04.08.2017

276. wakacje, epilog



Na głowy skakały nam pająki.

Tak naprawdę wcale tak nie było, ale takie zdanie brzmi mocniej od prawdy. A naprawdę żaden pająk nie skoczył nikomu na głowę. I może wcale nie było ich kilka, a jeden pajęczy świr spadał skądś, znad naszych głów i lądował na blacie stolika, pomiędzy szklankami piw. I może właśnie w to piwo celował, ale nie trafiał.

Niemniej siedzieliśmy przy Punkcie Docelowym, tym miejscu, w które trafiam niemal zawsze. Działo się to o porze najlepszej z możliwych, czyli w okolicach północy, gdy nagrzane przez cały upalny dzień powietrze stygnie i nadal jest ciepło, ale człowiek ma już czym oddychać. Bartek i Ewa wykazali się niewiarygodną, choć typową dla nich, życzliwością i przyjechali, by wręczyć mi butelkę rumuńskiego wina oraz dwie butelki Celestynki - wody mineralnej z bartkowego raju. Radek siedział z nami, a jakby go nie było. Myślał o pracy, która właśnie minęła i o pracy, która za kilka godzin miała się rozpocząć. Sweta cieszyła się z okazji do wyjścia poza wąskie korytarze pracy i domu, a ja pochłaniałem piwa na przemian z herbatami i opowiadałem im wszystkim (oprócz Radka) jak wspaniale jest spędzić trzy tygodnie tłukąc się od jednego bałkańskiego miasta do drugiego. 

Aż w pewnej chwili uświadomiłem sobie rzecz oczywistą zapewne dla wszystkich prócz mnie. Że opowiadam te wakacyjne historie sobie. Oni słuchali, zachwycali się fotkami (mam mnóstwo fotek w tablecie). Ale dla mnie liczyło się chyba głównie przeżywanie tego wszystkiego jeszcze raz. O północy, w dusznym Krakowie, pod knajpą, do której zwykle trafiam po zmroku. Zaraz mieliśmy się wszyscy pożegnać i rozejść do domów. Ja miałem do swojego najbliżej.

Radek strącił ze stołu jednego pająka, nim zobaczyła go Sweta. Bartek, jakieś pół godziny później, powtórzył ten manewr, zanim stwora dojrzała Ewa. Obie panie przyznały, że pewnie podniosłyby krzyk. Opowiedzieliśmy im z Bartkiem, że pająków zabijać nie wolno. Po pierwsze dlatego, że to stworzenia pożyteczne, po drugie dlatego, że zabicie pająka sprowadza deszcz. Spojrzeliśmy w niebo uświadamiając sobie, że Krakowowi trochę deszczu mogłoby się teraz przydać. Z góry nie spadła jednak ani jedna kropla, ani jeden pająk więcej.

A ja oczywiście przypomniałem sobie o upałach, o pożółkłej trawie na wzgórzach, o słupach dymu za nami. 

Przez jakiś czas tak właśnie będą wyglądać moje skojarzenia. Potem wszystko zaniknie i będę patrzył na ten wyjazd jak na wspomnienia kogoś innego. Zdjęcia w tablecie i komputerze nie wyblakną, ale zwiędną związane z nimi emocje. "Ach, to ta góra" - pomyślę kiedyś, mniej lub bardziej wkrótce. - "Ileż ten ktoś, kto robił te zdjęcia, natłókł fotek tej jednej góry? Co za nieznośny bęcwał! Jak można być tak zadufanym w sobie, by sądzić, że ktokolwiek będzie miał ochotę oglądać trzydzieści prawie takich samych ujęć tej samej góry?"


5 komentarzy:

  1. Tak to chyba jest z wyjazdami, że im więcej czasu minie od zakończenia tym mniej się pamięta i staje się wszystko coraz bardziej obce. Rok temu wróciłem do Polski i jak teraz myślę o tym gdzie i jak długo mieszkałem to brzmi dosłownie jakbym myślał o historii kogoś innego, nie mojej. Jedynie zdjęcia przypominają, że rzeczywiście tam byłem, przeżyłem co przeżyłem i jakimś cudem wróciłem ;)

    Opowiadanie wakacji potrafi być formą tortur, ale jak sam zauważyłeś - pokazywałeś zdjęcia, opowiadałeś a inni słuchali i nie przerywali. Nie opowiadałeś mimo wszystko tylko dla siebie, co jest już spory osiągnięciem.

    Zdjęcia warto robić, najlepiej dużo i dosłownie co chwila. Później po powrocie należy posortować (zrobić kopię, oryginały zostawić, z kopii wykasować słabsze zdjęcia) by później tylko przeglądać posortowane i myśleć 'a, pamiętam jak robiłem to zdjęcie, cholerna sól spłynęła mi do oka, było tak gorąco zaś bryza z oceanu spokojnego zupełnie nie pomagała przetrwać; do tego spojrzenia kierowców wywrotek z urobkiem z kamieniołu, aż tak źle nie wyglądam by tak mi współczuć' - wtedy wspomnienia przestają być aż tak obce.

    Wyjazd się skończył, wróciła normalność, ale to zupełnie nie przeszkadza planować kolejny wypad. Gdzie się wybierasz w przyszłym roku? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem jeszcze. Kumpel ciągie mnie do Stanów. I nie powiem, że ta wizja mnie nie kusi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko zależy od tego gdzie się trafi w Stanach - zbyt duży kraj by zwiedzić w trakcie normalnych wakacji a objazdówka nie pozwoli poznać zwykłych ludzi.

      To co, Japonia? :D

      Usuń
  3. Japonia jeszcze nie w przyszłym roku. Po tych Stanach (jeśli pojedziemy) ma mnie oprowadzać kumpel, który jeździ tam od lat i spędził trochę czasu. Zobaczymy. Może skończy się na tym, że wrócę wreszcie, po 15 latach, do Rumuni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze to plus mieć przewodnika chociaż, szczerze powiedziawszy, Rumunia brzmi zdecydowanie ciekawiej.

      Oczywiście, jeśli pojawia się na horyzoncie Japonia, to dla mnie niema w ogóle mowy o jakimkolwiek wyborze ;)

      Usuń