04.03.2019

282. "Błoto słodsze niż miód" Małgorzaty Rejmer.




Myślę czasem: „tu byłem”. Na przykład oglądając niezbyt przecież imponujący turecki serial urban fantasy na Netflixie, kręcony niemal wyłącznie na turystycznych szlakach Istambułu, cieszę się, że bohaterowie biegają, którędy ja łaziłem. Albo gdy Cezar w „Wojnie domowej” wspomina Orikum (czternaście razy!) też się cieszę: „Byłem tam! W tej łagodnej zatoce, gdzie lądowali legioniści Cezara by wyganiać z małego portu legionistów Pompejusza, byłem tam!”. A gdy Małgorzata Rejmer opisuje jak Albańczycy starali się uciec na przerdzewiałym statku z Vlory, też mogę pomyśleć: „byłem tam” i nawet przypomnieć sobie jakiś wielki przerdzewiały statek, który nadal tam stoi (a w każdym razie stał dwa lata temu), czekając już nie na ostatni rejs, ale na to, że wreszcie sam się rozsypie.

Ale prawda jest taka, że choć owszem, bywałem we Vlorze (zwykle przejazdem, z Orikum albo do Orikum), to jednak nie byłem tam, w tej Albanii, o której opowiada Rejmer.
To ważne. To bodaj jedna z najczęściej powracających do mnie myśli podczas lektury „Błota słodszego niż miód. Głosy komunistycznej Albanii” Małgorzaty Rejmer: że łaziłem podobnymi ścieżkami, rozkładałem ręczniki na kamienistych plażach, albo zbierałem jasny pył w sandały pchając się pod wzgórza, by doczłapać między kozami, psami i żółwiami ku oddalonej od drogi cerkiewce. Możecie to pamiętać, bo pisałem o tym tutaj. I może część z Was też tam była, albo planuje być, bo Albania, słoneczna i ciągle tania, staje się modniejsza z każdym sezonem. Więc: „byłem tam, byliśmy tam, będziecie”.

Ale nie.

Nie w tej Albanii, którą opowieściami dziesiątków bohaterów opisała Rejmer. Nie w Albanii bata, terroru, jakiego pewnie nawet nie staraliśmy się sobie wyobrazić. Bo wiecie, słowa: „to był najbardziej przerażający, najgorszy komunizm w Europie” wcale nie brzmią tak mocno, jak powinny brzmieć. Możemy sobie wyobrazić miliony celowo zagładzanych przez Stalina ludzi na Ukrainie i ten obraz do nas przemawia. Bo mróz, bo Stalin, bo blisko, tuż za naszą granicą, niegdyś w naszych granicach, może nawet jacyś nasi krewni bądź powinowaci (jeśli jeszcze o nich pamiętamy) konali tam z głodu? Ale gdzie ta Albania, raczej anegdotyczna niż historyczna, kto tam z nas pamięta, że kiedyś tam Cezar z Pompejuszem wojował? Nawet nie byliśmy w jednym bratnim obozie, bo Enver Hoxha obraził się na nasz komunizm, gdy trochę w nim można było odetchnąć po śmierci Stalina i referacie Chruszczowa. Więc mówiliśmy: „najcięższy komunizm” i niezbyt wiele z tego rozumieliśmy. Jakbyśmy spluwali przez lewe ramię na widok czarnego kota. Dla nas prędzej komunizmem będzie Stalin czy Fidel, a nawet Che niż jakiś Hoxha z tą całą Albanią, która leży nad pięknymi zatokami w cieniu malowniczych gór.



I dlatego warto przeczytać tę książkę. Nie dlatego, że otrzymała Paszport Polityki, o czym dowiedziałem się jakieś pięć minut temu, gdy sprawdziłem sobie autorkę (pewnie czytałem o tym, gdy ogłaszano wyniki, ze względu na Albanię, może nawet zapisałem sobie w pamięci, by sięgnąć, ale pamięć szybko wietrzeje od wichrów nadmiaru danych; oto macie prawdę o nagrodach literackich). Nie dlatego, że jest napisana świetnie. Ale dlatego, że pokazuje nam świat, o którym zapominamy łatwiej niż o nagrodach literackich, bo chętniej. Podczas lektury przypomniała mi się inna książka, także wydana przez Czarne, choć w innej serii: „Prowadząc umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych” autorstwa Liao Yiwu. W obu przypadkach spotykamy ludzi, których nie oszczędziła historia. Bo „wrogowie ludu” pojawiają się we wszystkich tych opowieściach. Ludzie, którzy mieli pecha zdobyć wyższe wykształcenie i nie przewidzieli, że w komunistycznym raju okaże się to przekleństwem. Ludzie, którzy westchnęli sobie przy kimś, że los mógłby być lepszy i zostali skazani na lata w obozach pracy za krytykę najlepszego z systemów. Ludzie, którzy nie mogli zaufać najbliższym, którzy bali się założyć buty w kolorze innym niż buro ziemisty. Którzy musieli wychwalać swoich katów i morderców z obawy, że jeśli tego nie zrobią straszny los może spotkać ich bliskich. Ludzie, od których odwracali się najbliżsi, ze strachu przed systemem uszczęśliwiania ludzkości.
Ludzie, którzy to wszystko przetrwali. 

„Byłem tam”, myślę, bo przecież lat mam więcej niż czterdzieści, więc pamiętam jak towary najbardziej podstawowe były dla nas towarami najbardziej ekskluzywnymi. Bo też jadłem chleb posypany jedynie cukrem, może dodatkowo zalany lekko herbatą, gdy już nieco zsechł. Przedwczoraj mój ojciec zapytał w którym sklepie kupuję mięso i wędlinę. „Tak, ja też tam będę kupował” – powiedział. I nagle westchnął: „Pamiętam, jak twoja babcia zrywała się o czwartej rano, by zdążyć zająć dobre miejsce w kolejce do masarni. Bo dzięki temu mogła mieć szanse na to, żeby kupić jakieś ścinki, jeśli akurat jakieś rzucili. Co ona by poczuła, gdyby weszła dziś do tego sklepu i zobaczyła tam te wszystkie mięsa i wędliny?”. Dlatego myślę, że byłem tam, że rozumiem, bo pamiętam.

Ale nie.

Nie było mnie w tym komunizmie panicznego strachu i potwornego odizolowania. Ten mój też był zakłamany, też był maszyną pragnącą przerobić wszystkich ludzi na ścierwa, przemienić w upodlonych donosicieli-niewolników, ale jednak nie jestem aż tak stary, by pamiętać stalinizm. A kiedy jeżdżę do Albanii, by tracić na wadze spędzając całe dnie w ciepłym morzu, gdy łapię ten jasny pył w drodze do chwili zachwytu nad ukrytą cerkwią, gdy wspinam się na jakieś wzgórza, zajadam niechemiczne pomidory, albo po prostu siedzę i gapię się przed siebie w jakiejś cudownej ciszy, gdy mijam facetów sączących kawę – czasem odnoszę wrażenie, że przez cały dzień nie robią nic innego – gdy zamieniam koślawych parę zdań ze sprzedawczyniami i czasem sprzedawcami, nie ma mnie tam, w tej strasznej Albanii. Mijam ludzi, którzy ją pamiętają, czasem wymieniamy uśmiechy, choć tych uśmiechów na ulicy bywa w Albanii mnie więcej tyle samo co w Polsce, to nie Włochy, gdzie uśmiechają się wszyscy. Mijam ludzi, którzy ją pamiętają i do dziś nie zdawałem sobie z tej pamięci sprawy. Choćby dlatego warto było – dla mnie – przeczytać książkę Rejmer. Po to, aby zrozumieć pamięć ukrytą w nas wszystkich, nawet tę odrzucaną. Pamięć, która wytryska czasem nagłym wspomnieniem ojca pytającego o masarnię, albo opowieścią wnuka pierwszego cukiernika z Gjirokastry, który zwoził lód z gór, a któremu komuniści odebrali wszystko. Po to, aby łatwiej było mnie (i wam, jeśli tam pojedziecie) zrozumieć (spróbować zrozumieć) czemu ci Albańczycy tak krzyczą gdy jadą weselnymi konwojami. Czemu wszędzie widać czerwone flagi z czarnym dwugłowym orłem, czemu łatwo było mi ich rozpoznać we Włoszech, bo pozdrawiali się na ulicy składając dłonie na kształt tego orła. Powinienem był to rozumieć wcześniej, bo pamiętam wszechobecne biało czerwone szachownice w Chorwacji niedługo po tym, jak wreszcie mogli Chorwaci okazywać, że są Chorwatami. Albańczycy tak samo wręcz muszą eksplodować swoją albańskością, czy są w Albanii, czy w Macedonii czy we Włoszech. I nie, nie jestem tym oczarowany, znam obawy Serbów i Macedończyków. Ale rozumiem.

Ale nie chodzi o to, że Rejmer i jej bohaterowie nawet po Włoszech wędrują tymi samymi ścieżkami, którymi i ja wędrowałem. „Błoto słodsze niż miód” nie jest książką napisaną specjalnie dla mnie, bałkańskiego turysty, który zna część opisywanych w niej miejsc i może sobie wyobrażać, że mijał ludzi o podobnych albo i takich samych wspomnieniach.

To jest książka dla nas wszystkich (tak, jak „Prowadząc umarłych” Liao Yiwu i pewnie jak wiele innych, których jeszcze nie przeczytałem). Świetnie, bardzo literacko (na początku zastanawiałem się, czy nie nazbyt literacko, potem to wrażenie zniknęło) napisane reportaże o świecie, który wcale nie przeminął, choć komunizm został w Albanii obalony, pomniki Hoxhy zniknęły (ale można kupić np. kubki z jego podobizną) i ludzie mogliby żyć szczęśliwiej. Ale pamięć jest strasznym błogosławieństwem i to, co przeżyliśmy pozostaje w nas na zawsze. A my nie powinniśmy zapominać jakie piekło potrafimy sobie nawzajem budować. A przykład, gdy przymierzamy się do wakacji na malowniczych plażach pod malowniczymi górami w tak ciepłym kraju nad ujmująco ciepłym morzem.



Ale nie tylko tam. Jest w tej książce i taka opowieść, którą powinniśmy przeczytać, by zrozumieć nas dzisiaj. O statku przepełnionym od ładunku spragnionych wolności ludzi, płynącym ku szczęśliwym Włochom. O tym jak Włosi zamykają tych ludzi na stadionie w Bari, trzymają tam pod strażą wojska, przelęknieni tym masowym – jak się mogło wtedy wydawać – napływem emigrantów. Jak sobie z nimi nie radzą, więc głodzą ich i upadlają. A potem odsyłają do domu w przepełnionych autobusach. Lęk przed tłumem emigrantów nie jest udziałem tylko ociemniałych polityków z prawej strony sceny politycznej, albo zbyt prostych ludzi trzymanych z dala od rzeczywistości lewicowych kawiarenek w stolicy. To lęk powszechny, wcale nie skupiony w zaściankowej Polsce, ale znany każdemu. Bo kiedy płynie, jedzie, idzie w waszym kierunku tłum obcych, to na początku się ich boicie. A Albańczycy wcale nie byli aż tak obcy kulturowo Włochom i wcale nie było ich tak wielu – jeśli porównać ich emigrację z tym, co dzieje się obecnie.

Obawa jest pierwsza. Wszędzie. Sądzę, że i o tym warto pamiętać w czasach prędkich i wygodnych ocen.

(zdjęcie z Orikum moje, zdaje się, że z roku 2015, okładki książek ze strony wydawcy).


4 komentarze:

  1. Jakie piękne recenzje! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. O dobrych książkach dobrze się pisze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydawnictwo Czarne <3 I, swoją drogą, "Prowadząc umarłych" <3 No ale ich reportaże można brać właściwie w ciemno...

    OdpowiedzUsuń
  4. Przecudna recenzja. Może też w moich planach czytelniczych książka zagości, ale i Albania w planach turystycznych. Kto wie co przyniosą następne dni... Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń