04.07.2017

270. wakacje, odcinek pierwszy: wojna przedbałkańska




Przez Słowację należy jechać dostojnie, niemal majestatycznie. Nie gna się tam na złamanie karku, ale oszczędnie dawkuje prędkość. Radek (i większość znanych mi kierowców) nie przepada za przejazdami przez ten kraj. Bo choć widoki są piękne, to dusza kierowcy nawołuje, by mocniej depnąć w pedał gazu, pożonglować biegami, poczuć pęd. Ale i przepisy drogowe i policja na Słowacji są surowe. Trzeba więc zwolnić, cieszyć się widokami i próbować nie zerkać na nerwowo na zegarek.

A mamy powód, by zerkać. Pierwszy plan zakładał, że wyruszymy o czwartej nad ranem. No dobrze, nie był to właściwie plan, ale jakiś przebłysk religijnego uniesienia, tak naprawdę herezji. Wiara w nieziszczalne, stworzenie bytu niemożliwego z punktu widzenia nauki. Ci, którzy znają Radka, wiedzą, że jest on w stanie bez problemu wstać o czwartej, pod warunkiem, że jest to czwarta po południu.

Powstał więc drugi plan. Ten przewidywał, że wystartujemy o szóstej. Raczyłem powątpiewać i w taką możliwość. Jednak upojenie urlopem wprawiło mnie w stan dziwnego oszołomienia, w którym uwierzyłem w szanse na spełnienie niespełnialnego. „Na wszelki wypadek zadzwoń do mnie o piątej, żeby mnie obudzić” – podsycił nadzieję Radek.

Zadzwoniłem. Pogadaliśmy. Dokończyłem pakowanie i zacząłem czekać. W okolicach ósmej zadzwoniłem, by zapytać, czy nie zgubili się z Tomkiem (bo najpierw Radek miał jechać po Tomka) wśród tradycyjnych sezonowych krakowskich remontów dróg. Nie, nie zgubili się. Nie mieli jak, bo Radek jeszcze, no cóż, nie wyjechał.

Ostatecznie opuściliśmy Kraków nieco po dziesiątej. Mieliśmy przed sobą, optymistycznie licząc, dziesięć godzin drogi. Licząc realistyczniej dwanaście. Licząc naprawdę realistycznie… Ten prawdziwy realizm zabiłby w nas jednak nadzieję na Belgrad. Więc przestaliśmy liczyć.

Przez Węgry śmignęliśmy tak, że prawie ich nie zauważyliśmy. Ale potem skończyła się nam Unia Europejska. O dziewiętnastej wciąż mieliśmy szanse, by dotrzeć do Belgradu o sensownej porze. Lekko przed północą na przykład. Miasto jest już wtedy rozbudzone po upalnym dniu, ulice zapełniają się ludźmi, pęcznieją od knajpek. Ale o dziewiętnastej wpadliśmy w kolejkę do przejścia granicznego między Węgrami a Serbią. O dziewiętnastej wpadliśmy w sam środek wojny.

Początek wyglądał niewinnie. Sznur samochodów rozciągnął się na dwóch pasach autostrady. Ludzie pootwierali drzwi, powychodzili cieszyć się ciepłym wieczorem. Turcy z całymi gromadami dzieci, Albańczycy w swoich mercedesach, skupieni bardziej od innych Serbowie, paru Polaków, zwykle młodych i wesołych i diabli wiedzą jakie jeszcze nacje – wszyscy oni wymieszali się ze sobą na granicy, za którą marchewka przestawała być owocem a ślimak rybą.

Radek także wysiadł, by sprawdzić jak daleko ciągnie się kolejka. Wrócił z niewesołym wyrazem twarzy. „Postoimy” – rzucił. No i postaliśmy. Usadowieni na środkowym pasie, jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach, obserwowaliśmy jak samochody na lewym pasie poruszają się szybciej niż my. Ich kolejka okazała się żwawsza, być może uprzywilejowana. Jednak jeśli otwarcie rzucaliśmy nieprzyzwoitymi słowami, to nie z powodu farciarzy z lewego pasa. To cwaniacy z prawego przyprawiali nas o nerwowość. O ile bowiem dwa nasze pasy poruszały się w ślimaczym tempie kolejki, to pasem prawym kierowcy gnali przed siebie, jakby żadnej granicy przed nimi nie było. Ignorowali nas i nasze zasady.

„Udają, że jadą na tamtą stację benzynową, a potem na chama wpieprzają się do kolejki” – domyślił się Radek. Mylił się. Ci z prawego pasa niczego nie udawali. Po prostu gnali przed siebie jak długo mogli, a potem na chama wpieprzali się do kolejki.

Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że ślimacze tempo, w jakim się posuwamy, to ich wina. Gdyby bezczelnie nie zapychali wąskiego gardła przejścia, kolejka przesuwałaby się szybciej i sprawniej. Kierowcy z prawego pasa stali się naszymi wrogami. Patrzyliśmy na nich z pogardą i wrogością. Oni jechali, my staliśmy. Nawet nie rozważaliśmy możliwości dołączenia do nich. Porzucenia naszego pasa i pojechania przed siebie, licząc, że uda nam się wepchnąć.

Po dwóch godzinach, w trakcie których dotarliśmy do tego, co uważaliśmy za wąskie gardło przejścia wrogość zmieniła się w wojnę.

Cwaniacy z prawego pasa dotarli do miejsca, w którym nie mogli już gnać przed siebie. Teraz, aby poruszać się dalej, musieli wjechać na nasz pas.

Zwyczajnie uprzejmość nakazuje wpuszczać nieszczęśników, którzy utknęli na niewłaściwym pasie. Ale po dwóch godzinach obserwowania jak tamci ignorują zasady i cwaniacko mijają nas, zmęczonych, powolnych, zamkniętych w korku i sfrustrowanych, nikt nie miał ochoty na uprzejmość. Ani my, ani chyba Albańczyk przed nami, ani grupa młodych kolesi przed chyba Albańczykiem. Ci dla oszczędności paliwa zgasili silnik swojego mini vana i co jakiś czas przepychali niewielki samochodzik o kilka metrów do przodu. Cwaniaki z prawego pasa szybko zrozumieli, że mogą wykorzystywać ich wahanie, by wbić przed nimi na nasz pas. Ale i młodziaki uczyły się szybko. Zaczęli czujniej wypatrywać wszelkich oznak, że kolejka może ruszyć, choćby o metr. Zwiadowcy nie odrywali wzroku od samochodów przed nimi. Jeśli zobaczyli, że sto, dwieście metrów wcześniej rozbłyskują czerwono światła, że zaczynają pomrukiwać silniki, a długi samochodowy wąż zaczyna drżeć, wołali pozostałych, by napierali na srebrną maskę swojego wozu. W tym czasie strażnicy starali się zablokować cwaniaków.

Kibicowaliśmy chłopakom. Prawie zagrzewaliśmy ich do boju okrzykami. Ale przecież i sami nie próżnowaliśmy. Gdy tylko orientowaliśmy się, że szykują się do pchania samochodu Radek odpalał silnik. Niechby spróbował zagapić się, spóźnić! Krzyczeliśmy na niego z Tomkiem. „Jedź! Jedź! Jedź!”. Ci z prawej napierali. Starali się wyprzedzać nas w odczytywaniu oznak zmian w kolejce, szybciej odpalać samochody. Niedwuznacznie skręcali na nasz pas. Jakiś facet w samochodzie z polską rejestracją, który godzinę wcześniej minął nas nie zwalniając próbował teraz zagadać jakoś do Tomka. Ten zasunął szybę.

Nie wolno było zostawić choćby centymetra luzu, bo cwaniaki z prawej strony natychmiast to wykorzystywali. Jechaliśmy więc zderzak w zderzak. Nikt nie protestował w obawie o stłuczkę. Wiedzieliśmy, że musimy być solidarni, twardzi. Nie wolno nam odpuszczać tym z prawego pasa. Każda sekunda wahania, zbytnia ostrożność to klęska. Nagle staliśmy się towarzyszami broni, istną kompanią braci z Turkami, Serbami, Albańczykami z naszego pasa. Nie liczyły się narodowości tych z prawego. Naród środkowego pasa był czujny, zwarty, rozumiał swoją powinność.

Jakże zazdrościliśmy szczęściarzom z pasa lewego. Oni nie musieli walczyć. Spokojnie, choć powoli jechali przed siebie, wolni od barbarii prawego pasa. Byliśmy ich przedmurzem, odpieraliśmy fale najazdów, by oni mogli jechać spokojnie. Nasze napięcie zupełnie się im nie udzielało. Odpalali samochody z opóźnieniem, zostawiali między nimi olbrzymie przestrzenie. Pozostawali w świecie szczęśliwości i beztroski, może nawet nieświadomi, że zawdzięczają to wszystko nam.

„Moglibyśmy spokojnie tam zjechać” – zauważył w pewnym momencie Tomek.
„Moglibyśmy.” – zgodził się Radek. – „Ale nie zjedziemy.”

Oczywiście, że nie. To byłaby zdrada. Nie porzuca się towarzyszy broni w ogniu walki. Nie tylko my tak uważaliśmy. Żaden z samochodów toczących długą, męczącą bitwę na przedmurzu nie porzucił posterunku. Nikomu z prawego pasa nie udało się pokonać ani nas, ani chyba Albańczyka przed nami, ani tych Tytanów – chłopaków pchających swojego srebrnego mini vana. Chwila kryzysu nadeszła dopiero, gdy Radek postanowił napisać do swojej żony u dziecka. Normalna sprawa na wojnie. Ale wiele mogła nas kosztować, bo skupiony na pisaniu smsa żołnierz stracił czujność. „Jedź! Jedź! Jedź!” – musieliśmy poganiać go z Tomkiem, gdy nagle zrozumieliśmy, że się zagapił, że zderzak samochodu przed nami oddalił się niebezpiecznie, a cwaniak z prawej już już szykował się do wbicia się w rosnący wyłom w naszym szeregu. Omal nie zawiedliśmy naszych towarzyszy.

Niemniej udało się. Zwyciężyliśmy. Nasza „ściana tarcz” powstrzymała barbarię. Słodki jest smak zwycięstwa, nawet gdy już wiesz, że nie dotrzesz do Belgradu na czas, gdy okazuje się, że zawalił się plan noclegowy i trzeba na wyścigi szukać zamiany, a tu znika internet, rwą się połączenia w telefonach a baterie w tych cudeńkach techniki rzężą na oparach energii. Bohaterowie są już zmęczeni,.Ty jesteś zły i sfrustrowany, wyczerpany bitwą. Odkrywasz, że zapadła już noc. Martwisz się nadchodzącym roamingiem. Ale wiesz, że wygrałeś. Ci z prawej nie przeszli.

A potem, ledwie paręnaście minut później, wyrasta przed tobą trzech węgierskich pograniczników. Zatrzymują wszystkie pasy. I tych beztroskich z lewego i nas, wojowników szos i cwaniaków z prawego. I zaczynają przepuszczać nas po kolei w myśl tego, co mylą ze sprawiedliwością. Najpierw kilku z lewego, potem kilku z prawego i na końcu kilku z nas. Znikają nam z oczu i chyba Albańczyk i chłopaki ze srebrnego mini vana, w którym odpalili silniki. A potem my znikamy z oczu Turkowi za nami. Znika i solidarność i braterstwo w walce. Zostaliśmy sami. Suniemy powoli dwoma pasami a po paruset metrach cwaniaki z prawej znów wyjeżdżają na wolny prawy pas, ten dla tirów i autobusów i ruszają przed siebie. Odprowadzamy ich wzrokiem, ale nie ruszamy za nimi. Ostatnie co nam pozostało to już tylko moralne zwycięstwo.


Do Belgradu docieramy w okolicach trzeciej w nocy.

(na zdjęciu jeden z belgradzkich murali)

3 komentarze:

  1. :-D
    dzięki! tego mi było trzeba dzisiejszego poranka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobra relacja z frontu - czekam na kolejne!

    Udanego wypoczynku :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wojna zwój a nigdy się nie kończy z tym bardziej, że zawsze ją zabieramy z sobą... ILE razy nawet nie wyjeżdżając z kraju widziałem i brałem udział w takiej jak opisujesz... To prawda i nie ma w tym kłamstwa

    OdpowiedzUsuń