06.04.2010

77. Jubileuszowo - czyśmy pogłupieli?

Zaczęło się od komentarza Czereśni, a zatem to jej wina. Komentarze Czereśni są w ogóle bardzo dociekliwe i przez to zmuszają człowieka do kreatywności. Dlatego warto jej, np. podsyłać opowiadania do wglądu. Przy czym nie można dać się zwariować, bo z odpowiedzi na wnikliwe pytania Czereśni może powstać cała powieść, albo i cykl.
Ale do rzeczy. We wspomnianym już wywiadzie, który zawisł na stronie NF, Maciej Parowski powiedział tak:
Pamiętam, że zwerbalizowano wtedy w redakcji taką przerażającą ideę - ludzie są coraz głupsi, musimy zacząć robić pismo dla głupich; ludzie oglądają złe filmy - musimy się nauczyć pisać dobrze o złych filmach. Siedzieliśmy w redakcji, patrzyliśmy sobie w oczy, zdawało się że nie ma innej odpowiedzi, bo przecież ...nakład spada. Taka myśl nie wyglądała już jak herezja, jak absurd, wyglądała na poważną propozycję. Sam ocknąłem się nie od razu, bo byłem znokautowany pozorną logiką tego wywodu. Ale w rozpaczy znalazłem właściwy argument czy trick. Zauważyłem przytomnie, że z takich założeń wynika, że po mieście grasuje kupa idiotów, biegają od kiosku do kiosku i pytają, czy czegoś dla nas nie rzucili. A to jest z kolei obraz w oczywisty sposób fałszywy, niezgodny z doświadczeniem.

Czereśnia zareagowała na to w sposób następujący:
A co myślisz o tym, co MP napisał o "obniżaniu poziomu" i robieniu pisma dla zakonnic? Mocno mnie to otrzeźwiło: miałam wrażenie, że "po tamtej stronie" nie zdają sobie sprawy z konsekwencji podobnej decyzji, ale jednak (w sumie teraz nie wiem, skąd takie moje poczucie).

Podobną tezę do wspomnianej przez Parowskiego, postawił podczas pyrkonowego panelu Oramus (fakt, podpuściłem go niecnie, zauważając, że pewne konteksty, które dwadzieścia lat temu czytelnik chwytał wpół słowa obecnie mogą być dla czytelnika niezrozumiałe - przy czym może to dotyczyć tak sytuacji społecznej PRL, jak i najnowszych odkryć w fizyce). Zawołał on: "Tak, czytelnik jest głupszy! Mniej czyta! Mniej wie! I to jest problem, wobec którego stoimy!"
Czy naprawdę jesteśmy głupsi? Czy ja konkretnie jestem głupszy teraz niż byłem dwadzieścia lat temu? Wiedzy z fizyki mam zapewne mniej. W liceum wszak fizyki się uczyłem, wymagano ode mnie jej znajomości, wystawiano mi z tej znajomości oceny. Potem długo fizyka nie była mi do niczego potrzebna, moja wiedza więc zardzewiała. Podobnie z biologią i chemią. Z drugiej strony mógłbym pewnie zapędzić większość fizyków w kozi róg gdybyśmy się siłowali na antropologię np. (no dobra, Huberatha nie). Zatem uprawianie szermierki na wiedzę nie ma sensu. Huberath może doczytać o teorii sztuki, ja mogę doczytać czym są fale, gdybym zapomniał. Podobnie dowolny czytelnik SF może uzupełnić swoją wiedzę, choćby poklikawszy trochę w internecie. Pytanie, czy mu się zachce. Sądzę jednak, że jeśli powieść, którą czyta wyda mu się zajmującą, acz w szczegółach niezrozumiałą, to poczuje chęć uzupełnienia wiedzy. Oczywiście - dostępność "pamięci zewnętrznych" (iluzorycznych) to problem. Wie o tym każdy nauczyciel akademicki - obserwacja, że studenci uważają, że informacja skserowana (zeskanowana) to informacja nabyta jest powszechna. Jest w tym pewien złudny sens - skoro mam dane pod ręką, to tak jakbym nimi dysponował, prawda? Możliwe, że lada moment technika dojdzie do poziomu zapewniającego na czytanie danych bezpośrednio z dysku do mózgu, nawet wtedy będziemy jednak musieli wiedzieć jak się danymi tymi posługiwać. A zatem przy największym nawet rozwoju techniki głupota pozostanie tym, czym jest obecnie - brakiem umiejętności przetwarzania, interpretowania i analizowania danych. Na szczęście wszystkim nam, kretynom, pomaga instynkt.
Popadłem w dywagacje. To oczywiście wina Oramusa, który skierował dyskusję w niewłaściwym kierunku. Nie w ilości danych, jakimi dysponujemy bowiem problem, ale w umiejętności ich absorbowania i przetwarzania. Jeśli chodzi o przyswajalność - jest coraz lepiej. Obecne pokolenie bez trudu ogląda kilka programów telewizyjnych równocześnie (skacząc po kanałach), prowadzi równocześnie kilka dyskusji na czatach i forach internetowych, przy okazji sprawdzając informacje w sieci, podczytując blogi, słuchając muzyki albo oglądając teledysk i może nawet przy okazji czyta książkę, albo gra w jakąś grę, z której łatwo wyjść do windowsa. Zmierzamy coraz wyraźniej w stronę powszechnego ADHD przyzwyczajeni nie tylko do nadmiaru informacji, ale i do rozmaitych form tych informacji przekazu. Oczywiście, ci, których mózgów nie wytrenowano odpowiednio skazani są na zapychanie łączy chłamem, ale to osobne zagadnienie. Pytanie - czyśmy od tego wszystkiego zgłupieli?
Pozwolę sobie być optymistą i zaryzykować stwierdzenie, że jednak nie. To prawda, znaczna część z nas nie radzi sobie z selekcją informacji (ten problem może dotknąć nawet inteligentnych i oczytanych ludzi - jeden z moich profesorów ze studiów był tak zafascynowany nowymi źródłami informacji, jakie oferował mu internet, że prawie nie wychodził z gabinetu, tylko wciąż - to też znaczące - drukował kolejne strony pościąganych z sieci informacji) i możemy od tego zgłupieć. To jednak kwestia odpowiedniego przygotowania do korzystania z źródeł. Oczywiście, większość z nas będzie zapychać sobie mózg głupotami - ale tak było od zarania świata. Ci z nas, którzy wciąż poświęcają czas na czytanie powieści są i będą w mniejszości. Oni wypracują sobie własne techniki radzenia sobie z nadmiarem informacji i poradzą sobie w życiu. I postawią nowe pytania. Bo kiedy człowiek naprawdę przetwarza dane, budzi się w nim ciekawość, a ona generuje pytania - bez końca. Może to będą trochę inaczej zadawane pytania, może Marek Oramus się do takiego ich stawiania nie przyzwyczaił (choć sądzę, że teza o powszechnym zgłupieniu to raczej narzędzie walki, niż rzeczywiste przekonanie). Czy będą to jakościowo zupełnie inne pytania? czy przestaniemy pytać o istotę nas samych, o mechanizmy łączących nas więzi? Pewnie nie.
Najważniejsze - że będziemy pytać i szukać na te pytania odpowiedzi. Jak wszyscy czytelnicy, którzy nas poprzedzali.
A od tego nie można zgłupieć.
PS. Mojemu optymizmowi może nieco przeczyć informacja, jaką otrzymałem za pośrednictwem telewizji, gdy prasowałem rano koszulę. Telewizyjna pani uśmiechając się radośnie oznajmiła, że Polacy przekraczają globalną średnią czasu poświęcanego na oglądanie telewizji. Lepsi od nas są oczywiście Amerykanie, ale ich nikt nigdy pod tym względem nie pobije (Japończycy pewnie by mogli, ale oni wolą gry randkowe, tak jak Koreańczycy Starcrafta). Kłopot w tym, że bezrefleksyjność przeciętnego Amerykanina i kiepski jego stan wiedzy na temat świata to raczej negatywny wzór. Z drugiej strony elita naukowa Amerykanów może budzić zazdrość. Dobrze by było, gdybyśmy za cel obrali sobie raczej ten drugi, atelewizyjny wzór. A na początek czytali tyle książek co Amerykanie, albo jeszcze lepiej - co Rosjanie.

16 komentarzy:

  1. "Zmierzamy coraz wyraźniej w stronę powszechnego ADHD przyzwyczajeni nie tylko do nadmiaru informacji, ale i do rozmaitych form tych informacji przekazu."
    Owszem. Mam przed sobą rozłożony "Przekrój", otwarte forum oraz dwa okna GG, robię sobie herbatę i czytam bloga agrafka. Co więcej, już w połowie lektury chciałem odpowiadać...

    "Zawołał on: "Tak, czytelnik jest głupszy! Mniej czyta! Mniej wie! I to jest problem, wobec którego stoimy!""
    No, właśnie niekoniecznie, bo ten "czytelnik" wie co innego, czyta inaczej i problemem jest raczej zmniejszona kompatybilność nowego ze starym, a nie "głupota". Przyjęcie strategii "dostępne znaczy przyswojone" jest IMO przede wszystkim niezbędną strategią przetrwaniową - przy takim natłoku informacji nie wiesz, co Ci się przyda, więc musisz (chcesz) mieć przynajmniej pojęcie, żeby potem - ewentualnie - doczytać. Jeśli tylko wiesz, że tak naprawdę nie wiesz, to IMO jest OK - świadomie ograniczasz przeładowanie mózgu, zwalniając zasoby na przeprocesowanie tego, co potrzebne i lubiane.

    Właśnie - mózg jako komputer. Doszliśmy chyba do tego etapu, na którym to nie komputer zaczyna przypominać mózg (komu potrzebna prawdziwa SI), tylko mózg zaczyna przypominać komputer - z równoległym przetwarzaniem wielu ścieżek danych, z priorytetyzowaniem tych wątków i zmianą pojemności bufora pamięci. No i z peryferiami - kto zapisuje numery telefonów znajomych z mózgu, skoro ma komórkę? Kto pamięta adresy i rocznice, skoro ma komórkę? Kto zapamiętuje jakieś dane, skoro może sobie wysłać mailem linkę do tych danych?
    Nasza pamięć jest w coraz większym stopniu rozproszona, część jest w komórce, część jest w sieci, część na domowym kompie, część na pracowym. To rzutuje także na rozmowy, na czytanie, na reakcje oramusopodobne.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Mózg jako komputer" - to pewien problem wynikający z naszego postrzegania. Bo mózg o tyle jest komputerem o ile my go takim postrzegamy. A ponieważ komputery są w powszechnym użyciu i nawet hardware jest na tyle prosty (a software wszechobecny), że każdy z nas potrafiłby sobie złożyć własne PC, to i automatycznie przekładamy to co nam znajome (oprogramowanie i sprzęt) na to, co dla większości z nas - paradoksalnie - dalsze, czyli budowy naszych własnych mózgów. Nie jestem pewien czy lub na ile to właściwa ścieżka, jednak postępująca cyborgizacja jest faktem i nawet nie wiem czy umielibyśmy się jej dziś oprzeć. Możliwe, że "zieloni" w przyszłości zamiast przywiązywać się do drzew będą sobie demonstracyjnie wyrywać wszczepy z głów.
    Ale znów odbiegłem od tematu.
    To, co piszesz o strategii przetrwania i mnie wydaje się sensowne. Z tym, że nie sądzę, by czytelnik "wiedział" co innego. On raczej inaczej nieco postrzega. Czy to modyfikowane postrzeganie prowadzi do innej wiedzy to temat kuszący. Gdyby oprzeć się na prowokacyjnym okrzyku Oramusa, można by przyjąć, że on właśnie tak by uważał. Więc wiemy, albo raczej nie wiemy i dlatego pytamy - mniej więcej o to samo. Pytanie oczywiście, w stronę jakich odpowiedzi zmierzamy.

    OdpowiedzUsuń
  3. chi, chi, czyżbym popadała w recydywę? ;) wygląda na to, że po prostu umiem Cię podpuścić :D

    Ja bym argument Oramusa zaatakowała -- po części złośliwie, nie ukrywam -- jeszcze z innej strony.

    "Ludzie są dziś głupsi" -- że niż kiedy dokładnie? przed wojną? za komuny?
    Że mniej czytają? nie wydaje mi się. Mam wrażenie, że jakby zliczyć _wszystkie_ sprzedane w roku książki, to ogółem wyjdzie lepiej niż kiedyś. Tyle że sprzedawalność poszczególnych tytułów jest o wiele mniejsza, głównie ze względu na ich dostępność.
    A może "głupota" miałaby oznaczać mniejszą wiedzę? też wątpię. Argument o poziomie liceów 20 lat temu i teraz można rozbić o ilość osób do nich chodzących (podobnie jak argument ze studiami): kiedyś na jednym poziomie były 2-3 klasy, teraz jest ich po 8 (w moim LO było oddziałów od a do h) i faktycznie z tych 8 można wybrać zdolnych ludzi akurat na te 2-3 klasy. Tak samo ze studiami. I czy faktycznie "mniej wie"? Może gorzej czyta odniesienia mitologiczne w literaturze (bo taki argument oidp chyba też padł na panelu), ale czy równocześnie nie orientuje się lepiej np. w biologii? Mam wrażenie, że ktoś tu ulega mitowi robotnika, czytającego w przerwach Dostojewskiego czy Iliadę (nawet nie tyle: czytającego, co _rozumiejącego_ i _rozważającego_).
    Więc teraz przejdę do części złośliwej: a może Oramusowi chodzi po prostu o to, że mniej ludzi czyta i rozumie _jego teksty_?... czy nie jest to jakiś taki trik w samoobronie, żeby nie musieć uświadamiać sobie własnego nieprzystawania do społeczeństwa? lub nawiązując do problemu wyjściowego: że świat poszedł do przodu, a F/NF została na tym samym poziomie, więc się zwyczajnie zdezaktualizowała?

    /I dywagacja: czy oderwanie się od kultury antycznej, było nie było, sprzed kilku tysięcy lat, jest "dobre" czy "złe"?
    Ze strony "dobrego": czy zerwanie takie nie odciąża nas, pozwalając nam znaleźć nasze własne mity i wzorce postaw? bo nasze życie i problemy przed jakimi stajemy (np. bioetyczne) są już tak daleko od problemów Antyku (w tym też w kontekście XX-wiecznej filozofii i postawy życiowej; np. czy problem Antygony nie zdezaktualizował się w naszym społeczeństwie?), że przykładanie do nich tamtej miary mija się z celem, bo prowadzi nas do sztucznych dylematów?
    A ze strony "złego": czy nie jesteśmy przez to zagubieni, pozbawieni łączności z tyloma latami wspólnego języka archetypów i toposów? czy nie jesteśmy też pozbawiani kontaktu z nam współczesnymi, bo nie możemy odwołać się do wspólnych kodów kulturowych? jesteśmy cywilizacyjnie niespójni?/

    Problem czytelnictwa i oglądania telewizji jest złożony; dla mnie szokująca była przytoczona przez kogoś statystyka, że Czesi czytają 3-4 razy więcej niż my, a jest ich 4 razy mniej.

    A jeśli chodzi o informację (już kończę ten przydługawy komentarz), to w grę może też wchodzić po prostu lenistwo umysłowe. Raz, że nie jesteśmy uczeni _uczenia się_ i używania własnej głowy w celu analizy otrzymanych informacji i wyciągania z nich wniosków, ale dwa, że co więcej, bierność odbiorcy jest postawą promowaną. Stąd jak coś nie jest podane "od razu" i łatwo, to zostaje wyrzucone z przetwarzania (z pretensjami do autora, że mętnie pisze). Rozproszenie pamięci chyba pół biedy, bo jak nie było komórek, to używano notesów; mnie niepokoi raczej brak mody na szukanie sensu w informacji, którą się dostaje i -- z drugiej strony -- zbytnia ufność w słowo pisane.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaprotestuję przeciw tezie o oderwaniu się od kultury antycznej. Toż my nie w kulturze antycznej tkwimy, ale znacznie wcześniej. Ledwie z plemiennej wychodzimy. Dysponujemy wprawdzie nowymi zabawkami, ale posługujemy się nimi tak samo, jak posługiwaliśmy się siekierami z żuchwy bawołu. Podział na "my" i "oni" jest równie aktualny jak wtedy gdy dwa mocno jeszcze obrośnięte futrem pierwsze plemiona toczyły spór atrakcyjne dla zbieraczy terytorium. Antygona? Jest równie aktualna jak przed stuleciami - zauważ, że ta tragedia opowiada o przywiązanej do tradycji dziewczynie, takiej reprezentantce moherowego betonu;), wywołującej rewoltę przeciw pierwszemu chyba w historii ludzkiemu orędownikowi ludzkiej organizacji społeczeństwa przeciw opresyjnym prawom boskim - Kreonowi. I co, naprawdę nieaktualne? przecież my w kółko opowiadamy te same historie, nieco tylko modyfikowane i w zmieniających się dekoracjach. Nawet z postludźmi nie będzie zapewne inaczej - o tym m. in. pisał Simmons w "Illionie". On idzie nawet dalej - jego roboty/SI uczłowieczają się poprzez kulturę. Jeśli już czujemy się zagubieni, to nie dlatego, że utraciliśmy kody kulturowe, co dlatego, że tak bardzo byśmy chcieli mieć nowe, że nie zauważamy, że tkwimy w starych:).
    Ale to kolejna dywagacja:).
    Natomiast całkowicie się zgadzam, że żyjemy w cywilizacji premiującej bierność. Zanim jednak ktoś wyciągnie tu reptilionów i iluminatów, napiszę, że to chyba naturalna konsekwencja kultury konsumpcyjnej w skrajnym wydaniu. Konsumpcja nie jest twórcza, a brak kreatywności to pierwszy krok ku byciu biernym. Możliwe, że ta bierność to konsekwencja naszego kłopotu z elitami. Naukowych elit nikt nie rozumie, pozostałych nie traktujemy poważnie. Artystów (mistrzów) zastąpili celebryci, polityków też zastępują. Mędrcy są nudni i trudno przyswajalni.
    Niemniej zgadzam się - choć może paradoksalnie to zabrzmi - że nie oznacza to jeszcze upadku. Jeżeli na 100.000 ludzi znajdzie się 1000 myślących, to wystarczy. Kłopot w tym, że bierność jest zaraźliwa, bo atrakcyjna.

    OdpowiedzUsuń
  5. A to ja pociągnę jeszcze ten Antyk. Piszesz, że się nie oderwaliśmy od kultury antycznej -- a moim zdaniem, oznaką tego procesu jest coraz większe uniewrażliwienie na antyczne dzieła, w tym sensie, że mają coraz mniejszą rozpoznawalność, że coraz mniej kojarzymy postaci, historie i przesłania.

    Co do Antygony, masz rację, że problem cały czas istnieje. Ale z drugiej strony wnioski, jakie wyciągamy obecnie z tej historii są chyba zupełnie różne niż te, które widziano wtedy i inne postawy uważamy za hm, słuszne. A przynajmniej: odwróciła się proporcja większości do mniejszości wśród wyznawców porządku boskiego przeciw porządku ludzkiego (choć czy rzeczywiście? a może było im bliżej do nas niż do tych "religijnych"?) A może po prostu ta historia interferuje z moim chceniem, że moher musi odejść, bo tak się nie da żyć w obecnym społeczeństwie. A te wszystkie historie o poświęcaniu dzieci? Nasze społeczeństwo wydaje się w czym innym upatrywać wartości pozytywnych, niż tamto.

    Ludzkość wydaje się mimo wszystko trochę bogatsza w doświadczenia dzięki historii XIX i XX wieku, jakkolwiek wysoką ceną zostało to okupione. Potrafiłabym też wskazać całą klasę problemów, jakie wtedy nie istniały z przyczyn technologicznych.

    To chyba trochę tak, jak np. z fizyką czy biologią Arystotelesa: tworzy spójny system, ale z naszej pozycji można go traktować tylko jako ciekawostkę, a nie teorię, opisującą rzeczywisty świat.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiesz, z tym Kreonem to raczej mój patent. Na ile się orientuję "Antygonę" wciąż odczytuje się jako opowieść o dumnej buntowniczce i tyranie (który ma jakieś tam swoje powody). Tymczasem to właśnie Kreon, w geście tyleż pięknym, co zatrważającym, mówi bogom, że ludzie dojrzeli do tego, by mieć własne prawa, a Antygona kierując się uczuciami staje właśnie po stronie bogów.
    A co do ludzkości - rzeczywiście, doświadczenia XIX i XX wieku odcisnęły na nas piętno, ale chyba przede wszystkim na cywilizacji europejskiej. Ona to bowiem nagle odkryła własne barbarzyństwo. Zauważ, że dla ludów Azji takie odkrycie nie było niczym nowym i zaskakującym. Chińczycy wydają się nie mieć traumy po japońskich okrucieństwach, podobnie jak nie mają jej po tym, co urządził im Mao. To cywilizacja europejska wypracowała nie tylko poczucie wyższości nad wszystkimi innymi (tak ma każdy), ale też mit szlachetności i humanitaryzmu. Europejczycy uwierzyli w własną wzniosłość i brak okrucieństwa. I to runęło, czego pokłosie zbieramy do dziś.
    Czy nie zauważamy piękna i wartości antyku? Dyskutowałbym. Oświecenie na dobre wbiło nam do głów, że antyk to właśnie źródło wszystkiego, co piękne. Nie przypadkiem każdego roku setki tysięcy turystów dziwią się, że Partenon to kupa gruzu, a Ateny to śmietnik. Chyba nie ma na świecie człowieka, kto nie słyszałby choć o jednej antycznej rzeźbie, bądź o rzeźbach Michała Anioła z norm antycznych wyrastających. Podejrzewam, że znacznie mniej ludzi słyszało o Rubensie. Więcej, nawet popkultura chętniej i pozytywniej sięga do antyku niż np. do średniowiecza. Co to jest średniowiecze? Czas mroków i upadku, który rozjaśnia jedynie postać Artura (upadł) i Robin Hooda (też upadł). A antyk to ci wszyscy fajni herosi i bogowie, piękna jaśniejąca architektura, wino, taniec, śpiew i narodziny teatru:). Naprawdę uważasz, żeśmy odantykowieli?
    Osobną sprawą są oczywiście wartości. Ale czy na pewno? Toć właśnie starożytni Grecy i Rzymianie są postrzegani jako ci, którzy odwracali się od bogów i traktowali religię z przymrużeniem oka (bardzo nieprawdziwy obraz, swoją drogą, wynikający trochę z faktu, że traktujemy religie starożytnych jak zinstytucjonalizowane religie współczesne). Czy w takim ujęciu nie stają się kuszącym wzorem kulturowym dla ateistów i agnostyków? Wszak niedawny jest spór o to na jakich wartościach opiera się Europa. Czy nie poszło o to, że "oświeceni" chętniej sięgali własnie do antyku niż do chrześcijaństwa, co oburzyło naszych prawicowców?
    A, jeszcze o wojnie - możemy się zastanawiać, czy skalą wpływu na kulturę I i II wojna światowa mogłyby odpowiadać wojnom Greków z Persami i potem wojnie peloponeskiej. Przecież dla Greków ich kraina była wręcz całym światem zaatakowanym przez barbarzyńskie "imperium zła". Zauważmy przy tym, że echa tej wojny istnieją w naszej kulturze do dziś. Ale to znowu dywagacja.
    Jeszcze o przemianach ludzkości. Powinniśmy się zastanowić czy przemiany te sięgają poza gadżety i w sposób istotny wpływają np. na organizację życia społecznego i na indywidualne przezywanie świata. Z jednej strony zauważalne jest coś, o czym piszą alarmistycznie konserwatyści - rodzina traci na znaczeniu. To istotna zmiana, bo rodzina przez tysiąclecia była tą podstawową komórką społeczną. jeśli ona się rozsypuje, czy nie rozsypie się (jak straszą konserwatyści) całe społeczeństwo? Cóż, nie widać, żeby się rozsypywało, prawda? Więcej, widać w nas chęć do organizowania się w grupy - przykładem niech będzie forum drugiego obiegu:). A skoro jest w nas ta sama chęć, która napędzała wszelkie organizacje życia społecznego odkąd ludzkość zaistniała, czy naprawdę się zmieniliśmy?
    A przecież rozmawiamy teraz wyłącznie o cywilizacji kręgu europejskiego! Jaki to procent ludzkości?
    Systemy naukowe starzeją się szybciej niż szersze i elastyczniejsze kulturowe. Kultura to system dynamiczny, kiedy traci dynamikę umiera i staje się domeną archeologów:).

    OdpowiedzUsuń
  7. cześć 1 komentarza

    Jak tak się zastanowić, to raczej stoję po stronie stwierdzenia, że społeczeństwo głupieje (jak nazywało się to prawo, w którym inteligencji, pod względem ilościowym, na ziemi jest stała liczba, zwiększa się za to ilość ludzi?). I faktem jest, że o ile wśród moich znajomych ze studiów sporo osób czyta (taka specyfika specjalizacji, poszli ludzie z 'wyobraźnią'), o tyle na innych specjalizacjach to tak różowo nie jest. Nie wspominając moich rówieśników z osiedla (książka? a co to? to do podpierania regału?). Jak to kiedyś powiedziała moja polonistka z gimnazjum - kiedyś ludzie przynajmniej starali się być oczytani, wiedzieć co nieco o większości tematów by przy rozmowie nie siedzieć cicho - teraz zaś główny nacisk kładzie się na głupotę, kretynizm oraz coraz to bardziej nachalne pokazywanie wszystkim dookoła faktu swojego istnienia. Kultura? Piwo, fajki, wino, 'muzyka' puszczona z wysokiej klasy sprzętu jakim jest jakaś komórka, telewizja z jakże budującymi i pełnymi intelektualnej strawy programami (wyczuwa się tu śmiertelną dawkę ironii, nie ?) - i to tworzy podwaliny pod kulturę osób.

    Osoba prowadząca dyskusję jednak pomyliła się w jednym aspekcie. Owszem, ludzie głupieją chociaż lepiej byłoby napisać 'wychowywani są na średnio myślących półgłówków, którzy kupią wszystko - jak to przystało na ciemny lud'. To nie jest tak, że ci co wcześniej byli oczytani (czy nawet interesowali się innymi 'korzeniami' kultury) to ogłupieją - będą mieli samozaparcie by pogłębiać swoją pasję, ok. Problemem jest to, że nie ma, lub jest w bardzo niewielkiej ilości 'nowe pokolenie', które wejdzie i stopniowo zastąpi zasłużone i wysłużone pokolenie krzewicieli kultury. Narybek ginie gdzieś w odmętach ekskrementów obecnej pop-kultury/massmediów.

    Ja patrzę na to przez pryzmat innych gałęzi kultury (pozwolę sobie używać takiego określenia, chociaż pewnie nie jest ono do końca poprawne). Jeśli chodzi o anime - serio teraz naprawdę trudno jest znaleźć cokolwiek fajnego, wciągającego i przede wszystkim poważnego. Teraz musi być golizna, musi być krew, musi być moe, musi być harem. Zazwyczaj było tak, że z każdym kolejnym sezonem było co najmniej 3-4 serie do obejrzenia, wartych mojego czasu. Od mniej więcej roku jest wegetacja, by w tym sezonie (wiosna) - jest góra jeden tytuł, który spełnia powyższe kryteria. Jeden!

    OdpowiedzUsuń
  8. część 2 komentarza

    Gry. Krótkie, kolorowe, dużo akcji na raz + cholernie drogie (beznadziejny współczynnik cena/ilość godzin gry na normalu). To boli, bo jak przypomnę sobie jak kiedyś zagrywałem się w dema gier, które było o zgrozo dłuższe niż obecne tytuły to aż źle się robi. W tej chwili jedynie RPGi wychodzą obronną ręką z tego, i tak np Final Fantasy gram już od przeszło 75h - niby jestem pod koniec gry, ale wiem, że spokojnie nabiję do 100h, bo tak wciąga mnie ta gra, lubię nabijanie postaci itp.

    @nosiwoda, komentarz 1
    emmm komputery od początku idą w stronę działania mózgów. O ile na początku było SISD (single instruction, single data), tak teraz powoli wchodzi działanie SIMD (single instruction, multiple data) i są pierwsze oznaki MIMD. Zresztą, mamy postęp związany z współbieżnością (GPGPU) - i to wciąż pokazuje, że technika idzie w kierunku stworzenia modelu działającego mózgu.

    A po co nam SI? Zapytaj wujka Google wraz z jego agentami ;)

    @agrafek, komentarz 2
    Polemizowałbym z tym, że 'każdy może sobie złożyć samemu komputer'. Dla mnie to fikcja, bo widziałem na własne oczy jak to 'informatycy' bali się rozdziewiczyć śrubokrętem obudowę biednego lapka. To samo z stacjonarkami, niewielki odsetek ludzi bawi się w grzebanie w komputerach.

    @czeresnia, komentarz 3
    Ludzie są głupsi, wystarczy wyjść na ulicę, stanąć i obserwować jak się zachowują (ignorować co mówią, chociaż to też daje wiele do zrozumienia). W ich działaniu często nie można odnaleźć tej odrobiny logiki.

    Sprzedaż książek. Ciekawe. Chociaż jak dla mnie pewnym nadużyciem byłoby zaliczenie poradników (ponoć znaczna część rynku w Polsce), słowników i innych przydatnych do nauki książek do beletrystyki. To tak samo jakby zaliczyć papier toaletowy do książek, bo to w sumie tez produkt papierowy - ba! nawet w większości przypadków był kiedyś nawet zadrukowany.

    OdpowiedzUsuń
  9. część 3 komentarza

    Co do liceów - wcześniej były technika i zawodówki. Mniej zdolni szli od razu do zawodówki nabyć zawód. Teraz jest moda na studia, przez co namnożyło się klas w liceach. Jednocześnie przyszła jakaś zdrowo porypana moda na 'dziennikarzy' i innych humanistów. I mam do tego uraz, bo moje liceum, od pokoleń (tak, tak stare!) było mocno nakierowane na przedmioty ścisłe (z mojej klasy tylko 2 osoby nie poszły na studia techniczne) - a teraz przyszedł jakiś pan 'historyk-humanista' z wykształcenia, postanowił potworzyć klasy dziennikarsko-cholera-wie-jakie-ale-humanistyczne i od razu liceum straciło na jakże długo budowanej i zasłużonej renomie. Swoją drogą cały czas mało kto wie (przynajmniej wśród młodzieży, która idzie do takiej klasy o takim profilu), że dziennikarz to nie wymówka, by nie robić matury z matmy (kurde, podstawowa matura z matmy to jakieś nieporozumienie, po gimnazjum bym ją zdał, a co dopiero po 2,5 roku liceum). Dziennikarz powinien być niemalże 'człowiekiem renesansu'.

    Odnośnie antyku - osobiście go nie lubię, ot co! Ale wiem, że bez dobrej znajomości, chociażby 'podstaw' to ani rusz w naszej kulturze. Choćby po to by wyłapać 'smaczki' gdzieś tam pozaszywane przez co bardziej ambitnego twórcę. A takie odnajdywanie rzeczy to zawsze spora satysfakcja dla odbiorcy.

    Co od razu przypomina mi, jak bardzo ludzie zaślepieni są na jedną kulturę. Miałem w swoim czasie jeden przedmiot z profesorem z ASP. Opowiadał na wykładach o różnych epokach itp. Fajnie. Na koniec semestru przyszedł czas egzaminu, wydawać by się mogło, że jeśli ASP, profesor to i głowa otwarta na inne kultury. Nic z tego, jak dostałem pytanie o najważniejsze moim zdaniem budowle/dzieła starożytności, i zacząłem opowiadać o twórczości ludów w Azji to zostałem lekko mówiąc zrównany z ziemią. Jeszcze co najmniej raz odszedłem od kultur śródziemnomorskich w stronę azjatyckich - ale z tym samym mizernym efektem. Ogólnie egzamin był beznadziejny, ale wtedy doszedłem też do wniosku, że ja i artyści dowolnego typu sztuki to się nigdy nie dogadamy. Co też zraziło mnie w sporym stopniu do 'sztuki'.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Drzejan - postępujące ogłupienie społeczeństwa nie ma aż takiego znaczenia, ponieważ społeczeństwa zazwyczaj za mądre nie są. Średnia inteligencji elity nie maleje poprzez rozpływanie się w większej niż niegdyś ilości ludzi, ponieważ taka statystyka nie ma tu znaczenia. Inteligencji jednostki nie liczymy jakimiś średnimi. Oczywiście, ludzie prostsi, bezrefleksyjni i słabiej wykształceni są bardziej podatni na manipulacje, ale z tego wynika też i to, że ich udział w sprawowaniu władzy, czy też budowaniu społeczeństwa jest mniejszy. W związku z tym, ci inteligentniejsi rządzą (co nie jest jednoznaczne z sprawowaniem funkcji kierowniczych. To trochę jak u Zajdla - "zerowcy" będący dyrektorami i kierownikami często okazywali się kretynami).
    Warto też zwrócić uwagę, że bardzo ego i etnoocentrycznie mówimy: "ludzie", "ludzkość", a skupiamy się cały czas na naszym kręgu kulturowym. Tymczasem średnia wykształcenia w Chinach idzie w górę, właściwie w całej Azji nacisk na wykształcenie jest bardzo wysoki, a do tego dranie dzięki swojemu alfabetowi nieźle stymulują mózg:). Ludzkość więc nie zdurnieje doszczętnie, nawet jeśli europejczycy skończą jako widzowie sitcomów i telenowel:)>
    Jeśli chodzi o dziennikarstwo - poruszyłeś mój czuły punkt. Niestety, dziennikarstwo informacyjne i reporterka zostały wyparte przez show. Tak naprawdę w mediach mamy do czynienia z niekończącymi się igrzyskami a forma przekazu jest znacznie ważniejsza niż sam przekaz. Nie wiem jak to wygląda w innych krajach ale w Polsce rzemiosło jest niemal zupełnie popsute, ponieważ panuje powszechne przekonanie, że dziennikarzem może zostać każdy (modelka, aktor), ponieważ to żadna sztuka. Inna sprawa, że aktorem też teraz może zostać każdy:/.
    A, jeszcze sprawa komputera - zbudowanie go od podstaw przekracza kompetencje większości z nas, ale złożenie z gotowych komponentów jest prostsze niż ułożenie puzzle.

    OdpowiedzUsuń
  11. Cześć 1

    Mnie się raczej wydaje, że 'średnia inteligencja elity' maleje. Z prostej przyczyny, jak każda 'elita' patrzy ona na resztę z co najmniej politowaniem. Jeśli owa reszta nie będzie w jakiś sposób zbliżać się do elity (w sensie rozwijać się), to elita nie będzie miała presji by pogłębiać swoją wiedzę (czy też aspekt pozwalający na poczucie się elitą), a co za tym idzie będzie stopniowo 'równać w dół' z otoczeniem, by na końcu pozostało tylko wspomnienie wiedzy i wciąż żywe poczucie lepszości. Ale to tak filozoficznie ;)

    I ponownie nie mogę się zgodzić, że ten 'słabszy' ogół nie ma wpływu na władzę. Wręcz przeciwnie, ma i to znaczny! Popatrzmy na sytuację polityczną w naszym pięknym kraju: jedna partia oscyluje koło 50%, inna koło 25%. W obu przypadkach mamy doczynienia z partiami, które ładnie lecą po PR, NLP i zapewne po innych ciekawych technikach 'wywierania' wpływu. A taki 'słaby' człowiek da się złapać w sidła tych technik, przez co dana partia ma już o jedną kreskę więcej na wyborach. Dlatego jak pisałem wcześniej - w interesie politykierów i szeroko rozumianych przedsiębiorców jest to, by było jak najwięcej średnio rozgarniętych wyborców/klientów.

    Najinteligentniejsi wiedzą jedną rzecz - polityka śmierdzi fekaliami i nie ma co się nią brudzić. Dlatego też stoją gdzieś z boku i obserwują tych, którym wydaje się, że są inteligentni (patrz politykierowm).

    Tyle, że w przypadku Azji, ich rozwiązania nie przejdą tak łatwo na nasz grunt. Wiadomo, bariery kulturowe itp. A to że gnuśniejemy.... nic nowego.

    OdpowiedzUsuń
  12. Część 2 - ostatnia

    Dziennikarstwo... wiesz z czym mi się kojarzy? Z pełną manipulacją odbiorcom, zupełnie nierzetelna forma przekazywania informacji i praktycznie cały czas nieudane próby pokazania się na 'intelygenta' poprzez stosowanie ironii. Takie wnioski nasuwają mi się po tym co widzę w telewizji. W sieci jest lepiej, bo mogę spokojnie wybierać pomiędzy różnymi źródłami, porównując relacje.

    Przytoczyłem sprawę matury z matematyki. Miałem okazje słuchać audycji w radiu, właśnie o obowiązkowej maturze z tego przedmiotu i zadzwoniła dziewoja, która była święcie oburzona, że jak to, ona na dziennikarkę chce iść, a karzą ją tutaj maturą z matematyki. Cóż, life is brutal. Ja jestem dyslektykom (takim prawdziwym, a nie leniem co nie potrafi się nauczyć kilku słów), język polski był zawsze dla mnie problem - a jednak nie mogłem nie pisać matury z tego przedmiotu. Analogicznie mają ci 'humaniści, co całki nie potrafią rozwiązać' - też nie powinni mieć wyboru. A matematyka przyda im się do normalnego życia, by przynajmniej umieli przeczytać i ogarnąć rachunki...

    Właśnie chodzi mi o składanie komputera z gotowych komponentów. To, że kiedyś było trudniej (bo wszystko było szare, a teraz można kolorami szukać), nie oznacza, że teraz ludzie to potrafią. Piszesz, że prostsze od układania puzzli. No ok, wpiąć rzeczy to nie problem - ale trzeba wiedzieć jeszcze jak to zrobić by czegoś po drodze nie zniszczyć (lubimy ładunki statyczne). I tu wszystko rozbija się na tych właśnie szczegółach. Analogicznie ktoś mógłby napisać/powiedzieć, że składanie samochodu to banał, wystarczy wziąć książkę serwisową i poskładać z części.

    OdpowiedzUsuń
  13. Politycy, wbrew pozorom, nie są wyłącz nie debilami. To trochę jak z mass mediami - najlepiej widać najgłośniejszych, a najgłośniejsi są właśnie kretyni. Zresztą media ich lubią, bo nawet programy informacyjne podporządkowane są obecnie przede wszystkim kryterium show. W tle jednak działają goście, którzy "robią swoje". Oczywiście ich działania nie muszą i nie często są wartościowe dla ogółu, ale to kwestia skazy charakteru i etosu, a nie inteligencji. W ogóle w przypadku polityków to właśnie etos jest problemem.
    Co do matury - tu maturzyści są raczej poszkodowanymi niż winnymi. Niestety, w ogólniakach rządzi filozofia, że "humanista" to idiota, który matematyki nie pojmie. W związku z tym często nawet nie próbuje się tych ludzi matematyki uczyć. Sam byłem w klasie "humanistycznej", na szczęście przez dwa lata miałem świetnego matematyka, który uważał, że humaniści mają znać matematykę lepiej niż ci z matfizu i tak nas uczył. Po nim jednak przyszła nauczycielka, wyznająca powszechniej przyjętą zasadę. Po czterech latach takiej "nauki" jak z nią też zrobiłbym wszystko, żeby nie zdawać matematyki na maturze, bo bym ją oblał.
    I jeszcze o elitach - żeby o nich porozmawiać musielibyśmy je sobie zdefiniować. Jeśli "elitami" nazwiemy ludzi, których możemy sobie pooglądać w tv, to rzeczywiście możemy mówić o elit upadku i skretynieniu. Jeśli jednak "elitą" nazwiemy ludzi, których działania wpływają na rozwój społeczeństwa/państwa/ludzkości, to chyba nie będzie już tak źle. Tyle, że takich ludzi w mass mediach nie widać. I trochę nawet dobrze - pewnie nie chcieliby tracić czasu na użeranie się durnymi dziennikarzami:).

    OdpowiedzUsuń
  14. Część 1

    I co potwierdza tylko, że promowana jest postawa 'na kretyna' / 'na idiotę' / 'na chama'. A media mają wpływ na światopogląd ludzi, mniejszy lub większy (w zależności od wieku i wykształcenia oraz środowiska) co bezpośrednio przekłada się na to iż młodzież widzi, iż wzorem do naśladowania, wzorem który osiągnął coś w życiu jest niezbyt logicznie myślący, ale za to głośny człowiek z 'pierwszych stron gazet'. Co ładnie zatacza krąg dywagacji z powrotem do tego, iż społeczeństwo głupieje.

    A co z tymi co coś robią i są inteligentni? Nie istnieją w mediach, to nie istnieją w świadomości. Nie ma wzorca do naśladowania/do dążenia. A czy robią swoje? Nie mnie oceniać ich kompetencje oraz to jak bardzo przyczynili się do tego, 'aby żyło się lepiej' - póki co, mimo wszystko nie dają mi powodów do bycia optymistom, jeśli chodzi o przyszłość.

    Nie broniłbym maturzystów. To bardzo wygodne zwalić winę tylko na nauczycieli - wiadomo, lenie jedne mają aż dwa miesiące wolnego. Nie, sytuacja w szkołach bardzo się zmieniła - i mogę powiedzie to ja, bo zmiany miały miejsce głównie i w największym stopniu podczas mojej bytności w szkołach. Politykierzy zaczęli się mieszać do programu, zrobili burdel, wywali istotne rzeczy, wcisnęli wszystko w testy i mówią że jest ok. Testy są złe - patrz matura np z polskiego i nietrafienie w klucz, mnie się zdarzyło, ale jednak zdałem. Ale też uczniowie bardzo się zmienili - o ile będąc drugim rocznikiem 'tforuw' jakim są gimnazja to uważam, że nie lepszej wylęgarni przyszłych kryminalistów nie mogli wymyślić twórcy reformy oświaty (a kto za tym stał? czyżby jakże wielbiony w Polsce Buzek? ten sam który rozpierniczył służbę zdrowia, o czym przekonałem się na własnej skórze?). Wracając jednak do 'pokrzywdzonych' maturzystów-humanistów. Cwaniakują by jak najmniej robić, to jęczą, że ich krzywdzą matematyką. A ja będę dalej darł mordę, że mnie skrzywdzili obowiązkowym polskim, gdzie ja jestem umysłem ścisłym. Ale co z tego? Wszak to mój język ojczysty, którym na dobrą sprawę większość ludzi nawet nie potrafi się poprawnie posługiwać. Łatwo jest obwinić nauczycieli, zapominając, że też jest druga strona barykady. I nadal uważam, że obecna matura z matematyki, poziom podstawowy, to kpina w porównaniu do tego co było na starej maturze. Ale jak ktoś mówi, że jest 'humanista' i nie rozumie wykresów, to nie przemówi mi się do rozumu, że prędzej czy później te wykresy i tak go dopadną.

    OdpowiedzUsuń
  15. Część 2

    Elity - dla mnie to jest grupa w pewnej zbiorowości, która pod pewnym względem wyróżnia się z owej zbiorowości. Słowem, wiedzą więcej na jakiś dany konkretny temat niż reszta (np osoby związane z literaturą fantastyczną, ludzie siedzący w anime, słuchający jazzu). Ty natomiast jako elity traktujesz tę grupę społeczną, która poniekąd ma największy i zarazem pozytywny wpływ na życie całego społeczeństwa. Utopijna definicja, bo czegoś takiego nie ma. Własny interes goni 'inny' własny interes. Dlatego też sprowadzam tę definicję do dużo niższego poziomu (w sensie precyzyjniej, bez uogólnień). I o takie elity, w przypadku czytelników, też mi chodziło - nie ma nowej krwi, a stara się wykrusza. Zresztą, przypomina mi się argument Czereśni o sprzedaży książek - ładnie tu widać jak to się zmieniło (80% to poradniki, encyklopedie i inne słowniki ;) ), co raz mniej ludzi czyta beletrystykę (bo po co?).

    No ale więcej już nie truję, pewnie jest to zbyt oderwane od rzeczywistości i jednocześnie nie przystaje to to do owej rzeczywistości...

    OdpowiedzUsuń
  16. Fakt, że ja wspominam liceum sprzed lat dwudziestu, Ty nieco późniejsze, więc to moje było jeszcze sprzed reform. Natomiast zestawiłem nauczyciela, któremu się chciało z nauczycielem, któremu się nie chciało, więc chyba nie zwalałem tak wszystkiego na nauczycieli. Bo z nimi jest tak, jak z uczniami - są lepsi i gorsi.
    Przy okazji wykresów (mała dygresja) miałem kiedyś wojnę z matematyczką, która uważała, że ją okłamuję, bo pewnych równań nie da się rozwiązać bez wykresu. A u mnie liczby grały, a wykresy były do bani. No i cóż poradzę, że w przeciwieństwie do niej lubiłem liczby i umiałem sobie z nimi radzić a z wykresami nie? Od tamtej pory wzrósł mój szowinizm i uważam, że kobiety nie powinny uczyć matematyki;P.
    Co do elit - rzeczywiście przyjmujesz bardzo zawężoną definicję, ale czy aby na pewno? Może Ty tylko próbę zawężasz, bo właściwie i "Twoje" elity w mniejszej skali i "moje" w większej pełnią tę samą funkcję. Dlatego nie zgadam się, że te "moje" są czysto iluzoryczne, bo w sumie pchają jednak świat do przodu i utrzymują go na niezłym poziomie.
    Owszem, czytelnictwo w Polsce ma się kiepsko (ale w Rosji i jak twierdzi Walewski w Czechach już znacznie lepiej). Ale może to dlatego, że istnieją inne, konkurencyjne media? Jak sam wiesz nawet z pogardzanych przez starsze pokolenia "kreskówek" da się wyciągnąć coś więcej poza płytki filmik. A teraz dorastają też gry! Więc może nie świat upada, ale nośniki przekazu się zmieniają. Oczywiście, znów na jedno "Path" przypadnie 100 "zabij wszystkich obcych". Ale to norma, istnieje od początku świata. Nawet Bóg stwarzając ludzkość tak to poukładał, że na geniusza przypada przytłaczająca ilość miernot:P. Jakim cudem mielibyśmy być lepsi?;)

    OdpowiedzUsuń