02.03.2017

265. ...i ty też




Kiedy Piętaszek po raz pierwszy odnalazł Robinsona, ten dreptał ciężko plażą przygarbiony pod ciężarem nadziei. Fale przyboju podszczypywały go w nos prawie dotykający piasku. Mężczyzna w futrze owiniętym wokół miejsc, którym przydałoby się nieco chłodu i odsłaniającym te, które należałoby lepiej chronić przed słońcem, zrobił na Piętaszku przygnębiające wrażenie.

Później, gdy obaj nauczyli się porozumiewać na tyle dobrze, by zrozumieć inne słowa niż tylko: „głodny”, Piętaszek dowiedział się, że pomylił się podczas pierwszego spotkania z Robinsonem. Owego dnia Robinson nie był zmartwiony lecz szczęśliwy. Śledził ślady ludzkich stóp odbitych na piasku i pod nosem przyprószonym morską pianą mamrotał hymny na ich cześć.

Lecz tego samego dnia Piętaszek pojął coś jeszcze. I przeżył zapewne to samo zdziwienie, które stało się udziałem Sancho Pansy bądź hobbita o imieniu Sam.

 Świat nie kręcił się wokół nich, lecz wokół ich panów.

To dość podobne sytuacje: Piętaszek przyglądający się Robinsonowi drepczącemu po plaży, Sam spoglądający na zmordowanego Froda i Sancho starający się nie przenikać zamysłów Don Kichota. Przypomniałem sobie ich wszystkich, gdy czytałem książkę Tony Andersona, „Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji”. Anderson, choć Anglik, nie puszy się, przeciwnie, zdarza mu się pochylać głowę w pokorze. Nie ustaje w zachwycie nad przyrodą i historią, w zdumieniu nad tragediami niesionymi przez politykę i w ciekawości i zafascynowaniu podczas spotkań z ludźmi. A w tle wszystkich tych uniesień ma swego Chrisa (Sama, Piętaszka, Sancho).

Anderson podziwia, rozmawia, przeżywa. Bywa, że dopadają go trudy, zostaje obrabowany i pocieszony. Pije alkohol zabarwiony narkotykiem, milknie onieśmielony ruinami kościoła wzniesionego przed tysiącem lat na skale. Gdzieś, z boku czasem pojawia się Chris, który zwykle fotografuje coś albo śpi. Od czasu do czasu rzuca jakiś celny komentarz. Służy Andersonowi jako ktoś oferujący mu szansę na zdobycie chwili oddechu od trudów i cudów. Pojawia się, by przypomnieć o świecie rzeczywistym. Gdy zniknie (bo czas już na niego), Andersonowi zrobi się tak nieswojo, że cofnie czas, porzuci na cały rozdział Gruzję, by opowiedzieć, jak kiedyś wędrowali ku niej z Chrisem przez inne kraje.

To, jak zwykle u mnie, nic nowego. Małe egocentryczne odkrycie oczywistości. Gdy wędruję z przyjaciółmi świat kręci się wokół mnie. Spisuję czasem notatki. Bywam w nich sam albo z kimś. Ale czy zasuwam z Tomkiem przez Belgrad, czy z Rorem przez Macedonię bądź Albanię, znajduję się w centrum wydarzeń; to ja przeżywam, zachwycam się, odczuwam czasem nieco trudu, piję wino bądź piwo niezaprawiane narkotykiem. Moi przyjaciele krążą w pobliżu, ważni, ale w opisach obecni anegdotycznie. Musiałem ujrzeć jak Chris wędruje w cieniu Tony'ego, by to dostrzec.

To oczywiste, naturalne. Ale nieprawdziwe.

Nie jesteśmy Frodami, Robinsonami bądź Don Kichotami. Świat nie kręci się wokół nas, w każdym razie nie poza zasięgiem naszych notatek. Tak naprawdę Tony to Chris, Robinson to Piętaszek. Dziwni, zagubieni wędrowcy do końca nie pojmujący świat. Jesteśmy towarzyszami podróży innych. W najlepszym przypadku, bo bywamy też adwersarzami herosów, czarnoksiężnikami bądź smokami, z łap których szlachetni rycerze muszą odbijać księżniczki. Kiedy Roro nurkuje wzrokiem w mapy, widząc w nich urlopową przyszłość, towarzyszę mu w niej obecny prawem Sancho Pansy. Ale i Roro bądź Tomek staną się dla mnie Piętaszkami, gdy już znajdziemy się w drodze.

Ale żaden z nas nie zostaje i nie zostanie Frodem.

Jeśli dopisuje nam szczęście i w naszych podróżach, czy to po egzotycznych krainach, czy też od poniedziałku do poniedziałku, zyskujemy towarzyszy wędrówki, to nie jesteśmy ich Frodami i Robinsonami, cokolwiek nam się wydaje. Jesteśmy bandą towarzyszących sobie nawzajem Samów, zwykle nieświadomych swojej roli. Postrzegających innych jako dodatki. Może jeśli oswoimy sobie naszą niewyjątkową sanchopansowość łatwiej będzie się nam nie złościć na innych Sanchów? Świat pełen Frodów i Robinsonów jest, jak sądzę, trudniejszy do zniesienia.

Oczywiście, trafiają się czasem osobniki wybitne. Ludzie niesieni rzeczywistą, albo wyimaginowaną charyzmą. My, Samowie, nie powinniśmy czuć się z tego powodu źle.

Bo tak naprawdę, przy wszystkich swoich wielkościach i czynach, stanowią oni tło dla milionów Piętaszków.


obraz: Hottemax/Pixabay/CC0 Public Domain

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz