22.12.2017

Bez numeru - Święta.



Co roku piszę mały tekścik świąteczny. Zwykle wrzucam go na forum Latającej Holery, od jakiegoś czasu także na fejsa. Czemu nie miałbym go umieszczać i tutaj? Ubiegłoroczny można przeczytać tutaj.

Mitoświat na Boże Narodzenie 2017


Ignacy Gołczan cenił poczucie władzy. Delektował się nim każdej niemalże chwili swego życia. Jeśli akurat nie dominował nad kimś, to wspominał miłe chwile takiej dominacji. Nauczył się wykorzystywać choćby najmniejsze okazje do wywierania na innych presji i podkreślenia własnych przewag. Ot, na przykład owego znaczącego dnia grudnia, gdy na widok zmierzającej do pracy koleżanki przyspieszył kroku tak, by wyprzedzić ją o dobrych dziesięć metrów. Otworzył szeroko drzwi, ale nie przekroczył progu, lecz uprzejmie przytrzymał wcale nie lekkie wrota Urzędu Miasta Le Rouge, jednego z największych marsjańskich grodów, i czekał uśmiechając się szeroko, niby to życzliwie.

To, co w wykonaniu każdego innego człowieka stanowiłoby uprzejmy gest, w wykonaniu Ignacego było jedną z gierek w dominację. Nie przytrzymywał drzwi dla zaspokojenia durnej etykiety albo po to, żeby jakiejś babie zrobiło się miło. Specjalnie spieszył się z tym, by nadchodzący miał do pokonania kilka, czasami kilkanaście metrów. Tacy właśnie ludzie, tak mężczyźni jak i kobiety a nawet demony, kosmici i potwory, reagowali w podobny sposób: przyspieszali odruchowo kroku, by nie kazać czekać temu uprzejmemu człowiekowi.

Uśmiechali się mile z wdzięczności, a Ignacy odpowiadał im podobnym na pozór, a przecież zupełnie innym uśmiechem. Triumfował. Oto skłonił, właściwie zmusił kogoś, do działania wedle własnej woli. Co więcej, uczynił to bezkarnie. Ba – jeszcze podziękowano mu za to!

Prawdę mówiąc, Ignacy musiał nauczyć się cieszyć z takich właśnie sukcesów, ponieważ jego rzeczywista władza była dość ograniczona. Należał do armii trzech tysięcy urzędników trzeciego stopnia zatrudnionych w Urzędzie Miasta La Rouge i zajmował się głównie odpowiadaniem na pisma dotyczące pasjonującego tematu sortowania piachu.

Na szczęście dla siebie i z tej pracy potrafił czerpać poczucie władzy. Oto zwlekał z odpowiedziami do ostatniej chwili (a czasem nawet ją przekraczał), co dziesiąte pismo załatwiając odmowną supozycją. Pozostałych dziewięć odsyłał do wydziałów i referatów, które choćby pozornie miały coś wspólnego z tematem (na przykład ich nazwa zaczynała się na tę samą literę alfabetu, co pierwsze zdanie pisma) domagając się od nich stanowczo opinii. W referatach tych trafiony takim poleceniem urzędnik naturalnie wpadał we wściekłość, co czasem oznaczało, że również zwlekał z odpowiedzią. Tak, czy inaczej, musiał jakoś odnieść się do zaleceń Ignacego, a to oznaczało, że dawał mu się zdominować.

W każdym razie zdaniem Ignacego.

Ze swojej skąpej pensji Gołczan zatrudniał gosposię, na którą prawdę mówiąc nie było go stać i która nie miała u niego nic do roboty. Chochlicza kobieta stawiała się więc u niego trzy raz w tygodniu wyłącznie po to, by wysłuchać jego poleceń okraszanych przemowami na temat stanu wszechświata (który, zdaniem Ignacego był szalenie nieuporządkowany). Sprzątać w ciasnej izbie nie mogła, ponieważ Ignacy uważał iż choćby dotknięcie jakiejkolwiek należącej do niego rzeczy oznaczałoby naruszenie jego władzy i próbę narzucenia mu własnej. Przecież musiałby sięgnąć, na przykład po wyprasowaną koszulę tam, gdzie ktoś inny by ją położył – to oznaczałoby poddanie się cudzej dominacji!

Także gotował sobie sam, z podobnych powodów.

Podczas zakupów srożył się na ekspedientki celowo nakazując im trzy razy wybierać jeszcze właściwsze owoce czy te strzępy mięsa, na które było go stać. Dzięki temu nie tylko zarządzał sprzedawczyniami, ale jeszcze dominował nad poirytowanymi ludźmi stojącymi za nim w kolejce. Choć więc jadał byle jak i byle co, to jednak każdy posiłek sprawiał mu niezwykłą satysfakcję.

Nie inaczej było i z wieczerzą wigilijną, którą Ignacy jadał zawsze samotnie. Wedle własnego przekonania czynił tak nie dlatego, że nie znalazłby nikogo dla towarzystwa, lecz by bronić się przed zniewoleniem narzucanym przez tradycję. Z tego samego powodu zamiast świątecznego karpia spożywał ananasa a w miejsce barszczu z uszkami jadł rosół z oczkami tłuszczu. By zaś nie wręczać nikomu prezentów, gdy tylko na niebie rozbłysła pierwsza świąteczna gwiazdka wybiegał zamaskowany na ulicę, by coś komuś odebrać grożąc bronią.

Kończył akurat przełykać ostatnią łyżkę niezbyt smacznego rosołu (Ignacy, co oczywiste, nie poddawał się tyranii przepisów kulinarnych), gdy ktoś zastukał do jego drzwi.
Zamarł. Nie cierpiał takich sytuacji. Po pierwsze nie oczekiwał żadnych gości – przeciwnie, wywiesił na drzwiach kartkę zawierającą jednoznaczną treść: „Nie przeszkadzać. Nie ma mnie. Won!”. Po drugie odpowiedzenie na czyjeś pukanie oznaczałoby poddanie się woli pukającego. O ile sam Ignacy pukał namiętnie do każdych drzwi, do których mógł, o tyle sam na czyjeś stukanie nie odpowiadał nigdy. Postanowił więc ignorować niechcianego niespodziewanego gościa, dla którego, co oczywiste, i tak nie zostawił dodatkowego nakrycia. Zaczął się nawet cieszyć, że gdy natręt odejdzie, wykona tym samym polecenie Ignacego zapisane a kartce przy użyciu trzech liter układających się w cudowne słowo: „won”, gdy pukanie rozległo się ponownie.

Rozważał, czy nie udać, że go nie ma. Odrzucił ten pomysł natychmiast. To także oznaczałoby poddanie się czyjejś dyktaturze. Zamiast więc zachować ciszę, wysiorbał ostatnią łyżkę rosołu, następnie szurając ponad miarę odsunął krzesło i tupiąc z całych sił ruszył z talerzem w kierunku umywalki.

- No cóż, do trzech razy sztuka – wywarczał ktoś po drugiej stronie drzwi i zastukał jeszcze raz.

Przepłukując talerz Ignacy zastanawiał się nad następnym posunięciem. Czy powinien odczekać, aż nieznajomy zacznie odchodzić, a wtedy otworzyć drzwi i zawołać: „czego tam?”, by wymusić na natręcie zatrzymanie się i odwrócenie ku Ignacemu? Byłaby to niewątpliwie chwila triumfu. Z drugiej jednak strony, wstrętny nieproszeniec poniekąd osiągnął by w ten sposób swój cel i zmusił Ignacego do reakcji. Nie, zdecydowanie lepiej odczekać aż pójdzie sobie w cholerę. Będzie to nie tylko praktyczne, ale też wspaniale antyświąteczne.

Znacznie podniesiony na duchu tą myślą Ignacy odstawił ociekający wodą talerz na biblioteczkę po czym ruszył w kierunku skrzyni, w której ukrywał maskę na twarz, czarną pelerynę oraz pistolet. Już się ku nim pochylał, kiedy potężny kopniak wysadził drzwi do jego mieszkania z zawiasów, zmieniając je przy okazji w chmurę drzazg.

Z chmury owej wyłonił się Święty Mikołaj w towarzystwie anioła.
Tak w każdym razie mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Zanim spostrzegło się, że Mikołaj miał wprawdzie brodę, ale z tych rozbójniczych, oraz gębę wyglądającą raczej srogo niż życzliwie. Mimo to dałoby się, od biedy, przyjąć jego mikołajowość ze względu na czerwony płaszcz i takiegoż koloru czapę z pomponem, choć czerwień należała do krwistych a nie radosnych. Dałoby się, gdyby nie anioł. Ignacemu zdarzało się widywać rozmaite wizerunki anielskie. Bywały wśród nich anioły męskie, kobiece i bezpłciowe. Łagodne, pulchne i przypominające amory, posągowo poważne bądź  spoglądające srogo i uzbrojone w miecz. Nigdy jednak nie widział dotąd anioła czarnego, z dłońmi zakończonymi szponami i z piekielnymi błyskami w oczach czarniejszych niż sny szatanów.

- Ho! Ho! Ho! – zazgrzytał zębami Mikołaj. – I cóż my tu mamy?
- Ja sobie stanowczo wypraszam! – zawołał Ignacy. – Stanowczo wypraszam sobie nachodzenie w Święta, w dodatku w świątecznym stroju! I w ogóle poszli won!

Ponieważ ani Mikołaj ani Anioł - anielica, jak zdążył się zorientować, gdy czarna postać z krwawą aureolą nad głową wyłoniła się zza pleców świętego – nie wydawali się nim przejmować, Ignacy wyszarpnął ze skrzyni pistolet, odbezpieczył broń i wycelował w Mikołaja.
Strzelić nie zdążył, bo anioł okazał się piekielnie szybki.

- Ignacy Gołczan – zameldowała anielica przyciskając Ignacego do podłogi całym ciężarem swego całkiem powabnego ciała, gdy już podarowała mu świąteczne podcięcie nóg, cios w żołądek i drugi, serdeczny, w szczękę. – Urzędnik trzeciego stopnia, menda. Gdyby mógł, zostałby krwawym dyktatorem, ale brakuje mu ku temu umiejętności. Wyżywa się na ludziach, przeciąga procedury i ma duszę czarniejszą od przekonań Szulera. Psuje ludziom życie jak tylko potrafi. Łajdak. Należy mu się rózga.
- Żadnych rózg! – zaprotestował słabo Ignacy, dziwiąc się równocześnie, że ktoś może pachnieć równocześnie piekielnie i pociągająco. – Nie uznaję Świąt!
- Ignacy? – Mikołaj, potężny i barczysty, pochylił się nad gospodarzem i wyciągnął go jednym szarpnięciem spod anielicy. – Łajdak z ciebie i szuja. Przybyłem ci pokazać twoje tegoroczne i przyszłe Boże Narodzenie. A jeśli bardzo mnie wkurzysz, to postaramy się z moim kochaniem tak, że może nawet i przeszłe.

A potem sprawił Ignacemu taki łomot, jakiego żaden urzędnik, dowolnego stopnia, nie zaznał w życiu.

Pięć minut a może całą wieczność później Ignacy nadal leżał na podłodze choć nikt go już do niej nie dociskał. Bolały go nawet te komórki ciała, które zdążyły przejść do historii. Nawet jego sińce miały sińce. A kości ostrzegały, że planują przeniesienie się w jakieś spokojniejsze miejsce. Na przykład do schroniska dla psów.

- To był duch tegorocznych Świąt – oznajmił Mikołaj zapalając cygaro. – Jak się nie zmienisz, przyszłoroczne będą takie same. A może lepsze, bo przyprowadzimy Burzymura. Dla niego tacy jak ty to burżuje najgorszego rodzaju. Siepacze systemu, rozumiesz?
Ignacy bardzo pragnął zapewnić, że owszem, rozumie, ale ani jego wargi ani język nie doszły jeszcze do siebie.

- Ujmę to tak – anielica schyliła się, by spojrzeć ofierze prosto w oczy. – Jeżeli sądzisz, że teraz cię boli, to znaczy, że twoja wyobraźnia w dziedzinie tortur jest jeszcze słabo rozwinięta. A zapewniam cię, że moja… Och, nie zna ograniczeń! Do dziś byłeś świnią, Ignaś. Ale od dziś się to zmieni. Nie musisz potwierdzać, ja to wiem. Bo jeśli nie… - Uśmiechnęła się filuternie, mrugnęła zalotnie. – Oj Ignaś, chłopczyku, jeśli nie, to my tu do ciebie wrócimy. Przekonasz się, że bycie dobrym człowiekiem jest fajne.

Poderwała się wdzięcznie, jednym susem dopadła Mikołaja, objęła go i pocałowała. Oznajmiła, że ich praca na dziś dobiegła końca, co Mikołaj przyjął z wyraźną ulgą. Objęci wyszli oboje na korytarz zostawiając za sobą Ignacego usiłującego wymamrotać przez poobijane wargi, że już będzie grzeczny,  że będzie bezsprzecznie dobrym człowiekiem i naprawdę nie muszą go odwiedzać. Bo zaszczepili w nim ducha Świąt na wieki.

*
- Naprawdę musieliśmy tracić czas na to coś? – marudził jak zwykle w Święta Kutrzeba, gdy spacerowym krokiem szli ze Zmorą w świetle obowiązkowo gazowych o tej porze roku latarni, wśród miękkiego śnieżnego puchu spadającego z marsjańskiego nieba dzięki gwarancji świątecznego cudu meteorologicznego. – Mogliśmy obalić jakiegoś dyktatora, schwytać seryjnego mordercę, albo nauczyć moresu gangsterów bez zasad. A ty uparłaś się zasiać bojaźń bożą w urzędasie.

Odkąd wytłumaczyli Zmorze czym są Święta i duch Bożego Narodzenia na tyle skutecznie, że zaczęła się nimi przejmować, demonka zrobiła się na tych kilka dni w roku nieznośna. Jakby ów świąteczny duch opętywał ją co roku i zmuszał do robienia dobrych uczynków. Pojmowanych na sposób demonii, toteż nie rozdawali z Kutrzebą jadła potrzebującym ani nie uganiali się po poznanym wszechświecie w poszukiwaniu tej durnej dziewczynki z zapałkami co roku próbującej zamarznąć na coraz to zimniejszej lodowej planecie. Niemniej, jak podejrzewał Kutrzeba, nawet w domu prawdziwego Świętego Mikołaju nie panowała tak świąteczna atmosfera jak u Zmory i Mirka. Choinek demonica zawsze ubierała siedem. Dom tonął w wielobarwnych łańcuchach i anielskim włosiu. A kolędy musiały śpiewać nawet sztućce.

- Zło to zło – odparła Zmora wesoło. – Małe, czy wielkie pozostaje złem. A my jesteśmy pasterze, co przybywają, dzieciąteczku śpiewają i odmieniają ludzkie dusze. Czynimy ze zła dobro. A teraz spieszmy się, bo już pewnie na nas czekają z wieczerzą!
- Pewnie czekają – mruknął Kutrzeba trochę zmęczony a trochę zadowolony z faktu, że Zmora upierała się, by co roku wydawali przyjęcie dla wszystkich przyjaciół, żywych i umarłych, twardoświatowych i namalowanych. Ludzi, demonów i kosmitów. Tych co się urodzili, zostali przywołani albo nawet i zmyśleni.

Dla wszystkich ich i Was, pod wszystkimi niebami świata – Wesołych Świąt!

2 komentarze:

  1. Wątek przypomina trochę Ebenezera Scrooge'a bohatera "Opowieści wigilijnej", który też obiecał zmianę swego zachowania pod wpływem tajemniczych odwiedzin. No całkiem ciekawe opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń