09.08.2012

193. chwastowie

Niektórzy autorzy to pisarze pełną gębą. Ich dusze głaszczą muzy, ich oczy patrzą inaczej niż oczy śmiertelników. Na ich publikacje i wpisy na blogach czeka się zawsze z niecierpliwością, ponieważ wzbogacają krajobraz literacki naszej biednej czytelniczo ojczyzny.

Oprócz nich żyją też tacy sobie wyrobnicy, którzy jednak czasem ocierają się o wielki świat sztuki, na przykład targając na spotkanie u Sebastiana Uznańskiego dwie powieści Wita Szostaka dla Jewgienija Olejniczaka (trzech pisarzy w jednym zdaniu!). 
Wspominaliśmy ostatnio z Jewgienijem tamtą imprezę, oraz to, co z niej wynikło. A wynikło tyle, że pokazałem "Oberki..." i "Chochoły" Jewgienijowi, po czym - na jego prośbę - schowałem je z powrotem do plecaka, żeby się nie zagubiły. Po kolejnej szklance piwa bądź wina zapomnieliśmy obaj o książkach, toteż gdy zmierzałem dziarsko, acz łamiąc rytm kroków, do domu, miałem je obie ze sobą. Nie niosłoby to żadnych konsekwencji, gdybym nie spotkał po drodze przedstawicieli tej części społeczeństwa, którą rzadko kojarzymy z czytelnikami literatury pięknej. W efekcie tego spotkania oni wzbogacili się o mój plecak, a ja o puchnącą wargę i nowe doświadczenie życiowe.
W plecaku nie było nic poza dwiema powieściami Szostaka.

Przyznam, że, gdy już zamknąłem się za żelazną bramą własnego podwórka, zachowałem się nisko. Chichotałem na myśl o wydłużonych minach zdobywców mojego plecaka, przekonanych najpewniej, że znajdą w nim skarby inne niż literackie. Czułem niemal satysfakcję z ich spodziewanego rozczarowania łupem. To Jewgienij zwrócił mi później uwagę, że mogło stać się inaczej.

Rozgniewani porywacze plecaków mogli wszak na złość naigrywającemu się z nich wszechświatowi przeczytać obie powieści. Skoro już porwali się na wysiłek wyrwania mi plecaka, mogli uznać, że coś muszą z tej awantury mieć i że powinni jakoś wykorzystać łup. Sprzedanie książek to pierwszy odruch, ale jaki zysk mogłoby im przynieść sprzedanie powieści wciąż dostępnych na rynku? Jeśliby więc zastanowiliby się chwile dłużej, mogliby, choćby i pod wpływem alkoholu powiększyć zysk o lekturę obu powieści.

W naszym (Jewgienija i moim) przekonaniu, zachwyciliby się nimi. Ukazywałyby im one przecież nowy, a równocześnie swojski świat. Jako kibice (wskazywał na to strój subkulturowy), a zatem patrioci nie mogliby nie docenić opisów uczty wigilijnej w "Chochołach", przywiązania do tradycji rodzin opisywanych w obu powieściach ani odwołań do historii i kultury naszej ojczyzny. Porwani nowymi doznaniami nie zatrzymaliby ich dla siebie i już nie moje egzemplarze "Oberków..." i "Chochołów" zaczęłyby krążyć po środowiskach sportowo - patriotycznych. Niekoniecznie w całości. Wyobrażam sobie niecierpliwość kolejnych nosicieli dresów, odpalających nerwowo papierosa od papierosa i domagających się od kolegów, by wreszcie pożyczyli im te księgi. Być może w porywach nieopanowanych apetytów czytelniczych wyrywaliby z ksiąg już przeczytane przez poprzednika fragmenty jemu zostawiając końcówki powieści. Kto wie, może potem kserowaliby te strony i rozprowadzali dalej? Czytałyby fragmenty Szostaka całe osiedla, całe zakłady pracy, głośne kiedyś ale coraz cichsze teraz knajpy położone na obrzeżach miasta i te bliższe centrum. Gdy po nie moich już egzemplarzach powieści pozostałyby może same okładki, kopie powyrywanych z nich stron wciąż krążyłby po całej Polsce, a liczni kolekcjonerzy gromadziliby ksera coraz gorszej jakości, marząc o posiadaniu całości. 

Kto wie, może rąbnęliby nawet komuś "Dumanowskiego"?

Efekty nie byłyby widoczne od razu. Ale za rok, może za dwa, usłyszymy z trybun podczas meczu którejś z krakowskich drużyn piłkarskich znajome, a jednak odmienione zawołanie pod adresem drużyny warszawskiej: "Legia, ty stara świtezianko!". A potem trybuny zaśpiewają w rytmie oberka: "hej dzwony na Wawelu, a piłkarze w polu, hej strzelcie im chłopaki choć po jednym golu!"

A to wszystko dzięki mnie.

(więcej - i lepszych - przyśpiewek wymyślił Jewgienij, ale moje archiwum gg ich - o zgrozo - nie zapamiętało).

3 komentarze:

  1. "Hej, piłka na boisku wnet do bramki wlata, hej, przeproś, panie Szechter, za ojca i brata"

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawo! Więcej, więcej! Zachwaścimy swoiście piękną mowę kibiców:).

    OdpowiedzUsuń
  3. Notabene śniło mi się dziś, że kibicowie szturmowali mój dom. A potem wstałem i przeczytałem wpis powyższy.

    OdpowiedzUsuń