23.01.2025

297. stary znajomy

Facet, z którym siedziałem przy kawo-herbacie (on przy kawie, która mu nie posmakowała, ja przy herbacie, której nie miałem czego zarzucić) powiedział, że woli jeździć sam., Właśnie dlatego, że wtedy może rozmawiać ze spotkanymi, poznawanymi ludźmi. Przez chwilę patrzył na mnie wtedy, jakby szukał porozumienia w tej podróżniczej samotności. A ja przypominałem sobie jego opowieści o górach Rwandy, oraz opowieści wspólnego znajomego, żartobliwe, porozumiewawcze mrugnięcia okiem i mruknięcia, że nie może go złapać telefonicznie, bo zdaje się, że on włóczy się właśnie po Pakistanie. Tego kraju też nigdy nie zobaczę na własne oczy. jestem zbyt ostrożny, zbyt wygodnicki. A z facetem, z którym wybrałem się na napoje, od słowa do słowa zaszliśmy do jego wspomnienia Syrii. "Chyba mój najpiękniejszy wyjazd" powiedział. 

Czasem zastanawiam się, czy powinienem ulegać sentymentom, jeździć wciąż w te same miejsca, zamiast pozostawiać je wspomnieniom. Wybierać spokój zamiast nowego zachwytu. Mijać rozpoznawalnych z widzenia ludzi, których nigdy nie poznam, zamiast sięgać po namiastki poznawania tych, których pierwszy raz widzę na oczy.

Pamiętam wiele rozmów na dworcach i w pociągach. W poczekalniach, kolejkach do kas z biletami. W kiepskich autobusach podskakujących na nie mniej kiepskich drogach. Na górskich szlakach. W małych schroniskach, w ciasnych salkach przy gorących herbatach. 

Chyba kiedyś byłem bardziej ciekawy ludzi.

Może dlatego, że było to "kiedyś", nie ciągnąłem za język starego znajomego i nie wiem, czy nie poczuł się samotny w moim towarzystwie. Dopiliśmy, poszliśmy. Tydzień później on pojechał na Ukrainę, ja zszedłem do piwnicy z koleżankami z pracy, by z rozbawieniem słuchać jak jedna z nich zaczęła piszczeć na widok myszy. Być może wszyscy dostajemy takie podróże i takie ekscytacje, na jakie zasługujemy. 

Ale może jest inaczej. Sięgamy w ciemność, w nieznane, bo tysiąc internetowych przewodników nie przygotuje nas nigdy na jedną chwilę doświadczenia, gdy wysiadamy z pociągu, samolotu, samochodu i w twarz wieje nam nieoswojone, czy to centrum najbardziej cywilizowanego miasta na świecie, czy wioska, czy bezdroże. Sięgamy w ciemność, wchodzimy w nią i odkrywamy światła. I każde z nas widzi co innego.


20.01.2025

296. po wyjeździe

 

Odkryłem, że nic nie napisałem i pozostała na tym dinozaurze, jakim dziś są blogi, tylko obawa towarzysząca nieoswojenie samotnej wyprawie do zdawałoby się oswojonego urlopowego miasta. 

Obawy bywały uzasadnione, bo najpierw nocowałem w Warszawie, w miejscu, w którym raczej nie chciałbym już więcej nocować. Potem mgnienie oka i oto byłem już w Skopje i poświęcałem godziny w deszczu na odnalezienie kolejnego miejsca do zanocowania. Może się człowiekowi wydawać, że zna Skopje i całkiem sporo jego zaułków, ale ono i tak potrafi zaskoczyć takim zakodowaniem adresu, aby był nieznajdywalny. Bo cóż z tego, że człowiek zna tę ulicę o okolicę, że zna najświętszą zasadę lokowania numerów nieparzystych po lewej a parzystych po prawej, gdy ten akurat parzysty jest po lewej, w dodatku niby, nominalnie, przy owej znanej ulicy, a faktycznie wcale nie przy niej. Nie, żebym był zaskoczony, to nie pierwszy taki przypadek w Skopje. I nie ostatni, jak odkryję za półtora tygodnia.

Potem przejazd, zabawny, w busie, który nie był ani tym rozkładowym o 10 ani tym rozkładowym o 11, ale jakimś pomiędzy nimi. Potem Ochryd i adres też łatwy i tym razem naprawdę łatwy i mieszkanie, w którym poczułem się swojsko, z widokiem na jezioro. I tak, musiałem się uczyć tej nowej topografii przestrzeni. Ale też po raz pierwszy w życiu znalazłem KOCYK. Coś o dotyku równocześnie gładkim, łagodnym i ciepłym.

Potem łaziłem. Łaziłem z końcami, po miejscach znajomych i nieznajomych. Uparcie jadałem w miejscach, w których wcześniej nie jadałem. Znajdywałem codziennie inną drogę na wzgórze, pod twierdzę, gdzie w przeważnie pustej knajpie siadywałem na godziny mniej więcej trzy i starałem się kończyć pisanie powieści. Trzeciego dnia pani kelnerka i pani sprzedająca pamiątki zerkały na mnie niekoniecznie bardzo ostrożnie zza baru, zastanawiając się co ja tu u licha znowu robię, w tym lokalu, do którego zaglądają albo stali klienci na specjalne imprezy (wiem z netu) albo tylko raz w życiu turyści, którzy wspięli się na wzgórze, wykupili bilety wstępu do twierdzy i odkryli, że nie ma w niej nic poza pięknymi widokami na cała okolicę. Napstrykali więc zdjęć i nie wrócą tu już może nigdy, a na pewno nieprędko. Sam przecież byłem tam przedtem prawie dziesięć lat wcześniej, a potem już wcale. A teraz proszę, trzy dni. Po mniej więcej trzy godziny.

Następnego dnia poszedłem już do innej knajpy, by patrzeć na świat z drugiego brzegu jeziora. Dobrze zrobiłem, bo później przeczytałem na fejsie, że lokal właśnie się pozasezonowo zamknął na dwa tygodnie.

Łaziłem więc dalej. Z braku przyjaciół, rozmawiałem z obcymi w niedoskonale znanych językach. Nasłuchałem się o albańskiej mafii, o układach, o tym, że rząd bardziej dbał o tamtych, niż o tych, o tym, że świat bywa piękny, ale bywa też i smutny, a miastu nad jeziorem pozostała już głównie przeszłość, bo większość młodych wyjeżdża do lepszych światów. Słuchałem więc o przeszłości: o starożytnych murach i cudach, po których zostały głównie odkrycia historyków i archeologów. Odwiedzałem kościoły i knajpy. A potem pożegnałem się z kocykiem, wsiadłem do lepszego autobusu, przejechałem przez góry, w których sypał już śnieg, lecz w których jak co roku żegnała mnie tęcza. Znów nie bez trudu odnalazłem tajemniczo zaadresowany nocleg w Skopje, wziąłem prysznic, pogapiłem się na gasnące góry za oknem i pozmagałem z samym sobą: iść na koncert serbskiej gwiazdy pop, czy nie iść? Poszedłem. Lało, lało jak nigdy wcześniej w Skopje, poza tą katastrofą sprzed dziewięciu lat, gdy też przemokłem. Wierząc nadaremno w swoją znajomość miasta i wyczucie kierunku wędrowałem przez nocne zaułki, w jakie nie zapuszczałbym się w Krakowie, z obawy, że ich już nie opuszczę. Przekraczałem oceany kałuż i jeden most wyłączony z użycia, lecz wreszcie dotarłem na koncert, gdzie schłem nie na swoim miejscu (moje było okropne) i bawiłem się dobrze. Potem powrót suchą już na szczęście nocą a przez kolejne dni włóczenie się, rozmowy z obcymi ludźmi, kupowanie olbrzymiej liczby papryczek.

I już po wszystkim, jak zawsze. Zostały tęsknoty, obawa przed oglądaniem zdjęć, by nie stały się furtką ucieczkową od rzeczywistości, złudzeniem, w którym bym się zamykał. Zresztą, iloma nowymi ścieżkami bym nie chodził, zdjęcia są te same, co zawsze, z dowolnego zakątka świata: słońce i szczęśliwe widoki, których tak naprawdę nie ma. Bo co dla mnie jest wytchnieniem, dla tamtych obcych ludzi, z którymi rozmawiałem, jest powszedniością, z której pewnie tak samo chętnie by czasem czmychali, jak ja z mojej. Może zresztą, czmychaliby, żeby powłóczyć się po moich powszednich ulicach? Przecież też mieszkam w turystycznym mieście.

 



12.11.2024

295. przed wyjazdem

Zawsze przed wyjazdem przeżywam chwilę zawahania. Po cóż jechać w jakieś obce rejony, włóczyć się nieznajomymi, a niechby i trochę znajomymi ścieżkami pośród obcych ludzi? Tłuc się w ciasnych busach, których resory wykuwano jeszcze w czasach Justyniana, zastanawiać nad pogodą, stanem dróg i wynajmowanych noclegów.? Wydawać w tydzień więcej pieniędzy niż tutaj w miesiąc i obawiać się - jak niepokoi się mój ojciec - trzęsień ziemi w okolicach bardziej aktywnych sejsmicznie niż nasza?

To nie kwestia wieku, miałem tak od zawsze, nawet w dzieciństwie, gdy przecież cieszyłem się na wakacje i wyjazdy.

Tak więc zawahanie się pojawia. Także dziś.

Spojrzałem na łóżko i pomyślałem, że to ostatnia noc, jaką w nim spędzę przez ostatnie dwa tygodnie. Ostatnia, na dwa tygodnie, noc we własnym łóżku. Czy istnieje coś bardziej swojskiego od własnego łóżka, od znajomego kształtu poduszki, od cieni w nocnym pokoju, których się nie obawiamy, tak bardzo są oswojone? Niechętnie opuszczam ten pozór matecznika po przebudzeniach, świadomy, że dotknięcie stopą podłogi, niechby i ciepłą, bo wiem, że ten dotyk oznacza koniec spokoju i bezpieczeństwa, początek drogi przez dzień. Nie, nie mam nic przeciwko dniom, są jednak znacznie mniej oswojone od nocy we własnym łóżku.

Zatem wyjadę, by spać w obcych pościelach, w sypialniach, których topografia będzie dla mnie najpierw nieznana, później już cokolwiek rozpoznana ale nieoswojona. Może obudzę się którejś nocy i przez kilka sekund będę sądził, że znajduję się w innym miejscu? Przez okno, za którym mieszkać będą inne widoki popłynie nieco światła, od księżyca, od gwiazd albo od nieba odbijającego blask miasta. Zorientuję się, gdzie jestem. Poczuję rozczarowanie a może przeciwnie, zadowolenie z egzotyki chłodnej pościeli. Bo pościel w innych łóżkach zawsze jest chłodniejsza.

Takimi myślami gaszę niepokój przed wyjazdem. 

31.05.2024

294. z zaświata

 


 

 Niektórzy mówią, że chwile, które przeżyliśmy, zostają z nami na zawsze. Inni, jako że pamięć jest zawodna a i skłonna do zmyśleń, że umierają w nas bez końca. I już kwadrans po zdarzeniu nie są tym samym co u zarania, gdy, to co wspominamy, naprawdę się wydarzało.

Być może więc świat, który był, jest wielką nekropolią czegoś, co już nie wróci inaczej, jak zniekształcone i nieprawdziwe. Zaświatem. Nie: piekłem, niebem bądź czyśćcem, lecz przestrzeniami zamykającymi w sobie wszystko, co sprzed zmiany, jaką jest każda mijająca sekunda.

Za sekundę nie będę już tym sobą, którym jestem pisząc te słowa. Jutro, gdy może spojrzę na nie, by sprawdzić, czy nie trzeba nanieść poprawek, będę je czytał okiem kogoś prawie obcego, dostrzegającego błędy przegapiane dziś, bo wolnym już od tego zaangażowania, jakim jest pisanie.

Ale czemu o tym wszystkim wspominam?

Przeglądałem wczoraj zdjęcia na telefonie i sięgnąłem aż do roku 2019, kiedy to, klnąc z cicha, wsiadłem w samolot do Wiednia, by półtora dnia później wsiąść tam w samolot do Moskwy, bowiem nałożyły mi się dwa wydarzenia.

Przeglądałem zatem wczoraj zdjęcia z Kaługi (do której pojechałem z Moskwy pociągiem), gdzie spędziłem kilka dni w towarzystwie polskich i rosyjskich literatów oraz ludzi na różne sposoby z literaturą związanych. Odwiedziłem, oczywiście, muzeum kosmonautyki, odwiedziłem dom Ciołkowskiego, zwiedziłem miasto samotnie i z przewodnikiem, który opowiadał nam o między innymi o Matce Boskiej ratującej właśnie w Kałudze kraj przed Napoleonem a potem przed Hitlerem.

A pewnego dnia, z grupą, zawędrowałem do parku, w którym właśnie odbywał się wesoły festyn, adresowany chyba głównie dla dzieci. Mnóstwo śmiechu, harmidru. Jacyś uśmiechnięci poprzebierani ludzie, przedstawienia dla dzieci, poczęstunki i balony. Szliśmy przez ten słoneczny park, może myśleliśmy o zbliżającym się już wyjeździe, może o kolacji, może o wizytach w księgarniach, w poszukiwaniu także własnych książek.

Tak, to było już po 2014, po aneksji Krymu. Więc może nie powinno nas tam być.

Ale, rozumiecie, to słońce, ten ładny park, te dzieci, ci poprzebierani uśmiechnięci ludzie, wata cukrowa, lody, dekoracje, jak ta na zdjęciu, z "Alicji w Krainie czarów" - opowieści powstałej w umyśle angielskiego matematyka a jednak przybyłej do kraju który oficjalnie zachodem się brzydzi. Kolory i radość, śmiech dobiegający zewsząd.

Dziś nie sposób nie patrzeć na to jak na zaświaty, nie nibylandię lecz nekropolię, zamieszkałą przez cienie ludzi będących przecież obywatelami państwa-upiora. Być może w Kałudze wciąż urządzane są festyny (nie byłbym zdziwiony), jednak to wszystko dzieje się za mgłą wojny, za polami trupów, za siedmioma rzekami krwi, za siedmioma górami zezłomowanej stali. I być może tego wszystkiego wcale nie było. Jak mogło być tyle wesołości, gdy wokół, poza tym słonecznym parkiem ale i w nim równocześnie, tak strasznie.

Wspomnienia, być może, nie istnieją. Jesteśmy tylko my, tu i teraz, przez sekundę, może nawet krócej, zmyślający sobie świat miniony i siebie w nim. Wszystko to opowieści.

W jakiś sposób owa wizyta, tak dawna, że nie dziś nie mogę patrzeć na nią jak na prawdziwą, wpłynęła na mnie i tak, że coś z niej znajduje się w opowiadaniu "Imperium", które ukaże się za miesiąc w "Nowej Fantastyce". Kto je napisał? Ja? Który?


10.05.2024

293. wspomnienie z fejsa

 Czasem fejs podrzuca taki tekst: "mamy nadzieję, że to wspomnienie sprzed ... lat sprawi ci radość".
Tym razem rzeczywiście sprawiło. Ale pomyślałem też, że jak to bywa z wpisami na fejsie, przepadnie zaraz i nigdy  nie zdołam się do niego dokopać.

Skopiuję je więc sobie tu.

A powrót (jak wiele innych powrotów) wygląda tak.

 
Myślisz, że samoloty zabiły część magii. Bo jakże to tak: przed chwilą siedząc w ogródku knajpki ot tak pojawiającej się niemal na środku drogi, przekonywałeś się, że Włosi potrafią robić wyśmienite piwo. Słońce coraz bezczelniej szturmowało twoje plecy. Para Chińczyków zabawiała się dokarmiając gołębie jak piaseczniki (cieszyło ich obserwowanie, jak wyłania się brutalny dominator), póki kelner nie rozpędził ptaków kopniakiem i nie zagroził turystom, że za dokarmianie latających szczurów grozi pięćdziesiąt eurasów kary. Przy czym kelner był prawdziwy - bliżej mu było do pięćdziesiątki niż czterdziestki. Poruszał się szybko i szybko mówił, ale wszystko było serdeczne (choć bez niepotrzebnej zażyłości) i profesjonalne. To nie był studenciak na wakacyjnym dorobku, ale prawdziwy fachowiec. Poruszał się pewnie, dominował nad ogródkiem i wystarczył mu ułamek chwili, by zorientować się w twoich potrzebach i przyjąć zamówienie. I wiedział kiedy i po co podchodzić do stolika. Nie pytał: "Czy państwo jeszcze sobie czegoś życzą", tylko kładł przed tobą kartę deserów pewien, że nie zdobędziesz się na rzucenie wyzwania jego maestrii ignorując te wszystkie niekoniecznie słodkie cudeńka. A gdy już kończyłeś deser, pojawiał się nagle i jakby nigdy nic rzucał: "espresso?". Nie robił tego jak zalotno - porozumiewawczy Clooney, ale jak mistrz, który daje ci do zrozumienia, że właśnie otrzymałeś szansę właściwego domknięcia dzieła sztuki.

Kiedy gdzieś znikał, między stolikami wędrowała starowinka licząca lat może sto trzydzieści, może dwieście. Roznosiła kawy i desery tam, gdzie on z jakichś przyczyn nie docierał. Poruszała się żwawiej niż ja w najlepszych latach i nawet nie próbowała przyciągać uwagi, albo sugerować, że ta para Rosjan, która zamówiła wyłącznie wodę i hasło do wi-fi powinna była jednak poszukać jakiegoś McDonalda. Była trzy razy mniejsza od boga kulinarnych sugestii i gdyby nie sprawiała wrażenia, że pamięta czasy, gdy Shylock padał ofiarą zakochanych młodocianych ważniaków, byłaby pewnie niewidzialna.

Prawdziwie niewidzialna była za to kucharka. Mogłeś dostrzec ją tylko przypadkiem, jeśli miałeś szczęście i zrozumiałeś, że ten odblask na szybie to nie promień słońca bezczelny jak gołąb, ale jej niezbyt śmiałe oczy i usta. Przypominała posąg. Wtulona w telefon słuchała, coś tam szeptała cichutko, prawie nie poruszając ustami, nie odsłaniając ani przebłysku zębów. Wszystko w niej było krągłe: i te oczy, które wydawały się jakby szeroko otwarte ze zdumienia, choć patrzyła tylko na ścianę kościoła po drugiej stronie ulicy, i usta, za które gwiazdy filmowe zabiłyby i ją i ciebie i siebie nawzajem. Była tak śliczna, że zapragnąłem natychmiast uciec stamtąd jak najdalej, ze strachu, że trafi mi się jakaś "przerażająca śmiałość sekundy porywu" i jej naturalne konsekwencje: wstyd i zażenowanie.

To wszystko było przed chwilą. A skok samolotem do Monachium i drugi do Krakowa sprawił, że teleportowałem się o tych dwadzieścia stopni Celsjusza na niekorzyść wielbicieli ciepła. Siedzę zdumiony zagryzając kawałki przywiezionych stamtąd serów, których smak właśnie skończyłem dopełniać zawartością maleńkiej (250 ml) buteleczki super taniego a jakże pysznego wina i myślę o tym jak bardzo samoloty zabiły magię podróżowania.

Bo przecież jeszcze przed chwilą...

7.12.2023

292. braki narracyjne 2


 

 

O jak bardzo tłukł się bus, którym jechaliśmy! Musiał pochodzić z książęcej rodziny, bo miałem wrażenie, że podskakiwałby nawet na ziarnku grochu. Wyboje znacznie przewyższały głębokością, jak i wielkością zielone kuleczki, toteż odczuwaliśmy je potężnie. Mnie wydawało się, że bus zupełnie był pozbawiony resorów, w istocie siedziałem na wysłużonym resorze i cierpiałem razem z nim. 

Myślałem przy tym o ileż przyjemniejsza była rok wcześniej wyprawa z Tirany. Bus tak nie trząsł i pędził po piękniejszych krajobrazowo drogach. Pędził tak, że aż jedna z pasażerek musiała poprosić o przerwę, by wysiąść i uwolnić zawartość żołądka. Odpalający bowiem jednego papierosa od drugiego i prawie nie wypuszczający z ręki telefonu komórkowego kierowca nie zdejmował bowiem stopy z gazu na krętych górskich serpentynach. "Moja żona by tego nie zniosła" - oświadczył wysiadając Roro.

Gdy jechaliśmy ze Skopje, gorszą drogą i gorszym busem, który - jak to zwykle bywa przy mniej przyjemnych okazjach - przekroczył termin i jechał dłużej niż przewidywał rozkład, choć nie musiał mijać po drodze granicy, jak ten z Tirany, Roro też męczył się chyba bardziej niż ja. Wysiadł zmaltretowany i zły. "Nigdy więcej" - mamrotał. - "Majki, musimy coś wymyślić, żeby nie wracać tym busem".

Nic nie wymyśliliśmy, ale nie wracaliśmy nim. Gdy przyjechaliśmy niecałe dwa tygodnie później na dworzec, dojrzeliśmy normalny autobus i natychmiast kupiliśmy doń bilety. Był tańszy, szybszy i wygodniejszy. Co ciekawe, gdy sprawdzaliśmy go w sieci, też opisano go jako zwykły bus. Nie wybraliśmy więc nań, lecz na następny, bo nie chciało nam się na niego wcześniej wstawać. Zdążyliśmy więc nań właściwie przypadkiem.

To żadna opowieść, prawda? Ot, samochód się trząsł na kiepskiej macedońskiej drodze. Kiedy potem rozmawialiśmy o korzyściach z turystyki, kosztując rakii przywiezionej przez producenta pod masarnią prowadzoną przez polsko-macedońskie małżeństwo, mąż (Macedończyk) narzekał na te drogi, mówiąc, że póki nie zostaną wyremontowane, turyści będą mniej chętnie przyjeżdżać. Trudno było zaprzeczyć, wytrzęsieni przez ponad trzy i pół godziny, nie myśleliśmy o Macedonii z miłością. Mroczało już na niebie, garbiliśmy się pod ciężarem bagaży i nie mieliśmy pewności jak szybko dotrzemy do wynajmowanego mieszkania. W dodatku gospodyni nie odpisała na sms i nie odbierała telefonu. 

Zatem, to żadna opowieść. Znaliśmy już te góry i tę drogę, nic nas  nie zadziwiło. Kierowca nie szalał jak ten albański, muzykę dość szybko zmienił na zachodni pop. Zbierał po drodze paczki dorabiając najwyraźniej jako kurier. Gdy wreszcie dojechaliśmy do Ochrydu, jakiś facet odebrał je od niego i zawołał: "Ochryd centrum to tutaj! Jak ktoś chce do centrum, niech wysiada!". Wyjrzeliśmy z Rorem za okno. To nie było centrum, w istocie tych, którzy wysiedli czekał jeszcze nie taki krótki spacer. Niemniej, bliżej stamtąd było do centrum, niż do dworca autobusowego, na który mi zmierzaliśmy.

I tyle. Wytrzęsło nas, wysiedliśmy zmordowani, wynajęliśmy taksówkę, dojechaliśmy na miejsce, choć sam taksówkarz nie był pewny adresu. Wyszła nam naprzeciw starsza pani mówiąca wyłącznie po macedońsku. Dopiero po chwili przyszła jej córka, Jadranka, z którą się umawiałem. Mieszkanie okazało się być świetne, choć musieliśmy się do niego wspinać na ostatnie piętro.

Nie będzie pointy, podsumowania, nagłej wolty ukazującej tę podróż w innym świetle. To tylko notka o męczącym dojeździe. Wciąż nie znam melodii tego wyjazdu.

23.11.2023

291. braki narracyjne


 Od blisko tygodnia zastanawiam się, jak to sobie opowiedzieć. Nie wam (zresztą was tu w zasadzie nie ma - ani w chwili, gdy to piszę, ani gdy odejdę od klawiatury; nawet jeśli to czytacie, to nie ma was teraz i wtedy, gdy przy tekście jestem ja, to co zostanie to echo chwili, czasem tak inne niż zwykły ja, że bywam zaskoczony wracając do literek jako czytelnik, nie autor), lecz właśnie sobie. 

To był wyjazdy w znajome miejsca. I takim właśnie miał być. Czułem rozbawienie na myśl o tym pomyśle, ponieważ pamiętałem rozmowę sprzed kilku lat, gdy wyrażaliśmy wyczerpanie naszego zainteresowania Ochrydem i Skopje. Już byliśmy, już dotknęliśmy, już spędziliśmy tam trochę czasu. A potem, po paru latach, po pandemii, rok temu, wyobraziłem sobie słowo: "jezioro" i przygnało nas tam znowu.

Aż nastał ten rok i przez dziesięć miesięcy jego trwania było dla nas oczywiste, że tam wrócimy. Nad jezioro.

I teraz nie wiem, jak to sobie opowiedzieć. Bo to nie było spontaniczne rzucenie się na ceny biletów i sprawdzanie połączeń by spełnić nagłe marzenie wywołane chwilą nostalgii. To było zaplanowane, z premedytacją dokonane wyjechanie, które mimo to do ostatniej niemal chwili drżało na włosku, a gdy wsiadałem do pierwszego z samolotów czułem przygnębienie, jakbym sam siebie skazywał na upadek. Liczyłem szepty od losu podpowiadające, że nie powinienem był jechać, liczyłem liche zapasy finansowe, liczyłem dedlajny i zobowiązania odłożone na później - wszystko to, co stawało na drodze ochocie na wyjazd.

Bywało potem, już w Ochrydzie, że budziłem się w nocy i musiałem siłą odpędzać niechciane myśli, by móc zasnąć z powrotem. Bywało, że myślałem o tym wyjeździe, jak o przedsionku katastrofy. 

I nadal nie mogę dla niego znaleźć melodii. Może na szczęście, bo przygnębienie nie jest tą melodią, choć czułem je, z chwilami wytchnienia, przez cały wyjazd na karku, aż do przed-przedostatniego dnia, gdy siedzieliśmy w knajpie, do której weszliśmy, bo dzień wcześniej piękne tam widzieliśmy kelnerki, a teraz zaprosiła nas do środka brunetka tak obłędna, że nie skorzystanie z tego zaproszenia, choćby po to, by czasem na nią zerknąć, byłoby grzechem śmiertelnym.

I tam właśnie, w tłumie dzieciaków, pod grane na żywo przez duet gitarzystów szlagiery amerykańskie i lokalne, tam, przy piątym może piwie, z widokiem tej obłędnej brunetki przed oczami (okazała się starsza, niż sądziliśmy na pierwszy rzut oczu, dostrzegliśmy to, gdy później podeszła bliżej i dało się zobaczyć owale zmęczenia pod makijażem), tam zeszło ze mnie wreszcie napięcie. Potrzebowałem na to prawie dwóch tygodni.

Więc nie ma jednej melodii. Są chwile. Jak kilkugodzinny spacer wzdłuż jeziora aż do hotelu prowadzonego przez Hindusów, do którego zeszliśmy, żeby napić się piwa. Trochę ciągnąłem Rora przez ten spacer, bo miałem wrażenie, że był gotów zawrócić chwilę wcześniej, a ja za żadne skarby zawracać nie chciałem. Mógłbym tak iść przed siebie choćby do Albanii. Ale czułem, że Rorowi zaczyna brakować cierpliwości, nawet jeśli wszystko mu się po drodze spodobało.

- Zejdziemy do te wioski, napijemy się piwa i wracamy - zaproponowałem.
- Skąd wiesz, że będą mieli tam piwo?
- Mieszkają tu ludzie, nie? Tam, gdzie mieszkają ludzie musi być sklep z piwem.

Nie było. Nie była to bowiem prawdziwa miejscowość ale zatoka hoteli. 

- Sprawdźmy jeszcze w tym hotelu - wskazałem budynek reklamowany nazwą "Slawija". Jak nie będzie to trudno, wracamy.

Roro był równie spragniony piwa jak ja. Poszliśmy. Hotel był pusty, nie licząc Hindusów. Pogadaliśmy, kupiliśmy piwo w hotelowym barze, a gdy to robiliśmy jakiś facet rozkładał dla nas stolik i fotele na tarasie. Warto było. Jak warto było wybrać się do kawiarni Most, by gapić się z jej ogródka na kościół Św. Jowana i na kelnerkę o ładnych oczach i uśmiechu oraz obfitym biuście, jak warto było iść do samego Św. Jowana, by po pięciu czy sześciu lat jeżdżenia tam wreszcie zastać kościółek otwartym, jak warto było...

Parę chwil. Trochę poszarpanych pomiędzy deszczowymi dniami, kacem po wypiciu zbyt wielu win (z rakijami), martwieniem się o kasę, spaniem w łóżku o nieco zbyt miękkim materacu, spaniem w apartamencie przebudowanym przez szalonego wielbiciela grozy i - chyba - Alicji w Krainie czarów, szukaniem budynku, w którym mamy spać, rozmowami i brakiem rozmów, kartami i brakiem kart, narzekaniem na urodę Macedonek i wpadaniem nad nią w zachwyt, spacerami i siedzeniem cały dzień w domu (bo kac i deszcz), oglądaniem smutnych teledysków, odkryciem, że Irish Pub może być fajny...

Ten wyjazd nie ma melodii i nadal nie wiem, jak go sobie opowiedzieć. Ale cieszę się, że się odbył.