03.12.2010

106. króciutko

Mile połechtał moje ego fakt, że zareklamowano wasząwinę na Polterze. Ukłony dla przybywających z tamtej strony czytelników.

Wcale często wraca tu temat gier. Ale jak może być inaczej, skoro co i rusz pojawiają się dowody na coraz mocniejsze zakorzenienie gier świecie, wykraczające coraz zuchwalej poza środowiska "twardych" graczy, dla których to podstawowe a może czasem i jedyne hobby. Oto kilka dni temu minister obrony Korei Południowej Kim Tae-young (już zdymisjonowany, ale nie z powodu wypowiedzi) zapytany przez jednego z parlamentarzystów, dlaczego reakcja na atak Północy była taka słaba i opóźniona, odpowiedział: "To nie jest Starcraft". Oczywiście, w Korei Południowej Starcraft to właściwie sport narodowy, jeśli więc jakaś gra miała się pojawić w oficjalnej a nie związanej z grami wypowiedzi polityka, to musiał być właśnie ten kraj i ten tytuł. Niemniej pokazuje to, że zasięg gier rośnie.

Drugi przykład jest nieco mniejszej skali, być może jednak bardziej znaczący Otóż w dzisiejszym "Dzienniku Polskim", konserwatywnej gazecie ukazującej się w Małopolsce, znanej być może fantastom z publikujących w nim felietony Marka Oramusa i Gustawa Garugi, ukazała się recenzja filmu "Droga". I w tejże recenzji padło takie zdanie:

Rzeczywistości, dodajmy, postapokaliptycznej, post-2012, w której świat uległ degeneracji, zezwierzęceniu i popadł w antyemaptię. A zatem temat niezwykle filmowy, efektowny plastycznie, stalkersko-madmaksowy, by przypomnieć dwa wielkie filmy - Andrieja Tarkowskiego i George'a Millera. A używając terminologii gier komputerowych - bardzo falloutowy.

A zatem dziennikarz działu filmowego konserwatywnego dziennika nie tylko sam w gry grywa, ale też odwołuje się do nich w recenzji filmu. Sądzę, że coś takiego byłoby nie do pomyślenia choćby i trzy lata temu. Ofensywa kulturalna gier trwa. Będzie zabawnie, jeśli okaże się, że to właśnie gry okażą się tym nośnikiem, który zaniesie fantastykę pod strzechy.

5 komentarzy:

  1. A mnie w temacie gier interesuje dlaczego niektórzy po prostu ich nie czują. Widzę tu pewną zbieżność z "nie czuciem" przez niektórych komiksów. W stareńkim publicystycznym numerze Komiksu-Fantastyki był artykuł "Komiks i prawa półkula" który jakoś tam tłumaczył (muszę go przeczytać ponownie) te zagadnienia właśnie względem komiksu. Przydałoby się podobne (ale głębsze) spojrzenie na umiejętność grania ze strony niemalże medycznej. Jak to się dzieje, że niektórzy potrafią przełączyć się ze sterowania swoim ciałem (ile to mięśni do poruszania!) na sterowaniem ciałkiem wirtualnym, które jest ograniczone przestrzennie, a także i okrojone cieleśnie (ręka z karabinem i możliwość odwracania się oraz patrzenia góra dół) za pomocą ledwie małej części (dłoń) swojego ciała. Więc jedni mogą, a inni nie. Ja nie bardzo. Boli mnie to, bo ilekroć słyszę zachwyty nad jakąś grą, to bardzo chcę w nią zagrać, a nie mogę. Utykając na pierwszej bujającej się linie w "Alicji" nie jestem w stanie dotrzeć do sedna tej gry, która tak zachwyca gospodarza tego bloga.
    I przecież nie jest to brak zręczności. Nie narzekam na jej brak na treningach aikido, czy nawet podczas rąbania drewna - trafiam siekierą zamachem zza głowy tam gdzie chcę. Czego więc mi brakuje?

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam tamten artykuł. Podobne badania na temat gier są robione na pewno, ale prawdę mówiąc nie szukałem ich. O komiksach napisano, że trzeba się uczyć je czytać w dzieciństwie by mózg wyrobił sobie przyzwyczajenie do połączenia obraz i tekst, które tradycyjnie przyjmowało się jednak osobno.
    W przypadku gier częściej pisze się o tym, co gry już robią z człowiekiem - stąd teksty o lepszym refleksie graczy itp. Najbardziej chyba podobały mi się badania mówiące, że gracze osiągają spokój i odprężenie w chwili growej śmierci:).
    Czemu masz problem z liną w American McGee's Alice? To kwestia braku wprawy. Ja też miałem problem z tą liną, gdy zaczynałem grać w Alicję. Z czasem się nauczyłem i choć nie śmigam po pikselowych linach jak ci, którzy trenowali na nich już w dzieciństwie, to jednak nie wychodzi mi to jakoś tragicznie. Wszystko jest kwestią wprawy i treningu, ale my, niestety, nie robimy się elastyczniejsi z wiekiem i nauka nie przychodzi nam tak łatwo.
    Mimo to warto zacisnąć zęby i próbować. Nie tylko dlatego, że od strzelanek poprawi Ci się refleks i spostrzegawczość itp. ale dlatego, że gry stają się pełnoprawnym medium służącym do przekazywania opowieści. Rzuć okiem na Poltera, gdzie znajdziesz link do nowego projektu Neala Stephaensona i Grega Beara. Sprawdź stronę Tale of Tales - to wszystko już się dzieje. Ku mojemu zadowoleniu gry zmierzają świadomie w stronę coraz bogatszej narracji dostosowanej do własnej specyfiki. Nie warto tego przegapiać, bo zaczną powstawać prawdziwe cudeńka, właściwie - już powstają.

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzę tu możliwość dla obytych z grami - pokazy grania dla takich miernot jak ja. Siadam za plecami agrafka śmigającego po najnowszej gierce i przeżywam choćby częściowo jej wspaniałość. 5 zł za godzinę, kilka seansów i gra się zwraca ;). Na dodatek morze piwa i radocha dzielenia się z kimś gierczanymi emocjami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahahahaha. Nic z tego. To jak lizanie cukierków przez szybę. Choć rzeczywiście, są ludzie, którzy wolą oglądać jak inni grają. Morze piwa zawsze jest mile widziane. Dla tych, którzy lubią się dzielić gierczanymi emocjami przewidziano tryby kooperacji:).

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też bym mógł pooglądać, jak inni grają. Dla mnie to ma wartość prawie-że-filmową.

    No i pamiętam, jak żona-to-be oraz jej siostra nie mogły przeskoczyć jednej z pierwszych przeszkód w Soul Reaverze, trzeba było trochę połopotać płaszczykiem Raziela. No, nie wychodziło im, i już. Za cholerę. Jakieś połączenie nie stykało. Za mało grały, za późno zaczęły :)

    OdpowiedzUsuń