Tym razem wszystko zaczęło się ode mnie, bo zamarzyłem sobie siedzieć w dniu urodzin gdzieś indziej niż zwykle, najlepiej przy stoliczku pieszczonym łagodnie promieniami słońca i koniecznie sącząc piwo, też inne niż zwykle, pyszne a łagodne. Gdy wspomniałem o tym towarzysko, Roro uznał, iż jedyną słuszną odpowiedzią są Czechy. Początkowo miały one oznaczać Pragę, w której nie byłem od tak dawna, że równie dobrze mógłbym nie być w niej wcale. Tak się jednak złożyło, że zamiast do Pragi pojechaliśmy do znacznie mniejszego miasta, by cieszyć się w nim obfitością zamówień w lokalu przypominającym z zewnątrz szkołę, albo urząd, będącym jednak stolicą pyszności. Nie było nas tam ani pięciu, ani czterech, ani trzech ani dwóch. Ani sam tam nie byłem. Była nas tam liczba oficjalna, wynosząca od czterech do pięciu oraz liczba faktyczna. A wszystko to, jak zwykle, przed odyseuszowskie podejście Rora do podróżowania.
Jedliśmy tam nadzwyczajnie i nadzwyczajnie przepiwialiśmy to jedzenie. A wracając z owego miejsca dywagowaliśmy, czy aby ta krótka wyprawa nie przerodzi się w większą, bo nasze apetyty na Czechy rosły z każdym kęsem i każdym łykiem.
Następnego dnia spędziliśmy jego część przy innym stoliku, a następnego nie tylko przy stoliku, ale i w innej miejscowości (a nawet dwóch). Cały czas w nieokreślonej formalnie grupie towarzyszy wędrowaliśmy od browaru do browaru, w każdym robiąc zakupy, których następnie nie napoczynaliśmy, zatrzymując wszystkie skarby na smutny czas powrotu. Na jedną noc zamieszkaliśmy w domu kościelnym, w mieszkaniu na planie kwadratu z tajemnicą pośrodku, schowaną za drzwiami, do których nie dostarczono nam kluczy. Kluczyliśmy więc w kółko po mieszkaniu, graliśmy przez pół nocy w karty. Za dnia zwiedzaliśmy muzea, restauracje i piwiarnie. Nasze rozmowy, których nikt nie notował, były pełne satysfakcji.
W dniu, który wreszcie nadszedł, siedziałem, tak jak sobie zaplanowałem: przy stoliku zalanym łagodnym bo podeszczowym światłem słonecznym, z kuflem pysznego piwa w ręce. Naokoło mnie skupiały się wokół stromego rynku małomiejskie krajobrazy. Sączyłem.
Podjęliśmy decyzję, że nie wracamy. Wszyscy, całą, trudną do policzenia gromadą formalną i znacznie mniej liczną prawdziwą.
I rzeczywiście, ani tego ani następnego dnia nie wróciliśmy. A nawet, gdy już wróciliśmy, to nie do końca, bo zdobywane po drodze piwa i wina i sery były z nami. Powiem więcej - dwa tygodnie później wróciłem tam, skąd wróciliśmy.
Tak to było z tym zrealizowanym planem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz