20.07.2017

274. wakacje, odcinek czwarty: umiejętnie odwracam wzrok



Miałem wielką ochotę rozpocząć któryś z wpisów tak: "trzeci wstrząs, wciąż silniejszy od tych, jakich doświadczyli w poprzednie dni, wprawił ich w niepokój. Niby się uśmiechnęli porozumiewawczo, niby spokojnie powrócili do gry w remika, ale nastrój był już inny niż wcześniej. Bańka beztroski rozprysła się bezpowrotnie. Przypomnieli sobie, że czytali o potężnych trzęsieniach przed dekadami i wiekami, że Justynian musiał podnosić to miasto nie z ruin, lecz z kupy gruzu. Przypomnieli sobie, że drobne wstrząsy mogą zapowiadać większe.  Zaczęli oczekiwać następnych drgań z niepokojem."

Niestety, nie wiedziałem co począć z takim początkiem, dokąd go doprowadzić.

Nadal nie wiem.

Ale przez dwa (już prawie trzy) tygodnie podróży pożary wędrowały naszym szlakiem. Widywaliśmy je pod postacią słupów dymu nad miastami, które ledwie co opuściliśmy, bądź plamami czarnej wypalonej ziemi na trasie do miast, ku którym zmierzaliśmy. Zdarzało nam się złapać strzęp informacji o nich w radio, nim zirytowany gadaniną Tomek zmienił stację. Uświadamialiśmy sobie, że wędrujemy po ziemiach wysuszonych słońcem. Trawa zółkła tu częściej niż zieleniała. Gdy przejeżdżaliśmy przez Czarnogórę pokonywaliśmy góry wolne od domów, pełne za to okruchów skał pomiędzy płatami ziemi przypominającej szary piach, porośniętej żółtymi zombiakami trawy. Tam wystarczyłby byle gorętszy oddech, by wszystko to wytrysnęło płomieniami.

W Sarajewie, gdzie wyzywająco ubrane dziewczyny i kobiety, nieco przesadnie lubujące się we wszystkim, co lśni, czy to na sukienkach, bluzkach, paskach, butach czy też na policzkach mieszają się z dziewczynami i kobietami odsłaniającymi jedynie twarze bądź oczy (tym też często zdarza się lśnić), w tym właśnie mieście dogonili mnie moi fani ze świdrami. Wiercą od świtu tuż pod oknem, nie dają spać, nawet pisać za bardzo nie dają, a mnie się zdarza uśmiechać, bo przypominają mi dom.
Nie, żebym tęsknił za powrotem. Te pożary, lęk przed tym, co mogą przynieść wstrząsy, świdry, wszystkie te skazy na idealnym urlopie to tylko cienie prawdziwego niepokoju. Tego wzbudzanego obawą przed powrotem. Znów, jak pod koniec każdego konwentu, uświadamiam sobie, że jestem dzieckiem karnawału i nie chcę, by się kończył. Nie tylko dlatego, że w karnawale głupcy, jak ja, są królami. Może obawiam się, że tylko karnawał ma sens?

Ale karnawał to czas pożyczony. Wydajemy w nim więcej pieniędzy, niż zazwyczaj, zachowujemy się jakby nie istniały konsekwencje i tak długo, jak tylko potrafimy, wierzymy, że końca nie będzie. Odwracamy wzrok od słupów dymu wyrastających zza wzgórz, ignorujemy wstrząsy albo uciekamy przed nimi dokądś, gdzie jeszcze ich nie ma.

Jakbyśmy się jednak nie starali, karnawał dobiega końca. Tak dla mnie, jak i dla Tomka i Radka, dla kraju, narodu, świata.


Na razie zdechł mi internet i ten wpis powstaje w wordzie. Możliwe, że wkleję go dopiero w Krakowie. Tam, gdzie jak słyszałem póki miałem dostęp do sieci, chłody, deszcze i burze. Brak sieci ułatwia mi odwracanie od nich wzroku. 

12.07.2017

272. Wakacje, odcinek trzeci: o jeżdżeniu samochodem

Przez góry, których nazw najwyraźniej nikt tutaj nie zna, szliśmy nie jak osiołki, których tu mnóstwo, ale jak osły patentowane. A może jak dzieci - pełne wiary we własne możliwości, ufające zabawkom i nie przyjmujące do wiadomości, że coś może okazać się niemożliwe.

Osiołki, jak sądzę, mają własne nazwy dla gór, szlaków i szczytów. Dla wąwozów rzeźbionych zanikającymi latem rzekami. Być może tak lubiane przez dziewczęta wcale niekłapouche zwierzaki dzielą się tymi nazwami ze stadami kóz i owiec. A może nawet z pasterzami. Możliwe jednak, że każde ze stworzeń dysponuje własnymi określeniami na taką na przykład górę Tomor, do której nie dotarliśmy. Ani na jej szczyt, gdzie zresztą się nie wybieraliśmy, gdzie chyba nikt się nie wybiera, ani nawet w jej cień. Nigdzie prawie nie dotarliśmy tamtego dnia, gdy zamierzaliśmy zwiedzić miasto Berat i zasuwaliśmy małym samochodzikiem ku szczęśliwemu zakończeniu, choć innemu niż sobie wyobrażaliśmy.



Nie dotarliśmy do Miasta Tysiąca Okien, choć nikt nie powie, że się nie staraliśmy. Ignorowaliśmy zatroskane spojrzenia tubylców, rzucane najczęściej zza szyb terenowych potworów z napędem na cztery koła. Ignorowaliśmy fakt, że nie mieliśmy ani grosza w lokalnej walucie. Właściwie ignorowaliśmy tak wiele faktów, że nie sposób ich tutaj wyliczać. Gnaliśmy przed siebie małym, coraz mocniej umorusanym samochodzikiem. Jeszcze trochę wspominaliśmy Ohrid z jego uliczkami, malowniczymi ale nie stworzonymi do spacerowania, cerkwiami i cerkiewkami porozrzucanymi po wzgórzach oraz, oczywiście, z naszym ulubionym kociołkiem. W bagażniku pobrzękiwały butelki wina. Byliśmy zadowoleni, może nawet prawie szczęśliwi i zasuwaliśmy kolejną malowniczą drogą przez góry nie tracąc rezonu nawet, gdy zaczęła znikać.


Śmialiśmy się mijając coraz większe dziury. Śmialiśmy się, gdy nie zostało wiele poza nimi. Przestaliśmy się śmiać po przejechaniu przez kamienny mostek, za  którym ta dziwna przestrzeń, która kiedyś była drogą zaczęła z jednej strony jeszcze bardziej tracić na wrażeniu drogowości, z drugiej piąć się stromo w górę.

- To na pewno jedyna droga? - upewnił się Tomek.
- To na pewno droga? - podrzuciłem.

Radek zapewnił nas dwukrotnie, że tak. Droga i jedyna. Kiedyś zapewne nie tylko malownicza, ale i pięknie kładąca się pod  kołami bezlitośnie masakrujących ją ciężarówek, które uwoziły tony kamienia wyrwanego górom. Albania nie tylko turystyką, ale i kamieniołomami stoi. Te, które mijaliśmy tamtego dnia zamilkły. Jasne wyłomy w górach jeszcze się nie zagoiły, ale ruchu w nich już nie ma. Jednak lata ciężkiej pracy ciężarówek zadały drodze potężne straty. Już się nie podniosła po ranach od ciężkich kół, a nikt jej nie reanimuje, bo dla kogo?




Na pewno nie dla nas. Gdy uznaliśmy, że łatwiej zerwiemy zawieszenie, albo stoczymy się w koryto okresowej rzeki, niż dotrzemy do wybranego celu, zawróciliśmy. Radek mamrotał, że jeszcze tu wróci, odpowiedniejszym samochodem.

Przegraliśmy Berat ale pokonaliśmy góry, których nazwy znają owce, kozy, osiołki i atlasy, ale niekoniecznie mieszkający tam Albańczycy. Gdy ich pytaliśmy, patrzyli na nas ze zdziwieniem. Góry to góry.

Coraz mniej podskakując na dziurach i wybojach wracaliśmy do cywilizacji, a Radek znajdował kolejną jedyną drogę, która miała zaprowadzić nas do Gjirokastry. I zaprowadziła, co tu kryć. Ale nie tak od razu.



Najpierw natknęliśmy się na roboty drogowe, co poznaliśmy po wystawie znaków poprzypinanych gromadnie w miejscu, w którym taka niezła nawet szosa zmieniała się w marzenie kierowców wozów wyścigowych - pas czarnego asfaltu bez skazy. Biała strzałkę wykrzywioną ukośnie w lewo na niebieskim tle zinterpretowaliśmy jako nakaz zmiany pasa, co wydało się słuszne, bo na lewo od strzałki droga zmieniała się w wertepy ućkane zresztą jakimiś przegrodzeniami. Pomknęliśmy więc przed siebie (lewym pasem). I było to jedno z najlepszych mknięć tej podróży. O, jakże nic nam nie przeszkadzało, gdy zasuwaliśmy po tej drodze równej jak najrówniejszy ze stołów, pośród gór i nieusuniętych jeszcze po robotach zwałów ziemi. To nie była jazda,  lecz rozkosz. Spełnienie snów wędrowców zmęczonych po wyprawie drogą, której nie było. Raj.


W każdym razie do momentu, gdy dotarliśmy do ściany. Dosłownie. Droga marzeń kończyła się ścianą.

To pomogło nam się domyślić, że znów pojechaliśmy drogą której nie ma. Tym razem nie dlatego, że okazała się tak stara, zmęczona i zapomniana, że prawie zanikła, ale dlatego że jeszcze jej nie wybudowano.

Zawróciliśmy po raz drugi tego dnia. Znów jechało nam się świetnie, choć dręczyła nas obawa, że możemy jakiemuś ministrowi zepsuć uroczyste otwarcie fragmentu szosy wyłaniając się zza zakrętu, za którym nie powinno być żadnych samochodów i porywając czerwoną wstęgę, nim zdąży ją przeciąć.



Nic takiego się nie stało. Musieliśmy tylko skręcić na wertepy wskazywane przez ukośną strzałkę na błękitnym tle, a potem mozolnie wspinać się po przepięknych górskich drogach. I tak, pokonaliśmy nimi góry, których nazw tubylcy nie używają. Bez lokalnej waluty, płacąc za  benzynę wszystkim, co tylko zgadzali się przyjmować benzyniarze. Żywiliśmy się burkami jeszcze z Macedonii, przepijanymi macedońską wodą.



Uniknęliśmy stratowania przez owce, kozy i krowy, którym chyba wydaje się, że są w Indiach. W niewielkim barze prowadzonym przez osiemsetlatka znajdującego upodobanie w oglądaniu teledysków Marjoli Kacani (tu nawiązaliśmy duchową łączność) i częstowaniu przejezdnych lodowato pysznym piwem podawanym w lodowatych kuflach odnaleźliśmy nieco ukojenia. Gościnność osiemsetlatka uspokoiła nas po spotkaniu z ogrodzeniem, na które ktoś ponatykał korpusy zabawek.



Potem jeszcze trochę drżeliśmy, że nie starczy nam paliwa, zdumiewaliśmy się kolejnymi stromymi podjazdami, zachwycaliśmy się rzeką wypłukującą wapń ze skał by stroić się w oferowane przezeń barwy. Zwalnialiśmy na widok kóz i owiec, narzekaliśmy albo śmialiśmy się. Skwar dawał nam we znaki i ciągle martwiliśmy się, że brak nam lokalnej waluty. Że nie zdążymy przed zmrokiem. Że samochód wreszcie powie nam co myśli o tym wszystkim.




Ale pokonaliśmy góry, których nazwy istnieją, choć prawie nikt ich nie używa.

10.07.2017

271. wakacje, odcinek drugi: dom cukiernika ze Srebrnego Miasta



- Mój dziadek uczył się na cukiernika w Aleksadrii i w Turcji – opowiadał nasz gospodarz, gdy siedzieliśmy w cieniu jego ponad trzystuletniego domu z szarego kamienia. Gdy usłyszałem nazwę egipskiego miasta, odruchowo wyobraziłem sobie starożytnego rzemieślnika częstującego cukierkami półnagie dzieci w lnianych przepaskach. Światem rządzili wówczas bogowie rzek i gór, ku niebu zaczynały wspinać się piramidy. Jednak prawdziwa opowieść przesycona była innym nastrojem – chaosu, walki, wędrówek ludów po kolejnej wielkiej wojnie, gdy znów przemalowywano mapy. Była to jednak także epoka wiary we własne siły i nadziei na wykorzystywanie szans. – Przyjechał tutaj. Postanowił otworzyć lodziarnię. Znalazł człowieka, z którym na osiołkach wyprawili się w góry. Tam wyrąbali kilogramy lodu. Przywieźli go do miasta. Dziadek otworzył tu pierwszą lodziarnię. Kupił ten dom, najstarszy dom w Gjirokastze. Dobrze mu się wiodło. Ale potem do władzy doszedł Enver Hodża i odebrał mu wszystko. Bo w komunizmie nie mogła istnieć własność prywatna. Stracił lodziarnię a do domu dokwaterowano mu mieszkańców.



Przyglądaliśmy się temu domowi, już odzyskanemu przez spadkobiercę pierwszego producent lodów w Gjirokastrze, mieście urodzin Envera Hodży, który uwięził swoją ojczyznę na całe dekady i Ismaila Kadare, o którym powiadają, że nie dostał literackiego Nobla ze względu na swój nacjonalizm. Naszemu gospodarzowi udało się odrestaurować parter, tam mieszczą się teraz pokoje gościnne. Im bliżej dachu, tym budynek wygląda gorzej. Nie przysłużyły mu się lata komunistycznych zaniedbań, nie przysłużyła włoska bomba, która naruszyła dawno temu górne piętra. Mężczyzna częstujący nas domową raki oraz domowym winem, którego smaku nie jest pewien (chyba nie uwierzył, gdy powiedzieliśmy, że nabiera smaku, gdy dać mu pooddychać, machnął ręką, najwyraźniej przekonany, że był to z naszej strony wykręt, sposób na to, by nie urazić go niepochlebną oceną) wolałby nie zostawać w Albanii. Jest elektrykiem, nie ma takiego miejsca na świecie, w którym nie znalazłby pracy. Chyba nie bardzo wierzy w sukces swojego hotelarskiego interesu, remont domu pochłania wszystko, co udaje się zarobić. Gdyby mógł, wyjechałby za granicę. Ale dom otrzymał od babci. I ten dom, ten spadek trzyma go tutaj.

Miasto, gdy spoglądaliśmy na nie ze wzgórza wygląda… No cóż, chciało by się napisać: pięknie. Bizantyjskie Argylopolis, miasto tysiąca schodów, opisywane przez Kadare, wpisane na listę Unesco… Wszystko to i jeszcze więcej znajdziecie na Wikipedii. Nie będę jej powtarzał.




Rozsiadło się na wzgórzach. Kamiennymi uliczkami w cieniu kamiennych domów wędruje się tu zawsze stromo. Koty i psy starają się zachowywać przyjaźnie wobec ludzi za to czasem walczą między sobą. Przybywa barów i restauracji dla turystów przybywających podziwiać twierdzę (oczywiście kamienną) strzegącą Gjirokastry, uzbrojoną w zabytki artylerii z czasów tureckich i późniejszych. Nawet wrak samolotu stoi tu na straży. Czy jest pięknie? Jest. Ale to miasto nadal potrzebuje czasu, by nabrać blasku. Radek uważa, że jest jak krakowski Kazimierz dwadzieścia lat temu. Może bardziej jak Kraków czterdzieści lat temu? Stare miasto, pełne starych opowieści. Niekonieczne ciekawe nowych. Swoje już przeżyło. Teraz czas na pławienie się w dawnej chwale i czerpanie z niej zysków. Może kiedy najstarszy dom Gjirokastrze odzyska dawną świetność, z okien na jego najwyższych piętrach da się spojrzeć na zupełnie nowe miasto? Już jest tu gwarnie, może stanie się jeszcze gwarniej? Turyści, jeszcze liczniejsi niż dziś, będą ciągnąć ulicami, w dół i w górę pomiędzy licznymi już teraz sklepikami z pamiątkami (magnesy, flagi, koszulki… Znaleźliśmy nawet czapkę z napisem: „Polska”) mieszającymi się dziś ze starymi spożywczakami. Te zapewne znikną z centrum. Jeszcze przybędzie za to restauracji. A nasz gospodarz będzie mógł nareszcie odpocząć.

04.07.2017

270. wakacje, odcinek pierwszy: wojna przedbałkańska




Przez Słowację należy jechać dostojnie, niemal majestatycznie. Nie gna się tam na złamanie karku, ale oszczędnie dawkuje prędkość. Radek (i większość znanych mi kierowców) nie przepada za przejazdami przez ten kraj. Bo choć widoki są piękne, to dusza kierowcy nawołuje, by mocniej depnąć w pedał gazu, pożonglować biegami, poczuć pęd. Ale i przepisy drogowe i policja na Słowacji są surowe. Trzeba więc zwolnić, cieszyć się widokami i próbować nie zerkać na nerwowo na zegarek.

A mamy powód, by zerkać. Pierwszy plan zakładał, że wyruszymy o czwartej nad ranem. No dobrze, nie był to właściwie plan, ale jakiś przebłysk religijnego uniesienia, tak naprawdę herezji. Wiara w nieziszczalne, stworzenie bytu niemożliwego z punktu widzenia nauki. Ci, którzy znają Radka, wiedzą, że jest on w stanie bez problemu wstać o czwartej, pod warunkiem, że jest to czwarta po południu.

Powstał więc drugi plan. Ten przewidywał, że wystartujemy o szóstej. Raczyłem powątpiewać i w taką możliwość. Jednak upojenie urlopem wprawiło mnie w stan dziwnego oszołomienia, w którym uwierzyłem w szanse na spełnienie niespełnialnego. „Na wszelki wypadek zadzwoń do mnie o piątej, żeby mnie obudzić” – podsycił nadzieję Radek.

Zadzwoniłem. Pogadaliśmy. Dokończyłem pakowanie i zacząłem czekać. W okolicach ósmej zadzwoniłem, by zapytać, czy nie zgubili się z Tomkiem (bo najpierw Radek miał jechać po Tomka) wśród tradycyjnych sezonowych krakowskich remontów dróg. Nie, nie zgubili się. Nie mieli jak, bo Radek jeszcze, no cóż, nie wyjechał.

Ostatecznie opuściliśmy Kraków nieco po dziesiątej. Mieliśmy przed sobą, optymistycznie licząc, dziesięć godzin drogi. Licząc realistyczniej dwanaście. Licząc naprawdę realistycznie… Ten prawdziwy realizm zabiłby w nas jednak nadzieję na Belgrad. Więc przestaliśmy liczyć.

Przez Węgry śmignęliśmy tak, że prawie ich nie zauważyliśmy. Ale potem skończyła się nam Unia Europejska. O dziewiętnastej wciąż mieliśmy szanse, by dotrzeć do Belgradu o sensownej porze. Lekko przed północą na przykład. Miasto jest już wtedy rozbudzone po upalnym dniu, ulice zapełniają się ludźmi, pęcznieją od knajpek. Ale o dziewiętnastej wpadliśmy w kolejkę do przejścia granicznego między Węgrami a Serbią. O dziewiętnastej wpadliśmy w sam środek wojny.

Początek wyglądał niewinnie. Sznur samochodów rozciągnął się na dwóch pasach autostrady. Ludzie pootwierali drzwi, powychodzili cieszyć się ciepłym wieczorem. Turcy z całymi gromadami dzieci, Albańczycy w swoich mercedesach, skupieni bardziej od innych Serbowie, paru Polaków, zwykle młodych i wesołych i diabli wiedzą jakie jeszcze nacje – wszyscy oni wymieszali się ze sobą na granicy, za którą marchewka przestawała być owocem a ślimak rybą.

Radek także wysiadł, by sprawdzić jak daleko ciągnie się kolejka. Wrócił z niewesołym wyrazem twarzy. „Postoimy” – rzucił. No i postaliśmy. Usadowieni na środkowym pasie, jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach, obserwowaliśmy jak samochody na lewym pasie poruszają się szybciej niż my. Ich kolejka okazała się żwawsza, być może uprzywilejowana. Jednak jeśli otwarcie rzucaliśmy nieprzyzwoitymi słowami, to nie z powodu farciarzy z lewego pasa. To cwaniacy z prawego przyprawiali nas o nerwowość. O ile bowiem dwa nasze pasy poruszały się w ślimaczym tempie kolejki, to pasem prawym kierowcy gnali przed siebie, jakby żadnej granicy przed nimi nie było. Ignorowali nas i nasze zasady.

„Udają, że jadą na tamtą stację benzynową, a potem na chama wpieprzają się do kolejki” – domyślił się Radek. Mylił się. Ci z prawego pasa niczego nie udawali. Po prostu gnali przed siebie jak długo mogli, a potem na chama wpieprzali się do kolejki.

Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że ślimacze tempo, w jakim się posuwamy, to ich wina. Gdyby bezczelnie nie zapychali wąskiego gardła przejścia, kolejka przesuwałaby się szybciej i sprawniej. Kierowcy z prawego pasa stali się naszymi wrogami. Patrzyliśmy na nich z pogardą i wrogością. Oni jechali, my staliśmy. Nawet nie rozważaliśmy możliwości dołączenia do nich. Porzucenia naszego pasa i pojechania przed siebie, licząc, że uda nam się wepchnąć.

Po dwóch godzinach, w trakcie których dotarliśmy do tego, co uważaliśmy za wąskie gardło przejścia wrogość zmieniła się w wojnę.

Cwaniacy z prawego pasa dotarli do miejsca, w którym nie mogli już gnać przed siebie. Teraz, aby poruszać się dalej, musieli wjechać na nasz pas.

Zwyczajnie uprzejmość nakazuje wpuszczać nieszczęśników, którzy utknęli na niewłaściwym pasie. Ale po dwóch godzinach obserwowania jak tamci ignorują zasady i cwaniacko mijają nas, zmęczonych, powolnych, zamkniętych w korku i sfrustrowanych, nikt nie miał ochoty na uprzejmość. Ani my, ani chyba Albańczyk przed nami, ani grupa młodych kolesi przed chyba Albańczykiem. Ci dla oszczędności paliwa zgasili silnik swojego mini vana i co jakiś czas przepychali niewielki samochodzik o kilka metrów do przodu. Cwaniaki z prawego pasa szybko zrozumieli, że mogą wykorzystywać ich wahanie, by wbić przed nimi na nasz pas. Ale i młodziaki uczyły się szybko. Zaczęli czujniej wypatrywać wszelkich oznak, że kolejka może ruszyć, choćby o metr. Zwiadowcy nie odrywali wzroku od samochodów przed nimi. Jeśli zobaczyli, że sto, dwieście metrów wcześniej rozbłyskują czerwono światła, że zaczynają pomrukiwać silniki, a długi samochodowy wąż zaczyna drżeć, wołali pozostałych, by napierali na srebrną maskę swojego wozu. W tym czasie strażnicy starali się zablokować cwaniaków.

Kibicowaliśmy chłopakom. Prawie zagrzewaliśmy ich do boju okrzykami. Ale przecież i sami nie próżnowaliśmy. Gdy tylko orientowaliśmy się, że szykują się do pchania samochodu Radek odpalał silnik. Niechby spróbował zagapić się, spóźnić! Krzyczeliśmy na niego z Tomkiem. „Jedź! Jedź! Jedź!”. Ci z prawej napierali. Starali się wyprzedzać nas w odczytywaniu oznak zmian w kolejce, szybciej odpalać samochody. Niedwuznacznie skręcali na nasz pas. Jakiś facet w samochodzie z polską rejestracją, który godzinę wcześniej minął nas nie zwalniając próbował teraz zagadać jakoś do Tomka. Ten zasunął szybę.

Nie wolno było zostawić choćby centymetra luzu, bo cwaniaki z prawej strony natychmiast to wykorzystywali. Jechaliśmy więc zderzak w zderzak. Nikt nie protestował w obawie o stłuczkę. Wiedzieliśmy, że musimy być solidarni, twardzi. Nie wolno nam odpuszczać tym z prawego pasa. Każda sekunda wahania, zbytnia ostrożność to klęska. Nagle staliśmy się towarzyszami broni, istną kompanią braci z Turkami, Serbami, Albańczykami z naszego pasa. Nie liczyły się narodowości tych z prawego. Naród środkowego pasa był czujny, zwarty, rozumiał swoją powinność.

Jakże zazdrościliśmy szczęściarzom z pasa lewego. Oni nie musieli walczyć. Spokojnie, choć powoli jechali przed siebie, wolni od barbarii prawego pasa. Byliśmy ich przedmurzem, odpieraliśmy fale najazdów, by oni mogli jechać spokojnie. Nasze napięcie zupełnie się im nie udzielało. Odpalali samochody z opóźnieniem, zostawiali między nimi olbrzymie przestrzenie. Pozostawali w świecie szczęśliwości i beztroski, może nawet nieświadomi, że zawdzięczają to wszystko nam.

„Moglibyśmy spokojnie tam zjechać” – zauważył w pewnym momencie Tomek.
„Moglibyśmy.” – zgodził się Radek. – „Ale nie zjedziemy.”

Oczywiście, że nie. To byłaby zdrada. Nie porzuca się towarzyszy broni w ogniu walki. Nie tylko my tak uważaliśmy. Żaden z samochodów toczących długą, męczącą bitwę na przedmurzu nie porzucił posterunku. Nikomu z prawego pasa nie udało się pokonać ani nas, ani chyba Albańczyka przed nami, ani tych Tytanów – chłopaków pchających swojego srebrnego mini vana. Chwila kryzysu nadeszła dopiero, gdy Radek postanowił napisać do swojej żony u dziecka. Normalna sprawa na wojnie. Ale wiele mogła nas kosztować, bo skupiony na pisaniu smsa żołnierz stracił czujność. „Jedź! Jedź! Jedź!” – musieliśmy poganiać go z Tomkiem, gdy nagle zrozumieliśmy, że się zagapił, że zderzak samochodu przed nami oddalił się niebezpiecznie, a cwaniak z prawej już już szykował się do wbicia się w rosnący wyłom w naszym szeregu. Omal nie zawiedliśmy naszych towarzyszy.

Niemniej udało się. Zwyciężyliśmy. Nasza „ściana tarcz” powstrzymała barbarię. Słodki jest smak zwycięstwa, nawet gdy już wiesz, że nie dotrzesz do Belgradu na czas, gdy okazuje się, że zawalił się plan noclegowy i trzeba na wyścigi szukać zamiany, a tu znika internet, rwą się połączenia w telefonach a baterie w tych cudeńkach techniki rzężą na oparach energii. Bohaterowie są już zmęczeni,.Ty jesteś zły i sfrustrowany, wyczerpany bitwą. Odkrywasz, że zapadła już noc. Martwisz się nadchodzącym roamingiem. Ale wiesz, że wygrałeś. Ci z prawej nie przeszli.

A potem, ledwie paręnaście minut później, wyrasta przed tobą trzech węgierskich pograniczników. Zatrzymują wszystkie pasy. I tych beztroskich z lewego i nas, wojowników szos i cwaniaków z prawego. I zaczynają przepuszczać nas po kolei w myśl tego, co mylą ze sprawiedliwością. Najpierw kilku z lewego, potem kilku z prawego i na końcu kilku z nas. Znikają nam z oczu i chyba Albańczyk i chłopaki ze srebrnego mini vana, w którym odpalili silniki. A potem my znikamy z oczu Turkowi za nami. Znika i solidarność i braterstwo w walce. Zostaliśmy sami. Suniemy powoli dwoma pasami a po paruset metrach cwaniaki z prawej znów wyjeżdżają na wolny prawy pas, ten dla tirów i autobusów i ruszają przed siebie. Odprowadzamy ich wzrokiem, ale nie ruszamy za nimi. Ostatnie co nam pozostało to już tylko moralne zwycięstwo.


Do Belgradu docieramy w okolicach trzeciej w nocy.

(na zdjęciu jeden z belgradzkich murali)

11.06.2017

269. odliczanie czasu do wakacji. zabawy ludzi wolnych tymczasowo.



To, że coraz częściej dumam o ciepłym brzegu wielkiego jeziora, nie znaczy, że ono tam jest. Nie w sposób, jaki o nim myślę. Może ludzie, którzy się w nim kąpią, wcale nie okazaliby się tak radośni, może ten starszy facet, do którego podorabiałem holiłódzko-hemingłejowskie historie od jednego nań spojrzenia jest zboczeńcem o ponurych myślach? Może za chwilę wybuchnie tam wojna? Bo przecież ciągle wybuchają jakieś wojny wśród tych wszystkich ruin po całej masie minionych imperiów, gdzie groza przemijania rzymskich, bizantyjskich i osmańskich zdobywców miesza się z krwawymi marzeniami tych, którzy nigdy imperium nie byli?

Ale czy to istotne wobec moich wspomnień, choćby i jak najdalej oddalonych od rzeczywistości? Niech świat będzie sobie jakim chce, i tak każdy z nas widzi go inaczej. Ja wspominam chwile, które w znacznym stopniu sobie zmyśliłem. Bo choć naprawdę siedziałem nad brzegiem jeziora wprowadzając redaktorskie poprawki do Niebiańskich Pastwisk (pierwszy, ostatecznie niedoszły redaktor ze wszystkich sił starał się zamordować ten tytuł), choć rzeczywiście było radośnie gorąco - tym rodzajem upału, który nie jest duszny lecz miły, pieszczący a nie męczący - to przecież wszystko inne mogło być zupełnie inaczej. Sączyłem piwo, które w innych okolicznościach mogłoby okazać się paskudne. Być może przynoszący mi je kelner szczerze mnie nienawidził, może pluł do każdej szklanki. Opalającym się na brzegu kobietom mogło być niedobrze od moich spojrzeń, gdy odrywałem na chwilę wzrok od monitora, by uspokoić oczy błękitem jeziora. Facet z łódki, której nie wynająłem mógł uznać mnie za symbol dusigrosza i do dziś może przeklina moje zmyślone przez siebie imię ilekroć w nocy budzi go koszmar o utraconym zarobku. Kto mi zaświadczy, że nie siedziałem pośrodku cyklonu niechęci? 

A jednak, to wszystko nie ma dla mnie znaczenia. Kiedy kumpel z synem pluskali się w jeziorze (największym, jakie widziałem, ale nie tyle świadczy to o ogromie tego zbiornika wodnego o co moim niewielkim doświadczeniu w podziwianiu naprawdę ogromnych jezior), ja marnowałem słoneczny dzień na brzegu. Bo najdłuższą i najbardziej odkręconą redakcję, z jaką do dziś się spotkałem, przyszło mi robić w samym środku wakacji, nad brzegiem jeziora, w knajpce. Było upalnie. W domu czekały na mnie smutki. Nie wiedziałem jeszcze, że media w kraju opisują jak uchodźcy zaczynają szturmować tereny, przez które wędrowałem. Stan konta nie puchł od napływu gotówki. Świat nie stał się rajem choćby na minutę. To była po prostu jeszcze jedna knajpa podczas wakacji. Jezioro wśród wielu innych jezior, piwo, którego smaku ani nazwy tak naprawdę nie pamiętam.

Moje wspomnienia kłamią jak najęte. Jestem im wdzięczny. Bo widzę tam siebie jako człowieka szczęśliwego.

08.05.2017

168. Wenecja. odpowiedź dla Macieja




Proszę bardzo.

Zasuwasz uliczkami tak wąskimi, że ludzie normalnych gabarytów z trudem przeciskają się nimi, a i to wyłącznie dzięki temu, że ostatni posiłek jedli nad Czechami (albo może Austrią, pokrywa chmur pozwala zobaczyć tylko wizerunki Czterech jeźdźców apokalipsy, a i to wyłącznie oczyma wyobraźni). 

Naokoło Ciebie zasuwa tłum – prostopadle do Ciebie, równolegle do Ciebie, a nawet tu i ówdzie oraz tędy i owędy do Ciebie. Wszyscy szemrzą, chichoczą, wydają zrozumiałe (gdy po polsku albo rosyjsku) i niezrozumiałe (w większości innych języków) okrzyki zachwytu albo nie (ale raczej zachwytu). Skręcasz w kolejną uliczkę uginającą przestrzeń i masę, tynk albo gołębie guano sypie się z góry, ale trafia próbującą wyprzedzać Cię Chinkę. Przyczajony chichot, ukryty szloch.

Nie dajesz się porwać nurtowi ludzi, albo dajesz mu się porwać – wszystko jedno. I tak strzałki namalowane na zmurszałych murach rozczapierzają się na absolutnie wszystkie strony wszechświata, a każda twierdzi, że pokazuje drogę do Placu Świętego Marka. 

No to idziesz. Od zapachu pizzy do migotania magnesów, od niedyskretnej woni skórzanych cudeniek sygnowanych logami wartymi miliony do wyszczerzu błyszczącego na ciemnym obliczu kolesia sprzedającego Ci coś, co wygląda identycznie, ale kosztuje grosze. Dużo groszy, owszem, ale jednak groszy. Jego kumpel ciska ci przed stopy różowego gluta. Glut nie chce umierać. Pęcznieje i od tego pęcznienia nabiera nie tylko kulistości, ale zyskuje też oczy i mordę z kreskówki, To jakaś nowa moda, zabawka za niewielką sumę euro, której nie poznasz, bo już uciekasz w kolejną uliczkę ciaśniejszą od cienia. Przemykasz między dwiema cukierniami próbującymi oślepić cię ciastkami we wszystkich kolorach tęczy zalanymi takimi ilościami słodkości, że gdybyś spojrzał na nie o ułamek sekundy dłużej, powypadałyby ci zęby, a dziąsła zgniły i wyemigrowały. Z kościoła grzmi Vivaldi, ale zaraz zagłuszy go akordeonista. W uliczce ciasnej niczym horyzonty polityków splączą się te wszystkie dźwięki w zapasach z szemrzeniem, chichotami i okrzykami uniesień turystów i smutnym a trochę zuchwałym mamrotaniem chłopca, którego połowa twarzy porośnięta jest jakby wilkołaczą sierścią. Ten nie sprzedaje nic, poza okazją do uniesienia się własną litością. Ale potrafi się teleportować, skubany, albo też wszystkie małe placyki powścibiane między plątaniny kanałów po których pływają te czarne trumienne łódki, na których nikt nie śpiewa, zaludniają jego klony.

Znów skręcasz i trafiasz między magnesy i bibeloty, między jubilerskie pyszności rozświetlające niemrawy półmrok uliczki węższej niż ucho igielne, przez które spróbują się przeciskać nadaremno finansiści z łolstrit. Drepczesz przez zaułki, nie wierzysz już strzałkom wskazującym wszystkie kierunki naraz, ale podobno ten sam cel. Ale wszystko Ci jedno. Boisz się zawrócić. 

I nagle, niespodziewanie wyłazisz na piękną przestrzeń. Wielką, jasną. Już wiesz po co lazłeś. Przed tobą światło i szeroka woda. Na lewo, na białych kolumnach litery układają się w słowo: Bosch, a Ty wiesz, że wyjątkowo nie chodzi o reklamę wiertarek, czy jakiegoś innego głośnego sprzętu dla wrogów ciszy i spokoju, ale o coś piękniejszego.

Napierasz powietrza w płuca, robisz krok w stronę światła i widoku i przestrzeni.

I wtedy w sam środek tego wszystkiego wpływa pieprzony transatlantyk, wcale nie piękny jak Titanic, ale przypominający osiedle z PRLu, pływający Kurdwanów. Obsiadł go las ludzi. Oni się gapią, Ty się gapisz, nic nie widzicie.

Ale, rozumiesz, zanim pływające osiedle przesłoniło Ci widok, dostałeś swój moment światła. Mógł Ci się przytrafić gdzie indziej, ale wypadł akurat tutaj. I dla niego akurat warto, tak myślę, przejść przez ten cały labirynt tak zapchany sklepami i turystami, że może umknąć Ci wspaniałość sztuki i historii. Warto podreptać za strzałkami, w cieniach, może bez wiedzy o cudach podczas tego rekonesansu. Bo taki moment światła to dobra rzecz.

03.05.2017

267. dzieci karnawałów



Na konwent przyjeżdżam jak do domu. Dziwnego, niecodziennego domu, pełnego ludzi, których nie widziałem wcześniej na oczy. A jednak czuję się wśród nich znajomo i jakby bezpiecznie.

Konwent, to przestrzeń oswojona.

Być może - muszę poszukać jakiegoś wytłumaczenia - to dlatego, że spotykam tam ludzi, którzy zdają się mnie lubić, a może nawet cenić. Może dlatego, że otrzymuję na konwentach pozór ważności. Biorę udział w panelach, wygłaszam prelekcje. Jestem oznaczany identyfikatorami w kolorach odmiennych, niż ci, którzy muszą kupować wejściówki. 

Na co dzień jestem taki, jak większość z nas. Spędzam powszednie dni w pracy,w której szacunek do kogokolwiek wydaje się być ostatnią z poszukiwanych wartości, a ważniejsze ode mnie są biurka opieczętowane kodami kreskowymi. Gdy kiedyś z takiego biurka zniknęła lampka, poszukiwano jej przez lata. Zniknięcia ludzi przyjmowane są jako coś naturalnego. 

Na co dzień, w powszednie dni, nie rozmawiam z ludźmi, tylko wymieniam informacje, od których wszyscy starają się uciec. Po godzinach, kiedy znalazłby się czas na rozmowę, większość z nas bywa już na nią zbyt zmęczona.

Na konwentach rozmawiamy cały czas, choć, być może na nierealne, abstrakcyjne tematy. Nikt nie odpala excela, by przesuwać w nim liczby wielkiej wagi, za to pojawiają się rozmowy o wartościach bez znaczenia dla komputerów. Ludzie nie ubierają garniturów, lecz wielobarwne stroje. Podczas konwentów rzadko czuję się głodny, a ile bym nie zjadł nie mam wrażenia ciężkości. Bez względu na ilość wypitego alkoholu budzę się rześki.

W powszednie dni potrafi zamęczyć mnie kacem butelka mineralnej wypitej wieczorem.

Nie da się od tego uciec - jestem dzieckiem karnawału. Boję się, że nie tylko ja. Nie cierpię, gdy ludzie w pracy wzdychają do "piątunia", ale to przecież świadczy o tym, żeśmy tacy sami. Tylko podczas karnawałów oddychamy. Tylko w tych odwróconych świętych czasach, w królestwach głupców, gdy powszednie reguły podlegają wywróceniu na nice, czujemy się bezpieczni. Jeśli dotyczy to tylko mnie, to jak to o mnie świadczy? A jeśli dotyczy to większości z nas? Wszystkich?

Piszę o tym po powrocie z Pyrkonu, gdy ochronna otoczka wspomnień karnawału zaczyna pękać, ustępować przed parszywością pewności jutrzejszego, powszedniego przebudzenia. Piszę to trzeciego maja, gdy ludzie podobno, świętują Konstytucję, o której na co dzień nie pamiętają, albo którą może nawet gardzą, jak wszystkim, co ma coś wspólnego z państwem. Jacyś szczęściarze nawet nie zauważą tego dnia, bo będzie środkiem ich długiego weekendu. Tych dni ucieczki od tego, czym nie jesteśmy, lecz czym musimy być przez większą część roku.

obrazek: Couleur, pixabay, CC0 Public Domain