01.09.2009

22 (chyba).

To draken zapytał, czy napiszę coś o Polconie. W drodze z pracy do domu, a nawet trochę i przy pitraszeniu wyrobu obiadopodobnego zadumiałem się co też mógłbym napisać. I dziś właśnie, w drodze do pracy (ranki są dla mnie zawsze bardziej produktywne) zrozumiałem co z Polconu było dla mnie jedną z najważniejszych spraw. Pomijam tu rzecz tak znaczącą i radosną jak przyznanie Zajdla Rafałowi Kosikowi - o tym piszą wszyscy, a najlepiej sam Rafał. Bardzo mnie ten Zajdel, w dwójnasób ucieszył. Ale o tym później.
Otóż dla mnie najważniejszą informacją, jaką otrzymałem podczas Polconu była ta, że ZNAK wyda wznowienie książki Jean-Paula Roux "Krew: mity, symbole rzeczywistość". Coś z rok temu ukazała się w Polsce książka Joanny Tokarskiej-Bakir "Legendy o krwi. Antropologia przesądu", polska uczona ogranicza się jednak do interesujących ją, dość ściśle określonych zagadnień. No i pisze jak naukowiec dla naukowców, lektura jej książki może się okazać ciężkawa dla kogoś nieprzygotowanego. Do tego ma książka cenę zupełnie makabryczną i zaporową.
Z Roux jest inaczej. On napisał wielką monografię antropologii kulturowej krwi, którą czyta się znakomicie. To jedna z tych książek, których nie przeczytać nie można. Ukazała się u nas całe lata temu w wspaniałej "czarnej" serii ZNAKU obok Eco, C.S. Lewisa oraz książki nad książkami, "Zaślubin Kadmosa z Harmonią", Roberto Calasso (jeśli i to wznowią, kupujcie ją, nawet jeśli oznaczałoby to, że do końca miesiąca będzieci żyć o suchym chlebie). Seria była nietania i chyba słabo kupowana, bo jej pozycje lądowały niemal bez wyjątku na taniej książce, dzięki czemu czasem było mnie - prowadzącego wówczas życie studenckie - stać na te pozycje. Ale Roux na tanią książkę nie trafił i może dlatego go nie mam. Jeszcze. Bo może ukaże się do końca tego roku. Zważywszy na popularność tematów wampirycznych będzie się trzeba pospieszyć z zakupem, bo i o wampirach w książce jest.
To teraz Kosiki. Radość jest, po pierwsze dlatego, że im się ta nagroda należała, po drugie dlatego, że otrzymała ją powieść SF (a nie Dukaja). Może to jakiś niezgorszy znak na przyszłość?
Napisałem: "Kosiki" a nie: "Kosik". Nagrodę, rzeczywiście, imiennie dostał Rafał. W istocie jednak jednak stanowią oni z Kasią tandem. On pisze, ona walczy, promuje, poprawia i wspiera jak mało kto. Tworzą nieomal jedno ciało literackie i chyba żadne z nich nie zaprzeczyłoby, że nagroda ta należy do nich obojga.
Co można napisać o Polconie jeszcze? Zgdodnie z umową powinienem teraz budować legendę. Napisać jak to w reklamówce Jacka Dukaja kryją się odpowiedzi na wszystkie rozterki zawarte w twóczości polskiej fantastyki i o tym, że nosi ją Dukaj tylko po to, by ktoś wreszcie zapytał po co mu ona. Czeka daremnie, bo wszyscy się boją. Tyle pamiętam z legendy. Lepiej ją opisze Orbit, bo to wszystko jego patenty. Jest zresztą Orbit niezwykle legendogenny. Trudno przy tym ocenić na ile te wszystkie opisywane przezeń niezwykłe wydarzenia pozostają wyłącznie w strefie wyobraźni, przyciąga bowiem Orbit niesamowitości i niezwykłości jak nikt inny chyba na świecie. Jestem pewien, że gdybym nie wracał w jego towarzystwie, nigdy nie przytrafiłoby mi się trafić na lokalny pogrzeb strażacki w miniaturowej miejscowości, do której skręciliśmy przez przypadek, minąwszy po drodze dziesiątki barów i zajazdów (fakt, że zawsze po niewłaściwej stronie drogi; to też fenomen, że wszystkie te zajazdy i im podobne ulokowano wyłącznie na kierunku Kraków-Katowice-Łódź. Jadąc w kierunku przeciwnym można tylko ślinić się i burczeć brzuchowo). Dzień był pięknie białochmurnie słoneczny, obiad pyszny, piwo niezłe, właściciel sięgającej wedle tablicowych zapewnień osiemnastego wieku jadłodajni, serdeczny i obdarowujący. Czuliśmy się sielsko i syto. I w sam środek tego naszego samopoczucia wdepnęła męsko - damska orkiestra strażacka przygrywająca walczyki i lokalności, niczym na świątecznej paradzie. Za nią przyczaił się van po karawańku czarny. Ukryto w nim trumnę, jednak wieńce na samochodzie ujawniały prawdę. Później sunęli nawet nie bardzo posępni, coraz starsi ludzie pogrzebowo cisi, przystrojeni z spokojem stosownym do okazji. Uwijała się obok tego zgrabna fotoreporterka w półobcisłych ciemnych spodniach.
Ponadto z Polconu pamiętam, że Kołodziejczak chce wydawać Loisela (wyjąwszy erotyki), że piło się jak zwykle dużo piwa i że w betonowej altance dla olbrzymów istniał wyrażony pisemnie zakaz pływania.
Tak to było.
A dziś pierwszy września. Rocznica dnia, w którym wszystko się skończyło, a świat ostatecznie skręcił na tę dziwną, chorą ścieżkę, która doprowadziła mnie do tej właście chwili przy klawiaturze. To powinno być paskudne uczucie - wiedzieć, że nie istniałoby się, gdyby miliony ludzi nie zginęły. A jednak wyrzuty sumienia z tego powodu byłyby czymś absurdalnym, nikt nie rozumuje w ten sposób. Chyba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz