09.11.2009

40.

Przez całe multum okoliczności zawodowych pod koniec poprzedniego tygodnia poziom stresu we krwi podniósł mi się do tego stopnia, że jak na sfeminizowanego ciapowatego mężczyznę z początku XXI wieku przystało zrobiłem sobie terapię zakupową i poszedłem do księgarni (a obiecywałem sobie, że wytrzymam choćby z tydzień). Normalnie zakończyłoby się to zakupem czegoś pseudointelektualnego, albo jakiejś książki historycznej. Tym razem jednak mój system odpornościowy był osłabiony, dałem się więc skusić marketingowi, plakatom, podszeptom i całemu temu promocyjnemu zamieszaniu i kupiłem "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet".
Pierwsze wrażenie było takie sobie. Szybko zrozumiałem czemu ta powieść stała się bestsellerem - ona została napisana według przepisu na bestsellery. Od "Kodu da Vinci" różni się jedynie tym, że jest znacznie lepiej napisana. Reszta jest identyczna - uzdolnieni i inteligentni bohaterowie zmierzają się ze złem z przeszłości. Wprawdzie średnio rozgarnięty królik od początku wie "kto zabił" i jak się powieść zakończy, ale czyż coraz częściej "dobry kryminał" to taki, który nas nie stresuje niepewnością?
Autor powieści, Sieg Larsson, ulepszył swoich bohaterów pseudoniejednoznacznością. Udaje, że mogą mieć oni swoje mhroczne strony, dzięki czemu tak jakby nabrali głębi. To czysto pozorowane działania, bo tak naprawdę bohaterowie są wspaniali i świetliści. Niemniej, dzięki takiemu zabiegowi autor mógł wpleść do powieści kilka dialogów sugerujących, że powieść ma drugie dno, stanowi krytykę systemu i obok wartości (buhahahahaaha) psychologicznych wprowadza (buhahahahahahaha) społeczne. I tak ta powieść jest reklamowana - jako świetny kryminał psychologiczny z zacięciem krytyki społecznej. Doprawiono to jeszcze szczyptą odwołań do niepokojącej przeszłości. Otóż "Millenium" ma ponoć wątek nierozliczenia się Szwecji z nazizmem.
Otóż nie jest "Millenium" niczym więcej jak naprawdę dobrym czytadłem, wygodnym kryminałem, który nie wymaga od czytelnika zbyt wiele. Postaci są papierowawe, ale Larsson dość sprytnie to zamaskował, dzięki czemu krzywiłem się tylko przez pierwszych dwieście stron, potem przymknąłem na to oko. Da się czytać. Ale niech nikt nie da się nabrać na pozostałe hasła reklamowe! Napomnienie, że Szwecja nie rozliczyła się z nazizmem? Rzeczywiście, coś o nazizmie jest, jednak skomponowano to na wzór niemiecki - część Szwedów na moment dała się uwieść, rzeczywiście, ale byli to porządni ludzie, którzy nikomu nic złego nie zrobili a potem szybko "wytrzeźwieli" i nawet pomagali Żydom. Pozostali naziści to banda psychopatów (dosłownie). Koniec rozliczania.
"Millenium" wypada blado na tle "trylogii z Oslo" Jo Nesbo - całość wyszła także w Polsce, została jednak przegapiona, dzięki czemu dwa pierwsze tomy można kupić na taniej książce. Nesbo akcję swoich powieści umieścił w Norwegii. I on także pisał o przeszłości, w tym o uwikłaniu państw skandynawskich w romans z nazizmem. W przeciwieństwie do Larssona Nesbo się nie bał - jego bohaterowie naprawdę mają poważne wady i kłopoty z samym sobą. Zwolennicy nazizmu (teraz już starzy) to nie psychopaci, ale zgorzkniali ludzie, którzy nie rozumieją czemu społeczeństwo potępia ich za ich patriotyzm - przecież walczyli w imieniu Norwegii. Współczesne państwo ma poważne problemy, policja jest uwikłana w politykę i nierzadko skorumpowana, a główny bohater trochę za dużo pije, trochę za bardzo się stara a w dodatku grozi mu zawieszenie w czynnościach bo nie radzi sobie ze strzelaniem. A jak już strzeli i trafi to ma z tego powodu same kłopoty.
Dobrzy mogą w powieściach Nesbo zginąć a szuje awansować.
Powieści obu autorów zostały u nas wydane na fali mody na skandynawskie kryminały. To niezła moda, szkoda tylko, że - jak zwykle - najlepiej wypromowane zostały powieści najsłabsze. Ale może to i dobrze? "Millenium" już zostało skrzywdzone hollywoodzką ekranizacja, a przypadki komisarza Wallandera zekranizowali najpierw (tak sobie) Szwedzi a teraz znakomicie Anglicy. Niech ci sami Anglicy, potrafiący kręcić kryminały jak nikt inny na świecie, zekranizują także Nesbo i będzie świetnie. A "Millenium"? Na szczęście i tak jest lepsze niż "Kod Leonarda" (bo trudno napisać coś gorszego).

POPRAWKA
Okazało się, że zlały mi się w jeden dwa fakty - otóż Tarantino i Pitt wykupili prawa do ekranizacji, ale jeszcze jej nie dokonali i obecny na ekranach film jest szwedzki a nie hollywoodzki. Wyjątkowo - moja wina. Ma więc szanse być dobrym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz