08.08.2010

92. dziecko rockowego przedszkola

Czułem jak pęcznieją mi w brzuchu pobudzane przetrawianym kebabem w cieście jelita. Nie pomagał piasek wysypujący się - ziarenko po ziarenku z nerek, drażniący drogi moczowe i obciążający jedną nerkę nabierającym wagi bólem. Zdrętwiała mi lewa stopa, przesunąłem ją, uniosłem. Kropiło wspomnienie, a może zapowiedź deszczu? Zadzierałem więc łeb w górę, by przekonać się, jak będzie. A prócz tego obok mnie kolebała się zgrabna dwudziestokilkulatka drażniąca mnie tajemnicą twarzy zasłoniętej włosami, których kolor zatrzymał się wpół drogi pomiędzy cieniem a jasnością. A przecież naokoło mnóstwo było innych jeszcze pięknych dziewcząt i kobiet i mój nieszczęsny wzrok ganiał od jednych do drugich. Czasem deszcz jednak spadał i wtedy lśniły od niego i od kolorowych świateł rozkołysane parasole i parasolki. Ilość danych rozpraszających moją uwagę pokonywała raz za razem skupienie.

A wszystko to przy całym szacunku dla Smolika i mistrza Stańki. Ten drugi potrafił przebić się przez chaos wrażeń, obudzić wyobrażenia ciemnych ulic wielkich miast rodem z Kojaka czy Chandlera z pocieniami ludzkich postaci i samotnymi samochodami o szerokich maskach. Mimo to wciąż czułem pęczniejące jelita, piasek w nerce, wciąż zerkałem z ciekawością w lewo licząc, że może tamta dziewczyna odgarnie włosy i mignie mi jej twarz.

A potem uderzyła we mnie przesterowana, brudna szarpanina gitar, jakiej nie słyszałem już dawno. I wszystko zniknęło. I wszystkie niepokoje mojego ciała i ciekawość tej dziewczyny i pokusy innych kobiecych ciał. Ba nawet wyobrażenia zniknęły, były tylko uderzające we mnie fale dźwięków - dzikich, niepokornych. Jedna myśl tylko się do mnie przedarła - że jednak na nic propaganda identycznych stacji radiowych, erotyczne wygibasy kolejnych skąpo odzianych gwiazdek, na nic nawet upodobanie do spokojnych, kojących nut. Wszystko to blednie i znika, bo dzieciak, którym byłem dorastał w zgrzytliwych jazgotach rocka i do dziś potrafi odnajdywać w nich zadziwiającą, paradoksalną harmonię i do dziś potrafi go ona uwodzić i porywać.

Magicy, którzy ukradli mnie z materialnego świata to Kim Nowak, kolejne objawienie klanu Waglewskich, niosącego upupionemu muzycznie światu radość i nadzieję. Nie mogę napisać o ich muzyce nic, ponad to, że wobec niej i wobec jakże wagleskawych tekstów, znów byłem jak dziecko zachwycone jakby pierwszym kontaktem z czymś nowym i radosnym. I pięknym.

Kiedy przestali grać, na scenę wszedł Wojciech Waglewski i hipnotyzował mnie po swojemu prawie do północy, czy grał z synami, z Maleńczukiem, czy z VooVoo. I dopiero, kiedy wszyscy oni zeszli ze sceny, zorientowałem się, że wielki uśmiech rozsiadł mi się na twarzy.

Całość nazwano "męskim graniem". Nie warto go przegapiać, a wciąż krąży po Polsce

1 komentarz: