudniał gosposię, na którą prawdę mówiąc nie było go stać i która nie miała u niego nic do roboty. Chochlicza kobieta stawiała się więc u niego trzy raz w tygodniu wyłącznie po to, by wysłuchać jego poleceń okraszanych przemowami na temat stanu wszechświata (który, zdaniem Ignacego był szalenie nieuporządkowany). Sprzątać w ciasnej izbie nie mogła, ponieważ Ignacy uważał iż choćby dotknięcie jakiejkolwiek należącej do niego rzeczy oznaczałoby naruszenie jego władzy i próbę narzucenia mu własnej. Przecież musiałby sięgnąć, na przykład po wyprasowaną koszulę tam, gdzie ktoś inny by ją położył – to oznaczałoby poddanie się cudzej dominacji!

Także gotował sobie sam, z podobnych powodów.

Podczas zakupów srożył się na ekspedientki celowo nakazując im trzy razy wybierać jeszcze właściwsze owoce czy te strzępy mięsa, na które było go stać. Dzięki temu nie tylko zarządzał sprzedawczyniami, ale jeszcze dominował nad poirytowanymi ludźmi stojącymi za nim w kolejce. Choć więc jadał byle jak i byle co, to jednak każdy posiłek sprawiał mu niezwykłą satysfakcję.

Nie inaczej było i z wieczerzą wigilijną, którą Ignacy jadał zawsze samotnie. Wedle własnego przekonania czynił tak nie dlatego, że nie znalazłby nikogo dla towarzystwa, lecz by bronić się przed zniewoleniem narzucanym przez tradycję. Z tego samego powodu zamiast świątecznego karpia spożywał ananasa a w miejsce barszczu z uszkami jadł rosół z oczkami tłuszczu. By zaś nie wręczać nikomu prezentów, gdy tylko na niebie rozbłysła pierwsza świąteczna gwiazdka wybiegał zamaskowany na ulicę, by coś komuś odebrać grożąc bronią.

Kończył akurat przełykać ostatnią łyżkę niezbyt smacznego rosołu (Ignacy, co oczywiste, nie poddawał się tyranii przepisów kulinarnych), gdy ktoś zastukał do jego drzwi.
Zamarł. Nie cierpiał takich sytuacji. Po pierwsze nie oczekiwał żadnych gości – przeciwnie, wywiesił na drzwiach kartkę zawierającą jednoznaczną treść: „Nie przeszkadzać. Nie ma mnie. Won!”. Po drugie odpowiedzenie na czyjeś pukanie oznaczałoby poddanie się woli pukającego. O ile sam Ignacy pukał namiętnie do każdych drzwi, do których mógł, o tyle sam na czyjeś stukanie nie odpowiadał nigdy. Postanowił więc ignorować niechcianego niespodziewanego gościa, dla którego, co oczywiste, i tak nie zostawił dodatkowego nakrycia. Zaczął się nawet cieszyć, że gdy natręt odejdzie, wykona tym samym polecenie Ignacego zapisane a kartce przy użyciu trzech liter układających się w cudowne słowo: „won”, gdy pukanie rozległo się ponownie.

Rozważał, czy nie udać, że go nie ma. Odrzucił ten pomysł natychmiast. To także oznaczałoby poddanie się czyjejś dyktaturze. Zamiast więc zachować ciszę, wysiorbał ostatnią łyżkę rosołu, następnie szurając ponad miarę odsunął krzesło i tupiąc z całych sił ruszył z talerzem w kierunku umywalki.

- No cóż, do trzech razy sztuka – wywarczał ktoś po drugiej stronie drzwi i zastukał jeszcze raz.

Przepłukując talerz Ignacy zastanawiał się nad następnym posunięciem. Czy powinien odczekać, aż nieznajomy zacznie odchodzić, a wtedy otworzyć drzwi i zawołać: „czego tam?”, by wymusić na natręcie zatrzymanie się i odwrócenie ku Ignacemu? Byłaby to niewątpliwie chwila triumfu. Z drugiej jednak strony, wstrętny nieproszeniec poniekąd osiągnął by w ten sposób swój cel i zmusił Ignacego do reakcji. Nie, zdecydowanie lepiej odczekać aż pójdzie sobie w cholerę. Będzie to nie tylko praktyczne, ale też wspaniale antyświąteczne.

Znacznie podniesiony na duchu tą myślą Ignacy odstawił ociekający wodą talerz na biblioteczkę po czym ruszył w kierunku skrzyni, w której ukrywał maskę na twarz, czarną pelerynę oraz pistolet. Już się ku nim pochylał, kiedy potężny kopniak wysadził drzwi do jego mieszkania z zawiasów, zmieniając je przy okazji w chmurę drzazg.

Z chmury owej wyłonił się Święty Mikołaj w towarzystwie anioła.
Tak w każdym razie mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Zanim spostrzegło się, że Mikołaj miał wprawdzie brodę, ale z tych rozbójniczych, oraz gębę wyglądającą raczej srogo niż życzliwie. Mimo to dałoby się, od biedy, przyjąć jego mikołajowość ze względu na czerwony płaszcz i takiegoż koloru czapę z pomponem, choć czerwień należała do krwistych a nie radosnych. Dałoby się, gdyby nie anioł. Ignacemu zdarzało się widywać rozmaite wizerunki anielskie. Bywały wśród nich anioły męskie, kobiece i bezpłciowe. Łagodne, pulchne i przypominające amory, posągowo poważne bądź  spoglądające srogo i uzbrojone w miecz. Nigdy jednak nie widział dotąd anioła czarnego, z dłońmi zakończonymi szponami i z piekielnymi błyskami w oczach czarniejszych niż sny szatanów.

- Ho! Ho! Ho! – zazgrzytał zębami Mikołaj. – I cóż my tu mamy?
- Ja sobie stanowczo wypraszam! – zawołał Ignacy. – Stanowczo wypraszam sobie nachodzenie w Święta, w dodatku w świątecznym stroju! I w ogóle poszli won!

Ponieważ ani Mikołaj ani Anioł - anielica, jak zdążył się zorientować, gdy czarna postać z krwawą aureolą nad głową wyłoniła się zza pleców świętego – nie wydawali się nim przejmować, Ignacy wyszarpnął ze skrzyni pistolet, odbezpieczył broń i wycelował w Mikołaja.
Strzelić nie zdążył, bo anioł okazał się piekielnie szybki.

- Ignacy Gołczan – zameldowała anielica przyciskając Ignacego do podłogi całym ciężarem swego całkiem powabnego ciała, gdy już podarowała mu świąteczne podcięcie nóg, cios w żołądek i drugi, serdeczny, w szczękę. – Urzędnik trzeciego stopnia, menda. Gdyby mógł, zostałby krwawym dyktatorem, ale brakuje mu ku temu umiejętności. Wyżywa się na ludziach, przeciąga procedury i ma duszę czarniejszą od przekonań Szulera. Psuje ludziom życie jak tylko potrafi. Łajdak. Należy mu się rózga.
- Żadnych rózg! – zaprotestował słabo Ignacy, dziwiąc się równocześnie, że ktoś może pachnieć równocześnie piekielnie i pociągająco. – Nie uznaję Świąt!
- Ignacy? – Mikołaj, potężny i barczysty, pochylił się nad gospodarzem i wyciągnął go jednym szarpnięciem spod anielicy. – Łajdak z ciebie i szuja. Przybyłem ci pokazać twoje tegoroczne i przyszłe Boże Narodzenie. A jeśli bardzo mnie wkurzysz, to postaramy się z moim kochaniem tak, że może nawet i przeszłe.

A potem sprawił Ignacemu taki łomot, jakiego żaden urzędnik, dowolnego stopnia, nie zaznał w życiu.

Pięć minut a może całą wieczność później Ignacy nadal leżał na podłodze choć nikt go już do niej nie dociskał. Bolały go nawet te komórki ciała, które zdążyły przejść do historii. Nawet jego sińce miały sińce. A kości ostrzegały, że planują przeniesienie się w jakieś spokojniejsze miejsce. Na przykład do schroniska dla psów.

- To był duch tegorocznych Świąt – oznajmił Mikołaj zapalając cygaro. – Jak się nie zmienisz, przyszłoroczne będą takie same. A może lepsze, bo przyprowadzimy Burzymura. Dla niego tacy jak ty to burżuje najgorszego rodzaju. Siepacze systemu, rozumiesz?
Ignacy bardzo pragnął zapewnić, że owszem, rozumie, ale ani jego wargi ani język nie doszły jeszcze do siebie.

- Ujmę to tak – anielica schyliła się, by spojrzeć ofierze prosto w oczy. – Jeżeli sądzisz, że teraz cię boli, to znaczy, że twoja wyobraźnia w dziedzinie tortur jest jeszcze słabo rozwinięta. A zapewniam cię, że moja… Och, nie zna ograniczeń! Do dziś byłeś świnią, Ignaś. Ale od dziś się to zmieni. Nie musisz potwierdzać, ja to wiem. Bo jeśli nie… - Uśmiechnęła się filuternie, mrugnęła zalotnie. – Oj Ignaś, chłopczyku, jeśli nie, to my tu do ciebie wrócimy. Przekonasz się, że bycie dobrym człowiekiem jest fajne.

Poderwała się wdzięcznie, jednym susem dopadła Mikołaja, objęła go i pocałowała. Oznajmiła, że ich praca na dziś dobiegła końca, co Mikołaj przyjął z wyraźną ulgą. Objęci wyszli oboje na korytarz zostawiając za sobą Ignacego usiłującego wymamrotać przez poobijane wargi, że już będzie grzeczny,  że będzie bezsprzecznie dobrym człowiekiem i naprawdę nie muszą go odwiedzać. Bo zaszczepili w nim ducha Świąt na wieki.

*
- Naprawdę musieliśmy tracić czas na to coś? – marudził jak zwykle w Święta Kutrzeba, gdy spacerowym krokiem szli ze Zmorą w świetle obowiązkowo gazowych o tej porze roku latarni, wśród miękkiego śnieżnego puchu spadającego z marsjańskiego nieba dzięki gwarancji świątecznego cudu meteorologicznego. – Mogliśmy obalić jakiegoś dyktatora, schwytać seryjnego mordercę, albo nauczyć moresu gangsterów bez zasad. A ty uparłaś się zasiać bojaźń bożą w urzędasie.

Odkąd wytłumaczyli Zmorze czym są Święta i duch Bożego Narodzenia na tyle skutecznie, że zaczęła się nimi przejmować, demonka zrobiła się na tych kilka dni w roku nieznośna. Jakby ów świąteczny duch opętywał ją co roku i zmuszał do robienia dobrych uczynków. Pojmowanych na sposób demonii, toteż nie rozdawali z Kutrzebą jadła potrzebującym ani nie uganiali się po poznanym wszechświecie w poszukiwaniu tej durnej dziewczynki z zapałkami co roku próbującej zamarznąć na coraz to zimniejszej lodowej planecie. Niemniej, jak podejrzewał Kutrzeba, nawet w domu prawdziwego Świętego Mikołaju nie panowała tak świąteczna atmosfera jak u Zmory i Mirka. Choinek demonica zawsze ubierała siedem. Dom tonął w wielobarwnych łańcuchach i anielskim włosiu. A kolędy musiały śpiewać nawet sztućce.

- Zło to zło – odparła Zmora wesoło. – Małe, czy wielkie pozostaje złem. A my jesteśmy pasterze, co przybywają, dzieciąteczku śpiewają i odmieniają ludzkie dusze. Czynimy ze zła dobro. A teraz spieszmy się, bo już pewnie na nas czekają z wieczerzą!
- Pewnie czekają – mruknął Kutrzeba trochę zmęczony a trochę zadowolony z faktu, że Zmora upierała się, by co roku wydawali przyjęcie dla wszystkich przyjaciół, żywych i umarłych, twardoświatowych i namalowanych. Ludzi, demonów i kosmitów. Tych co się urodzili, zostali przywołani albo nawet i zmyśleni.

Dla wszystkich ich i Was, pod wszystkimi niebami świata – Wesołych Świąt!