06.02.2013

200. nadrabianie zaległości.

Nadrobienie zaległości jest bardzo wskazane, ponieważ od miesiąca żaden wpis się tu nie pojawił. Teoretycznie mogę uznać, że nie jest źle, bo Ziuta obija się bardziej, o takich tuzach blogosfery jak Piotrek Rogoża, czy Jewgienij nawet nie wspominając. Uznałem jednak, że oni powinni sami sobą się martwić. Moje milczenie świadczy o mnie.

A co moja blogowa cisza mówi konkretnie? Z jednej strony, że nie wstrząsnęło mną nic na tyle, abym uznał za stosowne o tym napisać. Nie widziałem żadnego filmu, nie czytałem żadnej powieści ani żadnego komiksu, które na tyle zmaltretowałyby mnie intelektualnie bądź emocjonalnie, żeby zmobilizować mnie do napisania o tym. Nie znaczy to, że takie powieści i filmy nie powstały. Albo ja do nich, przez lenistwo zwyczajne i intelektualne, nie dotarłem, albo już tak zestarzałem się emocjonalnie, że wielkie dokonania robią na mnie małe wrażenie.

Że tak jest, mógłby świadczyć fakt, że nadrabiałem ostatnio filmowe zaległości sequelowe i o nich trochę dumałem, niestety, bez wielkiego przejęcia. Zobaczyłem mianowicie ostatniego Batmana oraz takoż ostatniego Bonda i żaden mnie nie porwał. Ostatni Batman Nolana przynajmniej mi się podobał, choć miałem wrażenie, że był za długi oraz, że tym razem Nolanowi nie udało się wstrzelić z postaciami z drugiego planu. Bane, do którego mam słabość od czasu poznania go w przygrywce do komiksowego Knightfall (opowieści o tym, jak Bane postanawia zniszczyć Batmana i jak mu się to udaje) znów został w filmie umniejszony. Nie aż tak potwornie, jak w strasznej strasznej strasznej poprzedniej filmowej wersji Batmana, ale jednak. Rozumiem, czemu Nolan to zrobił, niemniej nie ucieszyłem się. 

Druga postać, która w filmie Nolana nie wyszła, to Catwoman. Od dawna podejrzewałem, że wcielająca się w jej rolę Anne Hathaway to kosmitka (tylko mali szarzy i zieloni kosmici mają takie nieomal wypływające z oczodołów oczy, ludzie nie), teraz mam pewność. Dość powszechne były opinie, że ta pochodząca z dalekich krańców kosmosu aktorka świetnie zagrała Catwoman, że to świetna postać itp. Nie wyobrażam sobie, by widzowie i krytycy mogli pisać coś takiego, jeśli nie zostali poddani telepatycznej podprogowej manipulacji dokonanej najpewniej za pomocą czułek ukrytych za oczami Hathaway (czułki te z ledwością mieszczą się w czaszce i dlatego nieomal wypychają z niej oczy kosmitki). Aktorsko Hathaway i owszem spisuje się nieźle, to nie jej wina, że tym razem Catwoman niestety się nie udała. To wina scenariusza. W filmie jest jeden jedyny moment, kiedy Hathaway rzeczywiście ma okazję pokazać kocicę - to chwila przemiany z potulnej pomocy kuchennej w drapieżną, kapryśną złodziejkę. Widząc tę scenę prawie klasnąłem ciesząc się na to, co będzie dalej. A co jest dalej? Niezależna, dzika, kapryśna kocica zmienia się ratlerka na posyłki na przemian przyjmującego pozycję: "służ" wobec złych, którzy podobno ją przestrasznie szantażują (niestety, ów szantaż jest bardzo nieprzekonujący) albo wobec Batmana, w którym się nieodwołalnie zakochuje. W filmie Burtona, a także w znacznej części komiksów, nawet zafascynowana Batmanem Catwoman chodzi, jak na kota przystało, własnym ścieżkami. Hathaway została zmuszona do zagrania wysterylizowanej kotki tyjącej na miękkim dywanie przy kominku swojego pana. Pazurki pozwolono pokazać jej raz, na początku, potem kot znika. Smutne.

Co do ostatniego Bonda... Nie jestem osobą właściwą, by o tym filmie pisać obiektywnie. Nie podobają mi się pomysły na Bonda ukazane w trzech ostatnich filmach, z których jeden był do tego bardzo kiepskim kinem. Szczęśliwie Sam Mendes dostał znacznie lepszy scenariusz niż nieszczęsny Marc Forster, który z Quantum of Solace nie byłby w stanie wycisnąć nic przyzwoitego nawet, gdyby był arcymistrzem reżyserii. Napisałem o Bondzie z Craigiem pozytywne słowa? Już kończę. Skyfall nie spodobał mi się, niestety. Karkołomna próba połączenia w nim widzów marzących, żeby nowe ukazanie Bonda dobiegło nareszcie końca z widzami zachwyconymi, że Bond przestał różnić się od bohaterów odtwarzanych przez Stallone'a, Willisa i całej reszty herosów z ganami spaliła, w moim przekonaniu, na panewce. Powstał film trochę dla jednych, trochę dla drugich, w sumie dla nikogo w pełni. "Tradycjonaliści" mogli się cieszyć, że Bond wskakując do rozpadającego się pociągu wykonuje gest z bondowskiej przeszłości, "rewolucjoniści", że wciąż jest mroczny. Tradycjonalistów mogły, teoretycznie, ucieszyć nawiązania do starych filmów, rewolucjoniści pewnie zacierali ręce, gdy symbole przeszłości były obracane w perzynę. Tylko, co z tego? Drobne radości nie przesłoniły faktu, że jedno z drugim łączone jest na siłę i mało przekonująco. Skyfall zamiast filmem sensacyjnym stało się rozprawką na temat popkultury.

Na dodatek nakręcono ten film za wcześnie. Ponoć Craig podpisał kontrakt na jeszcze trzy Bondy. W takim razie Skyfall powinno być jego szóstym Bondem, nie trzecim. Ani przez moment nie potrafiłem uwierzyć, że facet, który dopiero co przestał być nieopierzonym 00, który ledwie przed chwilą skończył się mścić, teraz jest zmęczonym życiem w światłocieniach (z przewagą cieni), wypalonym weteranem niezdolnym nawet przejść testów. Jasne, możemy okazać życzliwość, przyjąć, że zmęczył się dziesiątkami akcji, których nie widzieliśmy. Tyle, że ja nie jestem życzliwy wobec tego Bonda, nie przyjmuję takich założeń. Skoro zresetowano serię, to ten Bond nie ma prawa być zmęczony. Mógłby być, gdyby stanowił kontynuację dawnych Bondów. Mógłby być, gdyby twórcy, jak ich poprzednicy, bawili się w umowności. Ale nie może być po deklaracjach: "a teraz robimy Bonda na serio". Nie, drodzy twórcy, jeżeli chcecie serio, to bądźcie konsekwentni, nie puszczajcie do mnie oka i nie liczcie na litość.
Ten brak konsekwencji najbardziej widać w pierwszej części filmu. Craiga żal mi niemal równie jak Hathaway w Batmanie. Twórcy nadal każą mu być Bondem na serio, ale równocześnie wymagają od niego w Skyfall, żeby był trochę Bondem w starym stylu. Gość dwoi i się troi ale nie daje rady, bo nie może. Nie da się, nie w nowym Bondzie, puszczać do publiki oka kamienną twarzą unurzaną w cierpieniu. Nawet Sam Mendes nie potrafi zmusić do tego aktora. 
Jest jeszcze gorzej. Wszystkie te emocjonalne w założeniu pościgi, mordobicia i strzelaniny stają się nudne i nieprzekonujące. One mogły zagrać w serii o Jasonie Bourne, mogły grać w starych Bondach, gdzie oglądaliśmy je z przymrużeniem oka, mogły nawet zagrać w Casino Royale, gdzie przyciągały uwagę, jako odświeżenie formuły. W Skyfall stanowią tylko ograne zagrania pozbawione lekkości, puste zapełniacze, które już widziałem w masie filmów. Nuda. 

W efekcie na ekranie zaczyna się robić ciekawie dopiero, gdy wkracza nań główny zły. Javier Bardem sprawił nie tylko, że  ten jeden raz w Skyfall rzeczywiście czuć stare Bondy, ale też dzieje się to w sposób sensowny. To także ten jedyny raz, kiedy stare z nowym udaje się w tym filmie spiąć ładnie. W każdym razie mnie się tak wydaje, bo spotkałem też opinie, że Bardem przeszarżował w tej roli. Zapewne wyrażali je ci z frakcji rewolucyjnej, którym podobało się gdy, przeciwnicy nowego Bonda byli raczej nijacy, stanowili prędzej niewolników mrocznej współczesności, niż buntowników przeciw światu. A przecież Bond jest pod tym względem jak Batman, to jego wrogowie budują, w znacznym stopniu jego postać.
Choć Bardem jest w Skyfall znakomity, żałowałem, że jego roli nie powierzono któremuś z starych odtwórców Bonda (w grę wchodziliby chyba tylko Dalton i Brosnan, a właściwie tylko Dalton; idealny byłby, oczywiście Connery, ale on już nie grywa), bo przecież Bardem gra właśnie starego Bonda, którego Bond nowy musi zabić. Nie tylko stary, dobry, uzbrojony w rakiety samochód został zamordowany w Skyfall.

W tym wszystkim najlepsza byłaby historia M. Nie dlatego, że jest trochę łzawa, ale dlatego, że Judi Dench przybyła do serii w "Goldeneye" i zaczęła od wyjaśnienia Bondowi, że jego czasy już minęły, zimna wojna jest przeszłością, a agenci z licencją na zabijanie powinni przejść na emeryturę. Gdyby o tym pamiętać (o co trochę trudno, w związku z niemal wyzerowaniem serii), historia M. staje się tragiczną opowieścią o utracie złudzeń i pogrążaniu się w mroku. Niestety, nie widać tego wystarczająco mocno poprzez pryzmat nowych Bondów, bo w nich M. od początku jest twardzielką uznającą, że agenci 00 są potrzebni, bo świat jest podły oraz zły. Znowu rewolucjoniści zmarnowali potencjał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz