7.12.2023

292. braki narracyjne 2


 

 

O jak bardzo tłukł się bus, którym jechaliśmy! Musiał pochodzić z książęcej rodziny, bo miałem wrażenie, że podskakiwałby nawet na ziarnku grochu. Wyboje znacznie przewyższały głębokością, jak i wielkością zielone kuleczki, toteż odczuwaliśmy je potężnie. Mnie wydawało się, że bus zupełnie był pozbawiony resorów, w istocie siedziałem na wysłużonym resorze i cierpiałem razem z nim. 

Myślałem przy tym o ileż przyjemniejsza była rok wcześniej wyprawa z Tirany. Bus tak nie trząsł i pędził po piękniejszych krajobrazowo drogach. Pędził tak, że aż jedna z pasażerek musiała poprosić o przerwę, by wysiąść i uwolnić zawartość żołądka. Odpalający bowiem jednego papierosa od drugiego i prawie nie wypuszczający z ręki telefonu komórkowego kierowca nie zdejmował bowiem stopy z gazu na krętych górskich serpentynach. "Moja żona by tego nie zniosła" - oświadczył wysiadając Roro.

Gdy jechaliśmy ze Skopje, gorszą drogą i gorszym busem, który - jak to zwykle bywa przy mniej przyjemnych okazjach - przekroczył termin i jechał dłużej niż przewidywał rozkład, choć nie musiał mijać po drodze granicy, jak ten z Tirany, Roro też męczył się chyba bardziej niż ja. Wysiadł zmaltretowany i zły. "Nigdy więcej" - mamrotał. - "Majki, musimy coś wymyślić, żeby nie wracać tym busem".

Nic nie wymyśliliśmy, ale nie wracaliśmy nim. Gdy przyjechaliśmy niecałe dwa tygodnie później na dworzec, dojrzeliśmy normalny autobus i natychmiast kupiliśmy doń bilety. Był tańszy, szybszy i wygodniejszy. Co ciekawe, gdy sprawdzaliśmy go w sieci, też opisano go jako zwykły bus. Nie wybraliśmy więc nań, lecz na następny, bo nie chciało nam się na niego wcześniej wstawać. Zdążyliśmy więc nań właściwie przypadkiem.

To żadna opowieść, prawda? Ot, samochód się trząsł na kiepskiej macedońskiej drodze. Kiedy potem rozmawialiśmy o korzyściach z turystyki, kosztując rakii przywiezionej przez producenta pod masarnią prowadzoną przez polsko-macedońskie małżeństwo, mąż (Macedończyk) narzekał na te drogi, mówiąc, że póki nie zostaną wyremontowane, turyści będą mniej chętnie przyjeżdżać. Trudno było zaprzeczyć, wytrzęsieni przez ponad trzy i pół godziny, nie myśleliśmy o Macedonii z miłością. Mroczało już na niebie, garbiliśmy się pod ciężarem bagaży i nie mieliśmy pewności jak szybko dotrzemy do wynajmowanego mieszkania. W dodatku gospodyni nie odpisała na sms i nie odbierała telefonu. 

Zatem, to żadna opowieść. Znaliśmy już te góry i tę drogę, nic nas  nie zadziwiło. Kierowca nie szalał jak ten albański, muzykę dość szybko zmienił na zachodni pop. Zbierał po drodze paczki dorabiając najwyraźniej jako kurier. Gdy wreszcie dojechaliśmy do Ochrydu, jakiś facet odebrał je od niego i zawołał: "Ochryd centrum to tutaj! Jak ktoś chce do centrum, niech wysiada!". Wyjrzeliśmy z Rorem za okno. To nie było centrum, w istocie tych, którzy wysiedli czekał jeszcze nie taki krótki spacer. Niemniej, bliżej stamtąd było do centrum, niż do dworca autobusowego, na który mi zmierzaliśmy.

I tyle. Wytrzęsło nas, wysiedliśmy zmordowani, wynajęliśmy taksówkę, dojechaliśmy na miejsce, choć sam taksówkarz nie był pewny adresu. Wyszła nam naprzeciw starsza pani mówiąca wyłącznie po macedońsku. Dopiero po chwili przyszła jej córka, Jadranka, z którą się umawiałem. Mieszkanie okazało się być świetne, choć musieliśmy się do niego wspinać na ostatnie piętro.

Nie będzie pointy, podsumowania, nagłej wolty ukazującej tę podróż w innym świetle. To tylko notka o męczącym dojeździe. Wciąż nie znam melodii tego wyjazdu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz