02.11.2016

264. nie ma świata, idzie wojna?

Czytam sobie do śniadań "Wojnę i Pokój", zalewie po raz trzeci albo czwarty. I jak zwykle uderza mnie to, jak Tołstoj ukazuje tych wszystkich podłych Rosjan dławiących nas bagnetami i tyranią, taplających się w naszej krwi, pożerających nasze ciała, szykujących się do kolejnej wojny, w której dołożyli wszelkich starań, by odebrać nam naszą nadzieję na niepodległość, tych pełnej złości satrapów, sadystów pełnych nienawiści, te hordy nienasyconych kanibali - jako ludzi dobrych. Czasem małych, czasem słabych, czasem złośliwych, ale zawsze z odrobiną przynajmniej dobroci wyglądającej przez te wszystkie krynoliny, etykiety i inne drobiazgi, które potrafią czyni nasze życie nieznośnym a nas upadlać. Oczywiście, siła Tołstoja leży w tym, że oni wszyscy przestali być po prostu Rosjanami, stali się uniwersalną ludzkością, która stara się żyć. I jeśli tak na nich spojrzę, to mogę zapomnieć o tej nienawiści do nas i widzieć tylko ludzi, którzy tak naprawdę są, lub mogą być, lub starają się być ludźmi dobrymi. 

Czytam sobie, by przygotować się na nowego Szostaka, "Odyseję". Też nie pierwszy chyba raz, ale trudno mi to określić, bo ileś tam razy czytałem ją sobie we fragmentach, opracowaniach, interpretacjach, gąszczach tłumaczeń. No, ale czytam. Konfrontacja Tołstoja i Homera sama do mnie przychodzi. Objawia się najpierw myślą, że w przeciwieństwie do Tołstoja Homer nie stara się opowiadać o ludziach dobrych. Potem myślę, że nie, że nie mogę przykładać do siebie szlachetności, tak jak je rozumiano dwieście lat temu w Rosji i tak, jak ją rozumiano hen, w mitycznej Grecji. A trzecia myśl, trochę szydercza, mówi, że mogę wszystko, jeśli tylko potrafię się usprawiedliwić. 

I myślę, że bohaterowie Homera jednak nie starają się być ludźmi dobrymi, jakkolwiek byśmy tej dobroci nie definiowali, a Homer nie próbuje ich tak przedstawiać. Nie drwi z nich równie okrutnie jak Szekspir w "Troilusie i Kresydzie", ale pokazuje ich jako ludzi wątpiących (to jak Tołstoj, u którego pozbawionymi wątpliwości, choć nie obaw i lęków, są chyba tylko kobiety i młodzieńcy), lecz do końca wiernych zasadom świata, po którym chadzają bogowie. A dobroć nie należy do cnót tamtego świata.

Leży i czeka na mnie na półce nowy Twardoch, którego tylko napocząłem i zaraz odłożyłem ze strachem, bo wystarczyło mi kilkanaście stron lektury, by zrozumieć, że niełatwo mi się będzie od niej oderwać. A zbyt wiele mam teraz na głowie własnego pisania, bym się angażował w cudze 

            - wiem jak to brzmi, po tym, jak zasiedziałem się nad Tołstojem i Homerem, ale 
               lektura znanych już sobie książek jest inna, bywał mniej angażująca, jeśli się
               jest na nią gotowym; znaną już powieść można przerwać w dowolnym momencie,
               a ona się o to nie obrazi, można zresztą czytać takie powieści nieco instrumentalnie,
               albo wręcz terapeutycznie, przecież podczytuję teraz  "Koniokrady" Faulknera za
               każdym razem, nim siądę do pisania takiej jednej historii, ale trzymam pod ręką
               "Cień w ukryciu" Cooka dla odpoczynku, cały czas kusi mnie, by przeczytać jeszcze
              raz dla przyjemności, "Formy Chaosu"Kappa", więc wszystkie te powieści, do których
              powracam, nie niosą tego niebezpieczeństwa, co powieść nowa -

Do tego boję się, że zastanę u Twardocha tych samych bohaterów, których często u niego zastaję: wyobcowanych i dzikich.

Dobrze byłoby teraz machnąć jakieś podsumowanie, żeby ten wpis nie był tylko sumą: ochoty, by coś tu wpisać po dwóch miesiącach ciszy, chwili ochoty oraz znalezienia pretekstu. Dałoby się pewnie ułożyć jakąś pewność albo pytanie; zdziwić się, że Homer pisał o ludziach zjednoczonych ze światem, okrutnym i niesprawiedliwym, ale mieszczącym się w jakichś regułach i pozostawiającym nieco szans dla śmiałych mężów, Tołstoj o ludziach dobrych a Twardoch o wyobcowanych. Albo, że Homer i Tołstoj czasem podłości swoich bohaterów ukrywali, bądź usprawiedliwiali (bądźmy szczerzy, Odys, mierzony naszymi standardami, to kawał sukinsyna), a Twardoch się tych podłości nie boi. Albo może, gdybym wykazał  się odpowiednim uporem, znalazłbym jakieś literackie prawo, silne niczym twierdzenia fizyków.

Ale, z jakichś powodów, telepie mi się w głowie ta jedna myśl: "wyobcowanie". Herosi Homera, jak bardzo samotnymi byśmy ich nie widzieli dziś, należeli do swego mitycznego świata. Dobrzy ludzie "Wojny i Pokoju" istnieli w swoich salonach i pałacach, nawet jeśli się w nich nie mieścili i z ulgą uciekali na wieś, lub na wojnę (wiem, jest "Anna Karenina" o tej słabej trzpiotce, która niszczy życie wszystkim wokół siebie i jeszcze gorszym od niej egotycznym pawiu, z których kino zrobiło tragicznych kochanków prawie na miarę Romea i Julii, jakby nie zauważając, że miłość tych od Szekspira ma jednoczyć, podczas gdy romans tych od Tołstoja to totalny rozpizd w imię pogardy dla wszystkich, którzy nie są nimi, ale w "Annie Kareninie" nie ma ludzi wyobcowanych tak, jakby owo wyobcowanie stanowiło sens ich istnienia, jest idiotka, która wyobcowuje się sama i drań, który ją do tego porywa, a potem porzuca - on akurat idealnie mieści się w tamtym świecie). Ale Twardoch - i przecież nie tylko on - pisze o ludziach, dla których wyobcowanie jest doświadczeniem  fundamentalnym, niemal konstruuje ich istnienie.

Więc może zgubiliśmy świat? Odys, Hektor - doskonale wiedzą gdzie żyją i pasują do swego świata. Bołkońscy i Rostowowie takoż, nawet jeśli czasem czują się obco na salonach, mają dokąd uciec, także w ramach swojej zastanej i poukładanej rzeczywistości. Ale bohaterów Twardocha często łączy wstręt wobec świata, tak jak bohaterów Szostaka zagubienie w nim i zdziwienie nim, a bohaterów Orbitowskiego trwoga wobec niego (chyba trochę uogólniam i podpinam pod tezę, bo tak ładniej to mi się układa). Mamy szukać dalej? Ta nieprawdopodobna łajza, bohaterka "Ciemno, prawie noc" Bator światem wyłącznie gardzi. Niby w jej umyśle istnieje jakaś rzeczywistość godna cieplejszych uczuć, ale wydaje mi się ona wytworem jej wyobraźni. Bohaterowie Małeckiego też nigdy nie pasują do świata. Jeden Radek Rak zdaje się stąpać nieco inną ścieżką, ale nie jestem pewien, czy na pewno. Bo on chyba pisze między innymi o ludziach, którzy rozpaczliwie chcieliby do świata pasować, ale niekoniecznie potrafią. Orbitowskiemu też się to zdarza ostatnio, albo ostatnio to ja zacząłem u niego zauważać.

Może więc zgubiliśmy świat? Tę rzeczywistość, która byłaby dla nas poniekąd oswojona, przynajmniej pod względem reguł. Może nawet dziką, ale jednak taką, do której przynależymy. To byłoby dziwne, bo przecież żyjemy w rzeczywistości supercywilizowanej. Wszystko ma w niej swoje miejsce, a my staramy się być grzeczni i poukładani. A tymczasem znaczna część literatury wokół której się kręcę zdaje się głosić, wyobcowanie i poczucie uwięzienia w świecie, który nie tylko do nas nie należy, ale do którego my nie przynależymy. Jakbyśmy nie chcieli tej dostatniości, której zresztą nie rozumiemy i którą odnajdujemy jako obcą. A takie poczucie uwięzienia i wyobcowania - czy nie prowadzi do buntu?

Czy Szostak, Twardoch,  Orbitowski, Małecki, Rak, ale też Tokarczuk (jej bohaterowie zdają mi się na tym tle podobni do bohaterów Raka), ta nieszczęsna Batori nie robią tego samego, co politolodzy socjologowie i im podobni? Czy nie wieszczą jakiegoś wielkiego bum?

Nie o takim podsumowaniu myślałem zaczynając pisać, gdy tak naprawdę, sądziłem, że obejdzie się bez jakiegokolwiek podsumowania.


05.09.2016

263. bez słońca

Najpierw drze się pies. Albo nie. Najpierw ten sam taksówkarz, co zwykle (jak okazuje się po raz trzeci) pyta: "a, pod te drzwi?". Potem rozmawiacie o podróżach, a on rzuca: "no niestety, nie chce być inaczej, znowu dwadzieścia dziewięć", potem drze się pies, potem miejsca w mieszkaniu brakuje na rzeczy z walizki, większej wewnątrz niż na zewnątrz. Łyk piwa. Spacer do Żabki, żeby nakarmić lodówkę. Spacer do restauracji, żeby odkryć jak artystycznie potrafią tam układać puste przystawki. Na szczęście pełne danie jest pyszne i syte, choć znów okazuje się, że krewetki smakują lepiej w kraju, w którym mieszkają.

Później dwaj kumple, jeden, który wrócił z nieco dalsza i drugi, który wrócił prawie że zza miedzy, spędzają, jak zwykle, miłe chwile podsumowując ostatni weekend. Wieczór konsumpcyjnie składa się z: czeskiego wina, macedońskiego wina, serbskiej śliwowicy, czeskiego piwa oraz sera dorastającego przez rok i opowieści.

Odkrywają, że to już prawie jesień. Próbują odgadnąć jakie zwierzę hałasuje w krzakach za ich plecami. Kumpel obstawia jeża i chyba ma rację. Opowiadają sobie w zabawny sposób o swoich przygodach.

Potem pożegnanie, serdeczne, wesołe.

Aż wreszcie trzeba wracać do domu, rozścielić łóżko, położyć się w nim i zaraz wstać, by napisać to wszystko, co powyżej, byście zrozumieli, jak dziwne jest to, że właśnie, po raz pierwszy w życiu, poczułem się tak bardzo obco we własnym łóżku.

09.07.2016

262. orzeł na poduszce

Ten wpis to pokłosie dyskusji na fejsie, a także mała wariacja na temat tego, co tam napisałem. Odpowiedzialność za niego ponosi więc Jewgienij, bo to on zaczął.

Zaczęło się od tego, że Jewgienij znieść nie może patriotyzmu dekoracyjnego, wyrażanego przez koszulki, bluzy, czapki a ostatnio nawet kołdry i poduszki. Najwyraźniej zdaniem części moich znajomych kicz jest wrogiem symbolem narodowych, uwłacza im wręcz. Podejrzewam, że sadzą iż kicz w ogóle uwłacza światu, chyba, ze stosuje się go ironicznie, celowo a trafnie konstatując kondycję świata.

Powiedzmy to sobie jasno: nie kupiłbym takiej pościeli i nie zdarzyło mi się nosić takich koszulek. Ale odnoszę wrażenie, że intelektualiści przejawiają skłonność do starannego przegapiania gustów ludzi prostych. A przecież ludzkość nie składa się wyłącznie z wrażliwców o wysublimowanych gustach i podniebieniach. Możemy sarkać na jarmarczne gusta "prostaczków", ale patrzenie na nich z góry ponieważ ich estetycznych wrażliwości nie ukształtowały subtelne a głębokie przekazy i przeżywania, mam za niedobry snobizm. Do pewnego stopnia ta wrażliwość jest niezmienialna, a do pewnego można starać się ją kształtować. Ale, u licha, nie sarkaniem na prostaków i wyśmiewaniem ich.

Nie chcę przy tym zabrzmieć, jakbym popadał w rodzaj chłopomanii. Nie podoba mi się patriotyzm sprowadzony wyłącznie do prostych znaków. Ale mijając kolesia w "patriotycznej" koszulce, nie wiem, czy on faktycznie cieszy się ojczyzną, czy tylko kręci go moda na godła i flagi, albo wręcz czuje się lepszy od kosmopolitycznej zgrai w t-shirtach z Vaderem. Ale wymowne marszczenie nosów nad prostymi gustami mi się nie podoba. To, że są proste, nie znaczy, że nie są szczere. A prostota nie wyklucza co najmniej poczciwości, czy mówiąc górnolotniej, bycia przyzwoitym.

Zdaję sobie sprawę, że moda na koszulkowy patriotyzm łączy się czasem z bardzo nieprzyjemnymi zjawiskami oscylującymi wokół ksenofobii, że także może wiązać się z podobną do naszej pogardą wobec inności, choć nie tak subtelną, ironiczną i zdystansowaną. Ale to nie znaczy, że zawsze taka jest. Czasem ludzie po prostu cieszą się w sposób prosty i tak samo wyrażają swoje uczucia. Czasem naprawdę podobają im się piernikowe serca oraz różowe misie, na które mogą zapolować na strzelnicach. I jeszcze kołdry w orły i flagi.

Jeśli zamkniemy się w snobistycznych enklawach sarkaczy, którym nie podoba się nic, co nie jest dostatecznie subtelne, bądź ironiczne, przegramy wszystko, co jest do przegrania i do końca życia będziemy upajać się swoją pogardą wobec świata, który do nas nie dorósł. Bo nic innego nam nie zostanie.



19.06.2016

261. robot

"Robot, czyli tajemnicy Daniela Mroza odkrycie", taki powinien być tytuł tego wpisu.

Pojeździłem i pozwiedzałem. W obu przypadkach odrobinę, bo ani to podróż długa ani wielka; właściwie trochę wstyd to nazywać: "podróżą". Możliwe, że należałoby napisać: "przejażdżka". I chciałoby mi się napisać coś o niej, ale bywa tak, że przejażdżka jest tylko przejażdżką, pozostawia po sobie nieco zmęczenia i poczucie dobrze spędzonego czasu, wspomnienie dwóch albo trzech rozmów w nieistniejących formalnie językach, jakiegoś widoku albo zmęczenia wywołanego wysiłkiem nieco większym, niż zwykle. 

Ale nie przynosi żadnych wniosków i niewiele uniesień wartych odnotowania.

Niemniej chciałem przynajmniej odnotować, że się odbyła. I niechby zostało z niej tylko to nieudane, bo zbyt pospiesznie i niecierpliwie zrobione zdjęcie robota. Patrząc na niego pomyślałem, że Daniel Mróz też musiał widzieć jego, albo jakiegoś jego kolegę. A potem narysował ich w "Cyberiadzie".

04.04.2016

260. tu i tam

Wiesz, jak to jest. Budzisz się w trochę innym łóżku, pokoju, mieście, niż zwykle. Nie jesteś zdumiony, pamiętasz jak tu trafiłeś. Przez chwilę albo i kilka chwil (bądź więcej) gapisz się w półmrok, oswajając inne niż zwykle ściany, które się zanim chowają. Potem przychodzi ci do głowy, że mógłbyś wstać. Stawiasz daremny opór tej myśli i już za jakiś czas jesteś na balkonie, choć przecież zwykle nie wychodzisz na balkon krótko po przebudzeniu. Nie w domu. Ale pamiętasz, że na świecie istnieje już trochę balkonów, na których bywało ci chłodno. W stopy, bo chodzisz boso, w ramiona i kark, bo im zawsze się obrywa od chłodu. Może w dłonie.

Ale w nosie masz ten chłód, bo możesz się pogapić ot tak, przed siebie na same nieznane widoki (tym razem na miasto). Zresztą, może nawet ci się to podoba, bo ten chłód podkreśla niezwyczajność sytuacji. Ty, chłód i miasto - inne, niż zwykle. Może w twoim przypadku to nie będzie balkon rano, ale krzesło w kawiarnianym ogródku o zmroku, ulica pełna ludzi w południe, albo pusty, cichy zaułek tuż po zachodzie słońca. Wszystko jedno gdzie, kiedy i jak pojawia się w tobie to charakterystyczne dla podróży uczucie, że wszystko jest równocześnie tak bardzo inaczej, niż zwykle i tak bardzo, jak trzeba. Może nawet o tym nie wiemy, ale spotykamy się w doznawaniu tych chwil.

I tyle. Reszta jest już tylko moja.

15.02.2016

259. tam i z powrotem

Kraków - Gniezno. Wygodne siedzenia w pociągu i ponad sześć godzin w ich towarzystwie. Dużo pytania siebie samego: "po jaką cholerę?". Potem taxi za pięć zeta, wąsacz w recepcji, niby szorstki, ale raczej w porządku; zabawny pokoik z Jezusem wciśniętym za ramę obrazu przedstawiającego alejkę dokądś. Szybkie zakupy pozwoliły zabić głód batonami i pepsi. Wszystko to pewnie tuczące i niezdrowe. Trochę internetu i sen - nie za szybko, trzeba było przyzwyczaić się do innego łóżka.

Za to nocą zniknął katar.


Rankiem zbyt szybkie opuszczenie noclegu i spacer przez miasto, w którym pozamykane było prawie wszystko. Zwiedzanie muzeum, do którego należało zadomofonić, by niewysoka, szczupła brunetka wybiegła skądś, wydeklamowała informacje o wieszaku i piwnicy, zainkasowała za bilet i zniknęła. I nagle zostaje się sam na sam ze zbiorami: całą armią drewnianych madonn o twarzach dzieci, zmęczonych kobiet świadomych oceanów nieszczęścia przed nimi, bądź nawet, w jednym wypadku, szesnastowiecznej dworskiej piękności. Do tego dwaj drewniani święci Mikołaje, kilku Franciszków, bardzo wielu Jezusów, przeważnie jako niemowlaki w ramionach Marii, ale także jako konający mesjasze w ramionach krzyża.

W piwnicy wywołujące niepokój obcowanie z portretami nagrobnymi; kielichy, monstrancje i relikwiarze, przy których wrażenie niepokoju i wyobcowania powraca, gdy przeczyta się o poukrywanych w nich kościach z porąbanego ciała. 

Ucieczka do katedry, w której przewodnicy opowiadają cuda niestworzone o historii, zabytkach i dziełach sztuki. Kątem ucha wyłowiona informacja o rzeźbie wykonanej przez Wita Stwosza owocuje zadarciem głowy w górę, by zobaczyć głównie cień przyglądający się maluczkim z ciemności. I nawet nie wiadomo, czy podsłuchało się dobrze.

Potem rozczarowanie, gdy po spacerze po okolicach rynku uskutecznionym głównie po to, by dospacerować do wpół do dwunastej, pani w okularach rozkłada ręce i informuje, że pierogarnia niestety czeka z otwarciem na elektryka. Szlag, bardzo się liczyło na te przedpołudniowe pierogi, miały mile nasycić pusty żołądek. Pani twierdzi, że cud nastąpi lada chwila, ale przecież potem trzeba będzie te pierogi jeszcze ugotować, jeśli nie ulepić.

Z żalem opuszcza się pierogarnię. Wiele więcej o tej porze otwartych jadłodajni nie ma, ale kusi coś, co się nazywa: "za drzwiami". No dobrze, nie kusi tak naprawdę, ale pozamykane naokoło drzwi innych lokali nie pozostawiają wyboru. 

W środku miliardy amorów i serc kołyszą się pod sufitem. Pomiędzy nimi cztery panie stawiające czoła lawinie rezerwacji na wieczór. Herbata dobra, bo gorąca, zupa cebulowa dobra, bo pyszna, pizza, której nie sposób podołać tyle na niej wszystkiego. Równe, drobne, lśniące biało ząbki prześlicznej blondynki, podsłuchana rozmowa ze stałym chyba klientem o dorosłych dzieciach brunetki, którą posądziło się o wiek lat co najwyżej dwudziestu paru i już znowu ulice.

Poszukiwania konwentu zakończone odkryciem, że odbywa się od w siedzibie wolnomularzy, a może różokrzyżowców. Jacyś ludzie w czerwonych koszulkach wydają radosny okrzyk, a odpowiedź na pytanie z pociągu odnajduje się wreszcie: po to, by spotykać się z fajnymi ludźmi, którzy robią coś, co sprawia im kilka rodzajów frajd i cieszą się konwentami. Trzy punkty programu, dużo uśmiechów, odkrycie, że czwartego punktu programu by się nie zniosło, bo głos zaczyna łapać zadyszkę. Samotny fan "Kosmosu 1999", pełen energii i uradowany, że spotkał kogoś, kto pamięta ten serial. "Czytałem pana biografię" - oznajmia ściskając rękę, a od jego serdeczności i entuzjazmu doznaje się dziwnego wrażenia, jakby należało się już do świata potrzaskanych kości pozamykanych w relikwiarzach, bo przecież o takich właśnie istotach pisuje się biografie. Żywi nie mają spisanych biografii, bo żyją. Na szczęście to nie biografia, tylko wikipedia. - "Czytałem ją, zobaczyłem datę pana urodzenia i pomyślałem, że może pan znać ten serial".

Fan "Kosmosu 1999" ma modele pojazdów, plakietki, komunikator z działającym wyświetlaczem a nawet laser zdolny zabijać czarne balony. Jest bardzo przejęty i chyba uradowany, że spotkał kogoś, kto wspomina serial z przyjemnością. Ale w tej radości jest cierń smutku i samotności. Na konwenty musi jeździć do Stanów. Na polskich konwentach może tylko przyglądać się gromadom fanów Star Treka bądź Gwiezdnych Wojen, nikt oprócz niego nie nosi szarego kombinezonu załogi Orłów.

"Pan częściej bywa w takich miejscach" - mówi na pożegnanie. - "Gdyby spotkał pan kogoś takiego jak ja, proszę mi o nim powiedzieć".

Zapisany numer telefonu trafia do evernote. Teraz pożegnania z sympatycznymi ludźmi w czerwonych koszulkach i spacer na dworzec. Okazuje się, że znajduje się on zbyt blisko. No nic. Godzina w poczekalni. Naprzeciwko mangowe cosplayerki zastygają nad ekranami telefonów. Czasem wołają coś z przejęciem i robią sobie selfie. Ich kolega mnie zna, pyta o włoskiego pisarza, o którym była mowa na jednym z punktów programu. Fajnie, że pyta, zawsze dobrze podpowiedzieć komuś Alessandro Baricco.

Potem do Poznania, tam oczywiście kobiety i dziewczęta wylaszczone jak nigdzie indziej w Polsce; godzina na dworcu, starsza pani obok opowiada przypadkowemu znajomemu z poczekalni o tym, jak udało jej się uciec z pociągu, którego czterystuminutowe opóźnienie zapowiada raz za razem głos ukryty w głośnikach. Na moment coś się dzieje z poczuciem rzeczywistości i otumaniony mózg podaje, że to nie czterysta minut, ale godzin. I zaraz kreuje wizję pociągu tak spóźnionego, że nigdy nie będzie w stanie dotrzeć do celu. A na kolejnych dworcach, na które nie dojeżdża, głośniki ogłaszają uparcie: "spóźniony tysiąc godzin, dwa tysiące, trzydzieści...". Życie na Ziemi się kończy, słońce pożera atmosferę, nie zostaje nic poza wieczną pustynia i echami głośników zamkniętych w klątwie jedynej niedokończonej sprawy: "...opóźniony tysiąc miliardów godzin...".

Potem Warszawa. Noc, piwo, jakieś mecze w telewizji. Gadamy, trochę się ekscytujemy, jesteśmy zadowoleni z tego spotkania. Plany wyjazdów, uniki przed życiem. Na drugi dzień gospodarz zaprowadzi na Pragę. Konfrontacja z nabrzmiałą legendą tego miejsca nieco rozczarowuje - oczekiwało się szykownych knajp dla hipsterów pomiędzy którymi tubylcy urządzają sobie kameralne mordobicia. Ale oczywiście, jest klimat, jest historia wybita bliznami po kulach na ścianach kamienic, których chyba nikomu nie chce się ratować. Są ludzie, o których myśli się - przez pryzmat historii krakowskiego Kazimierza - w sposób okrutny, jak o minionej historii. Można założyć, że nie chcą mijać i można poczuć wstyd przez te myśli, że gdy wejdą tu pieniądze, gdy ktoś zaplombuje wyrwy po domach nowoczesnym budownictwem, to oni znikną, jak zniknęli już lata temu z Kazika. Zawstydza ta chłodna ocena wrednego dewelopera z amerykańskiego serialu o złych ludziach żerujących na biednych ludziach.

"Tu przyjdziemy zjeść, dają tu genialne flaki i kluski" - oznajmia przewodnik, ale kończy się na hamburgerach, bo przy genialnych flakach i kluskach nie ma miejsca. Tych flaków i klusek nie jest żal tak, jak przerysowanego barmana, wielkiego, w bezrękawniku, z twarzą czerwoną, nie wiem, czy od gorąca, czy z przepicia, tak bardzo pasującego do wyobrażeń o tej dzielnicy, że niemal stworzonego na zamówienie turystów. Czyści kufle i patrzy spode łba.

Potem okolice zamku, wśród tłumów ludzi, z których co trzeci nosi balony w kształcie serc. Jedna kawiarnia pełna, druga nieczynna. W trzeciej właśnie zwalnia się stolik. Znów śliczne dziewczyny za barem, znów wesołe, znów roześmiane. Lemoniada + wielka beza, trudno powiedzieć skąd wzięła się chęć na bezę. Moment wspomnienia matki, wielkiej fanki bez, koledzy ułożyli o niej i bezach wierszyk. Może to stąd apetyt?

Pani zza baru podsuwa koszyczek pełen różowych karteczek. "Niech pan weźmie walentynkową wróżbę". Koślawa ucieczka, koślawy dowcip, zero wróżb.

Potem fani Legii w białych bluzach. Dużo policji. Potem pociąg ze Lwowa, przez Przemyśl, beżowy przedział, ciemność za oknem i dwie godziny snu jak teleportacja. Zamykasz oczy: Warszawa, otwierasz oczy: Kraków. Z powrotem.

Jeszcze nie postawiło się stopy na dworcu, a już pojawia się tęsknota za wszystkim od czego uwiózł ten pociąg.

03.01.2016

258. zmęczeni wątpliwościami.

Każdy z nas wie, co sądzi na temat anime, lewaków, Gwiezdnych Wojen, Lasów Państwowych i tego pyskatego brzuchacza, który w najbliższym czasie nie poprowadzi już Top Gear (ponieważ kiedyś już wyleciał z tego programu - w każdym razie tak mi się wydaje - nie chcę wypowiadać się ostatecznie o jego układach z BBC). Co gorsza, każdy z nas wie, co sądzi na temat partii politycznych i tego, co udają, że niosą.

Nasze przekonania widać wyraźnie; gdy czytamy nasze opinie w komentarzach pod artykułami w internetowych wydaniach gazet, na blogach, na stronach internetowych. Mamy druzgocącą kamienne mury pewność co do seriali, polityków, komiksów, filmów, aktorów i może nawet siebie nawzajem.

Czytam czasem te wszystkie komentarze. W tym własne. I wiecie co? Większość z nas przestała już czytać gazety, eseje w książkach bądź sieci, recenzje i opinie po to, by się z nich czegoś dowiedzieć. Czytamy je (a czasem oglądamy je, bądź ich słuchamy), by upewnić się, że mamy rację. Jesteśmy zamknięci wcale nie dużo mniej (a może wcale) od fanatyków mamroczących pod nosem litanie w imię niezmierzonych pewności. 

Kiedyś szukaliśmy białych plam, by zaspokoić ciekawość, kiedyś snuliśmy filozofie. Teraz taplamy się w ukontentowaniu ilekroć ktoś poklepie nas po plecach. A że szukamy, to zawsze znajdziemy kogoś takiego. Albo wpadniemy w złość i znajdziemy kogoś, kto ją z nami podzieli. Będzie nam od tego lepiej.

Gapimy się w ekrany mając nadzieję, że to lustra. Kiedy odważają się oznajmić, że nasze przekonania nie są najpiękniejsze na świecie gotowi jesteśmy urywać łby posłańcom.

Oto my. Nie: odkrywcy czy choćby poszukiwacze, ale mieszkańcy imperiów mięciutkich kołderek pragnący głównie tego, by ktoś nas głaskał, zapewniał, że fajni z nas mędrcy. Naprzeciw nas stoją tylko ci, którym wydaje się, że każda niezgoda jest cnotą.

Wątpliwości są zbyt męczące dla nich i dla nas.