06.03.2012

182. pogłaszczcie mnie

Zasuwając, prawie co rano, do pracy mijam nie między innymi kioski szczerzące na mnie okładki z wyfotoszopowanymi paniami. Czasem puszą się z nich też faceci. Dziś zobaczyłem dwóch, którzy boją się podobno, że ich zabiję. Jednego rozpoznałem – to Hołdys. Nazwiska drugiego nie pamiętam, ale czytałem gdzieś o jakiejś związanej z nim aferze – chłopina chlapnął coś publicznie i oberwało mu się za to od Internetu, tej bestii, współczesnego molocha, puszczy wiadomości złego i jeszcze gorszego.

Hołdysowi oberwało się za poparcie dla ACTA, „zabito” go fejsbukowo. Czy tego dotyczy artykuł w tygodniku posiadającym, albo nie posiadającym najsłynniejszego polskiego redaktora naczelnego? Nie wiem, nie czytałem. I dlatego z tym większą łatwością wypowiem się na temat, wyartykułuję co w związku z ową okładką przyszło mi do głowy między skrzyżowaniem Dietla z Krakowską a skrzyżowaniem Grodzkiej z Dominikańską.

Nie jestem osobą publiczną, ale czasem mam okazję poczytać w sieci co ludzie sądzą na temat moich opowiadań. Ku mojemu rozczarowaniu, nie zawsze cieszą się nimi tak, jak chciałbym, by się cieszyli. Jeżeli ktoś, czy go znam, czy nie, masakruje moje opowiadanie w recenzji, bądź opinii wyrażonej na blogu, czuję przykrość, tak, jak czuję się mile połechtany, gdy ktoś opowiadanie chwali. To silniejsze ode mnie i nie wierzę, by istniało na świecie wielu twardzieli doskonale obojętnych na to, co ludzie piszą o ich opowiadaniach, obrazach, filmach, muzyce, czy o nich samych. Ponieważ wciąż dążę do tego, by stać się mężczyzną dorosłym (tacy, ponoć bardziej podobają się kobietom), staram się pohamować emocje i nie płakać publicznie, ani nie zalewać krytyków litaniami w stylu: „ale dlaczego i jak mogłeś mi to zrobić?”. Ba, próbuję sobie tłumaczyć, że negatywne opinie także mogą mi pomóc, bo zmuszają do przyglądnięcia się tekstowi w inny sposób. Nie zawsze to, prawdę mówiąc, działa. Dzieciak we mnie tupie nogami i domaga się, żeby ktoś go pogłaskał.

Internet, ten potwór, pozwala nam ukazywać się innym. Celebryci wykorzystują te możliwości bez chwili wahania (jak się zdaje). Publicyści, artyści, politycy i Jaś Kowalski, który odkrył np. twittera wygłaszają za pośrednictwem Internetu i innych mediów swoje prywatne prawdy objawione, a potem wydają się wszyscy bardzo zdziwieni, gdy ktoś poddaje ich krytyce. A najbardziej wstrząśnięci są ci, którzy padają ofiarami szybkich internetowych akcji mających ich ośmieszyć, bądź marginalizować. Internet, ta przechera, zamiast pomóc im osiągnąć popularność, robi coś przeciwnego.

Charakterystyczne są reakcje. Jedni oświadczają, że internauci to kretyni, inni, że minogi; większość z zaatakowanych obraża się śmiertelnie i wypowiada Internetowi wojnę. Bardzo szybko pojawia się argument, że anonimowość (pozorna) jest złem w czystej postaci, choć gdy anonimowi internauci wyrażają swój zachwyt, nikt w tym nic złego zdaje się nie widzieć.
Jesteśmy gotowi na pochlebstwa, ale nie na krytykę. Internet, podstępna gadzina, nic nie jest winien, to dzieciak w nas wciąż domaga się, by ktoś go głaskał.

Bo tak naprawdę, wobec Internetu, wciąż zachowujemy się jak dzieci. Pierwsze internetowe łącze analogowe zostało w Polsce uruchomione 26 września 1990 r – jak podaje wikipedia. 22 lata temu. Wydawałoby się, że powinniśmy dorosnąć. Nic z tego.

Przy użyciu Internetu można dokonywać cudów, można też wyrządzić komuś krzywdę. Ale my wciąż postrzegamy go wyłącznie jako zabawkę. Dziecko ciągnąc za ogon dopiero co poznanego psa nie myśli o prawdziwych konsekwencjach swoich czynów i tak samo my nie myślimy o nich bawiąc się Internetem. Cieszymy się z komentarzy na naszych blogach, z kliknięć na strony z naszymi wypowiedziami, z tego, że ludzie nas cytują i dyskutują o nas. Ale jeśli Internet zareaguje inaczej niż oczekiwaliśmy, zaczynamy popiskiwać, płakać, że nas „zabijają” i domagać się, by natychmiast ktoś nas pogłaskał.

Wobec Internetu nie jesteśmy, przynajmniej większość z nas, mężczyznami i kobietami. Jesteśmy dziećmi i wciąż myślimy jak dzieci. Kłopot w tym, że w Internecie zdecydowanie brakuje kogoś, kto mógłby brać odpowiedzialność za wszystkie te miliardy rozkapryszonych bachorów. Internet, nasze środowisko życia, nie jest naszym opiekunem i oby nigdy nie spełniał tej roli. Jesteśmy dziećmi i jesteśmy sami na tych wielkich, pełnych wszelakich bogactw, polach. Jeśli chcemy z nich korzystać, a nie tylko bawić się nimi, to czas dorosnąć, panie i panowie celebryci, publicyści i politycy. Panie agrafek, co do pana…

3 komentarze:

  1. Za ten post mogę Cię ewentualnie pogłaskać.

    anonimowy nosiwoda

    OdpowiedzUsuń
  2. Zleciłbym głaskanie jakiejś fajnej siostrze, ale w pobliżu nie ma żadnej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Od tego niedogłaskania, widzę, milczysz niczym Bóg w "Dziadach" :D

    OdpowiedzUsuń