03.12.2012

198. po wystawie

Na wystawie reklamowanej we wcześniejszym wpisie można było zobaczyć zdjęcia, których jakości nie umiałem profesjonalnie ocenić. Potrafiłem docenić urodę, bądź tematykę niektórych, jednak daleko mi do profesjonalizmu, jaki przejawiali niektórzy stojący przede mną bądź za mną i wykazujący uznanie dla kadrowania, używania światła oraz sztuk, które są dla mnie obce. Dlatego nie będę się wymądrzał na temat wystawy.
Napiszę o jednym zdjęciu, które mogło zrobić wrażenie nawet na kimś, kto się na sztuce fotografii nie zna prawie wcale.

Zdjęcie to przedstawiało szczerą, nieskrępowaną radość. Radość niemal dziecięcą, bo pełną swobodnego lekkiego entuzjazmu, za którym stoi coś na kształt szczęścia. Tę radość beztroską nienaznaczoną głębokimi refleksjami, ale odruchową, żywą, prawdziwą.
Malowała się ona na twarzy osiłka w czarnym uniformie i berecie, młodego chłopaka, jednego wśród wielu mu podobnych. Zachodzili właśnie od tyłu jednego z uczestników milczących marszów w Mińsku, o których zdążyliśmy już przeczytać i spakować wiedzę o nich gdzieś w tych zakątkach pamięci, które nie odpowiadają za pierwsze skojarzenia i podręczne wspomnienia niezbędne na co dzień. Owe ciche, klaskane protesty polegały na zwyczajnym na pozór wychodzeniu z domu i przechodzeniu ulicami w ciszy, przerywanej tylko od czasu do czasu klaskaniem. Protestujący nie szli w grupie, ale zwyczajnie, jakby udając się do pracy, do kina, czy na spotkanie z przyjaciółmi. 

Milicja zasadzała się na nich. Kryteria, według jakich milicjanci wybierali zatrzymanych pozostają dla mnie  tajemnicą. Może zabierali tych, których przyłapali na klaskaniu? Chodzili pośród ludzi, obserwowali ich a w pewnym momencie ruszali ku upatrzonej ofierze. Stosowali proste drapieżcze metody - namierzali cel, otaczali go i chwytali. Ze zdjęć wynika, że lubili atakować od tyłu. Ofiara nie wiedziała, że od schwytania dzielą ją już tylko sekundy, chyba, że dostrzegła coś w oczach idących z naprzeciwka, albo zdziwiło ją uczucie, że za jej plecami narasta to dziwne napięcie. Mogła się jednak nie zorientować, że jest ścigana. Z tyłu trzech (na zdjęciach) mężczyzn w czarnych mundurach już wiedziało. Przez sekundy od wypatrzenia ofiary do jej schwytania milicjanci posiadali ukrytą wiedzę o losach innego człowieka. Wiedzieli coś istotnego, czego on o sobie jeszcze nie wiedział. Przynajmniej jednemu z nich ta przewaga sprawiała frajdę podobną do tej, jaką dziecku może sprawiać przewaga podczas gry, albo i sama zabawa.

To chyba nic nadzwyczajnego cieszyć się władzą i przewagami. Nie jestem więc zaskoczony szczęśliwą radością malującą się na twarzy białoruskiego milicjanta, który już za chwilę miał aresztować młodego mężczyznę za to, że ten szedł w milczeniu ulicą i może klasnął raz czy dwa. Przecież oglądałem film "Zawrócony", w którym zomowiec krzyczał z równie szczerą radością: "Laliśmy Solidarność po dupie!".

Łatwo jest wierzyć, że radość to wyłącznie dobre uczucie. Powinna być przynależna dziecięcym uniesieniom, dobrym chwilom, których wspomnieniami będziemy tłumić burze, niepokoje i ból przez wszystkie dorosłe lata. Chwile radości wspominamy z ochotą, cieszymy się nimi, grzejąc się w ich cieple. Lubimy wspominać dzieciństwo, pierwsze pocałunki, chwile na szczytach gór, albo w lasach, gdy obserwowaliśmy światło tworzące zielone kurtyny między liśćmi.

Nie wiem ilu ludzi służyło w ZOMO i z ochotą "lało Solidarność po dupie". Ale odkąd zobaczyłem tamto zdjęcie, nie mogę odpędzić od siebie przekonania, że wśród nas żyją ludzie, o których trochę zapomnieliśmy w pogoni za agentami i sensacjami. Tak, jak my, wspominają czasem najradośniejsze momenty swojego życia. Pewnie są wśród nich wspomnienia dziecięcych zabaw, uniesienia pierwszych miłości i te rozkoszne chwile, kiedy czaszki trzaskały pod uderzeniami ich pał, kiedy się ich bano, kiedy można było wpaść w tłum i bić. I tak jak my, tęsknią do wszystkich swoich minionych szczęść i radości.

2 komentarze:

  1. No dobra. Momentami - tam, gdzie nie widać narratora - jest to wręcz herbertowskie (a nieczęsto używam tego określenia).

    pozdrawiam
    allegra walker

    OdpowiedzUsuń