08.10.2010

99. autobiografiści

Siedzą mi w głowie autobiorafie. Już jakiś czas temu zalęgły mi się na czaszkowym strychu, ale wstrzymywałem się od pisania o nich, bo wydawały mi się banalne i mało ciekawe w swojej nieoryginalności. Jednak dwa tygodnie od ostatniego wpisu minęły, Draken aż zaczął przebąkiwać, że trzeba mnie jakoś zmusić do następnego, a do tego na blogach, które podczytuję też pustka i cisza. Ktoś musi pierwszy kopnąć w te zaryglowane drzwi. A zatem to Wasza wina, Wy, którzy oszczędzacie palce, klawiatury i cierpliwość internetu, że ten wpis powstał, że nieoryginalnie poznęcam się nad twórcami.

Zaczęło się chyba od "Chochołów", o których tyle już powiedziano i napisano i które tkwiły w naszych myślach i może wpływały na nie nawet. W dyskusjach pojawiło się odnajdywanie tropów autobiograficznych i chyba zaraziła mnie ta idea, bo w rozmowie z Cetnarem (kolejny winowajca) wysnułem teorię autobiografizmu "Świętego Wrocławia", owej niezrozumianej powieści Orbitowskiego. Rzecz w skrócie przedstawia się tak - byłby "Święty Wrocław" powieścią o żegnaniu się autora z horrorem menelskim. Apokalipsa Wrocławia jest w istocie zagładą postaci i wątków, z którymi autorowi przestało być po drodze. Podkreśla to postać narratora, także odmienionego, wywodzącego się przecież z poetyki wczesnego, "menelskiego" Orbita ale wygrzebującego się ponad nią. I gdy na końcu bohater - narrator powieści brnie przez zwały archetypów i symboli, by wreszcie, niczym w szamańskiej inicjacji umrzeć i odrodzić się jako ktoś nowy, to już jest to nowy Orbit, ten od "Nadchodzi" od opowieści o nieistniejącej Warszawie i wszystkich tych literackich bytów, jakie kotłują mu się w głowie. Jeszcze siedzą przy nim przywiązania do starych opowieści, ale zdychają powoli, jak te dziwaczne zwierzęta przy narratorze, pozostałości z zgładzonego miasta.

Przy alkoholowej okazji Orbit usłyszał taką interpretację i chyba mu się spodobała. Piszę: "chyba", bo z alkoholowymi okazjami bywa tak, że niewielu rzeczy można być pewnym

Ponieważ z koncepcjami bywa tak, że niechętnie ludzi opuszczają, gdy już się w nich zalęgną, ostatnio, przy okazji lektury nowej wywołującej emocje listy Esensji, odczytałem w ten sam sposób Lema. Ktoś na Esensji opisywał "Fiasko", wspominając oczywiście o tym, iż jest to powieść o niemożliwości kontaktu z obcymi, a mnie w mózgu rozbłysła czujna lampka upartej koncepcji. A jeśli i Lem pisał nieustanny lament o tym, jak nie może porozumieć się z bliźnimi, którzy wydają mu się zbyt tępi, patrzący na świat z optymizmem i beztroską idioty? Jeśli pisał o nas wszystkich jak o obcych, on - jedyny homo sapiens sapiens na świecie? Jeśli w rozpaczy próbował do nas przemówić językiem opowieści - właściwym dla kultur prymitywnych, jakim mogliśmy mu wydawać? Opowiedzieć nam jak bardzo jesteśmy obcy i jak niemożliwe są wszystkie próby nawiązania kontaktu miedzy nim i nami?

Tak mi się kłębi we łbie, przyznaję, niezbyt oryginalnie, bo cóż to za odkrycie - oznajmić, że pisarze tworzą o sobie. Wszystko to wina Szostaka i jego wątków autobiograficznych w "Chochołach". I tego, że napisał powieść na tyle dobrą, by siedziała ludziom w głowach i siała w nich koncepcje; niechby nawet i niekoniecznie odkrywcze.

7 komentarzy:

  1. @A jeśli i Lem pisał nieustanny lament o tym, jak nie może porozumieć się z bliźnimi, którzy wydają mu się zbyt tępi, patrzący na świat z optymizmem i beztroską idioty? Jeśli pisał o nas wszystkich jak o obcych, on - jedyny homo sapiens sapiens na świecie? Jeśli w rozpaczy próbował do nas przemówić językiem opowieści - właściwym dla kultur prymitywnych, jakim mogliśmy mu wydawać?

    Jeśli tak rzeczywiście było, to można by stwierdzić, że przestrzelił trochę był w tym, bo równałoby się to tak naprawdę z pisaniem do samego siebie, bo z tego typu założenia wynika, że tak po prawdzie czytelnik i tak odczyta powieść płytko i nie dotrze do właściwego przesłania, to treści wiadomości. Takie trochę rzucanie wiadomości w butelkach przez mieszkającego na wyspie ostatniego człowieka na ziemi. Sensowne jedynie jako próba, bo ja wiem? autopsychoterapii może. Dlatego wydaje mi się, że jednak trochę inaczej, że raczej należałoby patrzeć na tę resztę społeczeństwa, jak na dzieci, z którymi kontakt jednak jest w jakiś sposób możliwy, tylko trzeba im podsunąć w skrawkach wskazówki, które posłużą do rozszyfrowania całości. Nie rozpacz zatem, ale nadzieja, ciągle żywa nadzieja i wiara w możliwość kontaktu i porozumienia. Mimo całkowitej odmienności.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się takie odczytanie, jest mi bliskie. Ba, wygląda jak założenia do scenariusza filmu o genialnym zgorzknialcu, który na przekór swej wiedzy i przekonaniom wciąż podejmuje próby, w których sukces nie wierzy. W ten sposób życiorys Lema stałby się opowieścią o nadziei, o urodzie irracjonalizmu:).
    Szkoda tylko, że wedle powszechnego przekonania Lem był jednak pesymistą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bo nikt nie rozumiał jego optymizmu - wszystko się zgadza!

    OdpowiedzUsuń
  4. O 9:30 Fronczewski czyta w Dwójce "Solaris". Jest coś przeraźliwie solipsystycznego, a stąd i pięknego, w tym tekście.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. (poprzedni post był z zmieniającą sens literówką, a łatwiej było mi go skasować i wkleić z poprawką, niż edytować)
    Tak mnie zastrzeliłeś tym solipsyzmem, że - jak widać - dwa dni nie wiedziałem co odpowiedzieć:). Dopiero wczoraj zaczęło mi się coś kręcić w głowie, że może dałoby się czytać "Solaris" też jako literackie rozwinięcie dramatycznych prób Husserla wylezienia z dołka, który sam w sobie wyredukował. Ale to już moje bziki i musiałbym wrócić do dawno przecież nie czytanej już powieści, żeby rozważania na ten temat wystawały ponad bełkot.

    OdpowiedzUsuń
  7. Początkowo stało tam nawet: izolacjonizm (w takim sensie, w jakim recenzenci ambientu opisują pewne obszary tej muzyki; bo przecież nie w sensie politycznym).
    Napisałem też "w tekście", bo tak mi pasowało do żartobliwej parafrazy, opisywałem jednak aktorską interpretację - teraz pytanie, czy Fronczewski tę grozę naddaje, podkręca, czy "tylko" kunsztownie wydobywa. Chyba że tylko ja to tak słyszę - ale skoro strzeliłem i zastrzeliłem, to przecież nie spudłowałem?!

    OdpowiedzUsuń