02.11.2016

264. nie ma świata, idzie wojna?

Czytam sobie do śniadań "Wojnę i Pokój", zalewie po raz trzeci albo czwarty. I jak zwykle uderza mnie to, jak Tołstoj ukazuje tych wszystkich podłych Rosjan dławiących nas bagnetami i tyranią, taplających się w naszej krwi, pożerających nasze ciała, szykujących się do kolejnej wojny, w której dołożyli wszelkich starań, by odebrać nam naszą nadzieję na niepodległość, tych pełnej złości satrapów, sadystów pełnych nienawiści, te hordy nienasyconych kanibali - jako ludzi dobrych. Czasem małych, czasem słabych, czasem złośliwych, ale zawsze z odrobiną przynajmniej dobroci wyglądającej przez te wszystkie krynoliny, etykiety i inne drobiazgi, które potrafią czyni nasze życie nieznośnym a nas upadlać. Oczywiście, siła Tołstoja leży w tym, że oni wszyscy przestali być po prostu Rosjanami, stali się uniwersalną ludzkością, która stara się żyć. I jeśli tak na nich spojrzę, to mogę zapomnieć o tej nienawiści do nas i widzieć tylko ludzi, którzy tak naprawdę są, lub mogą być, lub starają się być ludźmi dobrymi. 

Czytam sobie, by przygotować się na nowego Szostaka, "Odyseję". Też nie pierwszy chyba raz, ale trudno mi to określić, bo ileś tam razy czytałem ją sobie we fragmentach, opracowaniach, interpretacjach, gąszczach tłumaczeń. No, ale czytam. Konfrontacja Tołstoja i Homera sama do mnie przychodzi. Objawia się najpierw myślą, że w przeciwieństwie do Tołstoja Homer nie stara się opowiadać o ludziach dobrych. Potem myślę, że nie, że nie mogę przykładać do siebie szlachetności, tak jak je rozumiano dwieście lat temu w Rosji i tak, jak ją rozumiano hen, w mitycznej Grecji. A trzecia myśl, trochę szydercza, mówi, że mogę wszystko, jeśli tylko potrafię się usprawiedliwić. 

I myślę, że bohaterowie Homera jednak nie starają się być ludźmi dobrymi, jakkolwiek byśmy tej dobroci nie definiowali, a Homer nie próbuje ich tak przedstawiać. Nie drwi z nich równie okrutnie jak Szekspir w "Troilusie i Kresydzie", ale pokazuje ich jako ludzi wątpiących (to jak Tołstoj, u którego pozbawionymi wątpliwości, choć nie obaw i lęków, są chyba tylko kobiety i młodzieńcy), lecz do końca wiernych zasadom świata, po którym chadzają bogowie. A dobroć nie należy do cnót tamtego świata.

Leży i czeka na mnie na półce nowy Twardoch, którego tylko napocząłem i zaraz odłożyłem ze strachem, bo wystarczyło mi kilkanaście stron lektury, by zrozumieć, że niełatwo mi się będzie od niej oderwać. A zbyt wiele mam teraz na głowie własnego pisania, bym się angażował w cudze 

            - wiem jak to brzmi, po tym, jak zasiedziałem się nad Tołstojem i Homerem, ale 
               lektura znanych już sobie książek jest inna, bywał mniej angażująca, jeśli się
               jest na nią gotowym; znaną już powieść można przerwać w dowolnym momencie,
               a ona się o to nie obrazi, można zresztą czytać takie powieści nieco instrumentalnie,
               albo wręcz terapeutycznie, przecież podczytuję teraz  "Koniokrady" Faulknera za
               każdym razem, nim siądę do pisania takiej jednej historii, ale trzymam pod ręką
               "Cień w ukryciu" Cooka dla odpoczynku, cały czas kusi mnie, by przeczytać jeszcze
              raz dla przyjemności, "Formy Chaosu"Kappa", więc wszystkie te powieści, do których
              powracam, nie niosą tego niebezpieczeństwa, co powieść nowa -

Do tego boję się, że zastanę u Twardocha tych samych bohaterów, których często u niego zastaję: wyobcowanych i dzikich.

Dobrze byłoby teraz machnąć jakieś podsumowanie, żeby ten wpis nie był tylko sumą: ochoty, by coś tu wpisać po dwóch miesiącach ciszy, chwili ochoty oraz znalezienia pretekstu. Dałoby się pewnie ułożyć jakąś pewność albo pytanie; zdziwić się, że Homer pisał o ludziach zjednoczonych ze światem, okrutnym i niesprawiedliwym, ale mieszczącym się w jakichś regułach i pozostawiającym nieco szans dla śmiałych mężów, Tołstoj o ludziach dobrych a Twardoch o wyobcowanych. Albo, że Homer i Tołstoj czasem podłości swoich bohaterów ukrywali, bądź usprawiedliwiali (bądźmy szczerzy, Odys, mierzony naszymi standardami, to kawał sukinsyna), a Twardoch się tych podłości nie boi. Albo może, gdybym wykazał  się odpowiednim uporem, znalazłbym jakieś literackie prawo, silne niczym twierdzenia fizyków.

Ale, z jakichś powodów, telepie mi się w głowie ta jedna myśl: "wyobcowanie". Herosi Homera, jak bardzo samotnymi byśmy ich nie widzieli dziś, należeli do swego mitycznego świata. Dobrzy ludzie "Wojny i Pokoju" istnieli w swoich salonach i pałacach, nawet jeśli się w nich nie mieścili i z ulgą uciekali na wieś, lub na wojnę (wiem, jest "Anna Karenina" o tej słabej trzpiotce, która niszczy życie wszystkim wokół siebie i jeszcze gorszym od niej egotycznym pawiu, z których kino zrobiło tragicznych kochanków prawie na miarę Romea i Julii, jakby nie zauważając, że miłość tych od Szekspira ma jednoczyć, podczas gdy romans tych od Tołstoja to totalny rozpizd w imię pogardy dla wszystkich, którzy nie są nimi, ale w "Annie Kareninie" nie ma ludzi wyobcowanych tak, jakby owo wyobcowanie stanowiło sens ich istnienia, jest idiotka, która wyobcowuje się sama i drań, który ją do tego porywa, a potem porzuca - on akurat idealnie mieści się w tamtym świecie). Ale Twardoch - i przecież nie tylko on - pisze o ludziach, dla których wyobcowanie jest doświadczeniem  fundamentalnym, niemal konstruuje ich istnienie.

Więc może zgubiliśmy świat? Odys, Hektor - doskonale wiedzą gdzie żyją i pasują do swego świata. Bołkońscy i Rostowowie takoż, nawet jeśli czasem czują się obco na salonach, mają dokąd uciec, także w ramach swojej zastanej i poukładanej rzeczywistości. Ale bohaterów Twardocha często łączy wstręt wobec świata, tak jak bohaterów Szostaka zagubienie w nim i zdziwienie nim, a bohaterów Orbitowskiego trwoga wobec niego (chyba trochę uogólniam i podpinam pod tezę, bo tak ładniej to mi się układa). Mamy szukać dalej? Ta nieprawdopodobna łajza, bohaterka "Ciemno, prawie noc" Bator światem wyłącznie gardzi. Niby w jej umyśle istnieje jakaś rzeczywistość godna cieplejszych uczuć, ale wydaje mi się ona wytworem jej wyobraźni. Bohaterowie Małeckiego też nigdy nie pasują do świata. Jeden Radek Rak zdaje się stąpać nieco inną ścieżką, ale nie jestem pewien, czy na pewno. Bo on chyba pisze między innymi o ludziach, którzy rozpaczliwie chcieliby do świata pasować, ale niekoniecznie potrafią. Orbitowskiemu też się to zdarza ostatnio, albo ostatnio to ja zacząłem u niego zauważać.

Może więc zgubiliśmy świat? Tę rzeczywistość, która byłaby dla nas poniekąd oswojona, przynajmniej pod względem reguł. Może nawet dziką, ale jednak taką, do której przynależymy. To byłoby dziwne, bo przecież żyjemy w rzeczywistości supercywilizowanej. Wszystko ma w niej swoje miejsce, a my staramy się być grzeczni i poukładani. A tymczasem znaczna część literatury wokół której się kręcę zdaje się głosić, wyobcowanie i poczucie uwięzienia w świecie, który nie tylko do nas nie należy, ale do którego my nie przynależymy. Jakbyśmy nie chcieli tej dostatniości, której zresztą nie rozumiemy i którą odnajdujemy jako obcą. A takie poczucie uwięzienia i wyobcowania - czy nie prowadzi do buntu?

Czy Szostak, Twardoch,  Orbitowski, Małecki, Rak, ale też Tokarczuk (jej bohaterowie zdają mi się na tym tle podobni do bohaterów Raka), ta nieszczęsna Batori nie robią tego samego, co politolodzy socjologowie i im podobni? Czy nie wieszczą jakiegoś wielkiego bum?

Nie o takim podsumowaniu myślałem zaczynając pisać, gdy tak naprawdę, sądziłem, że obejdzie się bez jakiegokolwiek podsumowania.


1 komentarz:

  1. Sęk chyba w tym, że ta rzeczywistość jest właśnie supercywilizowana i wszystko ma swoje miejsce. A człowiek choćby skisł, supercywilizowany nie będzie. Może próbować, ale ten domek z kart chyba prędzej czy później musi się sypnąć. Znaczy no - tak myślę. Przypuszczam. Nie wiem, ale się wypowiem.

    A tak naprawdę, to po prostu ogromnie mi się spodobało to, co piszesz o Homerze. Bo tak właśnie.

    OdpowiedzUsuń