02.08.2019

284. trzy tygodnie gdzieś dalej



Przeglądam zdjęcia z dopiero co minionych wakacji. Kombinuję nad jakąś ich fabułą, logiką; nad chwytem, którym mógłbym się posłużyć, by je opisać. I nic. Już podczas jazdy od miasta do miasta, od plaży do plaży, od knajpy do knajpy czułem, że historia tego wyjazdu wymyka mi się, że brak mi punktu zaczepienia, na którym mógłbym oprzeć jakieś wewnętrzne: "och".

Jedyne, co przyszło mi do głowy wtedy i co nie chce z niej wywietrzeć do dziś, to banał o uczepieniu się chwili. Gdy gnałem trasą transfogarską, zabłysło mi w głowie właśnie to: że jestem tutaj tylko tu i teraz i żadne wspomnienia nie pozwolą mi wrócić naprawdę do żadnej z tych sekund, bo wspominając, oglądając zdjęcia i filmy nie doświadczam tego, co daje mi moment doznawania. Może tylko, gdy o tym opowiadam, znów uczestniczę w tym co minęło, nie jestem widzem lecz przekształcaczem - przebudowuję wspomnienie w opowieść, co czasem zarzucała mi Swieta, gdy w Weronie opowiadałem o jakimś swoim doświadczeniu, a ona wołała, że Majka wszystko zmyśla, że wcale tak nie było i być nie mogło, że on jest pisarz i wszystko ubarwia. I miała trochę racji, bo szukam fabuły, albo ona sama mi się szuka. Ale przecież opowiadam o rzeczach, które zdarzyły się naprawdę, nawet jeśli inaczej ktoś inny je zapamiętał. To nasza słabość i nasza siła - niepamięć i pomieszanie wspomnień; to, że już godzinę po jakimś wydarzeniu pamiętamy je nie takim jakim było i nawet nie takim, jakim je widzieliśmy ale jakim przetworzył je dla nas nasz stary kumpel oszust - mózg.



Zatem wszystko jest przekształceniem, opowieścią i nie ma przed tym ucieczki. Nawet gdy zgubiłem się gdzieś z Radkiem na bułgarskim skalistym wybrzeżu i sam łaziłem po kamieniach na plaży, na którą on nie mógł zejść (takie buty, wygodne do wchodzenia do wody i wsysania piachu na drodze przez usychające łąki, ale nie do schodzenia stromą kamienistą ścieżką), nawet wtedy, zanurzony całym sobą w znikające chwile, już miałem dla nich historię, w której dwóch facetów dotarło na kraj dostępnego dla nich w tym momencie świata i nagle usłyszeli szczekanie i czyjś okrzyk. Szczekanie przemieniło się w pęd dwóch wcale niemałych psów, gnających znikąd do mnie i Rora, gdy akurat staliśmy na skraju urwiska, na którym ktoś ustawił stolik na drucianych nogach i pasujące do niego krzesło - oba doskonale czułyby się w jakiejś taniej cukierni pełnej puchatych pączków i kremówek zapijanych kwaśniutką lemoniadą. Psy zatrzymały się na nasz widok, ale tylko na chwilę. Odcięły nam drogę ucieczki (chyba, że chcielibyśmy skakać z klifu, hej, parę dobrych metrów na kamienistą plażę), więc przemówiliśmy do nich łagodnie a przyjacielsko i już po chwili łasiły się do nas wesoło a po dwóch miałem łapy jednego z nich na ramionach. Lizał mnie po twarzy. Wtedy wyłonili się właściciele, zawołali na nie, do nas powiedzieli coś, co pewnie miało być przeprosinami, więc zapewniliśmy, że wszystko jest w najlepszym porządku, co zrozumieli tak jak my ich: po uśmiechach i intonacji.



A potem zszedłem na plażę, rozumiejąc, że tamto wszystko zniknęło, zostały cienie, że już nawet nie czuję gorącego psiego języka na policzku, choć zachwycam się miejscem, a pies - ten właśnie pies - wciąż biegnie przede mną i wskakuje do morza nim ja zdążyłem postawić w nim stopę. Wszystko stawało się historią, bo chwile znikały bezpowrotnie i stawało się opowieścią, którą spisuję teraz, nie po to, by ktokolwiek to przeczytał, ale bym ja to przeżył jeszcze raz, choć oczywiście inaczej. Ale uwierzcie mi: pisząc to, znowu tam byłem.



Ale wszystkiego przecież nie opowiem. Pozostaną więc znaki na mapie: od knajpy do knajpy. To były wspaniałe miejsca, zwłaszcza gdy odkrywaliśmy je po raz pierwszy. Te w Tokaju poprzez głodne poszukiwanie miejsca, w którym można by zjeść śniadanie, potem te w Warwarze: pierwszą budzącą zachwyt w stylu włoskiej tawerny, gdzie najlepsza na świecie tamtejsza herbata ziołowa i różowe wino. I druga, na wzgórzu, otwarta, biała, prawdziwy archipelag werand z młodymi kelnerami i kelnerkami, którzy pozjeżdżali się tu z odległych rejonów Bułgarii (a może wszyscy byli z Sofii? przecież zapytaliśmy o to tylko jednego z nich) i jako jedyni chyba w okolicy mówili dobrze po angielsku. Nad nami latały bociany - prawdziwe mrowie bocianów widzieliśmy tego lipca - a my piliśmy kolejną herbatę przyrządzoną z tego, co akurat wyrosło w ogródku, ale też wyborne piwo, którego nie można było kupić nigdzie indziej w Warwarze. A potem prosty, właściwie przaśny lokal dla tubylców na samym południowym końcu Unii Europejskiej, z widokiem na Turcję, bliską, bo ledwie po drugiej stronie zatoki i daleką, bo żeby na ten drugi koniec zatoki dojechać, trzeba by pokonać ponad dwieście kilometrów szosy. Siedzieliśmy tam do zmroku, nawet po zamknięciu, bo szef i jego kumple nie mieli nic przeciwko temu, a nam się wydawało, że odkryliśmy jeszcze jedno najlepsze miejsce na świecie i byliśmy pewni, że za nic nie chcemy go opuszczać. No i jeszcze, później, sklep muzyczny pełniący też rolę knajpy w Belgradzie i zaułek fudtraków w Budapeszcie. Więc można i tak. Od knajpy do knajpy.



Ale można i od plaży do plaży, od widoku do widoku, od zabytku do zabytku. Albo od noclegu do noclegu, na początek od przybycia poszarpanymi drogami nocą do Tokaju, potem brnięcia przez śmiertelnie zmęczone boczne ulice Oradei (takie jak zapamiętałem z ostatniej wizyty, jakieś dwadzieścia lat temu) by odkryć jej pięknie odnowione centrum; potem chwila zawahania przed hotelikiem w Sigiszoarze, zabawne rozmowy z obsługą w Braszowie i jeszcze zabawniejsze zhipisienie hoteliku w Warwarze. Ale wcześniej przedziwne nocne przybycie do hotelu w Ruse, gdzie nie mogłem nie pomyśleć o "Ocean Morze" Baricco, gdy zmęczonej ale wciąż atrakcyjnej gospodyni przybiegł na pomoc jej syn, może siedmioletni i to on nam wszystko tłumaczył, bo to on znał angielski. Siedzieliśmy potem w sali kawiarnianej a koty biegały głośno po dachach. Potem gniazdo łagodnych os tuż za oknem pokoju z pięknym widokiem i ciągłe przeprowadzki. Jeden Belgrad, drugi Belgrad, Budapeszt.



A można i o drogach. O tej przepięknej, wymarzonej przeze mnie od lat, odkąd ją zobaczyłem z wysokości kolejki linowej, nie tyle pnącej się na te dwa tysiące metrów z kawałkiem, ale sunącej ku nim dziesiątkami zakrętów. I o tej od zamku do zamku, od ufortyfikowanego kościoła do ufortyfikowanego kościoła (a wszystkie inne i wszystkie cudne). I o tych bocznych - do plaż, do miasta położonego na skale, do cerkwi w skałach wydrążonych. O przygranicznej drodze tak wąskiej, że samochody z naprzeciwka musiały ustępować sobie nawzajem. Strzegli jej znudzeni pogranicznicy, którym z rzadka chciało się wychodzić z cienia, by rzutem oka skontrolować zatrzymujący się przy nich pojazd (z reportażu o tych okolicach wiem, że kiedyś mieli więcej energii). A jeszcze dalej, przy tej samej drodze, ile razy byśmy nią nie przejeżdżali, zawsze w tym samym miejscu stał jakiś mężczyzna (za każdym razem inny) i gapił się w rów. Co było w tym rowie, nie wiem do dziś. Były autostrady po których się pędziło i autostrady na których stało się w korkach. I wszędzie pełno bocianów, najczęściej w miasteczkach i wsiach: czasem pięknie kolorowych, czasem ponuro burych. Dzieci robiły w nich sobie selfie przy pamiątkowych monumentach albo próbowały wspinać się po murach (lecz przeganiały je starsze panie).



Cały ten szlak, jak wszystkie poprzednie, mam zapisany tabelkami rozegranych partii remika. Z datami i miejscami. To też jakiś rodzaj opowieści, być może.

Tyle wątków, a ja nadal nie mam pojęcia jak je pospinać. Jedno, co stale siedzi mi w głowie, to, że tego wszystkiego już nie ma, bo chwile istnieją tylko w tych sekundach, gdy je przeżywam i w tych minutach, gdy o nich piszę. A ja właśnie przestaję pisać.

6 komentarzy:

  1. "chwile istnieją tylko w tych sekundach, gdy je przeżywam i w tych minutach, gdy o nich piszę"
    Moje, także wtedy gdy na nowo oglądam fotografie które pstrykam kiedy mogę... I to prawda, że czasem opowieść o zdarzeniu, ciut różni się od tego co ktoś zapamięta.
    Świetny tekst Paweł... Nie przedstawiaj pisać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Boze Pawel,powaliles mnie na kolana,uwielbiam Twoje opowiesci,moge je sluchac godzinami a teraz wczytywac sie bez konca.Gdy mowisz o swoich przezyciach albo je opisujesz,to mam wrazenie jakbym byla wszedzie tam gdzie Ty.Wiesz jaki masz dar i genialnie go wykorzystujesz-brawo!

    OdpowiedzUsuń
  3. Skorzystam z okazji, by zapytać, co z powieścią o "Meksyku"? Ja wciąż czekam ;)

    OdpowiedzUsuń